Uploaded by crunchi

500 zdań

advertisement
Plik jest zabezpieczony znakiem wodnym
korekta: Teresa Kruszona, Jacek Bławdziewicz
projekt graficzny: Wojtek Kwiecień-Janikowski & Przemek Dębowski
skład: Elżbieta Wastkowska
zdjęcie na okładce: Piotr Bernaś / Agencja Gazeta
ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa
Wydawnictwo książkowe:
dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska
redaktor naczelny: Paweł Goźliński
koordynacja projektu: Magdalena Kosińska
© copyright by Jerzy Bralczyk 2015
© copyright by AGORA SA 2015
Wszelkie prawa zastrzeżone
Warszawa 2015
ISBN: 978-83-268-1736-6 (epub); 978-83-268-1737-3 (mobi)
Wydanie nowe, poszerzone
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie
im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście
znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści
i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
S
Spis zdań
Zdania • Jerzy Bralczyk
Wstęp • Jan Miodek
A bodaj cię!
A kysz, zgiń przepadnij!
A mnie się marzy kurna chata
A może byśmy tak, najmilsza, wpadli na dzień do Tomaszowa?
A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż
swój język mają
A świstak siedzi i zawija je w te sreberka...
A tu pospolitość skrzeczy
Aaa, kotki dwa, szare, bure obydwa
Aby nam się!
Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej
AK – zapluty karzeł reakcji
Ala ma kota
Ale kino!
Alleluja i do przodu
Baba z wozu, koniom lżej
Bagnet na broń!
Balcerowicz musi odejść
Bar wzięty!
Bardziej boli zły sąsiad niźli rany
Bardzo proszę pamiętać, że ja byłem przeciw
Baśka miała fajny biust
Bądź gotowy dziś do drogi
Bądź wierny. Idź
Bez pracy nie ma kołaczy
Będąc młodą lekarką...
Będziem jedli, będziem pili, będziemy się weselili
Biega, krzyczy pan Hilary
Bo takie są moje obyczaje
Bo to zła kobieta była
Bo w tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz
Bo zupa była za słona
Boże, coś Polskę przez tak liczne wieki otaczał blaskiem potęgi i
chwały...
Boże, Ty to widzisz i nie grzmisz!
Bóg jest z Napoleonem, Napoleon z nami
Bóg mi powierzył honor Polaków, Bogu go tylko oddam
Bóg się rodzi, moc truchleje
Bój się Boga!
Był sobie raz...
Cała jesteś w skowronkach
Cała sala śpiewa z nami
Całuję rączki, padam do nóżek
Cały naród buduje swoją stolicę
Chcemy być sobą
Chciałabym, chciała...
Chciało się Zosi jagódek
Chcieliście Polski, no to ją macie!
Chłop żywemu nie przepuści
Chłopaki nie płaczą
Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli
głowa
Chodźcie z nami!
Cholera by to wzięła
Chrząszcz brzmi w trzcinie
Chytrze bydlą z pany kmiecie
Cicha woda brzegi rwie
Ciemno wszędzie, głucho wszędzie
Ciemność widzę, ciemność!
Ciszej nad tą trumną
Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr
Co ci powiem, to ci powiem, ale ci powiem...
Co dwie głowy, to nie jedna
Co ma być, to będzie
Co ma wisieć, nie utonie
Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?
Co nam zostało z tych lat?
Co się odwlecze, to nie uciecze
Co się stało z naszą klasą?
Co się stało, to się nie odstanie
Co ty wiesz o zabijaniu?
Co z tą Polską?
Co złego, to nie my
Coca-cola to jest to
Coś tu nie gra
Coś w Polsce pękło, coś się skończyło
Coście s...syny uczynili z tą krainą?
Cóz tam, panie, w polityce?
Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co
posiadacie
Cukier krzepi
Cyganka prawdę ci powie
Czapką, papką i solą ludzie ludzi niewolą
Czarna krowa w kropki bordo gryzła trawę, kręcąc mordą
Czas na zmiany
Czego chcesz od nas, Panie, za Twe hojne dary?
Czego się boisz, głupia?
Czerwone maki na Monte Cassino zamiast rosy piły polską krew
Czterdzieści lat minęło jak jeden dzień
Czuj się jak u siebie
Czuj się odwołany
Czwartego czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm
Czy jest suchy chleb dla konia?
Czy nos dla tabakiery, czy tabakiera dla nosa?
Czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy
Czy te oczy mogą kłamać?
Czym chata bogata, tym rada
Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci
Czyń każdy w swoim kółku, co każe duch boży, a całość sama się
złoży
Daj kurze grzędę, a ona: „wyżej siędę”
Daj mi tę noc
Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj
Diabli nadali
Dla Polaków można czasem coś dobrego zrobić, ale z Polakami
nigdy
Dlaboga, panie Wołodyjowski! Larum grają!
Dlaczego ogórek nie śpiewa?
Do biegu gotowi, start!
Do tanga trzeba dwojga
Do trzech razy sztuka
Do wyższych rzeczy jestem stworzony
Do zakochania jeden krok
Dobra jest
Dobranoc, pchły na noc...
Dobry uczynek, to jak Kali zabrać komu krowy
Dobry żart tynfa wart
Dobrymi chęciami piekło wybrukowane
Dobrze, dobrze być cysorzem
Duchowi memu dała w pysk i poszła
Dzieci i ryby głosu nie mają
Dzieci lubią misie, misie lubią dzieci
Dzień dobry, jestem z Kobry!
Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma...
Dziwny jest ten świat
Dzwonię do pana w bardzo nietypowej sprawie
Ej, przeleciał ptaszek kalinowy lasek
Ej, ty na szybkim koniu, gdzie pędzisz, kozacze?
Gadał dziad do obrazu
Gadu, gadu, stary dziadu!
Gdyby ciocia miała wąsy, toby był wujaszek
Gdzie ci mężczyźni?
Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą
Głową muru nie przebijesz
Gorze się nam stało
Gościu, siądź pod mym liściem
Gość w dom, Bóg w dom
Góralu, czy ci nie żal odchodzić od stron ojczystych?
Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą
Gwałtu, rety, co się dzieje!
I ja tam byłem, miód i wino piłem
I w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu
I wilk syty, i owca cała
Ideał sięgnął bruku
Idzie żołnierz borem, lasem, przymierając z głodu czasem
Idź złoto do złota, my, Polacy, w żelazie się kochamy!
Idźcie przez zboże, we wsi Moskal stoi
Im dalej w las, tym więcej drzew
Indyk myślał o niedzieli, a w sobotę mu łeb ucięli
Ja cię chrzanię!
Ja dla pana czasu nie mam
Ja tu tylko sprzątam
Ja wiem, że to niesłuszne
Jak cię widzą, tak cię piszą
Jak dobrze nam zdobywać góry
Jak dobrze wstać, skoro świt...
Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie
Jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy
Jak się da, to się zrobi
Jak się masz, kochanie?
Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma
Jak to na wojence ładnie, kiedy ułan z konia spadnie
Jaka jest zawartość cukru w cukrze
Jaki pan, taki kram
Jakoś to będzie
Jam nie z soli ani z roli, jeno z tego, co mnie boli
Janek Wiśniewski padł
Jaś nie doczekał
Jedzą, piją, lulki palą
Jedzie pociąg z daleka, na nikogo nie czeka
Jedźmy, nikt nie woła
Jest źle, będzie gorzej
Jestem kobieta pracująca, żadnej pracy się nie boję
Jestem wesoły Romek
Jestem z miasta – to widać, słychać i czuć
Jesteśmy wreszcie we własnym domu. Nie stój, nie czekaj. Co
robić? Pomóż!
Jestem za, a nawet przeciw
Jeszcze jeden mazur dzisiaj, choć poranek świta
Jeszcze poczekajmy, jeszcze się nie śpieszmy
Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy
Jeszcze się taki nie narodził, co by wszystkim dogodził
Język kłamie głosowi, a głos myślom kłamie
Jutro będzie futro
Już był w ogródku, już witał się z gąską
Już miesiąc zaszedł, psy się uśpiły i coś tam klaszcze za borem
Każdy kij ma dwa końce
Każdy sobie rzepkę skrobie
Kiedy ranne wstają zorze, Tobie ziemia, Tobie morze, Tobie
śpiewa żywioł wszelki
Kiedy wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one
Kobieta mnie bije
Kobyła ma mały bok
Kocham pana, panie Sułku
Komu dzwonią, temu dzwonią
Komu w drogę, temu czas
Komu, komu, bo idę do domu!
Koniec i bomba, a kto czytał, ten trąba
Koń jaki jest, każdy widzi
Koń ma cztery nogi i też się potknie
Kończ waść! Wstydu oszczędź!
Krew naszą długo leją katy
Krew nie woda
Krokodyla daj mi luby
Krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje
Królowa Bona umarła
Kto chwyta dwie sroki za ogon, żadnej nie złapie
Kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera
Kto mnie wołał, czego chciał?
Kto nie ryzykuje, w kozie nie siedzi
Kto pierwszy, ten lepszy
Kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada
Kto powiedział a, musi powiedzieć b
Kto pyta, nie błądzi
Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje
Kto się lubi, ten się czubi
Kto się na gorącym sparzył, ten na zimne dmucha
Kto ty jesteś? Polak mały
Kto z kim przestaje, takim się staje
Kukułeczka kuka, chłopiec panny szuka
Kup pan cegłę!
Kurdesz nad kurdeszami!
Lato, lato wszędzie
Lepiej nie mówić
Lepiej z mądrym zgubić, niż z głupim znaleźć
Lepszy rydz niż nic
Literaci do pióra! Studenci do nauki!
Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie
Lotem bliżej
Ludzie ludziom zgotowali ten los
Ładną mamy pogodę
Łatwiej kijek zacienkować, niż go potem pogrubasić
Mam grać?
Mądrej głowie dość dwie słowie
Mądry Polak po szkodzie
Mądry wybór, lepsze życie
Mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy
Miała baba koguta
Miałeś, chamie, złoty róg...
Mieczów ci u nas dostatek, ale i te przyjmuję jako wróżbę
zwycięstwa
Miej serce i patrzaj w serce
Mierz siły na zamiary, nie zamiar podług sił
Milcz, serce!
Miłe złego początki, lecz koniec żałosny
Miło szaleć, kiedy czas po temu
Miłość ci wszystko wybaczy
Misiek, chcesz cukerka?
Młodości! dodaj mi skrzydła!
Młoty w dłoń, kujmy broń!
Momenty były?
Może by tak co zaorać...
Mój ci jest!
Mów do mnie jeszcze
Mów mi wuju!
Mówi się?
Murzynek Bambo w Afryce mieszka
Muzyka łagodzi obyczaje
My jesteśmy tanie dranie
Myślenie ma kolosalną przyszłość
Na bezrybiu i rak ryba
Na dwoje babka wróżyła
Na pochyłe drzewo i kozy skaczą
Na tapczanie siedzi leń
Na upór nie ma lekarstwa
Na złodzieju czapka gore
Najbardziej mi żal kolorowych jarmarków
Najlepsze kasztany są na placu Pigalle
Nam strzelać nie kazano
Naprawdę jaka jesteś, nie wie nikt
Naprawdę nie dzieje się nic
Narodziła się nowa świecka tradycja
Nasza wola – Polska gola!
Niby nic, a tak to się zaczęło
Nic dwa razy się nie zdarza
Nic nie może przecież wiecznie trwać
Nic to
Nic w przyrodzie nie ginie
Nicea albo śmierć
Nie brak świadków na tym świecie
Nie było nas, był las, nie będzie nas, będzie las
Nie chce mi się z tobą gadać
Niech zstąpi duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi
Nie chcem, ale muszem
Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy
Nie kładź palca między drzwi
Nie ma przegranych ani wygranych
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło
Nie ma wolności bez „Solidarności”
Nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera
Nie miała baba kłopotu, kupiła sobie prosię
Nie mów hop, póki nie przeskoczysz
Nie o to chodzi, by złowić króliczka, ale by gonić go
Nie oddamy nawet guzika
Nie pieprz, Pietrze, pieprzem wieprza
Nie rusz, Andziu, tego kwiatka
Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród
Nie spoczniemy, nim dojdziemy
Nie śmiej się, dziadku, z cudzego upadku
Nie święci garnki lepią
Nie wychylać się
Nie ze mną te numery, Brunner
Niech prawo zawsze
sprawiedliwość
prawo
znaczy,
a
sprawiedliwość
–
Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba
Niech to piorun strzeli!
Niech żyje nam!
Niechaj mnie Zośka o wiersze nie prosi
Niedaleko pada jabłko od jabłoni
Nierządem Polska stoi
Nieszczęścia chodzą parami
Niewidzialna ręka rynku okazała się ręką aferzysty
Nim słońce wzejdzie, rosa oczy wyje
No to Frugo
O cześć wam, panowie magnaci, za naszą niewolę, kajdany
O czym tu dumać na paryskim bruku
O mnie się nie martw
O szyby deszcz dzwoni
O zieleni można nieskończenie
Ociec, prać?
Od przybytku głowa nie boli
Odwaga staniała, rozum podrożał
Oferta ZREMB-u zawsze na czasie
Ogary poszły w las
Oj, niedobrze, koledzy, niedobrze
Ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią
Ojczyzna to wielki zbiorowy obowiązek
Oko pańskie konia tuczy
ORMO czuwa
Osiołkowi w żłoby dano
Oszczędzaj i ucz oszczędzać
Pamiętajcie o ogrodach
Pamiętasz, była jesień...
Pan jest zerem
Pan kotek był chory i leżał w łóżeczku
Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek
Pańska łaska na pstrym koniu jeździ
Partia z narodem, naród z partią
Pasta Kiwi but ożywi
Patrz, Kościuszko, na nas z nieba
Patrzcie państwo
Paweł i Gaweł w jednym stali domu
Pawiem narodów byłaś i papugą
Pawlak, podejdź-no do płota
Piękna nasza Polska cała
Pije Kuba do Jakuba
Piłka jest okrągła, a bramki są dwie
Piosenka jest dobra na wszystko
Pisz na Berdyczów
Podaruj mi trochę słońca
Podaruj sobie odrobinę luksusu
Poezjo, precz! Jesteś tyranem!
Pojedziemy na łów
Pokorne cielę dwie matki ssie
Polak potrafi
Polam... i wszystko jasne
Polecam się łaskawej pamięci
Polska dla Polaków
Pomożecie? Pomożemy!
Poznaj swój kraj
Pozwolą Państwo
Pójdź dziecię! Ja cię uczyć każę!
Póty dzban wodę nosi, póki się ucho nie urwie
Prasa kłamie!
Prawda w oczy kole
Prawdziwa cnota krytyk się nie boi
Prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie
Precz z moich oczu!
Prędzej ci serce pęknie
Przebaczamy i prosimy o przebaczenie
Przepijemy naszej babci domek mały
Przeszłość odkreślamy grubą linią
Przy Tobie, Najjaśniejszy Panie, stoimy i stać chcemy
Przychodzi baba do lekarza
Przyganiał kocioł garnkowi
Przyjdzie koza do woza
Przyjdzie walec i wyrówna
Przypuszczam, że wątpię
Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia
Radion sam pierze
Raz kozie śmierć
Raz na wozie, raz pod wozem
Reklama jest dźwignią handlu
Rozdziobią nas kruki, wrony
Rozmawialiśmy jak Polak z Polakiem
Róbmy swoje
Róbta, co chceta
Rybka lubi pływać
Rząd rżnie głupa
Rząd się sam wyżywi
Serce masz po lewej stronie
Serce roście, patrząc na te czasy
Sie ma!
Siedzi ptaszek na drzewie i ludziom się dziwuje
Silni – zwarci – gotowi
Skąd Litwini wracali?
Słowacki wielkim poetą był
Słowo się rzekło
Słuchać hadko...
Słuchaj, dzieweczko!
Służba nie drużba
Smutno mi, Boże!
Socjalizm tak, wypaczenia nie
Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą
Spisane będą czyny i rozmowy
Spokojna głowa
Sport to zdrowie
Starość nie radość
Stary niedźwiedź mocno śpi
Stawiam na Tolka Banana
Stoi na stacji lokomotywa
Strach ma wielkie oczy
Strzeżonego Pan Bóg strzeże
Swój do swego po swoje
Szkoda twoich łez, dziewczyno
Szkoda, że Państwo tego nie widzą
Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie
Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie, jako smakujesz, aż się
zepsujesz
Szła dzieweczka do laseczka, do zielonego
Szukasz szczęścia – wstąp na chwilę
Szumią jodły na gór szczycie
Śmierć frajerom
Śpiewać każdy może
Święta, święta i po świętach
Świętości nie szargać, bo trza, żeby święte były
Tak trzymać
Tak, tak, tam w lustrze to niestety ja
Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie
Ten typ tak ma
Teraz Polska
Teraz, k..., my
Tfu, na psa urok!
To by było na tyle
To była blondynka
To jest słuszna koncepcja
Tonący brzytwy się chwyta
Trafiło się jak ślepej kurze ziarno
Traktory zdobędą wiosnę
Trza być w butach na weselu
Trzeba było się ubezpieczyć
Trzeba z żywymi naprzód iść
Trzy razy księżyc odmienił się złoty
Trzy razy tak
Trzymaj się!
Tu przerwał, lecz róg trzymał
Tylko krowa nie zmienia poglądów
Tylko mleczna margaryna zrobi z ciebie Gagarina
Tysiąc szkół na tysiąclecie
Uciekł i zmylił pogonie
Uderz w stół, nożyce się odezwą
Umrzeć – tego nie robi się kotu
Upływa szybko życie
Uwaga, zły pies
Używaj świata, póki służą lata
W domu powieszonego nie mówi się o sznurku
W gruncie rzeczy była to sprawa smaku
W nocy gorzej widać
W pierwszych słowach mojego listu niech będzie pochwalony
Jezus Chrystus
W Polskę idziemy
W starym piecu diabeł pali
W tym tunelu widać światło nadziei
Wałęsa, dawaj moje sto milionów!
Wart pałac Paca, a Pac pałaca
Wasz prezydent, nasz premier
Wejdą, nie wejdą
Wesołe jest życie staruszka
Wicie, rozumicie
Widziałam orła cień
Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim
Wiódł ślepy kulawego
Wisła pany
Wlazł kotek na płotek i mruga
Wlazł na gruszkę, rwał pietruszkę
Wolnoć Tomku w swoim domku
Wsiąść do pociągu byle jakiego
Wstawaj, szkoda dnia
Wszelki duch Pana Boga chwali!
Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej
Wszystkie dzieci są nasze
Wszystkie rybki śpią w jeziorze
Wszystko jest bez sensu, wszystko pogmatwane...
Wszystko jest poezją
Wszystko można, lecz z ostrożna
Wszystko, co nasze, Polsce oddamy
Wybierzmy przyszłość
Wyjątek potwierdza regułę
Z dymem pożarów, z kurzem krwi bratniej, do Ciebie, Panie, bije
ten głos
Z impetem w głąb
Z próżnego i Salomon nie naleje
Za czym kolejka ta stoi
Za wysokie progi na moje nogi
Zabili go i uciekł
Zachodźże, słoneczko, skoro masz zachodzić
Zakochani są wśród nas
Załatw sprawę i żegnaj
Zamienił stryjek siekierkę na kijek
Zastaw się, a postaw się
Zawsze czysto, zawsze sucho, zawsze pewnie
Zawsze jest tak, że ktoś musi zacząć pierwszy
Zbrodnia to niesłychana, pani zabija pana
Zginę ja i pchły moje!
Zima wasza, wiosna nasza
Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma
Złego diabli nie wezmą
Zły to ptak, co swoje gniazdo kala
Żadnych haseł. Tylko fakty
Żarty się skończyły
Żeby kózka nie skakała, toby nóżki nie złamała
Żeby Polska była Polską
Żebyśmy tylko zdrowi byli
Życie jest nowelą
Z
Zdania
Jerzy Bralczyk
W tej książce jest pięćset zdań [*], co widać już w tytule. Zdań jest tu
rzecz jasna o wiele więcej, ale większość z nich mówi o tych
wybranych pięciuset. Te zaś, o których się mówi, to zdania częściej
od innych przez Polaków przywoływane, cytowane w różnych
okolicznościach, łatwo przez wielu rozpoznawane. Są tu mniej lub
bardziej znane zdania wzięte z naszej historii, literatury, kultury
popularnej. Są tu powszechnie stosowane powiedzenia i przysłowia,
nawet okrzyki, a także bardziej popularne hasła polityczne
i reklamowe.
To wybór w pewnej mierze subiektywny, ale wierzę, że dla znacznej
części Polaków zrozumiały. Nie wszystkie z dawnych, bliskich mojemu
pokoleniu zdań przeszły próbę czasu na tyle, by młodzież, nawet
wykształcona, mogła je uznać za trwale w kulturze obecne, wiele
z nowszych pewnie nie przejdzie tej próby czasu – ale znalazłem sporo
argumentów, by je tutaj zawrzeć.
Są uporządkowane alfabetycznie i skomentowane. Próbuję dociekać
przyczyn ich popularności, znajdować inne możliwe ich sensy,
zastanawiać się nad ich pięknem i nad ich niedoskonałościami. Nie
zawsze te komentarze są ściśle naukowe, bo też mój stosunek do tych
zdań jest często bardzo osobisty.
Większość z tych komentarzy zamieszczona była w poprzednich
publikacjach. Tutaj są i te, które znalazły się w „Leksykonie zdań
polskich”, i te z „Leksykonu nowych zdań polskich”, z książki „Polak
potrafi. Przysłowia, hasła i inne polskie zdania osobne”, wreszcie te
zebrane w „444 zdaniach polskich”. Ale jest też wiele nowych.
Ten zbiór jest najpełniejszy. Ale ileż jest jeszcze zdań, które
uznaliby Państwo za zasługujące na umieszczenie w takim leksykonie!
[*] Po przeliczeniu okazało się, że zdań jest 501. Każdy z czytelników, któremu jakieś zdanie
się nie spodoba i lubi liczby okrągłe, może to jedno wykreślić.
W
Wstęp
Jan Miodek
Przygotowałem już w swoim życiu wiele wstępów do najrozmaitszych
książek.
Proszę mi jednak wierzyć, że propozycja napisania słów
wprowadzających do oddawanego właśnie czytelnikom dzieła
profesora Jerzego Bralczyka została przeze mnie przyjęta z wyjątkową
radością, ale i odpowiedzialnością. Z radością, bo trudno się oprzeć
takiemu uczuciu wobec człowieka cieszącego się moją ogromną
sympatią, ugruntowaną długoletnią wspólnotą losu językoznawców
medialnych; z odpowiedzialnością, bo darzę go przy tym wielkim
szacunkiem naukowym i intelektualnym podziwem, więc rzetelnie
chciałbym się wywiązać z postawionego zadania wydawniczego.
Rozwijając zaś ostatnie zdanie, wyznam szczerze, że mówiąc
o swoim podziwie dla profesora Bralczyka, mam przede wszystkim
na myśli jego wyjątkowe umiejętności natychmiastowego,
błyskotliwego komentowania bieżących faktów językowych, i to
komentowania ich w bardzo szerokim wymiarze – społecznym,
psychologicznym, ogólnokulturowym. To dlatego stał się ten
akademicki nauczyciel jednym z największych autorytetów
współczesnej Polski, którego prosi się o opinię nie tylko w sprawach
ściśle lingwistycznych, ale we wszelkich, zawsze najważniejszych dla
naszego kraju. A że dzieli się on swymi uwagami nie w sposób
mentorski, przesadnie dydaktyczny, lecz zawsze doprawiony szczyptą
humoru, często nawet autoironii, przyjmowany jest w polskich
domach z wielką sympatią i z zaufaniem, a to ostatnie jest przecież
w przekazie medialnym najważniejsze.
Niniejsze dokonanie profesora Bralczyka jest kwintesencją jego
temperamentu badawczego i intelektualnego, jego żywiołu
językoznawczo-retorycznego. Oto wziął on pod analityczną lupę
i błyskotliwie skomentował najsłynniejsze polskie zdania istniejące
w powszechnej świadomości Polaków. Łatwo przez nich
rozpoznawalne jako cytaty, z reguły – wprost lub pośrednio – coś
o nich mówiące, pochodzące z literatury, z pieśni i piosenek, z historii,
czasem zanotowane rzeczywiście jako wypowiedziane przez polityków,
uczonych, publicystów, zwykłych obywateli, a czasem wymyślone
przez tych, którzy kształtowali naszą historyczną świadomość.
Czytelnik znajdzie też w książce zinterpretowane przez autora
przysłowia, hasła oraz w różnym stopniu zrytualizowane powiedzenia
i powiedzonka. Większość z nich weszła na stałe do komunikacyjnego
obiegu. Niektóre są już najmłodszym generacjom nieznane. Jeszcze
inne – jak się pojawiły i zrobiły natychmiastową zawrotną karierę
stylistyczną, tak szybko zostały zapomniane. Wszystkie jednak
niewątpliwie warto było przywołać, bo wszystkie mają wartość
dokumentalną, są świadectwem danej chwili w dziejach Polski.
Pisząc zaś o błyskotliwych komentarzach profesora Bralczyka,
dopowiem uściślająco, że są one wzorowymi rozprawkami
filologicznymi, potwierdzającymi jego nie tylko współczesne, ale
i historycznojęzykowe kompetencje, imponującymi – co już także
wcześniej sygnalizowałem – przeogromną erudycją w zakresie kultury,
etnografii, socjologii, psychologii, historii. Co najważniejsze zaś – są
wspaniałym pobudzeniem do myślenia, do refleksji nad obiegowymi
konstrukcjami komunikacyjnymi: dlaczego są one przez nas
powtarzane?, jakim okolicznościom i chwytom retorycznym swoją
popularność zawdzięczają?, jak nas, Polaków, charakteryzują?
Tak bogate scjentycznie, napisane są przy tym wprawnym,
niezwykle lekkim piórem utalentowanego literata, który – tak sądzę –
gdyby poszedł w stronę dokonań artystycznych, również osiągnąłby
sukces. Z pełną dlatego odpowiedzialnością polecam je zarówno
czytelnikom szukającym w nich pogłębionej wiedzy z przywołanych
wyżej dyscyplin, jak i spragnionym lektury wartościowej a nienużącej,
tej do poduszki czy na urlop wypoczynkowy.
By dać próbkę możliwości profesora Bralczyka w tym zakresie,
przywołam fragmenty kilku z nich – i tych dotyczących skrzydlatych
słów funkcjonujących w codziennym obiegu językowym od stuleci,
i tych najmłodszych.
Oto na przykład „Koń jaki jest, każdy widzi” – słynne zdanie
z „Nowych Aten” Benedykta Chmielowskiego (1700–1763) –
i puentujący komentarz warszawskiego językoznawcy: „Wszyscy
wiemy, jaki jest koń. Ale dobrze można powiedzieć, metatekstowo
(czyli tekstem o tekście), zamiast tego, jaki jest, właśnie to,
że wszyscy wiedzą, jaki jest. I że nie trzeba przez to pisać, jaki jest.
I nawet nie trzeba pisać, że nie trzeba tego pisać”.
Wychwytujemy z niego jeszcze jedną cechę pisarstwa Jerzego
Bralczyka, a mianowicie humor językowy, kapitalną umiejętność
bawienia się słowem, gry słowem.
A teraz „Życie jest nowelą” – popularny fragment piosenki Jacka
Cygana wykonywanej przez Ryszarda Rynkowskiego, rozpoczynającej
każdy odcinek telewizyjnego serialu „Klan”: „Piosenki rozpoczynające
seriale są często absurdalne. Z tej, tak często słuchanej, dowiadujemy
się między innymi, że życie jest nowelą, która wciąga jak rzeka i której
nigdy nie mam dosyć. Jeżeli coś mnie wciąga jak rzeka, to ja mam
tego dosyć bardzo szybko”.
I na koniec – „Niech prawo zawsze prawo znaczy, a sprawiedliwość
– sprawiedliwość” z „Kwiatów polskich” Juliana Tuwima (1894–1954).
Pisze profesor Bralczyk: „Słowa czasem wymagają obrony, zwłaszcza
gdy są nadużywane. Tak bywa z nazwami wartości, takimi jak
»wolność«, »prawda« czy »piękno«. Używa się ich instrumentalnie,
nagina ich znaczenia, manipuluje się ludźmi za ich pośrednictwem.
Czasem wystarczy do słowa dodać przymiotnik »prawdziwy«, żeby
je zmienić w coś dziwacznego. Co to jest »prawdziwa demokracja«?
Albo »prawdziwa miłość«? (...)
Bardzo bym chciał, żeby prawo było prawem, a sprawiedliwość
sprawiedliwością. Ale znowu nie chciałbym, żeby ktokolwiek, ja też,
mógł tak sobie powiedzieć, że te słowa mają znaczyć to, co znaczą.
Węszę w tym pewną uzurpację, choć czasem może to tylko
naiwność”.
Myślę, że to nie naiwność, lecz mądrość i ostrożność
w formułowaniu sądów o świecie, cechujące umysły najtęższe –
od Sokratesa (jego słynne „wiem, że nic nie wiem”) po Szymborską
(sprowadzający się do słów Sokratesa główny wątek jej przemówienia
po otrzymaniu Literackiej Nagrody Nobla).
Zapraszam gorąco do myślenia razem z Jerzym Bralczykiem.
Zapewniam, że to proces wyjątkowo atrakcyjny i wzbogacający
intelektualnie!
1
A bodaj cię!
Przekleństwo
Bodajeś sczezł! Bodaj cię święta ziemia nie nosiła! Bodaj cię pokręciło!
A bodaj ci nóżka spuchła!
To ostatnie to Łatka w „Dożywociu” Fredry, reszta nasza, wspólna.
I wiele innych. Tak życzymy tym, którym źle życzymy. Czyli:
złorzeczymy. Mówimy wtedy złe rzeczy, niekoniecznie od razu
z prawdziwym, szczerym życzeniem, żeby się tak właśnie spełniły. Ale
jak powiemy, to nam ulży. Będziemy mniej źli, także na tych,
do których tak mówimy.
Na początku takich formuł, których magiczność dziś ogranicza się
do psychologicznego mechanizmu odreagowania, a kiedyś mogła być
przedmiotem wiary, pojawiać się może życzeniowe „żeby”, które
w podstawowej funkcji, jako spójnik, zaczyna zdanie podrzędne,
zwykle celowe. Robię coś, żeby to coś innego było albo żeby czegoś
nie było. W takim celu. Mówię też często po to, żeby coś. Czasem
nawet to mówię. Bywa, że to cel sam w sobie, wtedy robię coś tak,
żeby robić; mówię tak tylko, żeby mówić. A kiedy przed „żeby” nic nie
stawiam, może dać ono początek takiemu przeklinającemu zaklęciu
czy zaklinającemu przekleństwu. I tu nie może być zastąpione przez
żadne książkowe „aby” czy „by”. Co innego w dobrych życzeniach, jak
„aby nam się”.
Ale możemy też zaczynać od bardziej staropolskiego „bodaj”. I ono
ma również inne funkcje, bodaj czy nie kilka: taką właśnie
przypuszczającą, jak parę wyrazów temu, taką, co ogranicza,
podobnie do „przynajmniej”... Ale ta życząca jest pierwotna,
podstawowa. „Bodaj” wzięło się oczywiście z przywoływania Boga, to
Bóg miał coś dać. Dzisiejszy rozkaźnik, prawda, że wielofunkcyjny,
bo i do próśb, i do rad, i do pozwoleń oprócz rozkazów się odnoszący,
kiedyś bywał życzeniowy i mógł się do drugoosobowo Boga stosować,
zaklinanego, żeby coś nam dał. „Bóg daj!” – prosiliśmy, życząc sobie,
żeby Bóg dał.
A innym, tym, co nas, powiedzmy, zdenerwowali, bodaj dał
co złego. Bodaj im noga spuchła, co dolegliwością jest sporą, więc
Łatka łagodzi to życzenie zdrabnianiem tej nogi do nóżki. Bodaj ich nie
nosiła ziemia, nazwana tu dla wytłumaczenia tego życzenia świętą,
przez co jasne jest, że stąpając po niej swymi niegodnymi nogami,
profanują ją. Bodaj sczeźli, czyli znikli, przy czym bodaj czy niejedyne
to względnie żywe zastosowanie tego archaicznego czasownika, a też
i osobliwego połączenia życzącej partykuły z osobową czasownikową
końcówką „-eś”. Bodaj ich pokręciło, co rozumieć można jako
związane z różnymi zsyłanymi przecież przypadłościami, zarówno
fizycznymi, w rodzaju tańca świętego Wita, czy, banalniej,
reumatyzmu, jak i psychicznymi, dającymi różne pokręcenia
umysłowe.
Ale to przecież nie na serio, a czasem nawet wręcz żartobliwie.
I mówimy tak nawet wtedy, kiedy się wcale nie gniewamy, tak sobie,
dla żartu.
No, powiedzmy, półżartu.
2
A kysz, zgiń przepadnij!
Zaklęcie
Każda z części tego zaklęcia może występować osobno, ale zwykle,
gdy ma to być zaklęcie skuteczne, wezwaniu do zginięcia towarzyszy
apel o przepadnięcie i odwrotnie. I pojawia się tajemnicze „kysz”.
Możemy adresować te okrzyki a to do siły nieczystej, z którą najmniej
chcemy mieć do czynienia, a to do ducha jakiegoś, a to, czasem,
do myśli własnych czy do innych natrętnych postaci, spraw i rzeczy.
Ale bywa bez adresu. Już tam wiedzą, do kogo to.
Najciekawsze jest, rzecz jasna, „kysz”, dość obce zwyczajom
fonetycznym polszczyzny, w której bardzo rzadko po „k” występuje „y”
(podobnie zresztą jak „e”). Samo „kysz” ma, jak się zdaje, właśnie
funkcję wynikającą poniekąd z fonetyki, jest dźwiękiem jakoby
nadającym się do płoszenia. Może przypominać dźwięk szybkiego
znikania, czmychania powiedzmy. Takiego czegoś, co da się opisać
jako czmychu-czmychu.
„Kysz” samo nie występuje, musi je poprzedzać „a”. Takie „a”
pojawia się też przy innych płoszeniach i przeganianiach: „a sio!”
wołamy do ptactwa, którego chcemy się pozbyć, „a pódziesz!”
zwracamy się do psa, tak skracając czas przyszły czasownika
odchodzenia, „a psik!” psikamy na kota, najczęściej bezskutecznie. Ale
„sio”, „pódziesz” i „psik” mogą być bez „a”. „Kysz” nie.
Często nie ograniczamy się do jednego „a kysz!”, podwajając je,
przy czym czerpiemy chyba ten wzorzec z drugiej części „Dziadów”,
gdzie zresztą „a kysz!” rymowało się nieco ryzykownie ze „święty
krzyż”. Być może powinniśmy wezwanie to potrajać, bo co trzykroć
mówione, jest skuteczniejsze. W „Dziadach” także się miejscami
potraja, tam płoszenia duchów i widm akurat jest dosyć sporo.
Wezwanie do tego, żeby to zginęło i przepadło, wydaje się
daremne. Czy po to nam się coś ukazuje, żeby na prośbę zniknąć, i to
na tak naiwnie dosłowną prośbę? A jednak czujemy, że w „zgiń
przepadnij” wypowiedzianym tak właśnie, łącznie, bez przecinka
intonacyjnego, jest coś tajemniczego, co skłoni nieczystą siłę
do ustąpienia. Zwłaszcza oczywiście, gdy dodamy to, trochę zabawne
w izolacji, ale zapewne uzasadnione magicznie płoszenie kyszem.
Czy zginąć to to samo, co przepaść? Jasne, „przepaść” może być też
groźnym rzeczownikiem, co może wpływać na skojarzenia, ale nie o to
tu chodzi. „Zginąć” ma w stosunku do ludzi dwa odniesienia: zgubić
się nie do odnalezienia i gwałtownie stracić życie. „Przepaść” ma to
pierwsze znaczenie, czasem bywają tak też metaforyzowane różne
stopnie porażek i klęsk. Tu oczywiście chodzi o jedno znaczenie,
wspólne dla obu rozkaźników: żebyśmy tego nie widzieli. Żeby znikło,
czy zniknęło, wszystko jedno, żeby się zgubiło, usunęło. Żeby tego nie
było dla nas. Bo że w ogóle jest, to jest i zapewne będzie.
Trochę to dziwne: jak ono ma przepaść? Czy ja mógłbym przepaść?
Ja miałbym się nie odnaleźć? Siebie?
Ono ma przepaść, ale relacyjnie. To mnie ma przepaść i zginąć.
A kysz.
3
A mnie się marzy kurna chata
Jan Kaczmarek, kabaret Elita
A. Zwykle ten czasem łączący, często zestawiający, a bywa,
że i przeciwstawny spójnik występuje w drugiej części tego,
co mówimy. Jan myśli, a Piotr czyta. Jan myśli, a Piotr mówi. Jan
myśli, a Piotr nie myśli. A tu nie. To znaczy, owszem, coś tam było
przed tym refrenem piosenki, coś, z czym zestawiane jest to moje
osobliwe marzenie. Ale w cytacie mogę dawać to od razu, bez
zapowiedzi. Ni stąd, ni zowąd. Albo po czymkolwiek, byle z pewnym
koniecznym tu rozmarzeniem, które może być sprowokowane
wszystkim albo zgoła i niczym. A tak sobie.
Przy tym „a” dobrze pasuje zaimek pierwszej osoby. „Pan tu, panie
Pogorzelski, to i tamto (tu były umieszczone różne opisy czynności),
a ja gorę!” – wołał upiór ze starego opowiadania, i wtedy chodziło
o jakąś podstawową niesprawiedliwość losu. Zdarza się nam myśleć,
że wszystkim się udaje, a mnie nie. Inni to ho, ho, a ja nic. Zresztą,
jak pisał Kochanowski, niech drudzy za łby chodzą, a ja się dziwuję.
Inni są, jacy są, a mnie – marzy się kurna chata.
Z historii pamiętamy, na czym polegała kurność chaty, ale tu... No
jasne, wiemy, skąd to określenie rodzaju chaty wzięło się tutaj. Nie
dziwilibyśmy się nawet przecinkom, które by ten rzadki przymiotnik
otaczały, czyniąc zeń wyraźniej zupełnie częsty niby-rzeczownik,
zastępnik innego niby-rzeczownika, a w istocie wykrzyknika. Tak to,
kurna, jest. Tak się mówi na północy, na południu raczej „kuźwa”, ale
ona już nie może żadnego przymiotnika udawać.
Kiedy ktoś nazbyt potocznie powie: „a mnie się marzy, kurna,
chata”, pomyślimy o kimś, kto poszukuje lokalu, niekoniecznie zresztą
do mieszkania. Dziś wprawdzie „chata” jest nazwą mieszkania raczej
dla trochę starszego pokolenia, ale jeszcze funkcjonuje. Dziwimy się
wprawdzie tym dwóm prostym słowom w kontekście podniosłego
marzenia, ale może być. A z drugiej strony...
W tej „kurnej chacie” coś jest. Mniejsza o kontekst piosenki, ja mam
ochotę
tego
cytatu
używać
raczej
wtedy,
gdy
myślę
o bezpretensjonalnej przaśności, gdy chcę dać odpór dążeniom,
tendencjom i modom, a zwłaszcza obowiązującemu postępowi. Świat,
owszem, idzie do przodu, a mnie się marzy kurna chata. Prosta, bez
tych tam różnych, lepianka zgoła. Wsio taki żal...
Nie jest tak zresztą, żebym o tym marzył sam z siebie, aktywnie,
świadomie i z programem. Nie, tu to ona mnie się marzy, ja marzeniu
ulegam. Takie marzenie jest nieco mniej realne. O ile „o czym ty
marzysz...” może być rozwiewaniem naszych marzeń, to „co ci się
marzy...” jest wręcz ich likwidacją. Marzyć mi jeszcze wolno, czasem
nawet jeszcze do tego zachęcają, ale niech mi się raczej nie marzy,
że... Albo coś. Lepiej niech mi się nic nie marzy.
Kiedy coś mi się marzy, choćby i chata, to jej sprawa. Ja jestem
w celowniku, mnie się coś dzieje, a chata jest w mianowniku, ona jest
podmiotem, to ona coś robi, jest aktywna.
A ja, cóż, podporządkowuję się. A mnie się marzy. Chata. Kurna...
4
A może byśmy tak, najmilsza, wpadli
na dzień do Tomaszowa?
Julian Tuwim (1894 – 1953) „Siódma jesień”
(1922)
Tuwim napisał nie „najmilsza”, tylko „jedyna”. Kiedy niemal pół wieku
potem śpiewała to Ewa Demarczyk, oczywiście zmieniony był rodzaj
gramatyczny, z żeńskiego na męski. A także absolutywność ustąpiła
miejsca superlatywności, czyli „jedyność” – „najmilszości”. Trochę
pewnie z tych samych powodów, a trochę dlatego, że do melodii
„jedyny” też mniej by pasowało. I śpiewała o „najmilszym”. Później
wrócił rodzaj żeński, bo słowa się po części od melodii i w ogóle
od piosenki oderwały i funkcjonują jako poetycki cytat. Choć,
oczywiście, piosence zawdzięczają popularność.
„A może by tak?”. „A gdyby tak?”. Tak sformułowana propozycja nie
jest szczególnie wiążąca ani obligująca, można ją odrzucić, a i sam
proponujący może zaraz zmienić zdanie. To tylko taki luźny pomysł.
Nie może on dotyczyć niczego poważnego, wielkiego. Ot, tak sobie
wpaść by gdzieś można, ale można by i nie wpadać. Wpaść na krótko,
na dzień najwyżej. „Może” – daje tu hipotetyczność, „a” i „tak” –
nagłość, spontaniczność, poczucie, że to tak ni z tego, ni z owego,
a „by” – warunkowość. Wszystkie te osłabienia raczej czujemy, niż
świadomie odbieramy, zresztą też półintuicyjnie są proponowane.
A może by tak...
Tak się nie możemy wybierać, wyjeżdżać. Tak bez planu możemy
co najwyżej wpadać, a raczej raz wpaść. Te czasowniki, pierwotnie
oznaczające dość nagły ruch w dół połączony z przypadkowością,
mogą metaforycznie opisywać sytuacje skrajnie niepożądane. Wpadki.
Kiedy nie mówimy, gdzie wpadliśmy, tylko że wpadliśmy, to oznacza,
że wpadliśmy naprawdę. Trudno wypaść z takiego miejsca, do którego
się wpadło, trudno się nawet wydostać. Długo to wpadnięcie potrwa.
Ale wpaść czy wpadać możemy też właśnie, gdy celowo, na bardzo
krótko. Nawet „jak po ogień” – i wtedy jak z ogniem wypaść. Czy
wypadać. Kiedy do kogoś tak wpadamy, to bez uprzedzenia, bez
zaproszenia często, tylko tak, żeby się na chwilę zobaczyć i zaraz
pożegnać.
Podobnie z miejscami, do których się wpada, głównie
z miejscowościami. Tutaj Tomaszów jest symbolem miejsca, z którym
łączą nas wspomnienia, a wpadnięcie do niego pewnie pozwoli na ich
zaktualizowanie. Ale takich sentymentalnych wypraw lepiej nie
planować, dobrze, gdy tak sobie przyjdzie nam do głowy, że można
by tak wpaść tam na jakiś dzień.
Słowa są skierowane do „jedynej” albo do „najmilszej”. Takie luźne
pomysły przychodzą nam czasem do głowy. A jeśli przy okazji, kiedy
właśnie pomyślimy sobie, że może byśmy tak gdzieś wpadli, i kiedy
zaproponujemy to komuś bliskiemu, przypomni nam się ten miły
stopień najwyższy przymiotnika „miły” lub ten dziwny zaimkowo–
liczebnikowy przymiotnik oznaczający wyjątkowość – to chyba będzie
bardzo dobrze.
Może byśmy czasem tak zaproponowali...
5
A niechaj narodowie wżdy postronni
znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język
mają
Mikołaj Rej (1505–1569) „Do tego, co czytał”
(1562)
Trochę dziwny tytuł utworu: „Do tego, co czytał”. Skoro czytał,
po co ma czytać znowu? Wolę inny tytuł, także Reja: „Do tego, co to
będzie czedł”. Czyli: czytał. Dość z kolei oczywisty, ale przez to zawsze
trafny. Ale w tym skierowanym do tego, co to już czytał, jest jedno
z najważniejszych polskich zdań, z dumą przez Polaków przez wieki
powtarzane. Dziś także często przypominane tym, którzy obcymi
słowy zachwaszczają piękną polską mowę.
I takąż dumę Rejowi przypisujemy. Wiedział on, iż (wolę „że”, ale
Rej pisał „iż”, uprawomocniając dzisiejszą pretensjonalną modę)
mamy swój język. Wiedział lepiej od innych, skoro jako ojciec
literatury polskiej sam go tworzył.
Kiedy mówimy, że coś jest, pokazujemy tym samym, że uważamy to
za nieoczywiste. Inaczej przecież byśmy nie mówili. Gdy w rozmowie
po polsku prowadzonej powiem rozmówcy nagle „o, mówi Pan
po polsku”, to się zdziwi, albo nawet obrazi, przypisując mi słusznie,
że do tej pory nie uważałem tego za zrozumiałe samo przez się.
Mamy swój język i uważamy za stosowne o tym poinformować.
Polacy niniejszym informują, że mają swój język. Niemal tak, jak dziś
informujemy o nowym adresie internetowym. Informuje się o tym
postronne narody, żeby wiedziały. Pewnie zatem do tej pory nie
wiedziały. Nasuwa się przykra myśl, czy przypadkiem to nie przede
wszystkim właśnie ze względu na opinię narodów dobrze jest mieć
własny język.
I jeszcze do tego te gęsi. Rejowi oczywiście nie chodziło o to, że nie
jesteśmy gęsiami, choć gdy na tym właśnie słowie cytat kończymy,
co wielu się zdarza, takie tylko znaczenie można w nim widzieć.
Chodziło mu o to, że nasz język nie jest językiem gęsim, że nie
mówimy jak gęsi, po gęsiemu. A komuż się tak zdawać mogło? Czyżby
polszczyzna przypominała gęganie? Często właśnie do gęsich
dźwięków porównuje się mówienie niezrozumiałe, a też i prostackie,
i bełkotliwe, i głupie zgoła.
A i same gęsi, choć wiedzieliśmy, że Rzym ocaliły, nie jawiły się nam
nigdy jako ptaki inteligentne, którymi w rzeczywistości podobno są.
Mówimy o głupich gęsiach i gąskach, narażając się przez to paniom,
które gąsiorami mężczyzn ze względu na absurdalność tego
porównania nie mogą nazywać. Tylko Iwan Iwanowicz mógł u Gogola
tak nazwać Iwana Nikiforowicza, albo zresztą odwrotnie. Uważamy
też, że gęsi mają też ograniczone możliwości konwersacyjne,
zwłaszcza z prosiętami.
Zatem niech inni wiedzą, że Polacy to nie byle co, że sroce spod
ogona nie wypadli, że nie mówią po gęsiemu. Zwłaszcza niech wiedzą
postronni narodowie, na których opinii zależy nam najbardziej. Niech
sobie nie myślą. A nam będzie przez to łatwiej, gdy z uzasadnioną
dumą będziemy mówili po polsku, którym to przecież językiem,
zdaniem wielu polskich dawnych filologów amatorów, mówili Adam
z Ewą.
6
A świstak siedzi i zawija je w te sreberka...
Reklama
Ten gość z reklamy, co tak mówił, sam to widział. Ale my też, razem
z nim. W tym bajkowym świecie różne zwierzęta wspólnie robiły
czekoladę. Mało tego, pakowały ją i pewnie dystrybuowały.
Rzeczywiście, siedział świstak (jeśli to był świstak, a nie na przykład
suseł, bo to przeciętnemu mieszczuchowi może się mylić) i zawijał.
Czekoladę w sreberka. A potem ten, co to widział, opowiadał to,
przejęty, znajomym, a oni nie wierzyli. Tak bardzo nie wierzyli,
że mieli go za nienormalnego. Gdyby był normalny, pewnie
by protestowali, a tak nie chcą pomylonego drażnić i przytakują. Tak,
taak, o-czy-wiś-cie...
I tak się zdarzyło, że ten cytat z reklamy zaczął być używany
do wyrażania wątpliwości. Różne były cytatowe ironie wskazujące
na nieprawdy. Historycznie erudycyjne „kiedy Kara Mustafa, wielki
wódz Krzyżaków...” wskazywało na pomieszanie z poplątaniem,
którego dopuścił się szanowny polemista. Swojsko-rodzinne „baj,
baju, będziesz w raju” dość poczciwie pokazywało, że nie wierzymy
także dość poczciwym czyimś bajaniom. Ludowe „stryj mu byli ciotka,
a rodzony kowal” przypisywało rozmówcy niedostatki w umiejętności
sprawnego kategoryzowania bytów tego świata. „Świstak” mówi
o podstawowej niewiarygodności opowieści.
W początkowej relacji „a świstak siedzi...” jest kolejnym elementem
wyliczenia zestawiającego opisy różnych dziwnych produkcyjnych
aktywności zwierzęcych. Jedno zwierzę to, drugie tamto, a świstak...
W cytatach jest nieco inaczej. Tutaj świstak pojawia się jako reakcja
niewiary. Ktoś o czymś opowiada, a ja nie wierzę. Mogę powiedzieć,
że nie wierzę, mogę się ironicznie uśmiechnąć albo inaczej dać wyraz,
że to, co słyszę, nie jest dla mnie godne wiary lub wręcz śmieszne. Ale
mogę powiedzieć o świstaku.
W takiej ripoście ważne są dwie rzeczy. Jedna logiczna, druga
społeczna. Po pierwsze, zestawienie wypowiedzi pretendującej do roli
rzetelnego opisu z ewidentnym nonsensem za pomocą koniunkcyjnoprzeciwstawnego „a” ma czynić nonsens z tej wypowiedzi. Kiedyś
mówiło się, że jeśli to, co mówisz, jest prawdą, to ja jestem cesarz
chiński
–
trafnie
wyprowadzając
nieprawdziwy
wniosek
z
nieprawdziwej
przesłanki.
Przy
czym
wiadome
było,
że z nieprawdziwej przesłanki i prawdziwy wniosek może wypływać,
tylko z prawdziwej nieprawdziwy nie może. Tutaj logiczna zawiłość
towarzysząca pewnej dosłowności ustępuje przed zestawieniem
z nonsensem, którym to nonsensem nieco eliptycznie „zaraża” się inne
zdanie. Tak, to prawda, a świstak siedzi... Czytaj: to taka sama
prawda jak to, że świstak siedzi...
Po drugie, tak podważać wiarygodność można mniej boleśnie.
Nawiązując
do
wspólnie
znanego
cytatu,
wskazujemy
na komunikacyjne porozumienie z tym, komu nie wierzymy, być może
na to, że to wszystko może być odczytane jako koleżeńskie żarty...
I nie zapominajmy, że świstak naprawdę siedział i zawijał.
7
A tu pospolitość skrzeczy
Stanisław Wyspiański (1869–1907) „Wesele”
(1901)
Duch się rwie do wielkich rzeczy, a tu pospolitość skrzeczy. Powtarza
się tę konstatację często, zazwyczaj zmieniając „pospolitość”
na „rzeczywistość”. Znaczenie jest proste i atrakcyjne. Chciałoby się
wiele zrobić, myśli się o wielkich rzeczach, ale ta rzeczywistość...
Ogranicza nas i tyle. Żeby nie ona...
W tym sensie zmiana pospolitej pospolitości, która jest oczywiście
przeszkodą, ale tylko przez to, że spłaszcza to, co wzniosłe, i nie
pozwala
duchowi
osiągnąć
wyżyn,
na
wszechogarniającą
rzeczywistość, która nie daje się do naszych zamiarów dostosować,
jest naturalne, bo nam też dodaje wartości. Dzięki temu możemy
powiedzieć, że chcemy jak najlepiej, a że wychodzi jak zazwyczaj, to
już nie nasza wina.
Zaczyna się ten cytat tak, żeby można go było z czymś połączyć. To
„a tu” jest wyraźnie konfrontacyjne, zwykle pokazuje niezgodność
zamysłów z okolicznościami i realizacjami. „Chciałem coś zrobić,
a tu...”. I, oczywiście, nie zrobiłem. „Właśnie chciałem wyjść, a tu
telefon”. I nic z tego. Do tego „tu” dobrze pasuje „masz”, które tu jest
skierowane akurat do samego siebie, że niby mam, co chciałem.
Oczywiście ironicznie, bo nie chciałem. „Zabierałem się do pracy, a tu
masz!”. Gdyby nie to, co to „masz”, mógłbym popracować.
Mam wielkie plany, a tu rzeczywistość przeszkadza. Trochę to
dziwne wytłumaczenie, bo pokazuje nas jako idealistów nieliczących
się z realiami, ale przecież naprawdę pokazuje nie rzeczywistość
w ogóle, ale tę naszą rzeczywistość, tę przaśną i pospolitą właśnie.
Takie są, niestety, nasze, proszę państwa, realia, i już. Musimy się
z nimi liczyć.
Ta rzeczywistość (u Wyspiańskiego pospolitość) skrzeczy. To
wyjątkowo niemiły dźwięk, przy tym wydawany przez istoty żywe.
Skrzeczące ptactwo nie budzi naszej sympatii, zwierzę skrzeczy raczej
z bólu i przerażenia, a gdy mówimy, że skrzeczy człowiek, to albo
naprawdę bardzo nie lubimy jego głosu, albo myślimy o tym człowieku
jak najgorzej. Taki skrzek jest właściwie tak niemiły, że czujemy
do niego odrazę. Do niego i do tego, kto go wydaje. Skrzeczą ci,
którzy czegoś od nas chcą, którzy nas krytykują i w ogóle
przeszkadzają. Skrzek dobiega gdzieś z dołu, jest płaski i przyziemny,
jak pospolitość. Nawet bardziej jeszcze.
To wszystko dotyczy już dziś niemal wyłącznie rzeczywistości. Cytat
ten przywołują artyści niemogący się rozwinąć, politycy, którym inni
politycy przeszkadzają, ci, od których wiele zależy, ale którzy sami
swoje niepowodzenia kładą na karb rzeczywistości. Ta skrzecząca,
niemiła rzeczywistość staje się ich przeciwnikiem. I są wobec niej,
niestety, oczywiście, bez szans.
Pospolitość czasem się jeszcze pojawia, ale jako przeciwnik,
któremu musimy ulec, nie jest specjalnie atrakcyjna. Ona też nas
otacza, mówiąc o niej, opisujemy także rzeczywistość, możemy nią
nazywać to, czego nie akceptujemy, ale to byłoby zbyt pospolite.
Wolimy ulegać rzeczywistości.
8
Aaa, kotki dwa, szare, bure obydwa
Ludowa kołysanka
Początkowe aaa może być uzasadnione tylko chęcią wprowadzenia
kołysankowego rytmu. A-a-a, z akcentem na trzecim „a”. Anapest,
czyli rytm właściwy trzysylabowcom z akcentem na sylabie trzeciej,
ma kilka funkcji. W starożytnej Grecji tak właśnie bębniści walili
w bębny, pobudzając piechotę do żwawego marszu. Ta-ta-tam, ta-tatam, ta-ta-tam. Tak wykorzystuje ten rytm dzisiejsza reklama,
w sloganach i nazwach akcentując trzecią sylabę, czy to w „Ociec
prać”, czy w „Pepsi pij”, w „Er-em-ef” i w „Radio Zet”.
Ale anapest, gdy cichy i wolny, może nie pobudzać, lecz usypiać. Aa-a... kot-ki-dwa... W wielu kołysankach tak jest, np. u Brahmsa.
W „Lulajże Jezuniu” akcent jest inny, ale przedłużając ostatnie sylaby
słów, ten sam efekt osiągamy.
A w polszczyźnie skąpo w anapesty, bo wyrazy amfibrachicznie
na drugą od końca akcentujemy, i dla uzyskania anapestu musimy
zestawiać dwa słowa, a to drugie krótkie, jednosylabowe, da też
w wierszu męski rym.
Do usypiania takie a-a-a nadaje się jak najbardziej. Już drugie „a”
wprowadza akcent nadmiernego spokoju, jak gdybyśmy zobaczyli
Czatyrdah („To Czatyrdah! Aa!”), trzecie, zwłaszcza trochę mocniejsze
i przedłużone, może dodawać pierwiastek nudy. I mamy dalej
uniwersalne kotki, w magicznej liczbie dwu, które tej nudy nie
rozpraszają, wręcz przeciwnie...
Kołysanka ma dalszy ciąg, ale tak jakby go nie miała, bo dziecko
i tak powinno zaraz po pierwszych kotkach usnąć. To właściwie
wszystko jedno, bo nic przecież dziać się nie powinno i nie może.
Mowa tam o kotkach, które nie będą robiły nic innego, poza
bawieniem dziecka. Osobliwe to zresztą bawienie, które nie polega
wcale na rozbawianiu, czyli dostarczaniu rozrywki. Wręcz przeciwnie –
mamy pewność, że chodzi tu o takie kocie zachowanie, które ma
doprowadzić do rychłego zaśnięcia.
Ciekawe, że nie ma jasności co do koloru tych kotków. Najbardziej
rozpowszechniona lekcja tekstu sugeruje, że nie jest tak (co mogłoby
być od biedy logiczne), że każdy z kotków jest trochę szary, trochę
bury – tak by było, gdyby były obydwa szaro-bure. Nie, one są
obydwa szare i obydwa bure zarazem. W świetle innych ludowych
tekstów, w których te dwa kolory odróżnia się wyraźnie, to raczej
dziwi. Wskazuje też na to, że to właściwie też wszystko jedno, bo i tak
dziecko ma spać, i o to chodzi. Może szare, może bure, może i szare,
i bure...
Ogólne treściowe zaniechanie potęgowane jest przez wyjątkową
bezpretensjonalność rymów piosenki. Jeśli „dwa” rymuje się
z „obydwa”, to już naprawdę wszystko jedno...
A jednak jest to wzorzec polskiej kołysanki. Znamy i inne, ale ta
przychodzi na myśl najpierw. Jest w niej coś spokojnie pierwotnego,
jakiś dziecinny spokój (choć to sprzeczność przecież), jakaś
rozlewność... Kojarzy się z kołysaniem, zasypianiem... Dobranoc...
9
Aby nam się!
Życzenie
Może to być toast, może podnoszący ducha okrzyk, może pożegnalna
formuła. Ważne, że silnie zaznacza wspólnotę i życzeniowość. To
o nas chodzi, wszystkich i razem, i chcemy dla siebie...
No właśnie, czego chcemy? Mówi się to pojedynczo, ale niejako
w imieniu tych, do których się mówi. Ma być dla nas dobrze. Ale każda
konkretyzacja może prowadzić do nadmiernego uszczegółowienia.
Chodzi o to zapewne, żeby nam się powodziło, czyli dobrze wiodło,
wiodło po prostu. Się. Nie w tym rzecz, że coś mamy w tym celu robić,
pewnie, że będziemy, ale w tej sferze, która od nas zależy, i tak damy
sobie radę. Tu zaś mamy na myśli okoliczności, warunki, a także to,
co nazywamy losem, fortuną, szczęściem. To, co od nas niezależne,
a co tak się liczy.
To nas właśnie ma to spotkać, to nam się zdarzyć. Jak się zdarzy, to
znaczy, że się nam darzy. Dostajemy takie dary od świata,
od przeznaczenia, wyższych sił. My jesteśmy w celowniku, „nam”,
w przypadku, o którym mówi się w gramatyce, że jest konkretny
i wyraża beneficjanta, czyli tego, który coś dostaje. Tu – pod każdym
względem, bo etymologicznie i pozagramatycznie beneficjant to ktoś,
kto dobre rzeczy otrzymuje.
Same tylko dobre rzeczy, które można na różne sposoby pięknie
określać. Ale lepiej nazw nie używać. Lepiej już ogólnie życzyć
szczęścia, życzyć, żeby nam się darzyło, wiodło. I tak często robimy.
Możemy jednak pomyśleć, że i takim ogólnym nazwaniem łatwo jest
zapeszyć, bo przecież wiadomo, że los bywa złośliwy i przewrotny.
I może sprawić, że będzie na odwrót.
Więc najlepiej, zamiast używać słów, otworzyć miejsce dla myśli.
Takie językowe zaprogramowanie nie dopuści złej myśli, nikt nie
wpadnie na jakieś niepokojące uzupełnienie. Prawdę powiedziawszy,
pewnie na nic nie wpadnie, bo po pierwsze, ta wstępna formuła jest
już tak dobrze rozpoznawana, że wydaje się wystarczająca, po drugie,
i tak czujemy, że uczestniczymy w rytuale, a to życzenie jest po prostu
konwencjonalne.
Konwencjonalne, ale nie do końca. Taka elipsa, ten brak określenia
tego, co „się”, zostawienie tego dziwnego, zupełnie niesamodzielnego
zaimka samego na końcu to aposjopeza. Czyli retoryczne urwanie
zdania, co powinno pobudzić aktywność myślową, a może i werbalną
słuchaczy, które prowokuje językowe uzupełnienie. Tu wprawdzie –
o coś nieokreślonego, ale jednak. Nam się...
I może to pochodzi właśnie z naruszenia konwencji, z celowej
zmiany formuły, z pozostawienia jej niepełną, otwartą, czego formuły
tak nie lubią. Zdeformułowania jej, zdeformowania, uoryginalnienia.
Takie operacje najpierw mają zwiększać porozumienie, bo poruszają
niecodziennością, potem, często powtarzane jako atrakcyjne, stają się
niestety modne, nadużywane i banalnie pretensjonalne. Ale z „aby
nam się” to się na razie nie stało.
Może dlatego, że dobrze i bezpiecznie życzy nam tego, co najlepsze.
10
Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli
dostatniej
Hasło propagandowe, z przemówienia Edwarda
Gierka (1971)
W przemówieniu pierwszego sekretarza znalazło się długie zdanie:
„Aby Polska rosła w siłę, a życie jej obywateli było bardziej dostatnie”.
Nawet jak na materiał na cytat, nie mówiąc o sloganie, rozwlekłe
i mdłe. I banalne do tego.
A jednak. Dla wielu to zdanie, po pewnej przeróbce, stało się
kwintesencją propagandy PRL. Pewnie, trzeba było „obywateli”
zmienić w „ludzi”, z rzeczownikowego „życia” przejść do osobowego
czasownika „żyli”, co z kolei pociągnęło zmianę przymiotnika
w przysłówek, ułatwiając proste stopniowanie: „dostatniejsze” byłoby
trudniejsze do przyjęcia niż „dostatniej”.
Slogan jako gatunek, wśród różnych ciekawych przypisywanych mu,
ale nieobowiązujących, cech ma także niepełność struktury. Ten
zaczyna się od „aby”, stanowiąc zdanie (w istocie dwa zdania)
podrzędne, celowe, ale bez zdania nadrzędnego. Nie wiemy, co „aby”.
I bardzo dobrze. Otwierają się w ten sposób różne możliwości. Może
chcemy, aby. Może trzeba się starać, aby. Może dążymy do tego
wszyscy, aby. A może jeszcze coś innego. Tu mamy celowość czystą,
niezmąconą niepotrzebnym konkretem. Po prostu aby i już. Była to
jedna z ulubionych konstrukcji sloganowych w tamtej propagandzie,
choć funkcjonalna i w innych odniesieniach, bo, żeby daleko nie
szukać, refren popularnej piosenki „żeby Polska była Polską” też był
powtarzany bez szczegółowego przypominania, co kto w tym celu
robił. I przypomnijmy jeszcze popularnie skrótowo uogólnione
życzenia w miłych sytuacjach, jak „abyśmy tylko zdrowi byli” i może
„aby nam się”, a nawet samo „abyśmy”. I tak wiadomo, co.
A w działaniach publicznie perswazyjnych sformułowanie dobrego
celu, bliskiego wszystkim tak, jak tylko coś może być bliskie (cóż może
być bliższe niż siła i dostatek), jest zawsze pożądane. I to pominięcie
określenia działań w tym kierunku, działań, które przecież mogłyby się
wiązać z jakimiś wyrzeczeniami, też jest funkcjonalne.
W propagandzie PRL była jeszcze formuła równie apetyczna przez
brak dookreślenia: specyficzna konstrukcja przyimkowa „o + biernik”,
np. „o dalsze doskonalenie pracy ideologicznej”, „o większą
wydajność”. Po tym „o” stawiało się w bierniku coś niezwykle
potrzebnego i tytuł wystąpienia, referatu programowego itp. był
gotowy.
To jedno z głównych, optymistycznych haseł skrócono potem
do pierwszego członu. Rośnięcie Polski w siłę było trudniejsze
do podważenia, mniej sprzeczne z doświadczeniem potocznym niż
życie coraz dostatniejsze. Ale i tak wymiar tego hasłowego marzenia
coraz bardziej się ironizował, coraz częściej używano go do żartów,
i to coraz mniej pogodnych. Rozchodzenie się słownych deklaracji
z rzeczywistością, stopniowa alienacja tekstów pozytywnie
zachęcających to był jeden z wyrazistszych wymiarów upadku
systemu.
Teraz takich sloganów nie mamy.
11
AK – zapluty karzeł reakcji
Hasło propagandowe na plakacie Włodzimierza
Zakrzewskiego (1945)
Konstrukcja apozycyjna, składająca się z dwóch rzeczowników lub
grup rzeczownikowych w mianowniku, z trudnością może uchodzić
za zdanie. Jest jednak dość częsta w pewnym typie sloganu, kiedy to
mianowicie więzi znaczeniowej zachodzącej między dwoma
wyróżnionymi członami nie chcemy osłabiać słówkiem „to”. „Janek to
łobuz” to zupełnie dobre zdanie. To właśnie poprzednie zdanie też jest
dobrym zdaniem. „Janek jest łobuzem” jest zdaniem na pewno
pełniejszym, ale może nawet jak na okoliczności zbyt literacko
rozwiniętym. Gdybyśmy z kolei w mowie naturalnej powiedzieli „Janek
łobuz”, nie brzmiałoby to zdaniowo, ale w okrzyku „Janek płatny
pachołek bolszewików” zdanie orzekające słyszymy. „PZPR
kierownicza siła narodu”.
Inną konstrukcją typową dla sloganu, zwłaszcza politycznego, jest
mianownik z narzędnikiem, czyli też prawie porządne zdanie
orzecznikowe, tyle że bez łącznika „jest”. Zawsze łatwiej wykrzyczeć
„program partii pomostem w dwudziesty pierwszy wiek” niż „program
partii jest pomostem w dwudziesty pierwszy wiek”, a jeśli nie
wykrzyczeć, to przynajmniej napisać na plakacie czy transparencie.
Albo „Legia mistrzem”.
W obu tych relacjach, apozycyjnej z dwoma mianownikami
i mianownikowo–narzędnikowej, chodzi o stwierdzenie relacji albo
przypisanie cechy, albo zgoła identyczności czy tożsamości. Łatwo
wstawialne są łączniki „to” i „jest”, ale bez nich te relacje są bodaj
silniej wyrażone.
Napis na plakacie był nieco inny, niż go zapamiętano. Był na nim
wspaniały olbrzym i ohydny karzeł oraz tekst mający zohydzić kogoś,
kogo w tej postaci przedstawiano, z napisem „AK”. Kogoś, z kim
identyfikowały się miliony Polaków. Tekst brzmiał: „Olbrzym i zapluty
karzeł reakcji”. Olbrzyma zapomniano – i obrazu, i słowa.
Zapamiętano hasło jako: „AK – zapluty karzeł reakcji”.
Ta wyjątkowo obrzydliwa deskrypcja przeciwnika czy wroga,
ukazująca Armię Krajową nie tylko jako przedstawiciela wstrętnej
reakcji, wrogiej wszelkiemu szlachetnemu postępowi, nie tylko jako
małego, bezsilnego w istocie karła, ale jeszcze karła zaplutego, czyli
bezradnie i plugawie opluwającego, co właściwie wydaje się apogeum
obrzydliwości, wzięta była z tekstu jednak jeszcze bardziej
wyrazistego.
I w tym tekście-pierwowzorze wygłoszonym na bankiecie w Bristolu
dwadzieścia parę lat wcześniej nie chodziło bynajmniej o formację
zbrojną, tylko o człowieka. I Józef Piłsudski opisywał go jako
„zaplutego, potwornego karła na krzywych nóżkach, wypluwającego
swoją brudną duszę i robiącego małpie grymasy”.
Żeby ukazać przeciwnika obrzydliwie, sięga się po słownictwo
obrzydliwe. Robi się jeszcze bardziej obrzydliwie, gdy korzysta się
z gotowców, nie bacząc na ich polityczną i ideologiczną proweniencję.
12
Ala ma kota
Marian Falski
(1937)
(1881–1974)
„Elementarz...”
To zdanie uchodzi za najbardziej elementarzowe i wręcz elementarne.
Wprawdzie pierwszym pisanym szkolnym zdaniem przez lata było „To
As”, ale też marne to było zdanie, nie tylko zbyt krótkie, lecz także bez
prawdziwego czasownika. I nie opisywało ono świata, niczego
właściwie nie mówiło, było raczej zanotowanym aktem nominacyjnym
przypisującym w dość prymitywny sposób jakiemuś psu jakieś,
najprymitywniejsze zresztą, imię.
Dopiero „Ala ma kota” może dawać poczucie prawdziwego, dobrze
pomyślanego sądu, wyrażonego pełnym, porządnym zdaniem. Pewna
Ala jest właścicielką zwierzęcia – kota mianowicie.
Kot dobrze tu pasuje. Jest żywy, pobudza wyobraźnię. Można go
mieć. Mógłby to być pies, ale z nim językowe kłopoty. Dlaczego jest
pies, ale można mieć tylko psa? A nie, jak należałoby oczekiwać,
piesa? I trzeba tłumaczyć, co to były jery i dlaczego w mocnej pozycji
dawały samogłoskę, a w słabej nikły. Niby to proste, ale nie bardzo –
i pies z psem się nie zgadza. A kot z kotem – to pasuje, jak
najbardziej.
Ala ma więc kota. Ta Ala to zapewne Alicja, ale mała jest, można
o niej mówić Ala. Taka nadobecność samogłoski „a”, bo i ma, i kota,
przy jednoczesnym oszczędnym używaniu spółgłosek, sprawia,
że zdanie dobrze się nadaje do chóralnego powtarzania, łatwo też
rodzi pierwszą satysfakcję z łatwości czytania.
Wprowadza jednak trochę w błąd. Zdaje się sugerować,
że polszczyzna to podobny na przykład włoskiemu język
samogłoskowy, w którym bardziej typowe są małe koty niż pstre
przepiórki czy nastroszone cietrzewie. W przyrodzie zapewne są
spotykane częściej, lecz dla języka polskiego „alamakota” to dźwięk
niemal obcy, brzmiący odlegle, gdzieś spomiędzy Alabamy i Dakoty.
I proszę sobie wyobrazić, że w pierwszym wydaniu elementarza
Falskiego, w „Nauce czytania i pisania dla dzieci” z 1910 roku, tego
elementarnego zdania wcale nie było! Było tylko „To kot Ali”, a to
przecież nie to samo. Co prawda w „Elementarzu dla I klasy szkół
powszechnych wiejskich” z 1937 roku Ala miała kota, ale...
Ale w innych wydaniach powojennych, także tym, z którego się
uczyłem, zdania tego próżno szukać. Przekonany, że musi ono
przecież być, szukałem długo. Ala i Ola mają psy i lale, ale o kocie Ali
cicho! Pierwszy elementarzowy kot należy do Olka i pojawia się
dopiero na 29. stronie. A jednak zdanie „Ala ma kota” jest związane
z elementarzem jak żadne inne, jak abecadło, którego zresztą też
w elementarzu Falskiego nie ma...
Ala ma i będzie miała zawsze kota. W alternatywie „być” czy „mieć”
Ala zdaje się opowiadać po stronie „mieć”. Dobrze jest coś mieć,
choćby kota. A może zwłaszcza kota.
13
Ale kino!
Andrzej Zaorski, „Para-męt pikczers, czyli kulisy
srebrnego ekranu”, radiowy kabaret (lata
siedemdziesiąte XX w.)
„Ale miałem, wiesz!” mówimy komuś, kto oczywiście nie wie,
bo i skąd. „Ale ci było!” mówimy, chociaż oczywiście nie tobie to było,
tylko w ogóle, a ty nawet nie wiesz co. „Ale!”. Ten spójnik,
znaczeniowo bliski „jednak” czy „chociaż”, a nawet „mimo to”, chociaż
jednak trochę inny, ale jednak mimo to i tak zasadniczo
wprowadzający gramatycznie znaczenie przeciwstawne („byłem tam,
ale nie widziałem” – czyli wiem, że z tego, że byłem, można
wnioskować, że widziałem, ale jednak nie było tak, bo chociaż
byłem, to jednak mimo to nie widziałem), bywa jednocześnie
ekspresywny i wyraża wtedy nasze subiektywne zdziwienie
obiektywną rzeczywistością. „Ale to było dopiero!” – wyrażamy
zaskoczenie nie tylko i nie tyle tym, co było, ile rozmiarami tego
właśnie. Ten spójnik wyraża nasz stosunek do świata także na inne
różne sposoby. Ktoś mi coś mówi, a ja mu: „ale!...”. Znaczy, nie
wierzę. Ale nie tak bardzo znowu, żeby powiedzieć, że nie. Tylko
wyrażam niedowierzanie.
Ciekawe, że to wyrażanie zwykłych, chłodnych, choć
skomplikowanych relacji gramatycznych i takie zdawałoby się
spontaniczne emocjonalizmy mają wspólny wykładnik.
„Ale kino!”. Czyli: było co oglądać. Nawet trochę zabawy było.
„Kino, mówię ci”. „Zupełnie jak w kinie”. „Prawdziwe kino”. Te
określenia wskazują, że daleki byłem (i jestem) od identyfikowania się
z tym, co widziałem, że to, co dla innych zapewne było naprawdę, dla
mnie było tylko widowiskiem. Co jak co, ale się napatrzyłem. Istne
kino.
Dobrze i po męsku jest manifestować postawę obserwatora. Oni
tam, proszę ciebie, różne rzeczy, a ja patrzę. Albo nawet: a ja się
patrzę. I mnie to, za przeproszeniem, wisi. Mówiąc bardziej elegancko,
mam
dystans.
Przejawiam,
powiedziałbym,
daleko
idącą
powściągliwość wobec aktualnie postrzeganej rzeczywistości. Taka jest
moja postawa.
Ale to nie znaczy, że pozostaję estetycznie obojętny. Mój brak
zaangażowania bezpośredniego nie pozbawia mnie możliwości
czerpania satysfakcji z obserwacji. Przeciwnie, właśnie dlatego mogę
się nią nawet, powiedzmy, bawić. Ale kino.
Ten okrzyk, skonwencjonalizowawszy się, daje możliwość wyrażania
specyficznych emocji obserwatora, takich, którymi łatwo się podzielić
z tymi, wobec których się je wyraża. Jak tak powiem, zrozumiesz,
o co mi chodzi. Poczujesz to, co chcę wyrazić, bo też, bywając w kinie,
a także obserwując różne zdarzenia przypominające perypetie
filmowych bohaterów, doznawałeś podobnych wrażeń. Kino.
A jednocześnie uznasz we mnie kogoś podobnego sobie albo kogoś,
kim sam chciałbyś być: tego, co się niespecjalnie przejmuje
i na wszystko patrzy tak, jakby to nie było naprawdę, tylko w kinie.
Zwłaszcza na to, co w kinie.
14
Alleluja i do przodu
Hasło, o. Tadeusz Rydzyk,
(po roku 2000)
Radio
Maryja
„Alleluja”, z hebrajskiego „Hallelu – Jah”, znaczyło „chwalcie Boga”.
Dziś jest raczej nietłumaczonym okrzykiem radości, trochę liturgicznej,
trochę wewnętrznej, spontanicznej, wprawdzie związanej z religią
i Kościołem, ale niekoniecznie ściśle. Obecne w pieśniach religijnych
i w modlitwach, pojawia się czasem i poza tymi kontekstami.
„Do przodu” to konstrukcja przyimkowa wyrażająca kierunek,
naturalna w takich frazach jak „przesunąć się do przodu”, ale
jednocześnie oznaczająca, zwłaszcza w młodzieżowym slangu
potocznym, dwie właściwości, głównie ludzkie. Po pierwsze, wiąże się
z sytuacją przewagi, korzyści: „jestem do przodu dwa tysiące”
oznacza, że wygrałem, zdobyłem czy w inny sposób pozyskałem
pieniądze. Po drugie, odnosi się do akceptacji dla jakichś zjawisk,
rzeczy, najczęściej ludzi: „on jest do przodu” znaczy tyle, co „on jest
w porządku”. Antonimem w obu znaczeniach jest „do tyłu”.
Hasło „Alleluja i do przodu” zdaje się łączyć dwie funkcje. Wyrażania
radości wynikającej z zawierzenia się Panu i apelu, wezwania
do działania. Gdybyśmy chcieli znaleźć w klasycznej przeszłości hasło
podobne, z pewnością mogłoby to być „naprzód w imię Boga”.
Ale to hasło, nawiązując do klasyki, jednocześnie korzysta z jej
naruszenia. Jest hybrydą stylistyczną przez niedopasowanie członów
bardzo oryginalną, wręcz zabawną. Odwołując się do dwóch kodów
kulturowych, religijnego i potocznego, daje nową jakość, niewątpliwie
atrakcyjną.
I do tego ta hybrydyczność zdaje się wskazywać na swobodne,
spontaniczne, niedbające o konwencje jego powstanie i stosowanie.
Kiedy działamy, nie licząc się ze sztywnymi regułami, także
językowymi, jesteśmy bardziej prawdziwi, naturalni. Chwalimy Pana
z radości wewnętrznej i radośnie do przodu zmierzamy, nie patrząc
na przeszkody, na tych, co próbują nam drogę zastępować, wierzymy
w prawdę naszej swobodnej radości. Idziemy naprzód, do przodu.
I sami jesteśmy do przodu, w porządku i z wielkim sukcesem,
z korzyścią nie tylko dla nas, ale także dla świata.
Ma to hasło radośnie aktywizować, dodawać otuchy, minimalizować
zagrożenia, przysparzać racji i optymizmu niezależnie od tego, jakie są
realne działania, do których zachęca. Choć burza huczy wkoło nas,
zgodnie nasz dźwięczy krok. Sztuka budzenia entuzjazmu jest
niełatwa, ale ma trochę językowych wzorców. „Marsylianka”, „Oda
do młodości”, „Międzynarodówka” i wiele hymnów znajdowało różne,
często bardzo trafne i skuteczne sposoby apelowania. A ten jest
jednym z lepszych.
Bo o to w gruncie rzeczy chodzi. Przywołanie idei, wartości, które
najsilniej daje wiara, i mocna, sympatyczna, optymistyczna zachęta.
Alleluja i do przodu.
Nie może się nie udać.
15
Baba z wozu, koniom lżej
Przysłowie, odnotował Salomon Rysiński (1618)
Najpierw miało być lżej nie koniom, lecz kołom: „kołom lżej”, „kółkom
lżej”. Współczucie dla koni jest w wersjach późniejszych, z XIX wieku.
Dawniej ważniejszy był sprzęt, żeby się nie zepsuł. Potem dopiero
pojawiła się troska o konie. A baba, przynajmniej w tym przysłowiu,
konsekwentnie liczyła się najmniej.
U Zoszczenki chłop podwozi narratora za rubla, a droga ciężka, koń
się męczy, czasem trzeba schodzić z wozu. Za wozem drałuje baba,
która się naparła do miasta z racji swoich imienin. Chłop, jak sam
mówi, „w domu ani chybi uhonoruje” solenizantkę, ale teraz niech
sobie idzie pieszo za wozem. Nic jej nie będzie, „baba silna jak smok”.
Baba nie ma potem żalu, z ochotą rozładowuje wóz.
Bo i co z baby na wozie? Jak jej tam nie ma, to i lepiej. Lżej.
A chłop, jak tak mówi o babie, szczególnie o swojej, to od razu widać,
że prawdziwy chłop. Nie trzyma się babskiej kiecki, nie ulega babskim
fanaberiom i w ogóle nie zależy mu specjalnie na babim towarzystwie.
I dlatego baba jest tak dobrym, mocnym, trafnym uogólnieniem
wszystkich niepotrzebnych ciężarów, tych, co to o nich mogliśmy
wcale nie myśleć najpierw, że są ciężarami, a nawet gotowiśmy byli
ich straty żałować. Ale zastanowiwszy się nieco, widzimy, że bez nich
lepiej. Tak naprawdę nam lżej.
Łaciński cyniczny żart językowy, metagram (taka gra półsłówek)
„obiit anus, abiit onus” odnosi się do staruszki („anus”), która, gdy
umarła („obiit”), odszedł ciężar („abiit onus”). Gałczyński proponuje
figlarne tłumaczenie: „zeszła staruszka, swobodna dróżka”.
Po kłopocie. W przysłowiu o wozie nie jesteśmy aż tak okrutni,
usuwamy z niego całkiem silną babę, spieszając ją zaledwie. I jeszcze
możemy ulżyć przez to koniom.
Odróżnienie tego, co tracimy, od tego, czego się pozbywamy,
wydaje się jasne i proste, w rzeczywistości jednak może być czasem
trudne. Nie zawsze rozpoznajemy, czy to my o tym decydujemy.
Nieraz to tylko kwestia intencjonalnej interpretacji. A w ogóle, to
najczęściej dopiero po jakimś czasie się okazuje, czy to była strata,
czy zysk. I w dodatku często zależy to od tego, jak sobie o tym, co się
już stało, pomyślimy. A jeżeli o tym wiemy, to możemy sobie tym
pomyśleniem trochę posterować.
I dlatego: jak już i tak baba z wozu zeszła czy zeskoczyła (takie
baby najczęściej same uciekają z wozów, zwykle na inne wozy), to
przecież musimy się jakoś pocieszyć. Przysłowie o babie i wozie bywa
zatem głównie pocieszeniem, a bardzo często i samopocieszeniem
zmartwionych stratami. Nie martw się. Pomyśl sobie, co przez to
zyskujesz.
Koniom lżej.
16
Bagnet na broń!
Władysław Broniewski (1897–1962) „Bagnet
na broń” (1939)
Broń jest w wezwaniach dobrze stosowana. „Do broni!”. „Młoty
w dłoń, kujmy broń!”. Poeci o tym wiedzieli i wiedzą.
To w ścisłym sensie nie jest zdanie. Ale takie apele mają wszystkie
funkcje zdania. Mało tego, dodanie orzeczenia jest tu niemal
niemożliwe. Banalizuje nieuchronnie. Jak mogłoby być? „Nasadź
bagnet na broń”? To może od razu „na lufę karabinu”? To samo
zresztą jest z najprostszym wezwaniem „do broni!”. Tu już w ogóle nic
nie można dodać żadnego czasownika w rozkaźniku ani w ogóle
w żadnej formie. To przyimkowo–rzeczownikowe wezwanie, podobnie
jak „na bagnety!” („hej, kto Polak”), „na wroga!” czy „do roboty!”.
Mamy i czysto rzeczownikowe, jak „chleba!”, czy przypominany w tym
właśnie wierszu okrzyk generała Cambronne’a.
To wezwanie jest właściwie dawną komendą wojskową. Dawną,
dziś oczywiście bagnetów się nie używa. Ale właśnie dzięki
Broniewskiemu ta komenda zapomniana nie została. Poezja okazała
się silniejsza niż regulamin musztry – pamiętamy (jeśli pamiętamy)
raczej wiersz niż komendę. Drukowany już w kwietniu, w piśmie
„Czarno na Białym”. Też w gruncie rzeczy pamiętanym ze względu
na ten wiersz.
Uczyliśmy się go na pamięć, razem z „Elegią o śmierci Ludwika
Waryńskiego”. Tym łatwiej, że oba dobrze zapadają w pamięć. Gorzej,
że zapomnieć trudno. I ludzie mojego pokolenia, żeby te mocne
słowa, trafne kiedy indziej i gdzie indziej niż w szkole, trochę osłabić,
dodawali do nich śmieszne melodie, niezdarnie parafrazowali...
„Bagnet na broń!” jest wezwaniem do walki, do zadawania śmierci.
Do takiej walki, na bagnety właśnie, wzywała amerykańska komenda
„kill!, kill!”. Humanitarnym generałom wydała się ona zbyt dosłowna,
więc zmienili ją na abstrakcyjne „yah!, yah!”. To z kolei wydało się
niestosowne innym, bardziej humanitarnym generałom, którzy widzieli
w takiej komendzie cyniczne i obłudne nazywanie zabijania „yah”,
co oczywiście musiało prowadzić do znieczulenia na zadawanie
śmierci. Nie wiem, czym się skończyło – zapewne dopiero wycofaniem
bagnetów z wyposażenia armii.
A bagnety były w końcu bronią białą. Nakładając bagnet na broń,
dopuszczało się, że się będzie biło wręcz, twarzą w twarz z wrogiem,
nie za pośrednictwem dalekonośnej, niedającej poczucia kontaktu
z nim i z jego śmiercią broni palnej. „Co puka, to nie sztuka, ja wolę,
co kole” mówił dzielny kapitan Ryków do tchórzliwego majora Płuta.
Cytował Suworowa, który mówił: „pula – dura, sztyk – mołodiec!”.
Sztyk to bagnet.
Komendy dawno nie ma, bagnetów też, wezwanie do ich użycia
wcale walki nie radykalizowało – a wiersz, a właściwie ten jego wers,
został i jest traktowany jako wzorzec wezwania do boju, twardego,
męskiego, choćby nawet ostatecznie śmiertelnego.
17
Balcerowicz musi odejść
Hasło polityczne, Władysław Serafin (1991)
Fraza ta zrosła się na stałe z powtarzającym ją konsekwentnie
Andrzejem Lepperem, przywódcą „Samoobrony”, choć nie on był jej
autorem.
„Caeterum censeo Cartagina delendam esse” kończył każdą swoją
mowę, a przynajmniej wiele z nich, Marek Porcjusz Kato. Niezależnie
od tego, czego dotyczyły. I wszyscy wiedzieli, że on to powie, i czekali
na to. Można mniemać, że trochę przez to traciły te inne, główne
akurat dla danego przemówienia wątki. Ale Kartagina miała czuć się
zagrożona i o to chodziło. Powtarzane wezwanie zwiększało swoją
moc.
Ale jak długo można? Po jakimś czasie może się takie powtarzane,
zwłaszcza bez troski o dopasowanie do aktualnej problematyki,
wezwanie wydać nudne, potem śmieszne. Lub w odwrotnej kolejności.
I mocy nie nabiera, owszem, traci. Rząd Chińskiej Republiki Ludowej,
oburzony kolejnymi aktami Stanów Zjednoczonych naruszającymi
różne jej prawa, zwykł stosować protesty, a te protesty były poważne,
bardzo poważne. Miały charakter ostrzeżeń. Ostrzeżenia powinny
pociągać za sobą działania, te raczej nie pociągały, nie było takich
możliwości, ani dyplomatycznych, ani na szczęście zbrojnych, ale za to
były bardzo poważne, tak się je prezentowało. Mówiło się wobec tego
o kolejnych poważnych ostrzeżeniach, numerując je zresztą.
Siedemset dwudzieste trzecie poważne ostrzeżenie brzmiało tak
poważnie, że aż śmiesznie. I liczba śmieszyła, i kolejność.
Andrzej Lepper nie numerował wezwań o odprawienie źródła
większości
polskich
potransformacyjnych
nieszczęść,
Leszka
Balcerowicza. Dbał, by przynajmniej w większości wystąpień to zdanie
w niezmienionym kształcie zastosować, bo wiedział, że stałość to
cenna cnota polityka, ale nie pozwalał się nam znudzić, umieszczając
je w różnych miejscach, niezależnie od treści tych akurat poruszanych
właśnie wątków. I czekaliśmy, kiedy to konieczne dla tego gatunku
wypowiedzi wezwanie padnie, i rozsmakowywaliśmy się w nim,
podejrzewając, że dla samego coraz bardziej retorycznie efektownego
mówcy stanie się to konwencją, a od świadomości konwencji
retorycznej już tylko krok do wspólnie dla mówcy i słuchaczy jawnej
zabawy w konwencję.
Czy to trudno mówić nie à propos? Jeden z moich znajomych miał
powiedzenie „to mi przypomina coś całkiem innego”. Wtedy,
w dowolnym momencie, mógł powiedzieć, co chciał. Nie dbał o to,
by wpasować się do treści rozmowy. Nie musiał także dbać
o konsekwencję we własnej wypowiedzi. Po prostu mówił, co mu się
przypominało, dla przyzwoitości tylko zaznaczając, że to, co zaraz
powie, nasunęło mu się w związku z tym, o czym mowa. „To” mi
przypomina... Jak, dlaczego – już mówić nie trzeba.
A poza tym wiemy, że Balcerowicz i tak zawsze musi odejść. To
zresztą gwarancja jego pozostania, bo gdyby odszedł, nie musiałby
już odchodzić i nie można by do tego nawoływać. I czegoś
by zabrakło nie tylko Lepperowi.
18
Bar wzięty!
Henryk Sienkiewicz
i mieczem” (1883)
(1846–1916)
„Ogniem
A raczej: „Bar... wzięty!”, z budującym napięcie wielokropkiem
w środku. Sienkiewicz napięcie budować umiał. A potem
rozładowywać. I zaczynać książki i ich rozdziały, i kończyć,
i puentować, i w ogóle dosłownie wszystko. A takie krótkie
zakończenia rozdziałów, jak „siły zbierał” (to o Wiśniowieckim) czy
„i świecił długo” (to o Azji konającym na palu) pamięta się długo.
Najbardziej chyba pamiętamy to zakończenie, w którym mowa
o Barze, gdzie przecież była Kurcewiczówna. Kuszel (z podjazdu) nie
jest puszczykiem i uczty u księcia Jaremy nie chciałby psuć, ale musi
tę złą wieść wypowiedzieć. I na tej jego wieści kończy się nie tylko
rozdział, lecz i cały tom, a kiedyś kończył się tak kolejny odcinek
„powieści z lat dawnych” w „Słowie”. Czytelnicy z tym zostali. I mieli
się czego obawiać.
Takie zdanie niesie bowiem w sobie pewną ostateczność, jakieś
wyraźne zamknięcie. Domyślamy się wprawdzie szczęśliwszego
z czasem rzeczy obrotu, ale jeśli i tak wiemy, jak się skończy –
a przecież wiemy, nie możemy nie wiedzieć – i tak robi to na nas
niemałe wrażenie. Bar, który miał być twierdzą nie do zdobycia, gdzie
Helena czekała na już właśnie wyruszającego do niej Skrzetuskiego,
padł.
Imiesłów bierny czasownika dokonanego dawać może silne
wrażenie. Zwłaszcza gdy występuje jako sam orzecznik, bez łącznika.
Nie: „sprawa została zakończona”, tylko „sprawa zakończona”. Bohun
zabit. Bar wzięty. Gdyby dodać tu najbardziej znaczeniowo naturalny
czasownik „został”, to wrażenie byłoby mniejsze. Samo połączenie
imiesłowu z rzeczownikiem daje większą sugestywność. Pozwala
na trwalsze łączenie tego, co imiesłów niesie, z tym, do czego
(do kogo) odnosi się podmiot. Czujemy przecież, że po odwróceniu
szyku będziemy mieli pewien rodzaj nazwy: „zakończona sprawa”,
„zabity Bohun”. Wprawdzie „wzięty Bar” brzmiałoby dziwnie, ale
znaczenie struktury składniowej działa.
Po słowie „Bar” Kuszel zrobił przerwę. Zapewne nie dla pustego
efektu. Musiał umilknąć, bo był wyczerpany, a przy tym wiadomość
„nie chciała mu się przez usta przecisnąć”. Stąd wyobrażamy sobie
szlachtę zastygłą w trwożnym wyczekiwaniu. Interpunkcja,
z wielokropkiem i wykrzyknikiem, pozwala to oddać.
Dziś, jeśli to cytujemy, to bez wielokropka. I to bodaj częściej
w znaczeniu pozytywnym, kiedy na przykład uda nam się coś
osiągnąć. Kiedy coś weźmiemy... Nośnikiem cytatów jest
powtarzalność sytuacji, które dają się cytatem opisać. Gdy coś –
zwłaszcza przez nas – wzięte, gdy padło, czy też musiało się poddać,
użyć Baru można.
A do tego jeszcze samo słowo „bar” oznacza dziś miejsce, które
czasem chętnie byśmy wzięli.
19
Bardziej boli zły sąsiad niźli rany
Florian Szary, na pobojowisku pod Płowcami
(1331)
Wyobraźmy sobie taką scenę: po bitwie na placu boju leży ranny
rycerz. Rana jest poważna, wnętrzności rycerz podtrzymuje dłońmi.
Cierpi. Król objeżdża pole po zwycięstwie. Zatrzymuje się, pyta, czy
boli. Rycerz odpowiada właśnie tym zdaniem. Rycerz ma rzeczywiście
złego sąsiada. Jest z nim w niezgodzie. Król może współczuć
rycerzowi, litować się nad jego bólem, ale nie uleczy. A w sprawie
sąsiada może pomóc. Nie można zaprzepaścić takiej okazji. Boli, to
boli, potem przestanie – a sprawę można załatwić. Król pomoże
dzielnemu rycerzowi. Głównie dlatego, że dzielny. Walczył, został
ranny – to po pierwsze. Ale i dlatego jest dzielny, że nie użala się nad
swoim bólem, że znosi go po męsku. Mało tego, myśli o ważnych
sprawach, ból mu umysłu nie zaciemnia. Rycerz jest nie tylko dzielny,
ale i roztropny.
I jeszcze jedno: zdanie rycerza mówi o głębokiej prawdzie. Rana
boli, ale boli mniej, jeśli ją zestawić z innym bólem, ważniejszym,
trwałym. Rana może się zagoić, a co z sąsiadem? On boli, uwiera
od dawna, na niego plastra nie ma, z niego wyleczyć się trudno.
Zdanie jest świetnie zbudowane. Rycerz nie mówi wprost, czy cierpi.
To zresztą wiadomo, widać gołym okiem, głupie pytanie. Jeśli
widać, to jak muszą boleć rany, jaki ból sprawia sąsiad? To zdanie
dorównuje łacińskim sentencjom. Może łatwo być użyte poza sytuacją.
Co to za sąsiad? Król go nie zna. Zapewne inny rycerz, może równie
dzielny. Ale tu go nie ma, nic o sobie nie powie, a rannemu obietnica
załatwienia sprawy ze złym sąsiadem może pomóc. Jeśli porównuje
swój ból do sąsiedzkiego kłopotu, może ta obietnica pomoże
przywrócić go zdrowiu. Król też ma złego sąsiada. Właśnie z nim
zwycięsko się potykał. To sąsiad kraju, częsty najeźdźca i łupieżca.
Też boli, jak rany, albo bardziej. A może rycerz tego właśnie sąsiada
ma na myśli? Może i jego boli ten właśnie najeźdźca? W takim razie
rycerz byłby nie tylko dzielnym rycerzem. Jeśli nawet tak nie jest, to
dobrze, żeby tak było. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby tak właśnie
to zdanie rozumieć. To ten sąsiad boli, mniejsza o rany. Jego trzeba
pokonać – gdy zostanie przegnany, zwyciężony, i rany mniej będą
boleć. Ten rycerz to wielki patriota, przykład dla innych.
Florian Szary przeżył. Dostał satysfakcję na złym sąsiedzie i herb:
Jelita, który wygląda nieźle – trzy skrzyżowane oszczepy. I dostał się
do historii. Mało który ród ma tak dzielnego i wyrazistego protoplastę
jak Zamoyscy.
Nie wiemy, jak było naprawdę. Jaka była rana, jakie prawdziwe
słowa, jakie ich rzeczywiste odniesienie. Być może Florian był jednym
z najbardziej wzniosłych i patetycznych patriotów. Może mówił tylko
o swoim prywatnym sąsiedzie i prywatę chciał załatwić, korzystając
z chwili. Może w ogóle słowa zostały zmyślone dla królewskiego piaru. Może potrzeba było wtedy akurat i słów takich, i przykładu
takiego. I to akurat na pewno. Na pewno Florian Szary, później herbu
Jelita, dostarczył świetnego materiału na przykład bohatera.
20
Bardzo proszę pamiętać, że ja byłem
przeciw
Antoni Słonimski „Okno bez krat” (1935)
Kiedy zamiast pokazywać emocjonalne uniesienia czy stosować
mnogość argumentów, wyrażamy nasz sprzeciw, ograniczając się tylko
do spokojnego stwierdzenia, że jesteśmy przeciw, niektórzy mogą to
zachowanie uznać za zbyt łagodne, mdłe, mało wyraziste i mało
skuteczne. Ale dla innych będzie to znak poważnego, przemyślanego
i przez to mocnego zajęcia stanowiska w ważnej sprawie.
Jestem przeciw – czemu? Temu, o czym mowa, temu, nad czym się
zastanawiamy. Rzadko tak wygląda orzeczenie imienne, zwykle
orzecznikiem jest rzeczownik („jestem blondynem”) lub przymiotnik
(„jestem pogodny”), rzadziej przysłówek („jestem daleko”) czy zaimek
(„jestem tu”). Przyimek daje zawsze poczucie elipsy („jestem przy...”)
lub wygląda przysłówkowo („jestem ponad”). „Za” – wiadomo
za czym, „przeciw” – czemu. „Przeciw” ma wariant bardziej
jednoznaczny: „przeciwko”; jak też odpowiednik przymiotnikowy:
„przeciwny”. „Jestem przeciwny” wygląda poważniej, ale właśnie
wtedy bardziej wymagane jest uzupełnienie, czemu mianowicie
przeciwny.
„Bycie przeciw” może być rozciągnięte na działania mniej
deklaratywne: „przeciw komu jadł?” pyta Gombrowicz; „przeciw komu
on tu będzie grał?” – motywuje niechęć syna do dawania koncertów
ojciec wirtuoza. „Przeciw” można nie tylko być, można też różne
rzeczy robić, chyba o wiele więcej niż za.
Samo bycie przeciw czemuś jest wyraźnym stanowiskiem,
wyraźniejszym niż często konformistyczne bycie za czymś. Motywacja
jest potrzebna, ale nie musi być wyrażana. Małomówny farmer
zapytany przez nieobecną na nabożeństwie żonę, o czym mówił
pastor, powiedział, że o grzechu. „A co mówił? – Był przeciw”. To
wystarczyło. Tak właśnie „przeciw” jest poeta, pokazując różne
zjawiska. I życzy sobie, żeby to zapamiętano, grzecznie o to, nawet
bardzo grzecznie, prosząc. Wydaje się, że w ten sposób pojawia się
nuta żartobliwa, element dowcipu. Owszem, ale wcale to nie
przeszkadza powadze wyrażonego stanowiska.
Kiedy jestem przeciw czemuś, nie zgadzam się z tym. Inaczej
mówiąc, nie podoba mi się to. Dlaczego? Czasem wiem i mogę
powiedzieć. Ale czy muszę? Wiedzieć – tak, oczywiście.
Themersonowski
uczony
termit,
profesor
Mmaa,
mówi:
„w szczególności termit nie ma prawa umierać z głodu”, a zapytany
dlaczego, zamyśla się, odrzuca kolejne nasuwające się odpowiedzi
jako mało naukowe, wreszcie mówi, że mówiąc prawdę, jeden tylko
widzi powód. „Jaki? – spytał Detektyw. – Taki, że mnie się to nie
podoba”. Detektyw uznał te słowa za godne wielkiego termita.
To, że nam się coś nie podoba, jeśli nie podoba się serio, i wiemy,
że się nie podoba, może wystarczyć do tego, żebyśmy byli przeciw.
Inni mogą to zrozumieć.
Zwłaszcza gdy im się to też nie podoba.
21
Baśka miała fajny biust
Robert Gawliński, zespół Wilki (2002)
Obawiam się, że jest to zdanie niepoprawne politycznie. Z polityką nie
ma nic wspólnego, ale „niepoprawność” czy też „poprawność
polityczna” odnosi się chyba także i do sfery społecznej, obyczajowej
czy jak tam chcecie. Wyrażanie sądów, które mogą być odebrane jako
przejaw myślenia zmierzającego do jakichś ogólnie pojętych zachowań
umożliwiających zdarzenia lub zjawiska prowadzące do faktów
dających się interpretować jako uwzględniające prawdopodobieństwo
nierównego traktowania jakiejś grupy społecznej, zwłaszcza
mniejszości, choćby była nawet większością (jak np. kobiety) – może
być określone jako polityczna niepoprawność.
A chwalenie czyjegoś biustu zwraca uwagę na pierwszorzędne
cechy płciowe i może dawać poczucie dyskryminacji. Myślę zresztą,
że samo patrzenie na biust, zwłaszcza na fajny biust, też jest
uwłaczające. Nie mówiąc już o takim patrzeniu, które zdaje się
sugerować, że nie tylko popatrzeć by się chciało.
Dobieramy się do purytańskiej skromności z drugiej strony.
Ale cóż, w męskich pogwarkach takie zdania są, jak sądzę, nadal
dopuszczalne, ba, może i typowe. Nie wiem, dawno męskich
pogwarek nie prowadziłem. W każdym razie lepiej by było, gdyby
kobiety tego nie słyszały.
No, może Baśka. Ona rzeczywiście miała fajny biust. I to wcale nie
znaczy, że go już nie ma. Owszem, może czasem znaczyć, i możemy
to mówić z nutką żalu, że już nie, ale tu nie o to chodzi. Nawet jeśli
jest nutka żalu, to dlatego, że ten biust już nie dla nas, nie dla mnie.
Pewnie jest teraz fajny dla kogoś innego. A może zresztą i tej nutki
żalu nie ma, bo to w końcu fajnie, że biust Baśki był taki fajny. Jest
co wspominać. Fajnie jest wspominać. Zwłaszcza fajne biusty.
Słowo
„fajnie”
funkcjonuje
na
obrzeżach
polszczyzny
od niepamiętnych czasów, nie mogąc się z przedpokojów na pokoje
dostać, nie do końca zaakceptowane, ale jakoś tolerowane. Wzięte
niby z niemieckiego, ale najpewniej z jidysz, służy do bardzo
bezpretensjonalnego wyrażania akceptacji. Już Jankiel w „Panu
Tadeuszu” mówi, że wyuczył „fajn śpiewać” swoje „bachurki”, co ma
zachęcić szlachtę z Dobrzyna do odstąpienia od zamysłu zajazdu
na Soplicowo. Fajne może być wszystko, co nam się podoba, a „fajnie”
to stan, który chcielibyśmy przeżywać. Prawdopodobnie ta
nieoficjalność słowa sprawia, że do tej pory się nie wytarło. Poważne
pochwały się dewaluują, „dobre” nie wystarcza, „pozytywne” jest zbyt
oficjalne, „słuszne” – ideologiczne, „atrakcyjne” to pochwała niejako
z przeniesienia. Nacechowane „wspaniałe”, „znakomite” czy nawet
„świetne” bywają odczytywane często jako sztuczne i pretensjonalne.
Nie mówiąc już, jakie jest „cudowne” czy „genialne”. Różne mniej lub
bardziej wymyślone „wypasione” „ekstra” się wytrą, tak jak wytarły się
inne ekstrawagancko „ekscelentne” i „wporzo”.
A „fajnie” zostanie. I fajnie.
22
Bądź gotowy dziś do drogi
Marek Dutkiewicz, wyk. Halina
(1974)
Frąckowiak
Metafora drogi jest tak częsta, że czasem już nie wiemy, czy chodzi
o drogę właściwą, taką do przejścia, to dalej zresztą metafora, więc:
taką, co prowadzi skądś dokądś, i ciągle jeszcze metafora nie znika,
no to: o taką w realnej przestrzeni – czy też raczej o cokolwiek,
co do drogi da się porównać.
A wiele się da. Każde działanie, każde dążenie do zmiany, każdy
ruch właściwie. I bardzo często całe życie. Dotychczasowe albo to,
co przed nami.
To my idziemy tą drogą, ale też ona nas prowadzi. Jest zatem
po części czynna, może nas kierować tam, gdzie sama chce.
A w każdym razie w kierunku nieznanym nam lub niezupełnie znanym.
Taka jest ta droga i już. Ech, ta droga...
Taką drogę się przebywa i odbywa. Przebywamy przestrzeń,
odbywamy coś w czasie. Spotkanie, służbę, odsiadkę. Przebywając
drogę, pokonujemy przestrzeń. Odbywając drogę, nie pokonujemy
wprawdzie czasu (bo po prawdzie czasu nie da się pokonać, on
zawsze wygrywa), ale coś z nim robimy. Drogą idziemy, gdy ruszymy
w drogę. Musimy w nią ruszyć, jak w zdarzenie także, nie tylko jak
w przestrzeń. Droga to miejsce, po którym się poruszamy, i samo to
poruszanie się, często pełne nieoczekiwanych zdarzeń. To też podróż.
Jeśli mamy nią iść, tą drogą, jeśli mamy w nią ruszyć, w tę drogępodróż, powinniśmy być przygotowani do niej. I przygotowujemy się.
Bierzemy różne rzeczy na drogę, pakujemy się, żeby być spakowani.
I często jesteśmy także spanikowani, bo nie wiemy, czy mamy to,
co trzeba. Czy jesteśmy tacy, jak trzeba. Czy jesteśmy naprawdę
gotowi do drogi. Ta obawa niegotowości jest jak choroba i ma nawet
niemiecką nazwę Reisefieber. A mamy być przygotowani.
Bądź gotowy, bądź gotów, bądź przygotowany. To bywa wezwanie
powszechne i abstrakcyjne. Powinniśmy być zawsze gotowi do... No
właśnie, zwłaszcza do tego, o czym nie wiemy, czym jest. Stąd
wezwania do tego, by być gotowym na wszystko, a właściwie tak
w ogóle gotowym. Najlepiej zawsze. Wsiegda gatow. Takiego zawsze
gotowego nic nie zaskoczy. Jest czujny, uważa. To przywilej
prawdziwego mężczyzny, choć i o kobiecie mówiło się, choć w innym
odniesieniu i w innym języku, że jest semper parata. Zawsze gotowa.
A ty (czyli każdy takie aforystyczne piosenkowe tykanie powinien
wziąć do siebie) masz być gotowy do drogi (czyli wszystkiego,
co sobie pomyślisz, a nawet tego, o czym sobie pomyśleć nie możesz,
bo nie wiesz, co to takiego) nie tylko zawsze, co w końcu powinno być
trudne, ale jakoś przez swoją abstrakcyjność i brak konkretnego
odniesienia nie jest, ale właśnie dziś.
I to jest trudniejsze. Przede wszystkim dlatego, że tak wcześnie,
od razu. Że nie można tego odłożyć do jutra albo na jeszcze później.
Że to akurat teraz.
I głównie dlatego, że, niestety, cokolwiek byśmy robili, jakkolwiek
byśmy myśleli o czasie i jakkolwiek byśmy go określali czy nie
określali, gdziekolwiek umieszczalibyśmy zdarzenia, w różnych jutrach
i wczorajach, zawsze jest dziś.
Dziś też.
23
Bądź wierny. Idź
Zbigniew Herbert (1924–1998) „Przesłanie Pana
Cogito” (1974)
Ten pan o nieco pretensjonalnym nazwisku: łacińskim,
czasownikowym, Kartezjuszowskim, miał być i bywał etyczną
instancją. Jak on coś powiedział, to znaczy, że tak było dobrze. Tutaj,
w tym bodaj najważniejszym wierszu swojego cyklu, dawał przesłanie.
Czy dawał? Połączenie rzeczowników, z których jeden jest
przydawkowym dopełniaczem dla drugiego, bywa niejasne: „pamięć
Jana” może mówić o tym, co Jan pamięta, a może być pamięcią
o Janie. Więc może ten pan nie dawał tego przesłania, tylko je
otrzymał? Nie, jednak nie, to on przecież miał być nam
drogowskazem. A w ogóle co to jest przesłanie? Mówimy tak
o głównej myśli, która z czegoś wynika i która może się stać dla nas
wskazówką, dyspozycją. Można o tym mówić także jako o „posłaniu”,
ale ten z kolei wyraz ma tyle innych znaczeń...
Ale tu chodzi o to zakończenie przesłania, wiersza. Lapidarne
i proste. Tyle ci powiedziałem, dałem tyle wskazówek, a teraz kończę.
Jeszcze coś na ostatek, żeby to wszystko, co powiedziałem, było
ważniejsze. Krótkie zdania są ważne. Przybyłem. Zobaczyłem. A te
zdania do tego są rozkazujące. Bądź. Idź. Od „bądź” zaczynają się
często życzenia, dobre i złe: „bądź zdrów”, „bądź przeklęty”, ale też
trwałe rady i dyrektywy: „bądź zawsze dobry”, „bądź miłosierny”.
Wierność to jedna z najważniejszych wartości. Ale, jak się dobrze
zastanowić, nie jest to wartość bezwzględna. Bezwzględna jest
uczciwość, sprawiedliwość, odwaga – nie zależą od relacji, są same
w sobie. I zawsze dobre. A taka na przykład lojalność albo solidarność
czy właśnie wierność – to już trochę zależy od tego, komu. Być
lojalnym wobec porządnego człowieka jest w porządku, ale wobec
łobuza? Są granice. I gramatycznie to nie całkiem poprawne: czegoś
brak, gdy mówimy „on jest wierny” albo „on jest lojalny”. Mało tego,
w takich kalekich półzdaniach mówimy rzeczy o bliźnich wcale nie
najlepsze. „On to taki lojalny jest”. Co to niby ma znaczyć? Wierność
jest, ma się rozumieć, piękna jako taka, ale jak się jest wiernym
niepoczciwym ludziom czy zgoła szemranym zasadom, to gorzej. Takie
bycie wiernym w ogóle... Podejrzana sprawa. A ja, zdaniem Pana C.,
mam być po prostu wierny.
Wierność łączy się ze stałością, a tu, jak się okazuje, trzeba gdzieś
iść.
„Idź”. Ruszaj. Z Bogiem. Takie „idź” bywa wypędzeniem, bywa
chęcią pozbycia się: „idź sobie!”. Może być wyrażeniem niewiary:
„a idźże ty!”. Ale bywa, i tak tu ma być, poważnym rozstaniem ojca
czy mistrza z tym, kto idzie w drogę, czyli zaczyna życie. Pracę, walkę,
wszystko. Wysyłam cię, żebyś szedł. Posyłam cię z posłaniem. Albo
z przesłaniem. On wysyła, błogosławi na drogę, oni wsiedli, broń
wzięli, pobiegli.
Powtarzamy ten cytat raczej serio, widząc w nim uniwersalne cechy
końca i początku. Podniosłe ulapidarnienie na zakończenie ma
charakter ostateczny. Już czas się wyczerpał, zastanawiać się nie ma
nad czym.
24
Bez pracy nie ma kołaczy
Przysłowie, odn. Biernat z Lublina (1522)
Bez kołaczy można się jakoś obyć. Nie wszyscy pamiętamy, co to
takiego te kołacze, ale mamy wyobrażenie czegoś bardzo odświętnego
i luksusowego. A przy tym ludowego. Jakiś korowaj albo coś w tym
guście. Ludowe święto, może wesele. Czas wyjątkowy, pracy żadnej
dokoła nie ma.
Pewnie to ciasto, białe, pszenne, słodkie. Na pewno było uważane
za smaczne. Ciekawe, skąd się wzięło w przysłowiu o pracy. Bez pracy
nie ma kołaczy? Bez pracy to i chleba pytlowego (też nie bardzo
wiadomo, co to, ale brzmi bardzo codziennie i w związku z tym
pracowicie) nie uświadczysz. Nieco dziwi ten smakołyk w poważnym
ostrzeżeniu. Przypomina alternatywę Marii Antoniny, która,
usłyszawszy, że lud francuski nie ma chleba, radziła mu przerzucić się
na ciastka. I nie wiadomo było, czy z krańcowej naiwności, czy
z równie krańcowej i przewrotnej złośliwości – obie były tu trudno
wyobrażalne.
W XVI i XVII wieku obok sarkastycznych pouczeń przeciw
wyobrażeniom o możliwościach bez zasług („bez prace nie będą
kołacze”, „żaden bez pracy nie dojdzie kołaczy”) pojawiały się też
wersje budzące oburzenie na luksusy bez wysiłku („bez prace
przychodzą kołacze”, „bez prace on ma kołacze”, „bez prace chce
jadać kołacze”). Kołacze bardziej są w tym kontekście zrozumiałe.
A w ogóle nie powinniśmy sobie wyobrażać krainy pasibrzuchów,
gdzie pieczone gołąbki lecą same do gąbki.
Liczne przysłowia, choć studzące nasze marzenia o powszechnym
dobrobycie bez konieczności ciężkiej pracy, trochę nam
przywoływaniem smacznych gołąbków, pieczeni („kto się do pracy
leni, niewart jeść pieczeni”) i kołaczy życie słodziły. A mogłoby
wystarczyć kostyczne „kto nie pracuje, ten nie je”. I już.
Przysłowie mieści się w szeregu przysłów i powiedzeń mówiących,
czego to bez czego nie ma, w których to, czego nie ma, i to, bez
czego, rymowały się, pokazując jeszcze wyraźniej, przez formalne
cechy słów, te właśnie zależności. „Nie ma miłości bez zazdrości”. „Nie
ma karesu bez interesu”. „Nie ma wolności bez »Solidarności«”. Ten
pracowity rym z kołaczami nie jest zbyt udany, ale właśnie dlatego
może być bardziej przekonujący. Także dlatego, że skłonni jesteśmy
bardziej ludową interpretację tu dawać, nie tylko przez ludowość
kołacza, ale i przez ewentualność mazurzenia. A ludowe przysłowia
jawią się jako bardziej spontaniczne, bardziej więc naturalnie
prawdziwe.
Krótko mówiąc, trzeba pracować. W sytuacji powszechnej obfitości
miejsc do pracy, a zwłaszcza obowiązku zatrudnienia, takie pouczenie
brzmi poważnie i rzetelnie, zgadzamy się, piętnujemy darmozjadów.
Ale w sytuacji utrudnionego dostępu do pracy zaczynamy je nieco
mniej rozumieć, a nawet może się ono wydać jakimś dziwnym
i anachronicznym wariantem słów Marii Antoniny.
25
Będąc młodą lekarką...
Ewa Szumańska, kabaret radiowy
Imiesłowy to trudna sprawa. Zwłaszcza przysłówkowe. Używając (ąc)
imiesłowów, czujemy się bardziej oficjalnie, ale mniej pewnie, a ta
niepewność bierze się po części z oficjalności, po części z gramatyki.
Używszy (wszy) ich, czujemy się jeszcze mniej pewnie.
Piękna to forma, ale ryzykowna. Wiemy, że pomyłki
i niepoprawności gramatyczne, „niegramatyczności” (jak pisał
Słowacki), są w tym przypadku łatwiej wybaczalne, wiemy,
że i u Mickiewicza „patrząc, serce boli”, ale to jednak trochę wstyd.
A z drugiej strony by się chciało...
Chciałoby się, bo to pakowne formy. Zamiast „kiedy byłam lekarką”
czy potocznego „jak byłam lekarką”, mogę powiedzieć „będąc
lekarką”, tym bardziej że może się to wtedy odnosić do różnych
czasów, czyli mówiąc „będąc lekarką”, jeszcze nie mówię, kiedy
byłam, a zwłaszcza że już „byłam”. I to też może być przydatne:
w końcu jeszcze jestem tą lekarką, nie tylko byłam. Może już nie taką
znów młodą, ale czy to trzeba mówić, że teraz jestem tylko lekarką,
a wtedy byłam lekarką młodą? A jeszcze do tego takie „będąc” zdaje
się pokazywać wyraźniej identyfikację z tym, co się dalej określa, czyli
„będąc lekarką” daje więcej lekarkowatości niż „kiedy byłam młodą
lekarką”.
Dobry jest ten imiesłów.
Ale ryzykowny, bo jak tu dalej mówić, kiedy zaczęło się od niego?
Wypadałoby, gramatycznie rzecz ujmując, powiedzieć coś o sobie –
a tu działy się różne rzeczy, nie tylko takie, które mogą być opisane
z użyciem czasownikowej formy odnoszącej się do tego, do kogo (czy
do czego) odnosi się czynność wyrażona imiesłowem. Przyszedł
pacjent, i to trzeba powiedzieć. Ja go przyjęłam, i mogłabym
powiedzieć, że będąc lekarką, przyjęłam pacjenta, ale przecież to on
bardziej przyszedł, niż ja go przyjęłam.
I błąd gotowy, przynajmniej gramatyczny.
Aż kusi, żeby otworzyć imiesłowowość na takie sytuacje i pozwolić
na mówienie (tak jak już na myślenie pozwoliliśmy, także sobie),
że idąc do domu, przyszło mi coś tam do głowy; że siedząc w domu,
zachciało mi się pić, i że patrząc na to wszystko, żyć się odechciewa.
Ale biorąc pod uwagę naruszenie poważnej gramatyki, nie możemy
sobie na to pozwolić.
Możemy tylko uściślać inne imiesłowowe kwestie, na przykład
interpunkcję, i, powiedzmy, ustalać, że taki imiesłów, przysłówkowy
rzecz jasna, powinien być otoczony przecinkami, bo przecież
wprowadza on, będąc czymś w rodzaju orzeczenia, właściwie nowe
zdanie, podrzędne co prawda, ale jednak. I tak właśnie całkiem
niedawno ustaliliśmy.
Będąc imiesłowem, imiesłów wiele wyraża. A będąc trudnym
imiesłowem, dostarcza wiele gramatycznych kłopotów, ale
i satysfakcji. Będąc starym gramatykiem, imiesłów mi pomaga.
26
Będziem jedli, będziem pili, będziemy się
weselili
Powiedzenie (XIX w.)
Jak do rymu, to pewniejsze. Musi się udać. Tradycyjna mądrość tak to
rymowo i rytmicznie skonstruowała; i nie ma wyjścia, i tak będzie.
Ten ludowy okrzyk spopularyzowała Maria Konopnicka w znanej
wszystkim powieści „O krasnoludkach i sierotce Marysi”, gdzie chłopi
w karczmie za pomocą ludowych instrumentów tak sobie ducha
dodają. Chłopi i instrumenty gwarzą gwarą, stąd te krótkie formy
czasowników, a naprawdę, w oryginale, była jeszcze liczba podwójna
i zamiast ostatniego „będziemy” było „będziewa”, czego dzisiejszy
język potoczny, w którym czasem można jeszcze to powiedzenie
spotkać, już by chyba nie zniósł.
Nunc est bibendum. Teraz jest czas picia. Trzeba to zapowiedzieć,
ogłosić. Jak się nie ogłosi, to po pierwsze, ludzi się do wspólnej ochoty
nie zmobilizuje, po drugie, nikt nie będzie wiedział, co robimy,
po trzecie, mniej odczuwając niewyrażoną werbalnie świadomość
tego, co robimy, można stracić część smaku tego właśnie. Jedzenia,
picia. I weselenia się też. Czy też weselenia się, samego przez się
i z jedzenia, i picia. Mamy to wiedzieć, wtedy będzie, jak trzeba.
A wiemy, jak powiemy.
No, teraz sobie pojem. I popiję. Będzie wesoło, myślę sobie
i mówię. A razem – jeszcze lepiej. Pojemy sobie, popijemy.
Niedokonanie lepsze, będziemy jedli i pili, czynność ważniejsza
przecież niż efekt. I ten złożony czas przyszły w ogóle abstrahuje
od tego, co będzie potem. Będzie, co będzie, co ma być. Ale najpierw
będziemy jedli i pili. I weselili się.
Lepiej powiedzieć to, zaśpiewać albo wykrzyczeć – anaforycznie
powtarzając pierwszą osobę posiłkowego czasownika „być”.
„Będziemy jedli i pili” jest za mało wyraziste i krócej trwa. I razem
traktuje obie czynności, które smacznie sobie osobno wyobrazić
możemy. Będziemy jedli, będziemy pili. I, oczywiście, będziemy się
weselili.
Krótsza, archaiczna forma tego czasownika też smaku dodaje.
Bedziem! To lepsze bycie niż w „będziemy”.
Analityczny czas przyszły czasowników niedokonanych dopuszcza
dwie możliwości: forma przyszła czasownika „być” z bezokolicznikiem
albo z formą czasu przeszłego głównego czasownika. Mogłoby być
zatem „będziem jeść, będziem pić, będziemy się weselić”. Ale w takim
bezokoliczniku jesteśmy jakoś mniej! Potrzebna jeszcze jedna forma
osobowa, z zaznaczonym rodzajem, męskim oczywiście, a właściwie
męskoosobowym, bo w liczbie mnogiej. Bardzo męskoosobowym,
bardzo męskim i bardzo osobowym. Tak planować mogą jednak
przede wszystkim konsumpcyjnie nastawieni mężczyźni. Chłopi. Oni
czerpią taką uciechę z tego, co to zrobią, zwłaszcza kiedy chodzi
o jedzenie i o picie. I o weselenie się, oczywiście, też – o weselenie się
z jedzenia i z picia, i z weselenia się samego także.
A właściwie już z mówienia o tym, co to będzie.
27
Biega, krzyczy pan Hilary
Julian Tuwim (1894–1953) „Okulary” (1938)
To rzadkie imię nosi pewien niezwykle roztargniony okularnik zapewne
tylko dlatego, że żadne inne nie rymuje się tak dobrze ze słowem
„okulary”, podobnie jak nikt tak dobrze do kufrów nie pasuje jak
Onufry. Pan Hilary krzyczy: „gdzie są moje okulary?”, mając je
na nosie.
Tuwim rymował genialnie, zabawnie i twórczo, zwłaszcza
w limerykach. „Pragnąc kurczęcia, pewien burmistrz / przypuścił
do kucharki szturm i strz/elił jej w brzuch ta/odrzekła kuchta:/gdy
kurcząt chcesz, to się do kur mizdrz”. Ta łatwość rymowania
i z drugiej strony obowiązki rymarskie (słowo „rymarz” przecież poetę
kiedyś oznaczało) była często przedmiotem jego refleksji, także
poetyckiej, także rymowanej, czego najbardziej charakterystycznym
śladem jest wiersz o papieżu Urbanie, który tylko dla rymu nosił
turban zamiast tiary.
Rym zdaje sprawę z pewnych szczególnych relacji między relacjami.
Między relacjami zachodzącymi między wyrazami i relacjami
zachodzącymi między rzeczami.
Jak wyrazy do siebie pasują, to i rzeczy powinny. A imiona mówią
coś o człowieku. Jeśli imię rymuje się z jakimś wyrazem, coś w tym
musi być. Wiedzą o tym dobrze dzieci, wyżywając się w rymowanym
przezywaniu rówieśników. Jako Jurek miałem wiele wspólnego
z bardzo w tej funkcji skonwencjonalizowanymi ogórkiem i sznurkiem.
Pan Hilary wprowadza zamęt w swój świat za przyczyną
niemożności odnalezienia swoich okularów. Znamy to. Klucze i okulary
to rzeczy niezastąpione i łatwo się zapodziewające. Denerwuje wtedy
wszystko, a najbardziej przypomnienie dawnych pouczeń, żeby
wszystko trzymać na swoim miejscu. A okulary tym trudniejsze
do znalezienia, że w ogóle trudno znaleźć cokolwiek bez okularów,
jeśli się ich używa do oglądania świata.
Pan Hilary biega zatem i krzyczy, nie dziwiąc się wcale temu,
że widzi, szukając, całkiem dobrze. Jeśli krótkowidz i ma okulary
„do dali”. Albo bardzo słabo, gdy, jako dalekowidz, nosi takie
„do bliży”. Przyznam, że słowo „bliża” (a może „bliż”, jak „dal”?) nieco
mnie śmieszy.
I ważne, że biega i krzyczy. Wpada w panikę. Histeryzuje. Śmieszny
w tym jest i śmiejemy się z niego, tym bardziej że widzimy jego
okulary. Ale kiedy nam samym się zdarza tak zachowywać,
do śmiechu nam nie jest. Bieganie i krzyk są nam jakoś potrzebne
w trudnych sytuacjach, choć wiemy, że nie pomogą.
Pan Hilary daje się wykorzystywać jako absurdalnie roztargniony
i jako histerycznie ekspresyjny. Gdy ktoś biega i krzyczy, może nam
się przypomnieć pan Hilary i będzie nam trochę weselej i spokojniej.
A najlepiej, gdy pan Hilary przypomni się nam, gdy się
zachowujemy jak on, biegamy i krzyczymy. Pozwoli nam spojrzeć
na siebie z pewnego dystansu.
A gdy akurat szukamy okularów, na pewno je znajdziemy.
28
Bo takie są moje obyczaje
Stefan Żeromski (1864–1925)
„Uciekła
mi
przepióreczka...” (1924)
To słowa docenta Przełęckiego, dość pozytywnego bohatera dramatu
Żeromskiego. Uzasadnia on właśnie swoimi obyczajami pewien
skomplikowany zespół działań, które go kompromitują, ale ocalają
sprawę, której służył jako społecznik oświatowiec.
Później używało się tego zdania, a nawet używa do dziś,
do motywowania, uzasadniania czegoś, co się zrobiło, a co nie jest dla
innych takie łatwe do zaakceptowania. Tłumaczenie jednak w ten
sposób własnego postępowania jest albo bardzo ryzykowne
intelektualnie, albo bezczelne.
Dlaczego można nam nie wierzyć? Samoświadomość jest dobrą
rzeczą, ale przecież nie sposób konfrontować poszczególnych swoich
decyzji z własnymi obyczajami i tak ustalać, co mianowicie zrobić
możemy z racji zgodności z obyczajami, a czego zrobienie przeczyłoby
tym obyczajom. Sugeruje to coś w rodzaju lekko schizofrenicznego
rozszczepienia siebie. I chyba trudno wobec innych tak uzasadniać
swoje postępowanie. „Widzisz, zrobiłem tak, bo takie są moje
obyczaje”, czyli: „...bo tak właśnie zwykłem robić”, czyli „...bo tak
właśnie robię”. Mało kto przyjmie to za dobrą monetę, a jeśli
przyjmie, to pewnie nie będzie myślał ze szczególnym szacunkiem
o takim właśnie udowadnianiu i o samym udowadniającym.
Już prędzej może uznać takie zdanie za przejaw czegoś niepokojąco
przypominającego butną bezczelność, a w każdym razie nikły stopień
liczenia się ze zdaniem innych, także oczekujących wyjaśnień
w sprawie motywacji działań. „Tak właśnie zwykłem robić i nic ci
do tego”. „Takie są moje obyczaje i nie myślę ich zmieniać”. W istocie
taka fraza jako uzasadnienie postępowania przypomina najkrótsze
i zdecydowanie najmniej uprzejme z uzasadnień: „bo tak”. I już.
Ale są jeszcze inne aspekty. Mówiąc o obyczajach, częściej myślimy
nie o jednostkach, lecz o społecznościach. „Obyczaje” to były także
ceremonie, rytuały. W każdym razie to sposób postępowania
tłumaczony nawykiem, przyzwyczajeniem. Obyczaj ma bardziej
społeczny charakter niż zwyczaj czy nawyk, silniej wiąże się z kulturą.
Przypisywaniem sobie obyczaju, a zwłaszcza zdawanie sprawy
z własnego sposobu postępowania jako z części spójnego systemu
zachowań,
zwanego
obyczajami,
możemy
się
silnie
dowartościowywać. „Tak właśnie zwykłem postępować” już pokazuje
mnie jako kogoś nie tylko konsekwentnego, lecz także wartego
rozpoznawania między innymi przez przestrzeganie pewnych zasad.
Wskazanie na własne obyczaje, szczególnie gdy mają one charakter
i funkcję ustabilizowanych i spójnych motywacji działań, ma czynić
ze mnie człowieka przynajmniej pod tym względem godnego szacunku
i podziwu.
A w sumie chyba wskazywanie na własne obyczaje do najlepszych
obyczajów nie należy.
29
Bo to zła kobieta była
Władysław Pasikowski, film „Psy”
Na pytanie: „dlaczego?”, jeśli serio zadane, nie oczekujemy prostej
odpowiedzi. Potrzebne jest wytłumaczenie. Co dopiero, gdy mamy
wyjaśnić motywacje, i do tego jeszcze nie własne. Dlaczego on to
zrobił? Albo: po co mu to było?
Można wspólnie się podziwić: dlaczego. Można próbować
interpretować. Ale kusi nas też odpowiedź prosta. Ot, i powód.
Taki rodzaj odpowiedzi jest szokująco prosty. Może być naiwny,
może być zdawkowo lekceważący, może być głęboki w prostocie.
Współczesny męski Bogart, sprowadzając do prostych opozycji ludzkie
zachowania, może robić wrażenie.
Kiedyś spytałem sąsiadkę o pewnego już nieżyjącego mieszkańca
miejscowości, do której niedawno się przeprowadziłem. Popatrzyła
na mnie poważnie i powiedziała krótko i po prostu: „To był zły
człowiek”. Więcej nie chciała nic powiedzieć, a ja, choć z początku
trochę niezadowolony z niezaspokojenia ciekawości, po chwili
uznałem, że to odpowiedź warta dłuższej opowieści. Zły człowiek.
Rzadko tak mówimy, tak wprost. Mówimy o złych intencjach, o złym
postępowaniu, o różnych złych rzeczach, ale o człowieku – trochę się
wahamy. To już musi być zły człowiek, żeby można było o nim
powiedzieć, że to zły człowiek. Czasem dzieci w poszukiwaniu
określenia dojmującego, kwalifikacji w ich mniemaniu ostatecznej
sięgają po ten przymiotnik z przejmującą naiwnością. „Jesteś zły!” –
mówią. Słyszałem to raz od dziecka i nigdy tego nie zapomnę.
To wyjaśnienie męskiego mężczyzny na temat postępowania jego
wiarołomnej żony udzielone młodej kochance daje prosty wzór
odpowiedzi dla wielu. Tak przecież pomyśleć o kobiecie, która mnie
zostawiła, najłatwiej i najprawdziwiej. Była zła i dlatego tak zrobiła.
Była po prostu złą kobietą. To wszystko wyjaśnia.
Zła kobieta to trochę inaczej niż zły człowiek. Zła kobieta przywodzi
na myśl baśnie z wiedźmami, macochami i złymi królowymi. Złe
kobiety robią złe rzeczy, bo są złymi kobietami. To wszystko wyjaśnia.
Taką mają rolę do odegrania i dziwne byłoby, i nie na miejscu, gdyby
nie zrobiły tego złego, co do nich należy.
Bo to była zła kobieta. Tak najprościej. Bo to zła kobieta była,
z orzeczeniem na końcu, to jeszcze mocniej. Przeszły czasownik,
dodany potem, jakby na podsumowanie, ale i na oddalenie w czasie tę
prostą i okrutną kwalifikację czyni bardziej wiarygodną, teraz spierać
się nie można. Tak było.
Z tej odpowiedzi można wysnuć wiele. Na temat kobiety, na temat
tego, kto o niej tak mówi, i na temat tego kogoś, do kogo tak można
powiedzieć.
Ale cytujemy to rzadko akurat właśnie z myślą o złych kobietach.
30
Bo w tym cały jest ambaras, żeby dwoje
chciało naraz
Tadeusz Żeleński-Boy (1874–1941) „Słówka”
(1913)
Boy naprawdę balladę o Pani Stefanii, która najpierw malarza nie
chciała, a gdy potem zachciała, on nie chciał, zakończył: „z tym
największy jest ambaras...”, ale mówi się zazwyczaj, zaczynając
od spójnika „bo”. Bo lubimy zaczynać od „bo” – bo tłumaczymy wtedy,
po co mówimy. Albo raczej: dlaczego mówimy. „Bo słuchaj, to jest
tak...”, „bo trzeba ci wiedzieć...”. Nasze mówienie od razu ma
uzasadnienie. Jest przez to ważniejsze, a nawet mądrzejsze. Bo tak
już jest. A Boy by się za parafrazę nie obraził. Tym bardziej
że szczególnie morał, puentę, podsumowanie tak właśnie zacząć
można. To wszystko, co zostało w historii opowiedziane, ma przecież
jakieś wyjaśnienie. I dlaczego zostało opowiedziane, i dlaczego tak się
stało, jak opowiedziano. Cała historia zyskuje dodatkowy wymiar
przypowieści i nadaje się do uogólnienia.
Morał powinien być dosyć krótki. Łatwy do zapamiętania, żeby
można się było do niego odwoływać i nim kierować. Morał
przypowieści, umoralniającej opowiastki, bajki, miewa postać
aforyzmu albo przynajmniej sentencji. Parodia powinna mieć cechy
oryginału jeszcze wyrazistsze. Parodia morału, kończąca parodię nauki
moralnej, powinna móc być powtarzana często i długo. Czasem
zresztą jako poważny morał. Bo czy parodia morału nie jest morałem?
Kiedy żartujemy z aforyzmu, układając jego absurdalnie zabawne
naśladownictwa, ni stąd, ni zowąd tworzą nam się całkiem zgrabne
prawdziwe
aforyzmy,
bo
przecież
absurdalność,
bliska
paradoksalności, często świadczy o wysokiej randze aforyzmu, który
właśnie w ten sposób potrafi zwracać uwagę na niedostrzegane lub
nieoczekiwane aspekty rzeczywistości. Aforyzmy i sentencje Koźmy
Prutkowa należą do najbardziej zaskakujących i zarazem trafnych.
Morały Boya, takie jak: „bo to zawsze jest najgłupsze, kiedy się kto
przy czym uprze” (tu już było od początku „bo”), jak ten, że tracimy
lata, gdy nie jesteśmy jak brat dla brata, są wprawdzie w miarę
oczywiste, ale gdy się nad nimi zastanowić, to i głębokie. W każdym
razie tak głębokie, jak nasze zastanowienie. (Może to też aforyzm:
„głębia zdania jest równa głębokości zastanawiania się nad nim”...?).
(Przy okazji zwracam uwagę na rekordową liczbę różnych znaków
interpunkcyjnych obok siebie w poprzednim zdaniu). Bo ważne
i rzeczywiście, i naprawdę jest to, żeby ci, od których zależy to,
co między nimi, chcieli naraz. Dobrze o tym pomyśleć, kiedy trzeba,
i tym się kierować. Także gdy chodzi o dwoje i o to, o co chodzi.
W wierszyku i w ogóle.
Naturalniej by brzmiało właśnie: „chodzi o to” lub „w tym cała
rzecz”. Ale nie byłoby rymu, który często tak o morale stanowi, że cały
morał do niego bywa dopasowany. I dodać trzeba, że im dziwniejsze
słowo, tym łatwiej w prostym wierszyku je zapamiętać. „Ambaras”
dobrze się wymawia, śmiesznie rymuje z „naraz”, dobrze łączy, np.
„cały ten ambaras”. Znaczy niezupełnie to samo, co „rzecz”, ale przez
to dodaje pikanterii. Na tym przecież właśnie polega cały ten kłopot.
Cały ten ambaras. Żeby oboje tego chcieli naraz. No, tego.
31
Bo zupa była za słona
Reklama
Reklama społeczna, czyli propagowanie prospołecznych zachowań,
jest zjawiskiem szlachetnym i w swojej szlachetności zarazem
podejrzanym. Wielu nastawia się do niej od razu nieufnie, a nawet
wrogo, wietrząc w niej albo jakieś niezbyt jasne interesy, albo
nachalne pouczanie. Wielkie plakaty rażące oczy niepożądanymi
obrazami mającymi do tego poruszać sumienie bywają odbierane jako
uczuciowy szantaż, nieusprawiedliwione wykorzystywanie naszej
wrażliwości.
Klasyczną obroną przed niechcianymi komunikatami – szkolnymi,
ideologicznymi, urzędowymi – jest drwina, wyrażająca się często
w parodii. Specjalną sytuację mamy, gdy jakiś tekst, przynajmniej
zdaniem prześmiewców, kompromituje się sam.
Liczne billboardy, ukazujące zmaltretowaną przez brutalnego męża
żonę, z podpisem o zupie, były źródłem tego potem tylko ironicznie
używanego cytatu.
Mamy tu samo zdanie podrzędne, z domyślnym nadrzędnym. Taki
kaleki okres zdaniowy bywa uznawany za dobry chwyt perswazyjny,
pamiętamy choćby tak często wykorzystywane „żeby Polska była
Polską” czy „aby Polska rosła w siłę”. Brak początku ma pobudzać
do myślenia, pozwala uzupełniać tekst na własny sposób, co także
aktywizuje, a przy tym uniemożliwia zaprzeczenie treści. W tym
przypadku zresztą funkcję zdania nadrzędnego pełni wizerunek
nieszczęśliwej kobiety. Tak nieszczęśliwej, że w emocjonalnej
samoobronie, dla odreagowania, sięga się po kpinę.
W zdaniu mamy pozór uzasadnienia. Powiedzieć można,
ze świadomością oksymoronu, że to wyjątkowo jawny pozór.
Mężowska brutalność tylko czekała na wyzwolenie się i ta słoność
zupy była tu tylko pretekstem. Zresztą pewnie wcale zupa nie była
za słona.
Specyficznie działa tu dziwna trywialność, która wiąże się jakoś
właśnie z zupą. Ta potrawa jest uważana za prostą i tanią, choć
przecież bywają i nader wykwintne, szlachetne zupy. Wodzianki i inne
„biedazupki”, a niedawno też zupa Jacka Kuronia, kojarzą się z biedą.
Liczne rymy, żeby wymienić tylko chałupę, skorupę i kupę, dodają
zupie jeszcze więcej prymitywności. Powód do użycia przemocy, ten
„argument z zupy” staje się przez to dodatkowo prostacki, bezmyślny
i demaskujący bezzasadną agresywność.
Za słona, czyli przesolona. „Przesoliłaś!” – mógł krzyknąć wściekły
mąż i potem uderzyć, czyli, rzec można, przysolić.
Cała sytuacja, owszem, dramatyczna, ale takie perswazyjne
zastosowanie motywu prostackiej brutalności czy brutalnego
prostactwa może dawać efekt bumerangowy. Żałując nawet
nieszczęsnej żony, cytujemy te słowa niejako podwójnie. Plakat
cytuje, oskarżycielsko, brutala, my cytujemy, parodystycznie, plakat.
Bo jest za prosty.
32
Boże, coś Polskę przez tak liczne wieki
otaczał blaskiem potęgi i chwały...
Alojzy Feliński (1771–1820) „Pieśń narodowa
za pomyślność króla” (1816)
Naprawdę Feliński napisał: „przez tak długie wieki”, ale dziś się śpiewa
„przez liczne”, bo przecież nie chodzi o to, że wieki się dłużyły, tylko
że wiele ich było. Śpiewa się tę pieśń jako wyraz patriotyzmu,
upatrując w różnych latach różne rodzaje patriotyzmu w tym, czy się
śpiewa „ojczyznę wolną pobłogosław” czy „zachowaj nam”, czy też
„racz nam wrócić”.
Data napisania tej narodowej (i jest rzeczywiście narodowa) pieśni
nie pozwala popełnić omyłki w identyfikacji króla, o którego
pomyślność tu chodzi. Oczywiście o Aleksandra I, cara Rosji i króla
Polski, a cała pieśń nosi też tytuł „Hymn na rocznicę ogłoszenia
Królestwa Polskiego z woli naczelnego wodza Wojsku Polskiemu
do śpiewu podany”. Wódz naczelny to Wielki Książę Konstanty
Pawłowicz, a rocznica pierwsza. Dodać też wypada, że prośba
wnoszona do Boga brzmi w oryginale pieśni: „przed Twe ołtarze
zanosim błaganie, naszego króla zachowaj nam, Panie!”.
Nic to nie przeszkadza tej pieśni w patriotycznym jej śpiewaniu,
choć przeszkodziło kiedyś w uznaniu jej za polski hymn narodowy.
Tego by tylko brakowało!
Najczęściej słyszymy połączenie pierwszych trzech słów – jako
tytułu oczywiście. Tak się zdarza, że apostrofy do kogoś, do Boga
przede wszystkim, ale i do innych podmiotów, do Litwy chociażby,
stanowią wraz z bezpośrednio towarzyszącymi im słowami samoistnie
funkcjonujące teksty. „Boże coś Polskę” nawet bez koniecznego
w środku przecinka. Żadne zdanie, zwykłe połączenie słów.
Bo żeby to było pełne zdanie, trzeba jeszcze długo mówić albo
śpiewać, aż do łączącego się z pierwszym wołaczem zawołania
„zachowaj nam” (albo też: „pobłogosław” czy wreszcie: „racz nam
wrócić”). Do tego stopnia długo, że na koniec dobrze jest wołacz
powtórzyć i dodać „Panie”. Nie jest to zbyt gramatycznie zręczne, ale
politycznie i owszem.
Prośba o zachowanie króla jest poprzedzona przypominaniem
licznych dobrodziejstw boskich dla Polski. To dobrodziejstwo ma być
kolejnym. Odwołuje się tu autor do znanej w psychologii zasady
zaangażowania i konsekwencji. Wynika z niej dla mnie czasem, że jeśli
zrobiłem już komuś coś dobrego, to powinienem się tego trzymać
i dalej dobrodziejstwami obsypywać.
Można zauważyć, że Ujejski w „Chorale”, znanym także jako
„Z dymem pożarów”, też o łaski dla Polski prosił, ale argumentował
całkiem odmiennie. Pisał „ileż to razy Tyś nas nie smagał”,
wypominając Bogu wszystkie nasze nieszczęścia. Te dwa podejścia
znane są do dziś i konkurują ze sobą. Historycznie skuteczność ich obu
jest raczej problematyczna.
Ale może zasadniej przypominać sobie to, co dobre. Pozytywne
wzmocnienia mogą się okazać funkcjonalniejsze – a w każdym razie
wywołują lepsze samopoczucie.
33
Boże, Ty to widzisz i nie grzmisz!
Henryk Sienkiewicz (1846–1916)
i mieczem” (1883)
„Ogniem
Autorem tych słów jest właściwie Onufry Zagłoba, który funkcjonuje
w mojej przynajmniej świadomości jako postać od autora niemal
niezależna. Wszyscy bohaterowie „Trylogii” są barwni i żywi, ale gdy
czytam jej dialogi (a czytam je od prawie pół wieku, z coraz większą
przyjemnością), pamiętam na ogół, że to Sienkiewicz wkłada w usta
Rzędziana, Skrzetuskiego, Soroki, Kmicica, Baśki czy Luśni te
znakomite frazy. A kiedy mówi Zagłoba, to mówi on sam. Taki on już
jest, że ktoś inny nie mógłby przecież kazać mu powiedzieć czegoś,
co by do niego nie pasowało. A przy tym to typowy homo loquens,
człowiek, o którym, jakkolwiek także działa, najbardziej stanowi jego
mówienie.
Ten okrzyk, a właściwie mruknięcie, nie ma w powieści
zaznaczonego odbiorcy, poza wzywanym gromowładnym Bogiem
i samym Zagłobą. Otaczają go prości żołnierze i pokorne, choć
rozweselone weselem chłopstwo. Tak jak tu Zagłoba często nie
znajduje dla swoich mruknięć, okrzyków i sentencji właściwego
słuchacza. Jego wspaniale retoryczne kwestie docenić może tylko on
sam, a w przyszłości dopiero czytelnicy. Do nas to zapewne kieruje.
A mruczy Zagłoba z powodu dwóch sprzecznych uczuć. Właśnie pije
znakomity miód, godny najlepszych znawców, takich jak on,
a częstują go chłopi. „Co to za czasy!” – oburza się – „chamy taki
miód piją!”. Głęboka satysfakcja i oburzenie jednocześnie. I potem
dodaje to, co wszyscy dobrze pamiętamy: „Boże, Ty to widzisz i nie
grzmisz?”. Zagłoba pyta Boga, dziś powtarzamy to jako okrzyk
zdumienia lub westchnienie dezorientacji, a gdybyśmy zapisywali, to
raczej z wykrzyknikiem lub wielokropkiem niż ze znakiem zapytania.
Gdyby te słowa nie były cytatem z pana Zagłoby, mogłyby wyrażać
patetycznie poważne zgorszenie, ale ponieważ są, zazwyczaj używamy
ich półżartobliwie, albo i żartobliwie. Być może w ten sposób
uzyskujemy pewien wentyl dla naszego oburzenia, które inaczej
musiałoby przybrać formę serio i, oczywiście, byłoby bezskuteczne
i frustrujące. Teraz jest, owszem, także bezskuteczne, ale zamiast
frustracji mamy poczucie dobrodusznej wyższości, co nam, rzecz
jasna, humor poprawia.
Cytujemy Zagłobę w ogóle często, także bez świadomości, że to on
jest źródłem. Jego wizja świata jest łatwa do zaakceptowania i bardzo
atrakcyjna, a jej sposób wyrażania tak trafny, że nie ma co szukać
lepszych określeń. Chętnie bylibyśmy wujami i ofiarowywalibyśmy
Niderlandy. Inteligentna zagłobia dobroduszność bez kompleksów daje
prawo do wyrażania ocen i emocji, umożliwia także opiniowanie
Bożych postępków. I ich braku, jak braku grzmienia na to, że chamy
taki miód piją.
Świat bywa zdumiewający. W tym, co złe, i w tym, co dobre. I to
zdumienie możemy odreagować reakcją na brak Bożej reakcji.
34
Bóg jest z Napoleonem, Napoleon z nami
Hasło propagandowe polskich napoleonidów
(1812)
Znamy to z „Pana Tadeusza”, Mickiewiczowi zawdzięczamy pozostanie
tego hasła w naszej historii.
Zazwyczaj, gdy mówimy, że X jest z Y-kiem, na przykład Atanazy
z Rochem, to temu pierwszemu przypisujemy rolę podrzędną. Roch
ma ze sobą Atanazego, nie odwrotnie. Gdy wołam „ja z tobą!”, to nie
ciebie przywołuję do towarzystwa, to sam się wobec ciebie deklaruję.
Z Bogiem jest inaczej. To nie ja z nim jestem, nie my jesteśmy – On
ze mną, z nami. Gott mit uns. Deus nobiscum. W powiedzeniach
„z Bogiem!”, jakkolwiek można uznać je za dobrze życzące, brzmi
czasem coś w rodzaju lekceważenia. „I z Bogiem!”. Bo to za łatwe,
oczywiście, że jesteśmy z Bogiem. Ważnie, żeby On nam sprzyjał, był
z nami.
A czy jest z nami, czy nie jest, i kiedy jest, to często my sami
ustalamy i deklarujemy. To podobne do autorytatywnego
stwierdzenia, że to Bóg tak chce. Oczywiście tak, jak my chcemy.
„Dieu le veut” było hasłem pierwszej wyprawy krzyżowej. Jest w tym
głęboki sens: trzeba tak czynić, bo Bóg tak chce. A że chce, okaże się,
gdy tak się stanie. Stanie się, bo tak chce, to jasne.
Tu nie mówimy tak od razu, że Bóg jest z nami. Musimy dokonać
pewnego zapośredniczenia. Gdyby był z nami, pewnie Kościuszko
by tak nie przegrał. A przegrał. Więc na razie nie z nami, tylko
z Napoleonem. I to widać, bo Napoleon wygrywa. Wygrywa, bo Bóg
mu sprzyja.
Ale chcielibyśmy oczywiście, by Bóg i nam sprzyjał. Budujemy sobie
sylogizm, którego pierwsza przesłanka właśnie została podana.
A z kim jest Napoleon? Ano z nami.
Brzmi to trochę jak „z przeniesienia”: Bóg z Napoleonem tak jak
Napoleon z Polakami. Jednokierunkowa zależność. Z góry na dół. Ale
przecież w tej frazie jest inaczej niż w pierwszej. Tu nie powinna już
działać „reguła Boga”. Gdybyśmy tę druga frazę wypowiedzieli
niezależnie, brzmiałaby zbyt dumnie. Naprawdę to jednak Polacy są
z Napoleonem, nie Napoleon z nami.
Ale co to szkodzi tak powiedzieć, żeby można było Napoleona
do polskich interesów dołączyć...
I w ten sposób, oczywiście, Bóg jest z nami. Tyle że jeśli Bóg jest
z nami o tyle, o ile Napoleon jest z nami, to my powinniśmy być
z Napoleonem. Kto z kim, to się tam potem wyjaśni, a jak my
będziemy z Napoleonem, to tak jakby on był z nami, i wtedy Bóg...
Ta pierwsza przesłanka pewna. Bóg jest z Napoleonem. Zwycięstwa
Napoleona to potwierdzają. Dobrze na początku dać coś
niekwestionowanego, łatwiej wtedy o wiarygodność. Skomplikowane
relacje nasze z Napoleonem są jeszcze w trakcie ustalania. To nie jest
tak, że już jesteśmy, i na stałe. Do tego trzeba zachęcać. Ale jeśli
będziemy, czyli i on z nami, Bóg będzie z nami też.
I o to chodzi. Bądźmy.
35
Bóg mi powierzył honor Polaków, Bogu go
tylko oddam
Ks. Józef Poniatowski (1763–1813), w bitwie
pod Lipskiem (1813)
Historycy wątpią w autentyczność tego zdania. Istotnie, mało
prawdopodobne, by było tak, jak chce legenda. Gdyby jej wierzyć,
Poniatowski wygłaszał to zdanie, skacząc do Elstery, w której zaraz
potem utonął. Wygłaszał raczej, niż wygłosił, bo zdanie długie,
złożone, rozbudowane. I piękne.
Naprawdę podobno „coś z gniewnym uniesieniem mówił bez
związku o Polsce i o honorze”. Oczywiście całkiem wykluczyć nie
można, że to właśnie mówił, co legenda głosi. Tym bardziej że i w tym
zbyt dużego związku dopatrzyć się trudno.
Bo jeśli nawet założyć, że książę Józef w niejakiej megalomanii
uznawał się za depozytariusza polskiego honoru, to jak można
przypuszczać, że skłonny był oddać go Bogu? Oznaczałoby to,
że Polacy pozostaną już bez honoru. Inaczej byłoby, gdyby uważał,
że przez chlubną śmierć właśnie ten honor ocali. Tak można
by rozumieć całą konstrukcję: „reprezentuję powierzony przez Boga,
ale przecież należący do Polaków honor do końca, ginę, ocaliwszy
honor”. Tu jednak honor ma być oddany.
Mamy tu wielokrotną językową kontaminację – nałożenie różnych
znaczeń i możliwości połączeń słów. Honor można oddawać,
zwłaszcza honory. To uroczyste zachowanie, właściwe dla wojska. Ale
taki oddawany honor (czy też takie oddawane honory) nie są tym
samym, co honor, który się posiada. Takiego honoru stracić nie wolno,
nie można go zatem oddać. Z drugiej strony, jeśli coś zostało
powierzone, trzeba to zwrócić, oddać. Patetyczne słowa bywają różnie
używane, a ich znaczenia w tych użyciach biorą się raczej nie
z prostych odniesień, lecz ze wzniosłych nieraz skojarzeń, konotacji.
Innym zdaniem wypowiedzianym przez księcia w tej bitwie było:
„Trzeba umrzeć mężnie”. Brzmiałoby banalnie, gdyby nie to,
że zostało wygłoszone właśnie przed mężną śmiercią. Okoliczności
uwiarygodniają nawet nadmierny patos. Śmierć uwiarygodnia
wszystko, co powiemy.
Polacy nie mają zbyt wielu przedśmiertnych „motów”. Po niektórych
myślicielach zostały takie słowa, które w oderwaniu od przyziemnych
realiów towarzyszących śmierci, a w połączeniu ze śmiertelną
okolicznością, zyskały treść nieoczekiwanie podniosłą. I „nie niszcz
moich kół” Archimedesa do rzymskiego żołnierza, i „więcej światła”
Goethego skłonni jesteśmy rozumieć jako raczej ogólnoludzkie
sentencje niż wyraz konkretnej troski o rysunek czy wynik tracenia
jasności wzroku.
Książę dobrze zaspokaja zapotrzebowanie na wielkie słowa
w obliczu śmierci. Myśli o sobie, to jasne, przydaje swej śmierci
ważność, to też oczywiste. A jednocześnie dba o nasz honor – i honor
stawia wyżej od śmierci. Jeśli nawet te słowa nie zostały dosłownie
przytoczone, to mówienie przed śmiercią „z uniesieniem” o Polsce
i honorze przyjmujemy z największym szacunkiem, oddając tym
samym honor temu, który nasz honor Bogu oddawał.
36
Bóg się rodzi, moc truchleje
Franciszek Karpiński (1741–1825)
nabożne” (1792)
„Pieśni
Tak się zaczyna najważniejsza nasza kolęda – tak bardzo kolęda,
że nie uświadamiamy sobie, że śpiewana jest na nutę poloneza.
Nawet trochę nie wypada, że to polonez – taka ta kolęda podniosła.
Początek oczywisty: rodzi się Bóg. To znaczy: rodzi się człowiek,
Bóg-człowiek, Syn Boży, Boże Dziecię, Dzieciątko Jezus. Ale przecież
rodzi się Bóg. A Bóg był zawsze, nie może się narodzić. I umrzeć nie
może, jeśli jest Bogiem. Kiedy Nietzsche pisał, że Bóg umarł, wszyscy
rozumieli, że chodzi o to, że go nie było. Gdy umarł Nietzsche,
pojawiły się napisy „Nietzsche umarł. Bóg” – i na pewno były
prawdziwe.
Jeśli umarł, nie był Bogiem. A jeśli się rodzi? Świat wśród różnych
swoich sprzeczności ma i takie, które językiem dobrze wyrażać,
bo dają ożywcze wrażenie paradoksu, antynomii. Obnażają językowe
dziwactwa. Coś, co może być w języku, a w rzeczywistości nie.
Chociaż jakoś przecież i w rzeczywistości, jeśli w języku. Kto goli
golibrodę, który goli wszystkich i tylko tych, którzy się sami nie golą?
Czy mogę kłamać, mówiąc, że kłamię? Takie sprzeczności na granicy
zdań niepokoją. A co z tymi wynikającymi z połączenia wyrazów?
Co z kwadratowym kołem i z obecnym królem Francji?
Oksymoron, wynikający z przeciwstawienia znaczeń połączonych
ze sobą wyrazów, jest starym retorycznym chwytem. Bywa wynikiem
sprzeczności w przydawce (contradictio in adiecto) – różne
niepróżnujące próżnowania i wesołe smutki często były apetycznym
chwytem poetów i myślicieli, a czasem bawiły, jak ujemne plusy. Bywa
wynikiem osobliwej dialektyki („jestem za, a nawet przeciw”). Taki
oksymoron u Karpińskiego ma znaczną skalę. Tu już wszystko jest
sprzecznością. I że moc truchleje, i że ogień krzepnie,
i że nieskończony ma granice.
Jeśli sól straci smak, czym ją posolić? Jeśli światło jest ciemnością,
jakże wielka to ciemność! Tak w „Kazaniu na górze” odwołuje się
do naszej wyobraźni Chrystus. Światło jest światłością, nie ciemnością,
ale jeśli jest ciemnością, to już wielką. Bóg jest zawsze, ale jeśli się
rodzi, to...
To, że ogień krzepnie, a blask ciemnieje, jest trudne lub niemożliwe
do wyobrażenia. Ale przez to może być przedmiotem wiary. „Credo,
quia absurdum” – mówił Tertulian i chodziło o to właśnie,
że przedmiotem wiary jest to, co dla rozumu nie do ogarnięcia.
Ale mamy tam i przesłanie łatwiejsze do wyobrażenia. Po tych
silnych oksymoronach są słabsze, jak „wzgardzony – okryty chwałą”.
I przede wszystkim „słowo ciałem się stało”.
W kolędzie prawdy poetyckie łączą się z religijnymi. Ten podwójny
wymiar usprawiedliwia wszystko. Trochę szkoda, że jak się śpiewa
kolędę, to się nie słyszy, jaki wspaniały to polonez i jakie znakomite
słowa. Ale przecież gdyby to nie była kolęda, nikt by tego dziś nie
znał.
37
Bój się Boga!
Zaklęcie
Zaklęcie, wezwanie. Najogólniej: wzywa do opamiętania. „Co ty
robisz, opamiętaj się, bój się Boga!”. Pytamy: „Co ty, Boga się nie
boisz?”. Strach przed Bogiem, inaczej: bojaźń boża, ma sprawić,
że ten, komu tak mówimy, reflektuje się, przestaje robić to, co nas
przeraża czy choćby wywołuje nasze potępienie. Albo że w ogóle nie
zaczyna tego robić. Ale wtedy nie ma powodu do zaklęć.
W polskiej literaturze lekkiej jest pewna postać, z którą ten okrzyk
często wiążemy. To prowincjonalny urzędnik z XIX-wiecznej farsy
Dobrzańskiego „Żołnierz królowej Madagaskaru”, który sam siebie
mityguje wołaniem „Mazurkiewicz, bój się Boga!”, postrzegłszy, jak
łatwo w dużym mieście łamać wszystkie surowo ustanowione zakazy.
Kto się Boga boi, ten się nic nie boi, powtarzają pobożni ludzie,
upatrując bezpieczeństwo w tej najlepszej odmianie własnej bojaźni.
Przywoływanie Najwyższego w błahych sytuacjach może nasuwać
mniemanie o łamaniu drugiego boskiego przykazania. Wprawdzie
zakazuje ono tylko daremnego wzywania bożego imienia, ale też
„nadaremno” nie oznacza tutaj, że reakcja Pana Boga jest koniecznym
warunkiem bezgrzeszności tego wzywania. „Nadaremno” znaczy tu
raczej tyle, co „bez potrzeby”. Należy mieć zresztą nadzieję, że samo
umieszczenie tego imienia w przykazaniu nie jest jego naruszeniem –
zakładamy przecież, że w modlitwie to jednak nie na próżno, nie
nadaremno, nie bez potrzeby.
Na Boga powołujemy się bez przerwy, wciąż. Kiedyś na przykład
w popularnym „dla Boga!”, co dało z czasem formę mniej
przypominającą już o Bogu, czyli „dlaboga!”, potem łzawo ludowe,
labidzące „laboga”, a z czasem połączone z też emocjonalnie
wzywającym „o”, już zupełnie bezbożne „olaboga”. Dziwiliśmy się,
a raczej dziwowali, takimi wykrzyknikami, już o Bogu nie pamiętając.
Że to dla Niego, dla Boga.
W „bój się Boga” Bóg się nie zatarł, ale sam okrzyk mimo to nie
grzeszy nadmierną powagą. W ważnych sprawach tak nikogo nie
powściągamy, używamy tego raczej w sytuacjach mniej poważnych.
Co ciekawe, dość często pojawia się tu element pozytywny, nutka
zdziwionego podziwu. „No, bój się Boga, ale ci się udało!” – taki wyraz
uznania językowo nie dziwi. „Bój się Boga, chłopie, co ty wyprawiasz!”
– wołamy, często wcale w ten sposób nie potępiając, nie mitygując
ani nie reflektując adresata. Przeciwnie, pełni uznania, wyrażając je
nawet dość gwałtownie. „Bój się Boga!”.
Kiedy pan Mazurkiewicz próbował opamiętywać się tym zabawnie
drugoosobowym okrzykiem, też słychać w nim było szczególną
ambiwalencję. Z jednej strony niekłamane przerażenie z rodzaju „co ja
robię, co ja robię” – z drugiej jednak coraz wyraźniejszy cień
figlarności. Bo wiedział, że woła, ale będzie robił nadal.
Bojąc się wciąż Boga, oczywiście.
38
Był sobie raz...
Początek baśni
Niezupełnie zdanie, ale przez powtarzalność zautonomizowało się
i możemy je traktować jako tekst osobny, coś w rodzaju zdania.
Podobnie się zaczynają baśnie innych języków („Es war einmal...”,
„Once upon a time...”, „Odnażdy żył, był...”). Ale polskie „był sobie
raz” jest dobrze oswojone i przez to „sobie” specyficzne.
A komu miał być? To, że sobie, daje poczucie jakiejś
autonomiczności. Sobie był, nie komu innemu. Mogę sobie robić różne
rzeczy, sobie, czyli dla siebie. Mogę sobie śpiewać, gdy nikt inny mnie
nie chce słuchać (najwyżej Muzy), mogę sobie rzepkę skrobać. Ale
kiedy nie jest tak, że ja jestem adresatem, odbiorcą i beneficjantem,
kiedy nie dla siebie to robię, „sobie” oznacza co innego. Wtedy nie tyle
śpiewam sobie samemu, ile tak sobie śpiewam, bo nie robię nic
innego. Tak sobie.
Tak jest i z byciem. Można na pewien sposób być dla siebie
samego, być samemu sobie, ale to raczej żartobliwa figura językowa
niż naturalny sposób mówienia. „Jestem sobie krakowianka” śpiewa
sobie krakowianka, co znaczy, że ona jest tą krakowianką i już, i że nic
(sobie) z tego, kim jest, nie robi.
Kto był sobie raz, jest zwykle bohaterem baśni. Uwiarygodnionym
przez określenie czasu, choćby nieokreślonego („raz”), przez
wysunięcie na początek egzystencjalnego „był” (lub „była”
oczywiście). Miejsce także będzie zaraz określone, oczywiście jako
nieokreślone: „za górami, za lasami” albo „za siedmioma morzami”.
Czyli daleko, trudno sprawdzić, czy rzeczywiście było.
Mamy uwiarygodnienie, ale konwencjonalne, wiążące się
z określonym gatunkiem, z zasady wiarygodnym tylko poetycko, bez
odnoszenia do banalnej realności. Stąd też można to „był sobie raz”
uznać zarazem za sygnał nieadekwatności do tej przyziemnej
rzeczywistości. Skoro „był sobie raz”, to zapewne w świecie baśni
będzie trzeba umieścić to, co potem nastąpi.
Zamiast „był sobie raz” mamy czasem „dawno temu”. To może być
historia zapisami potwierdzona. Ale jak powiem „dawno, dawno temu”
– już nikt historyczności raczej nie oczekuje. To prawie jak „raz”.
Jeśli ktoś był tak dawno, że aż „raz”, i tak bardzo niezobowiązująco,
że aż „sobie”, o prawdziwość nie trzeba się troszczyć – ani ze strony
opowiadającego, ani ze strony słuchającego. Ważne, żeby było
ciekawie.
Zaczynam więc „był sobie raz...” i zawieszam głos. Czasem wiem,
co powiem, czasem i wnuczka też wie. Ale i tak będzie ciekawie.
Czasem (i tak powinno być) ja wiem, a wnuczka nie. Myślę, że może
posłucha. A czasem i ja nie mam zielonego pojęcia, co dalej będzie,
co powiem. Pewnie coś mi się samo powie. I coś się tak sobie będzie
opowiadało.
Formuły językowe, zwłaszcza magiczne, mają moc wywoływania
rzeczywistości, choćby rzeczywistości baśniowej. A „był sobie raz” jest
przecież taką magiczną formułą.
39
Cała jesteś w skowronkach
Leszek A. Moczulski, tytuł piosenki (1968)
Skowronek jest symbolem wesołości i beztroski, podobnie zresztą jak
inne ptaszki, ale dużo bardziej niż inne, bardziej nawet niż wróbelek.
Chyba jest najradośniejszy ze wszystkich ptaszków. A jeszcze do tego
towarzyszy pracy rolnika, co czyni go dodatkowo pracowitym
i sympatycznym. Jest wesolutki, a my, jak jesteśmy bardzo
wesolutcy, to możemy być właśnie do skowronków porównywani. Ta
szczęśliwa niefrasobliwość niektórym wydawała się nawet nadmierna.
Rej, chcąc wyrazić treść typu „niech się dzieje, co chce”, pisał:
„po mojej śmierci niech, chce–li, i niebo upadnie a skowronki
potłucze”. Dziwaczny jakiś obraz. Ale ciekawy.
Skowronek wstaje rano, inaczej niż sowa. W swoim upodobaniu
do charakteryzowania siebie i bliźnich sięgamy po to porównanie,
umieszczając się w grupie sowy albo w grupie skowronka.
Ze skowronka prawdziwy ranny ptaszek. „Kiedy zaświta ranny dzionek
i porozwiesza mgieł welony, wstaję do pracy jak szalony i śpiewam,
śpiewam by skowronek” wesoło i przewrotnie pisał przedwojenny
satyryk. Niektórzy, jak Halka na przykład, chcieliby rannym słonkiem
wzlecieć skowronkiem, czyli jak skowronek. On wstaje wcześnie,
wysoko wzlatuje i od rana szczebiocze. Dawni Polacy mówili,
że dzwoni, przepioruje albo zgoła skowroni. W samej jego nazwie
etymologowie słyszą jeszcze coś w rodzaju skwierczenia i jakieś
odniesienie do wrony, ale to już dla nas zatarte.
Obraz dziewczyny całej w skowronkach jest piękny i oryginalny.
Nieco podobny pojawił się w „Śnie srebrnym Salomei”, gdzie
Księżniczka, zastanawiając się nad zamążpójściem: „nie wiem,
co wolę, namyśleć się muszę”, tłumaczyła to poetycznie: „skowronków
pełną wiosennych mam duszę” i dodawała szczerze: „kapryśną jestem
i trudną dziewicą”. W jej przypadku skowronki były raczej,
powiedzmy, wewnętrzne, a w piosence Skaldów – zewnętrzne. Tu
włosy, sukienka i nawet pantofelki dziewczyny śpiewały skowronkami,
bo ona cała w nich była. Choć to wcale nie znaczyło, że skakała
z radości – oryginalna melodia wskazywała raczej na rozlewną
śpiewność niż na wesołe świergotanie.
Obraz bycia w skowronkach się przyjął, ale w wersji radosnej. Kiedy
chcemy wyrazić czyjąś wielką radosną wesołość, mówimy, że jest on
„cały w skowronkach”. Czasem mówimy tak o sobie, częściej o innych.
Ktoś cały w skowronkach nie może jednak być w nich długo.
Opisujemy taki jego stan z odrobiną złośliwości, czasem
niepozbawionej satysfakcji. I kiedy tak mówimy, to zwykle dajemy
do zrozumienia, że czai się już gdzieś perspektywa pozbawienia go
tych skowronków, niejako odarcie go z nich. Kto jest cały
w skowronkach, to czegoś jeszcze nie wie albo nie potrafi przewidzieć.
Na razie się cieszy.
Jak skowronek.
40
Cała sala śpiewa z nami
Jan Tadeusz Stanisławski „Był raz bal”, wyk.
Jerzy Połomski
„Był raz bal na sto par” śpiewało się na wielu balach, łącząc każdy
z nich z tym właśnie, o którym się śpiewało, w jeden wielki. Ta
formuła o balu dobrze się zaczynała magicznym bajkowym „był raz”,
a bal w tym kontekście przypominał baśniowe bale, choćby
z „Kopciuszka”. Jednosylabowe słowa ułożone są tu w linię
melodyczną tak, by nacisk był na trzeciej, jak w równie magicznie
pobudzających anapestowych rytmach. I jeszcze jedno magiczne „sto
par”...
Ale naprawdę do tańca pobudzał początek refrenu, czyli właśnie
„cała sala śpiewa z nami”, co było zasługą także i porywającej melodii,
i Jerzego Połomskiego, pierwszego wykonawcy tej piosenki. Choć
językowo, nie melodycznie rzecz ujmując, miała pobudzać do śpiewu.
Gramatycznie to tryb oznajmujący: „śpiewa”. Ale przecież nikt nie
widzi w tym, nie może zobaczyć, informacji o tym, że sala z nami
śpiewa. Jest to zupełnie jednoznacznie dyrektywność, pobudzenie,
ponaglenie, zachęta. I to wyrażona dość stanowczo, kategorycznie.
„Cała sala śpiewa!”. „Wszystkie pary tańczą!”. Temu oprzeć się
niepodobna. Właściwie: nie wolno.
Tryb oznajmujący może być wykorzystywany do próśb czy poleceń.
Częściej nawet poleceń. „Pójdziesz tam i kupisz mi gazetę”. Pójdę.
„Pan im powie, żeby tu przyszły”. Na pewno powie, i zapewne one
przyjdą. To czas przyszły, tutaj nie tylko antycypujący w ten sposób
zdarzenia, ale także w dość stanowczym trybie powodujący je.
Bywa tak i z czasem teraźniejszym, zazwyczaj jeszcze bardziej
kategorycznym w tym użyciu. „Pan tu siedzi, a ja wyjdę”. „Pan
wychodzi natychmiast!”. Tu już protest nie jest możliwy. Albo
przynajmniej zakłada się jego niemożliwość.
Może to dotyczyć i śpiewania, dlaczego nie. „Wojsko śpiewa!” to
prawdziwa komenda, gdyby podoficer krzyknął, choćby i głośno:
„niech wojsko zaśpiewa!”, wojsko mogłoby się nawet roześmiać. A tak
zaśpiewa, prawie tak samo, jakby usłyszało: „wojsko, śpiew!”.
„Cała sala śpiewa” to oczywiście nie jest komenda, tylko wesołe
zaproszenie. Zwłaszcza że sala śpiewa z nami, i to jeszcze tańcząc
walczyka parami. Inaczej się zresztą walczyka nie tańczy, tylko
parami. Z drugiej strony to dość trudno śpiewać, tańcząc. Może to
uchodzić za największy już stopień rozradowania, po prostu
szaleństwo, śpiew i taniec, ale proszę spróbować, za chwilę przestanie
już być aż tak wesoło.
Sala to oczywiście ludzie na tej sali. To taka metonimia, mówi się
o sali, a myśli o ludziach w niej zebranych. „A ta chata rozśpiewana”
pisał poeta i też tak właśnie myślał. Cała sala śpiewa, tańcząc przy
tym. Sala może śpiewać, ale z tańczeniem to już przesada, sala nie
tańczy, to w sali się tańczy...
Ale w końcu... to przecież hiszpański walczyk. W sam raz.
41
Całuję rączki, padam do nóżek
Formuła grzecznościowa
Bardzo grzeczne powitania i pożegnania. Często osobno, często obok
siebie. W tej zazwyczaj wtedy kolejności. Najpierw rączki, potem
nóżki. To reguła ogólna. Najpierw ręka, potem noga. Ręka, noga,
mózg na ścianie. Ręka rękę myje, noga nogę wspiera. Rączki całuję,
do nóżek padam.
Pierwsze to opis, drugie raczej metafora. Mówimy tak my,
mężczyźni. Rączki możemy istotnie całować, bywa, że całujemy.
A nawet mówimy, że całujemy, i całujemy. Ale często się zdarza,
że mówimy, że całujemy, zamiast całować. Obiecujemy tylko.
W rzeczywistości oczywiście całujemy rączki niewiast, dam, mówimy
o całowaniu czasem, żartobliwie, i do mężczyzn. Ponieważ naprawdę
do żadnych nóżek wcale nie padamy, możemy mówić o padaniu
do wszystkich nóżek, do nóżek wszystkich, niezależnie od płci.
Zdrobnienia mają być grzeczne, nawet grzeczniutkie. Mają wyrażać
na przykład korne podporządkowanie, pełne szacunku. Ale,
potraktowane odrobinę bardziej serio i nieco tylko mniej
konwencjonalnie, mogą wywołać efekt odwrotny. Kiedy pielęgniarka
w szpitalu mówi do mocno starszego pacjenta o jego rączkach,
nóżkach, pleckach i główce, to i on, i świadkowie tego czują pewną
niestosowność. Czuje się, że to dlatego, że nie jest on dostatecznie
poważnie traktowany. Sam znoszę to z trudem, gdy o mnie chodzi.
Wolę mieć części ciała niż cząstki ciałka.
Ale rączki i nóżki nie drażnią specjalnie. U pań są, wiadomo,
delikatne, u panów, trudno, konwencjonalnie zdrobnione. I stają się
takimi po trosze przez te czynności, o których mowa: całowanie,
padanie.
Padanie do nóg to stary zwyczaj, ten rodzaj wymaganego
samoponiżenia gwarantował bezpieczeństwo od kaprysów monarchów
i wielmożów. Pokora była konieczna zwłaszcza w wymiarze
symbolicznym. Ja nisko, Ty, Panie, wysoko. Moja głowa na poziomie
Twoich Nóg. Padam, prosząc, a nawet błagając, padam w poczuciu
winy, padam witając i żegnając, padam też na wszelki wypadek.
Jestem sługa i podnóżek. Tradycyjnie frazeologia grzeczności z pokorą
bywa związana, wszystkie te czci i uwielbienia dają językowe formy
etykiecie nader skwapliwie i usłużnie.
Ale teraz takie formuły mają duży ładunek bezpośredniości. Trzeba
być w bliskich kontaktach towarzyskich, żeby tak się wyrażać. I z całą
pewnością nie może być oficjalnego stosunku znacznej podrzędności
przy braku zażyłości, żeby padać i całować. Stało się to jakieś figlarne
i dopuszczalne w bardzo nieformalnych kontaktach. A nawet, kto wie,
może bardziej przystoi temu z dwóch, komu mniej przystoi całowanie,
nie mówiąc już o padaniu, czyli temu, kto odrobinę wyżej...
Hipertrofia grzeczności, ujawniająca się w lada drzwiach czy przy
częstowaniu, także nie sięga do rączek, a zwłaszcza do nóżek.
Obiecanki cacanki.
42
Cały naród buduje swoją stolicę
Hasło propagujące pomoc w odbudowie,
Zdzisław Sachnowski (1945)
To było hasło SFOS. SFOS to był Społeczny Fundusz Odbudowy
Stolicy. „Na Warszawę” zbierano pieniądze zewsząd. Potrzebne
do tego było dobre, proste hasło. To hasło powstało, było popularne
i pozostało dla kilku pokoleń jako ważne i znamienne dla całego
okresu odbudowy.
Fundusz był „odbudowy”, a nie „budowy”, bo przecież Warszawę
odbudowywano, nie budowano od nowa. Chociaż właściwie od nowa
ją odbudowywano. W haśle trudno jednak byłoby umieścić taką
skomplikowaną formę czasownikową jak „odbudowuje”. Tym bardziej
że nasuwało się jeszcze bardziej skomplikowane, podkreślające
niedokonaną
współczesność,
choć
niezbyt
poprawne,
„odbudowywuje”. „Buduje” było proste, sugestywne i, co ważne,
budujące. Dla tych, którzy budowali.
„Budowanie” jest podniosłe, pełne metaforycznych możliwości.
Dowartościowuje działanie. Ale z drugiej strony: jak to, stolica ma
dopiero być budowana? Z odległej perspektywy, czy to przestrzeni,
czy czasu, wydaje się to co najmniej dziwne. To wokół stolicy
najczęściej organizuje naród swoją państwowość, a tu trzeba stolicę
budować? To przecież znaczy, że jej nie ma.
Buduje ją cały naród. Ale to nie stwierdzenie, to apel. Nie
informacja, lecz wezwanie. W naszych prywatnych działaniach
komunikacyjnych tryb oznajmujący bywa czasem używany do próśb,
rad, apeli i zachęt, częściej jednak do instrukcji, poleceń i rozkazów.
Dobrze pasuje tu czas przyszły: „zrobisz to i to”, „przyjdzie pan
o szóstej”. Rzadziej pojawia się czas teraźniejszy: „pan siedzi
spokojnie” i mamy wtedy wrażenie, że po prostu „niech” nie zostało
wypowiedziane.
Co innego w hasłach. Tam stwierdzenia, zwłaszcza deklaratywne,
często służą za apele. „Jesteśmy z Wami” na transparencie bywa
deklaracją, ale zwykle zachęcającą, pobudzającą. Tak jest szczególnie
wtedy, gdy w imieniu tych, co z nimi, ci właśnie, z którymi oni,
układają takie hasła. A to wcale nie rzadka sytuacja. „Popieramy”
w istocie piszą częściej popierani niż popierający.
Cały naród buduje. To i stwierdzenie, i deklaracja, i apel zarazem.
W sytuacji wzmożonej aktywności różne akty komunikacyjne nie
różnią się tak istotnie. „Raz–dwa, do roboty”, „podaj cegłę”,
„budujemy nowy dom, jeszcze jeden nowy dom”.
Hasło miało wielkie litery: „Cały Naród buduje swoją Stolicę”. Jasne,
że stolica jest ważna, niektórzy do dziś mieliby ochotę pisać ją, jak
i Ojczyznę, wielką literą. I Naród, oczywiście, zwłaszcza nasz.
Aż chciałoby się, żeby i samo budowanie wielką literą uhonorować,
a może i własny zaimek.
Najlepsze są hasła najprostsze, to hasło o budowaniu stolicy jest
proste. Nie tak może proste, jak wpadające przez to niemal w cynizm
„społeczeństwo sobie”, ale na pewno jasne, oczywiste, a zwłaszcza
pobudzające. I nawet optymistyczne, choć budowanie sobie stolicy to
dla Narodu rzadkość.
43
Chcemy być sobą
Zbigniew Hołdys, zespół Perfekt (1981)
A kto nie chce? Pewnie, są tacy, co są niezadowoleni z tego, kim (czy
czym) są. Chcieliby być inni, chcieliby być innymi. Ale przy tym
przecież: ciągle jednak być sobą.
Sam sobą jestem i gdybym nie był sobą, nie byłbym tym, kim
jestem. Takiego mnie by nie było. Nie byłoby mnie. Kto by chciał,
żeby go nie było? Pewnie są tacy, co mogą nie chcieć być...
Tu sobą chce być nie jakiś ja (nie jakieś „ja”), tylko my. To my,
wszyscy my. Albo: to my, każdy z nas. Kiedy my wszyscy chcemy być
sobą, to być może wszyscy my chcemy być jakimś wszystkim sobą,
albo może: jakimiś wszystkimi sobą. To nic, że gramatycznie jest to
już nawet nie niezręczne, ale jakoś absurdalne. To bycie sobą, ta
„sobość”, czujemy to przecież, może dotyczyć wszystkich nas naraz,
całej zbiorowości, może też dotyczyć tego, co we wszystkich nas
wspólne, co jest dla nas razem, powiedzmy z grubsza,
charakterystyczne. I takimi chcemy być.
I ten, co to śpiewa w liczbie mnogiej, to chce wyśpiewać.
Wyśpiewuje to wobec kogoś. Wobec innych nas, innych „my”,
innych „siebie”, oczywiście, tak. Ale i wobec innych, tych innych,
co ani nami nie są, ani nie są „my”; pewnie są, rzecz jasna, sobą, ale
jakimś innym sobą, albo innymi „sobą”, nie nami, też. Może nawet
przede wszystkim.
I pewnie, czego należy się domyślać, oni nieco utrudniają nam bycie
sobą. Czyli nami. Jesteśmy, owszem, nami, czyli w końcu sobą, ale
jednak nie do tego stopnia, jakbyśmy chcieli – inaczej przecież nie
musielibyśmy mówić, śpiewać, krzyczeć (bo ten śpiew do krzyku się
podnosił, krzyku powtarzanego, dającego przeświadczenie ważności,
ale i natarczywości), że właśnie sobą chcemy być i już. Wreszcie.
A właściwie, jeśli „wreszcie”, to nie jesteśmy nie tylko sobą tak,
do tego stopnia, jakbyśmy chcieli, ale zapewne w ogóle. W ogóle nie
jesteśmy sobą. I może to tak jest, że jak nie jesteśmy sobą tak,
jakbyśmy chcieli, to wcale nie jesteśmy sobą? I że tylko wtedy
możemy być sobą, jak jesteśmy sobą całkiem? Może rzeczywiście
kompromisów nie ma...
A my chcemy i już. Widać trudno nam być, pewnie nie dają. Ale jak
dadzą, czy będziemy? Przecież wtedy będziemy, bo nam dali (dali?,
dadzą? – nie mamy czasu przyszło-przeszłego). Czyli z ich pozwolenia,
dopuszczenia, woli, nadania. Czy wtedy będziemy naprawdę sobą?
Naprawdę będziemy sobą (wreszcie) nie wtedy, gdy inni nam
pozwolą. Nawet nie wtedy, gdy się nie będą wtrącali. Będziemy, jak
będziemy. A jak chcemy być, to będziemy i już, i nikt nam nie zrobi
nic.
I nie będziemy musieli wykrzykiwać, że to sobą, a nie kimś innym
chcemy być, i że mamy w związku z tym jakąś do świata pretensję.
Tylko oni wtedy będą musieli trochę mniej być sobą.
44
Chciałabym, chciała...
Wojciech Płocharski, zespół Formacja Nieżywych
Schabuff
W piosence z tym króciutkim, ale znakomitym refrenikiem
(refrenkiem?) występuje nagromadzenie i eskalacja nonsensów. Jakiś
amant, realny czy hipotetyczny, sprawdza, przeciw czemu jego
partnerka mogłaby coś mieć, a ona nic. Nie będzie miała nic przeciw
temu, żeby on „był młotkowym, w fabryce z młotkiem szalał”, a nawet
nie przeszkadzałoby jej, gdyby był krogulcem. Co najwyżej, przy
wyjątkowych natężeniach straszliwości, „drżałaby, drżała”, ale także
w dużym podnieceniu, i, oczywiście, chciałaby. Chciała.
Najpierw mamy całą formę trybu warunkowego, zwanego czasem
niezbyt trafnie przypuszczającym. Dawana jest w odpowiedzi
na pytania zaczynające się od „gdyby”, czasem z dodatkiem
uszczegółowiającym: „co byś powiedziała?” czy „czy coś byś przeciw
miała?”, czasem nie. Ta skrótowa, czasownikowa i bezdopełnieniowa
odpowiedź nie jest w pełni gramatyczna, ale zrozumiała. Wiemy,
że chciałaby. A do tego dodana jest jeszcze inna forma tego samego
czasownika, forma dawniej zwana imiesłowem przeszłym, dziś służąca
do wyrażania czasu przeszłego, do mówienia o tym, co było, ale także
występująca w formach innych, np. w czasie przyszłym złożonym
(„będę chciała”) i właśnie w trybie warunkowym, nie zawsze
w bezpośrednim połączeniu z „by”. „Chciałabym” – „ja bym chciała”.
Tutaj, po warunkowym „chciałabym”, jest potwierdzeniem, a nawet
wzmocnieniem chcenia. Na pewno bym chciała. Choćbyś był
młotkowym, choćbyś był krogulcem. I nic bym nie miała przeciw.
Przypomina się zakończenie znakomitego filmu „Pół żartem, pół
serio”, w którym roznamiętnionemu milionerowi nic nie przeszkadza
w oblubienicy, żadna z jej coraz bardziej nerwowo wymienianych
przez nią samą wad go nie zraża. Wszystkie akceptuje. Nawet
na ostateczny argument, ten mianowicie, że oblubienica jest
naprawdę oblubieńcem, o czym widzowie wiedzą od początku,
odpowiada flegmatycznym „nikt nie jest doskonały” (sławne „nobody’s
perfect”). To było zabawne, groźniejszy był dialog Malkolma
z Makdufem w „Makbecie”, w którym autoprezentacja przyszłego króla
brzmiała coraz bardziej przerażająco, a Makdufowi to mało
przeszkadzało i z uporem przekonywał, że Szkocja wiele wytrzyma –
i królewską rozpustę, i nieograniczoną pazerność, i w ogóle...
Szczęściem to był taki przyszłokrólewski żart.
A to dziewczę z piosenki chciałoby, choć po prawdzie nawet z tekstu
nie wynika zbyt jasno czego. Raczej tak chciałaby w ogóle,
akceptowałaby to, co się dzieje czy też ma dziać, a partnera i to,
co on robi czy dopiero zrobi, lub ewentualnie zrobiłby czy wręcz
chciałby, albo też nawet tylko mógł zrobić, w szczególności. Trochę się
domyślamy...
To oczywiście idealne wyobrażenie kobiety z punktu widzenia
mężczyzny. Taka, która nie miała nic przeciw wszystkiemu,
czemukolwiek, niczemu. Taka, która zawsze by chciała, i jeszcze przy
tym czasem drżała.
Coś absolutnie pięknego.
45
Chciało się Zosi jagódek
Jakub Jasiński (1761–1799) „Jaś i Zosia” (1785)
Jasiński, „młodzian piękny i posępny”, jak go w „Panu Tadeuszu”
określa Mickiewicz, tak bardzo posępny być nie musiał, skoro pisał
frywolne wierszyki, w tym ten o Jasiu i Zosi zapamiętany przez
pokolenia także dzięki wpadającej w ucho miłej melodii.
Zosi się jagódek chciało. Nie to, żeby ona chciała czegokolwiek, nie.
To jej się chciało. Ten piękny i wygodny celownik zdejmuje
odpowiedzialność z nas i czyni nas obiektami czegoś nieokreślonego.
To nie ja chcę jeść, to mnie się (jakieś „ono” może można tu wstawić)
chce. Może i jestem głodny, ale o tym też nie mówię: mówię, że chce
mi się jeść. Albo pić, albo spać. Nie to, że chcę pić czy spać – mnie się
chce. Tak jak bywa mi jakoś, na przykład nijako, a ja wcale taki nie
jestem, zwłaszcza nijaki, tak samo coś mi się może chcieć. Mnie, bez
mojej woli. Wcale nie chcę, żeby mi się chciało, a mi się chce.
Zachciało mi się jakoś i teraz się chce. Może to właśnie „się” jest tym,
co chce? Nawet często wbrew mnie samemu? To bywa niemal
fizjologiczne albo wręcz fizjologiczne. Dlatego tak zewnętrznie, spoza
naszego własnego, kontrolowanego chcenia, jest nazywane. Kiedy nie
ma mowy o tym, czego się mianowicie chce, często chodzi o tak
zwaną potrzebę fizjologiczną. Dzieci tak mówią: „mamusiu, mi się
chce!”. Jak się tak zastanowić, to ciekawe.
Te dwa chcenia, kontrolowane i nie, mogą nakładać się na siebie.
Może mi się chcieć chcieć i może się nie chcieć. Czepiec w „Weselu”
mówi, że panowie nie chcą chcieć. Może oni i chcieliby, ale to im się
nie chce. Tylko że „nie chce mi się” to nie jest zwykła negacja
w stosunku do „chce mi się”. Jako odpowiedź na prośbę takie „nie
chce mi się” jest skrajnie niegrzeczne.
Żeby się chciało, musi się najpierw zachcieć. Czyli zacząć chcieć. To
też ciekawa forma, tym bardziej że kiedy chodzi o prawdziwe chcenie,
od nas zależne, nigdy nie mówimy o „zachceniu” – ten inchoatywny
(czyli nazywający początek) czasownik w tej funkcji użyty być nie
może. A jeśli nam się chce, to zawsze w wyniku zachcenia. Zosi się
zachciało jagódek i potem już chciało. Wiemy, że często trudniej takie
niby zewnętrzne „się chcenie” pokonać, niż zwalczyć własną chęć,
do której się przed innymi i przed sobą samym przyznajemy. Jak „się”
zachce, nie ma siły. Trzeba ulec. A Zosi się chciało.
Jagódek się zachciało... Patrzcie, patrzcie! Ironicznie mówimy
czasem „zachciało się” o cudzych zachciankach, które nam się wydają
wygórowane lub z jakichś powodów nieadekwatne. I przyznać trzeba,
nie martwimy się, jeżeli nie zostaną spełnione.
Zosi się chciało jagódek, których Jaś miał pełny ogródek. Poeta być
może miał na myśli prawdziwe jagódki, ale ponieważ był znany jako
figlarz i, odrobinę, sprośnik, moglibyśmy podejrzewać, że to wcale nie
o jagódki chodziło...
Ale już nam się nie bardzo chce.
46
Chcieliście Polski, no to ją macie!
Konstanty Ildefons Gałczyński (1905–1953)
„Skumbrie w tomacie” (1936)
Sami chcieliście. Tu l’as voulu, Georges Dandin. Masz, czegoś chciał.
Sameś sobie winien. Itd.
Bałamutny poeta prowokuje na różne sposoby. Nie bardzo wiemy,
co to skumbrie, rzadko już jadamy coś „w tomacie”, nawet komputer
mi ten tomat podkreśla, bo nie ma czegoś takiego jak tomat, ale
„skumbrie w tomacie” zostały, zresztą jako absurd do rymu. Do rymu
dość prostego, „tomacie – macie”, na który trzeba było czekać przez
cały długi wiersz, długi przy tym dlatego, że pełno w nim tych
absurdalnych skumbrii. Co może znaczyć, że na te ostatnie słowa
o Polsce warto było w wierszu czekać, inaczej niż na samą Polskę.
Tym bardziej zresztą, że niezupełnie prosto dają się one wywieść
z wiersza jako przesłanie czy morał. Pstrąg.
Cała wysoce niejasna opowieść o staruszku z pieskiem doczekała się
wielu wytłumaczeń, co Poeta chciał. Wnioskowano, że ten szlachetny,
co to strzelał i mu nie wyszło, to Piłsudski. Ale niektórzy pisali, że to
może i Niewiadomski, bo sam staruszek z kolei też coś na Dziadka
patrzy... I w ogóle mocno interpretowano.
W każdym razie ton wiersza był prześmiewczy, a ostateczne
podsumowanie wręcz szydercze. Przewyższające ironią Kadenowską
„radość z odzyskanego śmietnika”. Po dwudziestu paru latach
kabaretowa młodzież sparafrazuje „Alarm” Słonimskiego: „Ogłaszam
alarm dla miasta Warszawy. Niech ma!”, czym wzbudzi dość
uzasadnione wyrazy oburzenia za cynizm i wykpiwanie martyrologii.
Ale w latach trzydziestych cynizm jest w dobrym tonie. Tym bardziej
taki ubrany w jędrną formułę, prostą i nadającą się do wieloznacznych
powtórzeń w różnych odniesieniach.
„Wy” to późniejsi „oni”. Wtedy można się tak było zwracać
do władzy czy decydentów, jak dawniej per poważne „wy” do tych,
co rzeczą pospolitą władają, a potem per ironiczne „wy” do panów
i magnatów. „Chcieliście, to macie”. To nie ja chciałem, ja zgłaszam
swoje desinteressement. Nie takiej Polski chciałem, to nie moja.
Wszystko jedno, co Gałczyński ma Polsce za złe, czy pisze tak prosto
z lekko faszyzującego mostu, czy jako artysta w ogóle, ale nie tak
miało być.
Cytat nadaje się do wykorzystania w różnych sytuacjach, zawsze
zaś pozwala na wskazanie niezadowolenia z tego, z jaką Polską mamy
do czynienia. Wtedy dochodziła jeszcze możliwość niezadowolenia
ze sposobu odzyskania niepodległości, bo jeszcze niedawno Polski nie
było. Teraz jest, ale... Samiście chcieli.
Ponieważ niezadowolenie z otaczającej rzeczywistości jest zawsze
bardziej interesujące i płodne niż pusty kwietyzm, cytat zapewne
może jeszcze często być wykorzystywany.
47
Chłop żywemu nie przepuści
Kazimierz Grześkowiak (1941–1997)
żywemu” (1967)
„Chłop
To brzmi jak ludowe powiedzenie, i tak ma brzmieć. Jest swojskie,
proste i bezkompromisowe. I ambiwalentne aksjologicznie. Struktura
zdania wskazuje na budowanie lub powielanie stereotypu. Może
zresztą autostereotypu, bo śpiewał to chłop. A chłop taki już jest.
Stereotyp chłopa jest u nas podwójny. „Chłop”, zwłaszcza
„prawdziwy chłop”, a o takiego przecież tylko w stereotypie może
chodzić, to po pierwsze tyle co „prawdziwy mężczyzna”, z całą
samczą, maczowską frazeologią. Po drugie, to prawdziwy, ziemi
przypisany rolnik, z całym inwentarzem cech wieśniaczych.
Ten pierwszy jest silny i na schwał. Co chłop, to nie baba.
Co chłop, to chłop. Może być jak dąb. Z podziwem, z uznaniem, jak
się patrzy. Chłop, liczba mnoga „chłopy”. Ten drugi – z jednej strony
też w porządku, przywiązany do ziemi i urasta do potęgi króla Piasta,
z drugiej strony ciemny, zacofany i godny pogardliwego lekceważenia.
Przaśny, zgrzebny i rosochaty. „Chłop” – „chłopi”.
Piosenka wywołała protesty. Pokazywała polskiego chłopa jako
prymitywnego sadystę znęcającego się nad mniejszymi braćmi
zwierzętami. Autor, znany jako prześmiewczy piewca ludowych
obyczajów, sam wiódł się z ludu i rościł sobie prawo do jego surowego
osądzania. A z drugiej strony opisane tu przejawy ludowej
obyczajowości nie były pozbawione swoistego wdzięku, zwłaszcza dla
miękkich i słabych mieszczuchów.
Taki już ja jestem, polski chłop. „Jak się żywe napatoczy, nie pożyje
se, a jużci”. „Nie wstoł, bo ni mioł prawa” – mówi anegdotyczny góral
o swoim przeciwniku, którego w bójce „jeśli nawet nie zabił, to
przynajmniej osłabił”. A my z takich anegdot się głośno cieszymy.
Głównie my, chłopy. I my, chłopi, też. Jestem ze wsi, to wiem.
Ludowa
krzepa
przejawia
się
różnie,
ale
najczęściej
w
manifestowaniu
siły,
w
zachowaniach
agresywnych,
w bezwzględności. Co tam te wszystkie inteligenckie dyrdymały.
Trzeba twardo, bez cackania się. Ten typ tak ma.
Chłop nie przepuści. Żywemu, bo nie da mu żyć, ale w ogóle też.
Nie odpuści, nie wypuści i nie przepuści. Trudny do pojednania,
zemsty się nie wyrzeknie. Nie zrezygnuje, nie odpuści. Twardy,
pazerny i silny. Jak coś ułapie, nie wypuści. Konsekwentnie traktuje
otoczenie. Nikt nie ma u niego taryfy ulgowej, nikomu nie przepuści.
Żadnej babie też nie przepuści, każdą zwyobraca.
Oburzenie na bezmyślne chłopskie okrucieństwo idzie w parze
z podziwem dla twardego chłopa. Ale tak już jest. „Jakim mnie Panie
Boże stworzyłeś, takim mnie masz” – mówi góral Sabała.
To żywe też o tym wie i pewnie jakoś akceptuje ten prymitywny
biologiczny układ, innym żywym przypuszczalnie też nie zawsze
przepuszczając.
48
Chłopaki nie płaczą
Muniek Staszczyk, zespół T. Love
We wstępie do polsko-łacińsko-greckiego słownika Grzegorza
Knapskiego z 1621 roku, jednego z pierwszych polskich słowników,
mamy wyliczone takie pochodne od słowa „chłop”: „chłopek”,
„chłopeczek”, „chłopię”, „chłopiec”, „chłopczyk”, „chłopiątko”,
„chłopiąteczko”,
„chłopięcina”,
„chłopięcineczka”,
„chłoptaś”,
„chłopczyszczko”,
„chłopczyszcze”,
„chłopaszek”,
„chłopisko”,
„chłopineczko”. Tylko dwa pierwsze i dwa ostatnie nie odnoszą się
do chłopców, czyli małych i młodych mężczyzn. W „Słowniku
warszawskim” wydanym w 1900 roku mamy jeszcze inne ich
określenia: „chłopaczek”, „chłopaczyna”, „chłopaczynka”, „chłopalek”,
„chłopasek”, „chłopasio”, „chłopaś” i, oczywiście, „chłopak”.
Dużo tego. I pewnie się jakoś różnił chłopalek od chłopaska,
a chłopięcineczka od chłopczyszczka też się różniła, i to bardzo.
W wojnie na miny, którą w „Ferdydurke” toczyli Miętalski
z Pylaszczkiewiczem, cyniczny Miętus przeciwstawiał swojskich
„chłopaków” wyidealizowanym „chłopiętom”, lansowanym przez
patetycznego Syfona. Neutralne i naturalne było słowo „chłopiec” i jak
się zdaje, zachowało tę neutralność do dziś, chociaż... Wypowiedziane
z pewną intonacją wskazuje na nacechowane preferencje seksualne.
„Chłopię” chyba wyszło z użycia. Jeśli się pojawia, to na marginesie,
jako archaizm. A „chłopak” się rozprzestrzenia i wchodzi na pozycje
„chłopca”, który staje się z kolei coraz bardziej subtelny i delikatny.
Przyrostek „-ak” bywa uważany za niezbyt elegancki, a czasem
nawet podejrzewany o to, że niesie treści negatywne. Pojawia się
często w nazwach istot młodych: „dzieciak”, „prosiak”, „cielak”,
„kurczak”, zwykle wymiennie z bardziej eleganckim „-ę”. Kiedyś
występował głównie na Mazowszu, dziś wszędzie.
Czy moglibyśmy powiedzieć: „chłopcy nie płaczą”? Trudno byłoby.
Bo właśnie chłopcy już chyba mogą płakać, tak jak z pewnością
płakały chłopięta, a na pewno chłopiąteczka i chlopięcineczki.
Chłopak jest z pewnością od chłopca silniejszy, bardziej
wysportowany, może mniej wysmukły, częściej krępy. Bardziej
szorstki, bardziej męski. Taki nie płacze. A jakby spróbował
zapłakać, to mu się powie, że chłopaki nie płaczą, i przestanie.
Bo chłopaki nie tylko nie płaczą, ale też potrafią przestać, jak chcą. No
i chcą być prawdziwymi chłopakami. Tacy już są.
Ale właśnie: tacy czy takie? Czy są ładni czy ładne? Nie, weźmy inny
przymiotnik: weseli czy wesołe? Chłopcy są weseli, a chłopaki?
A może to w ogóle chłopacy? Teraz nie płaczą, a dawniej? Nie płakały
czy nie płakali? Są i chłopacy, i chłopaki. Chłopaków więcej, one są
wesołe i nigdy nie płakały. Chłopacy, bywa, czasem zapłaczą. Chłopcy
częściej, chłopięta jeszcze częściej.
A głównie dziewczyny i dziewczęta. Często przez chłopaków.
49
Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział
wszystko, co pomyśli głowa
Juliusz Słowacki (1809–1849) „Beniowski”
(1841)
Wydawałoby się, że każdemu o to powinno chodzić. Słowacki, dla
poetyckiego skrótu zapewne, nie postulował giętkości języka
w osobnym zdaniu, nie pisał, że powinien być giętki i... To może
dawać wrażenie, że to, że język jest giętki, jest już załatwione
i zrozumiałe samo przez się. Otóż raczej nie, chodziło mu, jak sądzę,
o to, żeby był giętki i powiedział. Albo żeby był giętki i dlatego mógł
powiedzieć. Albo (tak chyba najlepiej) żeby mógł powiedzieć i żeby
dlatego właśnie można było nazwać go giętkim.
I taki jest postulat twórców od dawna. To zdanie Słowackiego
powtarzane było wielekroć i uznawane za przenikliwą i trafną
manifestację poetyckiej świadomości. Ale co naprawdę miałby ten
język powiedzieć? Czy rzeczywiście chodzi tu o wszystko, co pomyśli
głowa?
Sam Słowacki miał świadomość okrucieństwa takiego języka, który
właśnie wszystko mówi. Sam go sobie przypisywał. Jego język się
„wałęsał i bawił zęby trzonowe”. Mickiewicz pisał, że „rymów nie
dobiera i głosek nie składa”, że wystarczy, że „w piersi tylko uderzy,
wnet zdrój słów wytryśnie”. Z piersi je brał, z serca zapewne.
U Słowackiego język się wałęsał i tworzył, jak sam o tym pisał,
„nonsensa”.
Co w głowie, to na języku – mówi porzekadło o ludziach szczerych,
prostodusznych,
ale
przez
to
niekoniecznie
uznawanych
za przemyślnych, rozważnych, a może nawet i mądrych. Milczenie jest
w cenie, jak też i mówienie ostrożne. Niedobrze wyrywać się jak filip
z konopi, mówić, co ślina na język przyniesie, pleść cokolwiek.
A głowa, mniej niestety od języka kontrolowana, myśli sobie różne
rzeczy. Nie zawsze też takie, którymi musimy się dzielić z innymi.
Jeżeli nie czuwam dostatecznie nad tym, co mówię, jeśli mówię
wszystko, co pomyśli głowa, jestem chory. Nie tylko nie mogę dobrze
funkcjonować w społeczeństwie – muszę się szybko poddać
intensywnemu leczeniu.
Zgodnie z pewną koncepcją sztuki jest nią to wszystko, cokolwiek
artysta napluje. Ta prowokacyjna definicja miała pokazać brak
możliwości stawiania granic sztuce i dawała prymat artyście nad
dziełem. Być może, cokolwiek poeta napisze czy powie, jest poezją.
Mało było jednak poetów, którzy tak uważali.
Słowacki, co wydaje się oczywiste, chciał powiedzieć, że chciałby,
żeby jego język mógł wyrazić to wszystko, o czym pomyśli głowa.
Prawdopodobnie o tym właśnie jego głowa, jakże pięknie i słusznie,
myślała. Język jego, tak przecież wspaniale giętki, powiedział jednak
coś trochę innego. Pewnie trochę zaufał nam, czytelnikom, miał
zresztą rację – tak właśnie te słowa są na ogół, i przez poetów, i przez
niepoetów, interpretowane.
Ale może lepiej byłoby, żeby poezja, przy całym swoim pięknie,
bogactwie, metaforze i skrótach, była jeszcze precyzyjna.
Zwłaszcza kiedy właśnie o tym mówi.
50
Chodźcie z nami!
Hasło
powtarzane
w
manifestacjach
„solidarnościowych” (grudzień 1970)
Jeśli uznać to za hasło, to uniwersalne, ale sytuacyjne. Niewywieszane
na murach, nie na transparenty. Oczywiście nie do mediów żadnych.
Używane w manifestacjach, demonstracjach, pochodach, paradach.
Tam, gdzie się chodzi.
Podczas manifestacji się manifestuje, podczas demonstracji
demonstruje. Wydają się te działania podobne: i tu, i tu chodzi
o pokazywanie. Manifestacje częściej chyba mogą być za,
demonstracje przeciw, ale to nie reguła. Może jest jakaś bardziej
formalna i podstawowa różnica, ale dla zwykłych manifestantów
i demonstrantów chyba mało zauważalna. W obu chodzi o to, żeby
pokazać i chodzi się po to, żeby pokazać, bo chodzenie jest bardziej
widoczne niż stanie.
Im
więcej
demonstrantów,
tym
demonstracja
bardziej
przekonująca. Okrzyki „Chodźcie z nami!” mają przyciągnąć widzów,
którzy już nie są nieżyczliwi, bo patrzą, a z nami dadzą większą liczbę,
może nawet tłum. I o to chodzi. A jednocześnie takie wołanie daje już
demonstrującym inną formę aktywności, zaznaczenia demonstracji.
I to uniwersalną, niezrażającą nikogo. Inne hasła mogą zrazić, to –
nie. Wskazuje przy tym, że wartości i potrzeby, w imię których się
idzie czy chodzi, mogą być wyznawane przez wielu, także tych, którzy
uważają się na razie za postronnych obserwatorów.
Franc Fiszer, zobaczywszy z kawiarni kondukt, upewnił się, czy
zmarły był porządnym człowiekiem, po czym zawołał: „zaczekajcie,
płacę i idę!”. Dołączył się z wewnętrznej potrzeby, choć może trochę
i dla zabawności aranżowanej przez siebie sytuacji. Wyobraźmy sobie,
jakby wszyscy przechodnie reagowali pozytywnie na wezwanie
do pójścia z demonstrantami...
Ten okrzyk, jak wiele krzyczanych haseł, ma specyficzny rytm
joniku. W polszczyźnie mówionej iloczas nie ma zbyt wielu funkcji,
długość sylab nie różnicuje znaczeń i rzadko bywa środkiem
podkreślenia. W okrzykach inaczej. Tu następujące po sobie pary
długich i krótkich sylab dają szczególny rytm, specyficzną wyrazistość.
„Soolii-darność!”. „Preecz z koo-muną!”. „Poolskaa gola!”. W wielu
innych okrzykach na różne tematy możemy to odnaleźć i samo się tak
krzyczy. Krzycząc, trudno dawać akcenty przyciskowe: wszystkie
sylaby są silne. A wydłużenie sylab pierwszych, przygotowujących
do gwałtownego spadku w dwóch krótkich ostatnich pozwala
na zdynamizowanie okrzyku.
Do „chodźcie z nami” dodawano czasem przewrotne, w tym samym
rytmie utrzymane „dziś nie biją”. I niechby spróbowali wtedy bić.
Miało to ośmielać przechodniów i pokazywać zarazem, że myślą
podobnie, więc poszliby, tylko perspektywa bicia ich powstrzymuje.
A przeciwnicy, jeśli uciekliby się do brutalnej przemocy, pokazaliby
tylko słabość argumentów i racji. A jeśli nie biją, to w ogóle są słabi.
Możecie iść z nami.
Ten sam rytm trzymał później inny okrzyk, formalnie podobny, inny
całkowicie treścią i nastrojem, autentyczny i żarliwy: „zostań z nami!”.
51
Cholera by to wzięła
Przekleństwo
Właściwie to rodzaj marzenia, co z tego, że wyrażonego tak
niegrzecznie, nieparlamentarnie. Partykuła „by”, właściwa trybowi
warunkowemu, jak należałoby sądzić, pojawia się w różnych
miejscach naszego mówienia. Lubi jakby niektóre spójniki, choćby
„jak” czy „choć”, wzmacnia i wzbogaca pytania, jak w „czyżby?”,
zawsze zresztą wymagając w zdaniu, w którym się pojawia, czasu
przeszłego.
Można by mówić też o szczególnym jej, niemal trybowym,
zastosowaniu przy bezokoliczniku. Gdy wzdychamy „pojechać
by gdzieś daleko...”, gdy oddalając się od twardej rzeczywistości
rzucamy mało realistycznie „rzucić by to wszystko w diabły!”, to
w istocie marzymy. To taki swoisty tryb marzący, modus irrealis,
wyrażony przecież całkiem gramatycznie, przez połączenie
bezokolicznika czasownika nazywającego jakąś naszą pożądaną
i nierealną czynność z cząstką „by”. Marzenie gramatyczne.
Przy „cholerze” nie dajemy bezokolicznika, bo to nie o naszą, tylko
o jej czynność chodzi. To cholera ma brać, nie my. Ale marzenie jest
podobne, tak wzdychamy czy wołamy, gdy jesteśmy czymś
zdenerwowani. Tym właśnie, co tak ochoczo i beznadziejnie oferujemy
cholerze.
To słowo w codziennym użytku zapomniało już o swoim związku
z groźną i bardzo zaraźliwą chorobą. Samo słowo „choroba” było
zaledwie eufemistycznym zastępnikiem tej emocjonalnie użytej nazwy
tej konkretnej choroby, podobnie jak jeszcze bliższe fonetycznie
„cholewa”. Kiedyś „cholera” to było słowo niezwykle częste w naszym
życiu uczuciowym, za mojej młodości uchodziło za wyjątkowo mocne,
pamiętam, jak zwracało uwagę wyrazistością bardzo towarzysko
niewskazaną. Dziś ma coś z poczciwego archaizmu. Gdy ktoś
choleruje, łatwo mu wybaczamy. Sam nie postrzegam niestosowności,
pisząc teraz o takiej cholerze.
Było to słowo samodzielne jako przeklinający wykrzyknik,
nazywające jako rzeczownik (zwykle ludzi, zwanych też nie całą
cholerą, lecz jej kawałami), dawało początek innym wyrazom:
cholernemu przymiotnikowi, cholernie przysłówkowo cholerującemu
czasownikowi i cholera wie czemu. To ci cholera.
I, jak to często bywa, wszystkie te słowa mogły również wyrażać
uznanie i podziw. Oczywiście cholerne uznanie. Ale to, cholera,
piękne. To ci się, cholera jasna, udało. Bo cholera była często jasna
i do takiej właśnie, do jasnej cholery, odsyłaliśmy, przy tym w tym
przypadku jednak raczej, do cholery, w zdenerwowaniu i bez
aprobaty, wręcz przeciwnie.
No i taka właśnie cholera miała brać. Czasem, kiedy mnie akurat
cholera bierze, a bierze ona mnie podobnie jak biorą diabli, odsyłam
do niej tego, tę czy to, kto czy co akurat stoi mi na zawadzie. Odsyłam
warunkowo, raczej marząco niż życząco, bez specjalnej nadziei.
Bo wiem, że, cholera jedna, nie weźmie.
Cholera by ją wzięła.
52
Chrząszcz brzmi w trzcinie
Polski szybolet
„Przerżnąć hak, w brzeszczocie nie zrobiwszy szczerby”. „Mądrze rzecz
wyłuszczali szczwacze doświadczeni”. To dawno temu Mickiewicz
w „Panu Tadeuszu” bawił się językiem. „A żagiew krwi przysypał żużel
zgliszcz”. To niedawno całkiem Jeremi Przybora. Wielu poetów,
a najbardziej chyba ci, którym forma fonetyczna sprawiała osobną
satysfakcję, jak Antoni Lange, Julian Tuwim czy Stanisław Barańczak,
bawiło
się
w
układanie
szeleszczących
i
zgrzytających
spółgłoskowców.
Jak podaje biblijna „Księga Sędziów”, czterdzieści dwa tysiące
Efraimitów zginęło, sepleniąc „sibolet” zamiast „szybolet”. Tylko
Galaadczycy potrafili nazwać kłos, jak trzeba – i rozpoznać po błędnej
wymowie obcojęzycznych wrogów. Krakowscy mieszczanie, którzy nie
potrafili dobrze wypowiedzieć po kolei słów „soczewica”, „koło”,
„miele” i „młyn”, byli zabijani przez wojsko Łokietka jako niemieccy
zwolennicy zbuntowanego wójta Alberta.
A chrząszcz brzmi. Szczeżuje i skąposzczety, szczękoczułkowce
i chrzęstnoszkieletowe, te drobne złośliwości zoologów używających
polszczyzny do prześladowania nie tyle obcokrajowców, którzy się bez
tych nazw obywają, ile ludzi z wadami wymowy, dają mu dobre
towarzystwo, ale to on jest głównym przedstawicielem polskiej fauny.
Żaden żuk, żadna pszczoła czy chrabąszcz – on, chrząszcz, jest
przywoływany w momentach dumy narodowej.
Jeden ze znakomitych polskich rysowników umieścił dwóch Polaków
rozmawiających na tle katedry Notre Dame: „To wspaniałe,
monumentalne! Ale piękne jest też i to, że tylko my, Polacy, potrafimy
powiedzieć »chrząszcz brzmi w trzcinie«”.
Czy jakieś inne jeszcze zwierzę może brzmieć? Brzmią dźwięki, nie
ich nadawcy. Brzmią głosy, piosenki, rozmowy – ale nie ludzie czy
zwierzęta. Kiedy ważna jest forma, logika może zasnąć. Nie szkodzi to,
że spośród tylu owadów i zwierząt w ogóle tylko o chrząszczu
mówimy, że brzmi. Że i mucha nie brzmi, i słowik, i lew.
Zresztą i chrząszcz nie brzmi poza trzciną. Nie powiemy, że w gaju
brzmi chrząszcz. A przy tym musi być sam. Dwa chrząszcze już tak nie
brzmią. Być może trzy chrząszcze brzmiałyby także dobrze, jeżeli nie
jeszcze zręczniej, ale przyjęło się, że chrząszczowi nie trzeba
towarzyszy. Choć to zapewne trudno rozeznać, czy chrząszcz jest sam,
czy nie, a przy tym możemy założyć, że w trzcinie mieszczą się rzesze
chrząszczy.
To wszystko nie szkodzi. Ważne, że to dobrze brzmi, to chrząszcze
brzmienie. I że inni nie potrafią wymówić. Chociaż, jak próbują,
cieszymy się. I jak im się nie udaje, bo to śmieszne. I zresztą, jak im
się już wreszcie poszczęści – jesteśmy wtedy szczęśliwi, że tak się
wszakże przyłożyli do naszej szczególnej polszczyzny.
53
Chytrze bydlą z pany kmiecie
„Satyra na leniwych chłopów” (XV w.)
To chłopskie „bydlenie” to „postępowanie”. To nie było główne
znaczenie czasownika „bydlić”, główne to było „przebywać”,
„mieszkać”, a oprócz tego były znaczenia tak różne jak „podlegać
komuś” i „sprawować urząd”. Różne były, jak widać, rodzaje bydlenia,
a „bydliciel” to był mieszkaniec, obywatel. „Bydlić” było
od rzeczownika „bydło”, który oznaczał kiedyś miejsce, gdzie się było,
„siedzibę”, a z czasem „posiadłość” i, dalej, „mienie” („to, co się ma”).
Jedną z głównych rzeczy, które się miało, było to, co dziś „bydłem”
nazywamy. „Bydło” pochodzi oczywiście od „być”, jak „szydło”
od „szyć”, a „mydło” od „myć”. Dzisiejsze „bydlęta” i „bydlaki” są
głównie metaforyczne, przy tym wyjątkowo nieprzyjemne. Kiedyś
słowo „bydlę” oznaczało nie tylko pojedynczą sztukę bydła, lecz także
posiadłość.
A kmiecie w swoim rozleniwieniu tak z panami postępowali, a raczej
ich postępowanie tak opisywał średniowieczny szlachcic satyryk,
że mogło to jakoś przywoływać i dzisiejsze znaczenia.
Kmiecie, czyli chłopi, bydlili z pany, czyli z panami, chytrze. Zatem:
przebiegle, sprytnie, pomysłowo. Ich pomysłowość, choć potępiana,
jest opisywana tu z pewnym podziwem. Została dostrzeżona i uznana
za godną uwagi, na co wskazuje też umieszczenie przysłówka
„chytrze” na początku całego utworu. Dziś „chytrość” to cecha
wartościowana ambiwalentnie, ale z przewagą stosunku negatywnego.
Nie zawsze tak było. Dawny myśliwy, łowca, taki, który sprawnie
chytał, czyli chwytał, zwierzynę, zasługiwał na pozytywne, pełne
uznania określenie „chytry”. Potem „chytrością” zaczęto nazywać
mniej lubiany rodzaj inteligencji, podstępną przebiegłość. Wcieleniem
chytrości jest lis, jeden z częstych negatywnych bohaterów
przypowieści i bajęd. A do tego mówi się dziś jeszcze, pod wpływem
znaczeń gwarowych, „chytry” na tego, co jest pazerny na pieniądze.
Z pany chytrze bydlą kmiecie. Ten utwór jego xix-wieczni
opisywacze wtórnie zatytułowali „Satyra na leniwych chłopów”, ale
pierwotnie „kmieć” oznaczał kogoś o znacznie wyższym statusie
społecznym: kmieć był poddanym wieśniakiem, ale posiadającym
ziemię, a chłop to był parobek, sługa. Staroruski „kmet” to był członek
rady książęcej, „kmet” staroczeski to naczelnik rodu, a bułgarski
„kmet” – to wójt. Polscy kmiecie tak wysoko nie sięgali, ale z chłopami
zrównali się dopiero potem.
Tych kmieci nie można nazwać „kmiotkami”, którzy byli
prostoduszni. „Kmieć” mógł brzmieć dumnie, w końcu „i Piast był
kmieciem”, a Słowacki, pisząc o nim: „stary Kmieć, pełny dobroci”,
słowo „kmieć” pisał wielką literą.
Ze słów, które wyjaśnień nie wymagają, mamy tu tylko przyimek
„z”. Bo i „pany” to dawna forma narzędnika, która potem czasem
mogła się pojawiać jako rodzaj uroczystego archaizmu („dawnymi
czasy”, „tymi słowy”).
Ale i tak wiersz dobrze rozumiemy. Leniwych pomysłowych kmieci
też.
54
Cicha woda brzegi rwie
Przysłowie, odn. Salomon Rysiński (1618)
Ludwikowi Jerzemu Kernowi udała się rzadka rzecz: stare przysłowie
zrobił takim szlagwortem, że przez dziesięciolecia dla wielu z nas cicha
woda kojarzyła się z niezwykle popularną piosenką. W pierwszej wersji
przysłowia zamiast „rwie” było zresztą „podrywa”, co w latach
pięćdziesiątych mogłoby dodawać jeszcze więcej dwuznaczności, jeśli
nie zgoła jednoznaczności, tylko że wtedy rytm by się psuł.
Kropla drąży skałę, co nas dziwi. Takie małe krople. Woda, taka
cicha, a podrywa, rwie brzegi. Pewnie, że to wcale nie dlatego,
że cicha. Wprawdzie Rosjanie mówią „tisze jediesz, dalsze budiesz”,
ale tu cichość nie wpływa na rwanie.
Wpływa na co innego: na postrzeganie. Chodzi o to, że to,
co postrzegamy jako tak spokojne, że prawie tego nie postrzegamy,
robi coś dużego i trwałego. Brzegi na przykład rwie.
Najczęściej mówimy tak i myślimy o ludziach. „Taka cicha woda” –
mówimy albo nawet „taka cicha woda” i zobacz, co zrobił. Mamy
nawet takie specjalne określenie, także z cichością związane,
rzeczownik „ścichapęk”. Pochodzi on z wyrażenia „z cicha pęk”,
o funkcji przysłówkowej lub przymiotnikowej. „On to zrobił z cicha
pęk” znaczy, że nikt nie przewidywał, że to było znienacka, a on, ten,
co to zrobił, w ogóle nic wcześniej nie dał po sobie poznać. Jak tak nie
parę razy zrobił, ale raz, ale spektakularnie, to i o nim możemy
powiedzieć przymiotnikowo, że on jest taki z cicha pęk. I oczywiście
„pęk”, nie, jak niektórzy chcą, „pękł”. Ten „pęk” to też nie kwiaty,
tylko taka niby onomatopeja, wyraz naśladujący jakiś dźwięk, który,
gdyby był, brzmiałby podobnie.
Woda brzegi podmywa, gdy cicha, może podrywa, ale rwie? To
trochę za mocny czasownik, tak przez swoją krótkość, jak
i
dźwięczność.
Ten
kontrast
językowy
mający
oddać,
co nieoczekiwane, jest chyba za gwałtowny. Nie możemy się dziwić
rwaniu przez cichą wodę, bo przecież rwanie widzimy od razu, musimy
zobaczyć, jak woda rwie. Ale już w XVIII wieku tak było, nawet
czasem z dodatkiem, że to właśnie cicha rwie najbardziej.
Ale o to właśnie chodzi. Żebyśmy wiedzieli, żebyśmy zdawali sobie
sprawę, że po kimś cichym można się czasem wiele spodziewać.
Że nie można sądzić po pozorach. To zresztą jasne, pozory właśnie
na tym polegają, żeby oszukiwać, więc broń Boże sądzić po nich. On,
patrzcie, taki cichy... Taki niby cichy...
No właśnie, zaczynamy myśleć na odwrót. Jak on taki cichy, to
pewnie zaraz zacznie jakieś brzegi rwać. Tak bywa, że zbyt serio
biorąc wskazania, przesadzamy w drugą stronę. Wnioskować
z cichości nie mamy o nierwaniu, ale i o rwaniu w końcu trudno.
Cichy to cichy.
55
Ciemno wszędzie, głucho wszędzie
Adam Mickiewicz (1798–1855) „Dziady” cz. II
(1823)
Tak się całe „Dziady” zaczynają, bo druga część była przed pierwszą,
której właściwie nie było, Chór powtarza tę ponurą konstatację siedem
razy, czyli w sumie mówi osiem razy. Wszyscy to znamy. Tylko
dlaczego tak wielu z nas z uporem powtarza „cicho wszędzie, głucho
wszędzie”, zamiast, jak trzeba, „ciemno”?
Może dlatego, że częściej spostrzegamy, że cicho, i tę ciszę chcemy
naruszyć, a w ciemności nie bardzo chce się nam w ogóle rozmawiać?
Może dlatego, że w tym nastroju powtarzania chcemy jeszcze bardziej
powtarzać, a „cicho” i „głucho” tak pasują do siebie, fonetycznie
i znaczeniowo. Przy tym „głucho” to jakby wyższy stopień ciszy,
a często tak właśnie lubimy eskalować spostrzeżenia, informacje
i nastroje.
Ta fraza, nadająca się raczej do posępnego zawodzenia lub
mruczenia, niż do zwykłego mówienia, może przestraszać. Istotnie,
ten cytat ma często taką funkcję. Strasząc innych, sami sobie zresztą
dodać możemy ducha. Wydaje mi się, że częściej jednak to straszenie
ma poniekąd charakter zabawowy.
Ciemno i głucho jest wszędzie. Niezbyt duże musi być to wszędzie,
ale ma przerażać, że wszędzie. Czyli – właściwie – dokoła. Chodzi
o to, że żadnego światła nie widać, a żadnego dźwięku nie słychać.
Głucha cisza jest absolutna. Wydaje się też długa, niemal wieczna.
Pamiętamy wprawdzie, że w „Dziadach” i cisza nie trwa zbyt długo,
bo co i raz albo Guślarz, albo jakaś duszeczka ją przerwie, i ciemność
nie jest ciągła, bo co chwila coś się pali, albo garść kądzieli, albo zgoła
kocioł wódki – ale to nie umniejsza grozy i nie psuje nastroju.
Po tym stwierdzeniu, czy po tych dwóch stwierdzeniach, następuje
i u Mickiewicza, i u cytujących szerzej groźnie powtórzone pytanie.
Nawet nie o to chodzi, że nie wiemy, co będzie, i kogoś lub też sami
siebie pytamy, co też się stać może. Raczej o to, że wiemy, że to,
co się stanie, będzie ważne i straszne. Nieoczekiwane, ale to pewne,
że to będzie mocna rzecz.
To zdanie to kwintesencja naszego stosunku do strachu, gdy nas
atrakcyjnie podnieca. To archetyp horroru. Będę się bał, bo chcę się
bać.
Powtarzamy to ciągle, trawestujemy. Ludwik Osiński, wyszydzając
Mickiewicza, od razu przerobił to na „głupio wszędzie, cicho wszędzie”
i dodał, że „nic nie było, nic nie będzie”. Nie podobały mu się
romantyczne „Dziady”, jak wielu innym krytykom.
Ale my wiemy, że to zostało. Straszenie nie musi być
skomplikowane. Może być proste, bo dotyczy zawsze tego,
co podstawowe. Boimy się, kiedy nic nie widzimy i nie słyszymy. Kiedy
nie widzimy i nie słyszymy nic, nie czujemy, że jesteśmy. Albo
czujemy, że tylko my jesteśmy. I jedno, i drugie wzbudza w nas strach
transcendentalny i nie wiemy, co będzie.
Albo raczej, niestety, wiemy.
56
Ciemność widzę, ciemność!
Juliusz Machulski, film „Seksmisja”
A może: „ciemność, widzę ciemność!”? Wykrzyknięte nie różnią się
aż tak bardzo, w zapisie różnica jest istotna. W pierwszej wersji mamy
najpierw spostrzeżenie widzenia, zauważenie zobaczenia. „Ciemność
widzę” to powiedzenie, co mianowicie widzę. To, co widzę, to
ciemność. Ta druga ciemność jest w tym okrzyku powtórzeniem.
Najpierw wołam, że widzę ciemność, potem potwierdzam: tak, to,
co zobaczyłem, naprawdę jest ciemnością. W wersji drugiej jest nieco
inaczej. Najpierw jest ciemność. Nie mówię od razu, że ją widzę. Może
jej jakoś inaczej doznaję? Zaraz potem dodaję, że doznaję wzrokiem,
że ją widzę, ale pierwsze wrażenie nie musiało jeszcze wiązać się
z uświadamianiem sobie widzenia. To przyszło zaraz, ale potem.
W każdym razie w obu wersjach ciemność jest widziana. To
właściwie jasne. Kiedy jest ciemność, to ja oczywiście widzę ją;
jakbym nie widział, to nie wiedziałbym, że to ciemność, w ogóle nie
wiedziałbym, co to takiego. Ale prawdą jest, że kiedy ją widzę,
zazwyczaj nie myślę, że widzę. Bo też jej natura jest odmienna
od tego, co zazwyczaj widzę. Sprawia, że kiedy ją widzę, nic innego
zobaczyć nie mogę. Takie rzeczy bywają: na przykład, biorąc z drugiej
strony, oślepiająca jasność. Też nic nie widać, a może być, że potem
też i w ogóle już nigdy. Ale jednak powiem (choć lepiej, żebym nie był
w takiej sytuacji), że tę jasność, oślepiającą, zobaczyłem. Ciemność
ma jeszcze inną cechę – mogę ją zobaczyć, kiedy chcę, mianowicie:
kiedy zamknę oczy. Wtedy jednak już na pewno pomyślę nie że ją
widzę, ale że nic nie widzę, że w ogóle nie widzę niczego. Nawet nie
patrzę, a żeby widzieć, trzeba zobaczyć, a żeby zobaczyć, trzeba
patrzeć.
Jeden z bohaterów „Seksmisji” woła, że nic nie widzi, drugi, że widzi
ciemność. To oczywista różnica postaw i podejść poznawczych. Jeden
z badaczy obserwujących jakieś zjawisko czy proces może powiedzieć,
że nie zaobserwował zmian, drugi, że zaobserwował brak zmian. To
pierwsze ujęcie jest bardziej statyczne, mniej, by tak rzec,
podmiotowe, a przede wszystkim dopuszcza i taką możliwość,
że zmiany były, tylko nie zostały zaobserwowane. Może ten pierwszy
nieuważnie obserwował? W drugim ujęciu zmian nie było, i ten drugi
to zaobserwował. Obserwował i zaobserwował. Tak zrobił.
Zwykle jesteśmy bliżsi temu pierwszemu. Nie widzimy zmian, często
nie widzimy nic. To też jasne, niczego przecież nie można zobaczyć,
bo jak można zobaczyć coś, czego nie ma, czyli nic? Ale zdarza nam
się zauważać, że nic się nie pojawiło i nic nie zmieniło – zwłaszcza gdy
spodziewamy się zmian i pojawienia się czegoś.
Podobnie z ciemnością. Co zobaczyłeś, kiedy tam patrzyłeś?
Zobaczyłem wszechogarniającą ciemność. Ona mnie ogarnęła i nic
poza nią nie widziałem.
Nie widziałem nic, tylko ciemność. Jakże wielka to ciemność...
57
Ciszej nad tą trumną
Stanisław Stroński (1882–1955), tytuł artykułu
(1922)
Jest tradycja głośnego lamentu wobec śmierci i tradycja skupionej
ciszy. Wezwanie do uciszenia się może być w tej sytuacji wezwaniem
do refleksji, przeżywania. Tu było apelem endeckiego publicysty
o zaniechanie ataków na tych, którzy byli oskarżani o spowodowanie
śmierci Gabriela Narutowicza.
Ma być ciszej, bo jest trumna. A nad trumną trzeba cicho.
Niezależnie od tego, czyja to trumna i z czyjego powodu. Cały wywód
publicysty zredukowany do wymowy tytułu brzmi jednocześnie
przekonująco i wyjątkowo przewrotnie. To powołanie się na trumnę
ofiary ma przemawiać na korzyść sprawców. Wezwanie do ciszy
hamuje ataki na nich, będąc jednocześnie wyrazem szacunku dla
zmarłego.
Spokój, cisza – to wartości dobrze widziane. Wzywający do spokoju
ma w dyskusji czy polemice pewną przewagę – to nie jego ponoszą
emocje i nerwy, to nie on może być posądzany o zaślepienie
i gwałtowność. Pokazuje się przy tym jako ten, który ma prawo
uspokajać – nawet jeśli nie jest sędzią i rozjemcą, tylko stroną
w sporze, jest stroną dojrzalszą, bo ceniącą spokój. Ta forma stopnia
wyższego przysłówka „cicho”, która w istocie częściej funkcjonuje jako
rodzaj rozkaźnika, bywa używana wobec niesfornych i hałaśliwych
przez dojrzałych i spokojnych.
Kiedy mówię, a właściwie wołam: „ciszej!”, zwykle nie tyle chodzi mi
o to, żeby było ciszej, ile o to, żeby w ogóle nie było. Żeby mi nie
przeszkadzali, żeby przestali, żeby nie mówili. Żeby się to skończyło.
„Ciszej!” jest wezwaniem do zaprzestania. Często zresztą skutecznym.
„Nad tą trumną”. Wtedy chodziło o konkretną dyskusję, o konkretną
śmierć i trumnę. Nazwanie jej „tą” oczywiście ukonkretnia, choć
jednocześnie nieco deprecjonuje. To dość subtelny element
znaczeniowy, nie zawsze wyczuwalny, lecz czasem, zwłaszcza
w krótkim tekście, istotny. Trumna prezydenta Rzeczypospolitej
Polskiej określona jako „ta” traci na godności. Staje się jedną
z trumien, o której mówiąc, możemy powiedzieć „ta”. Taka
identyfikacja może być tylko gramatyczna, ale przywołuje obraz
wskazywania, pokazywania palcem, ostentacyjnej ostensywności.
Dziś, gdy używa się tego cytatu, „trumną” może być wszystko,
każda sprawa, o której chcielibyśmy, żeby było ciszej. A jeśli użyjemy
cytatu, mamy racji więcej. Już nie tylko jesteśmy wzywającymi
do spokoju i powagi, do uciszenia emocji. Jesteśmy wsparci przez
metaforę i cytat. Metafora trumny zwiększa szanse powodzenia apelu,
cytat erudycyjnie wzmacnia nasze prawa do perswazji.
Nieco zastanawia, że ten cytat działa w zupełnym oderwaniu
od ideologii. Że nie pamięta się, kto i przeciw komu to powiedział.
I że nawet ci, którzy o Strońskim i jego apelu powinni myśleć jak
najgorzej, chętnie jego słów używają.
58
Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr
Przysłowie, odn. „Monitor Warszawski” (1771)
Początkowo bezokolicznikowe zalecenie czy sugestię w brzmieniu:
„co było, a nie jest, nie pisać tego w rejestr”, zmienił August hrabia
Wilkoński w „Ramotach i ramotkach” w 1846 roku na rodzaj zasady
czy przepisu: „nie pisze się w rejestr”. „Nie pisze się” – tak mówi się
o regule. Akurat w odniesieniu do rejestru, czyli pisma jak najbardziej
urzędowego, taka reguła nabiera mocy dodatkowej.
To porzekadło przekonuje sugestywnym i oryginalnym rymem, ale
także pożądaną dla wielu wymową. Pewnie jeśli coś nie dało i nie daje
trwałych skutków, jeśli bez śladu przeminęło, po co głowę sobie tym
zaprzątać. Jeśli teraz jest inaczej, niż było, to naprawdę liczy się to,
co jest.
Z drugiej strony jednak: co to ma być za rejestr, w którym
odnotowuje się coś innego niż to, co jest właśnie teraz? Bo tak chyba
należy to odczytywać. Przecież rejestry, spisy, także zdarzeń, mają
nam służyć do pokazywania stanu w momencie spisywania.
Odnotowujemy, sporządzając taki rejestr, to, co aktualne właśnie
w momencie sporządzania, nie wcześniej. Jeśli spisujemy czyjś
księgozbiór, nie interesuje nas, co w nim wcześniej było, a potem
zginęło. Tymczasem ta rada czy reguła sugerowałaby, że można (lub
do tej pory można było) wpisywać do rejestru też to, co było.
Rejestry
zakładają
pewną
urzędową
formalizację.
W Rzeczypospolitej takie rejestry świadczyły o powadze prawa. Były
też metaforyzowane. Pamiętamy, jak Kmicic, pokazując dawną bliznę,
mówił do Wołodyjowskiego: „Łeb szlachecki to rejestr, na którym
coraz inna ręka szablą pisze... Ale jest tu i twoja konotatka, poznajże
mnie...”. Wołodyjowski poznał swoją rękę i dzięki temu rejestrowi –
Kmicica.
Wymowa powiedzenia przywołuje tę rejestrowość, ale też nie
traktuje jej śmiertelnie poważnie. Moglibyśmy zachować w pamięci
(niech będzie, w rejestrze pamięci – pamięć właśnie rejestruje, ten
związek frazeologiczny już nie jest postrzegany jako metafora) także
to, co minęło, nie pozostawiając śladów – ale nie powinniśmy.
Jest tu na początku mowa o tym, co było. W końcu było. Nie
chcemy tego spisywać, deklarujemy przejście nad tym do porządku
dziennego. Ale przecież już to w tym rejestrze pamięci jest. Może więc
chodzi nie tyle o niezapisywanie, ile o usunięcie z rejestru pamięci?
Nawet jeśli chcemy wyrzucić z tego rejestru czyjeś winy, to
wyrzucając, pamiętamy jednak, co mianowicie wyrzucamy. Nie
jesteśmy pamiętliwi (pamiętliwość nie jest zaletą), ale...
Jako formuła wybaczenia takie powiedzenie może być skuteczne,
dobrze pokazuje dobrą wolę wybaczającego, ale mówi przy tym, że on
wie, że co było, to było. A co się już stało, to się nie odstanie, o czym
dowiadujemy się z innego staropolskiego powiedzenia.
Ale będzie poza rejestrem.
59
Co ci powiem, to ci powiem, ale ci
powiem...
Kazimierz
Przerwa-Tetmajer
(1865–1940)
„Na Skalnym Podhalu” (1903)
Tak rozmawiają górale. „Co ci powiem, to ci powiem, ale ci powiem:
ciepło!”. Najpierw u Tetmajera, potem w filmie o Janosiku. Zawsze
silnie zaprzyjaźnieni.
Jak chcemy zacząć mówić, a nie wiemy jak, jak trzeba coś
powiedzieć, a nie wiadomo co, zawsze możemy mówić o mówieniu.
Kiedy mówimy, że mówimy, na pewno mówimy prawdę. A kiedy
powiemy, że coś powiemy – na pewno powiemy.
Zapowiedź powiedzenia czegoś powinna budzić zainteresowanie.
„Coś ci powiem”. „Wiesz, powiem ci coś”. „Powiedzieć ci coś?”. Będzie
ciekawe i ważne. Inaczej bym nie mówił, że powiem, tylko bym
powiedział i już. Chociaż naprawdę taka zapowiedź może być tylko
chęcią zwiększenia zainteresowania, które jest słabe lub właśnie
osłabło.
Wśród rzeczy, którymi się lubimy dzielić, znaczące miejsce zajmują
doświadczenia i refleksje. Takie refleksje łączą, zwłaszcza gdy można
liczyć u partnera na podobny typ przemyśleń. „Tak to już jest” – mówi
Maciej do Jakuba. „Tak, tak” – odpowiada Jakub – „tak to już bywa”.
Porozumienie pełne, a przy tym wyjątkowa adekwatność opisu
do rzeczywistości. Istotnie, jeżeli już jakoś jest, to właśnie tak. Tak,
jak jest. Maciej ma rację. A Jakub jeszcze większą, bo wie, że nie
zawsze. Wiele sobie nie powiedzieli, ale komunikacja była uczciwa
i pełna. A że wygląda na banalną? Mało jest rzeczy równie głębokich,
jak dobrze wypowiedziany banał.
Mogę ci powiedzieć różne rzeczy. A jak coś powiem, to już powiem.
Co powiem, to powiem, cokolwiek to będzie. Ale to ci powiem
na pewno, niezależnie od tego, co jeszcze mógłbym powiedzieć.
Ciepło. To na pewno i to przede wszystkim.
Fraza „co ci powiem, to ci powiem, ale ci powiem...” otwiera
komunikację rytualną. Może po niej pojawi się coś nowego, może coś,
co słyszałem dziesiątki razy. Taki rytuał jest spełniany przez ludzi,
którzy nie tylko dobrze się znają, ale dla których wzajemne relacje
komunikacyjne są wysoce satysfakcjonujące. Temu, co mówi, i temu,
co słucha, przyjemnie. Wielu uznałoby taką komunikację za pozorną,
mnie wydaje się ona jednak potrzebna i ważna. Funkcja kontaktowa
języka, zwana fatyczną, która tu oczywiście dominuje, jest przecież
jedną z ważniejszych. Nawet jeśli mówię tylko po to, żeby do kogoś
mówić, mówię po coś. Po coś, co się liczy.
Jak się zdaje, mogą tak mówić głównie (jeśli nie wyłącznie)
mężczyźni, i to do mężczyzn. Jakaś dziwna wydawałaby mi się ta
formuła w relacji kobiecej czy damsko–męskiej. Może bierze się to
z większego zamiłowania mężczyzn do głębokich banałów, może ten
typ rozmowy kobietom wydaje się niestosowny i zbędny? Może myślą,
że to rozmowa na niby?
Według mnie mało jest rozmów równie naprawdę.
60
Co dwie głowy, to nie jedna
Przysłowie, odn. Jakub Górski (1597)
Już w XVI wieku głoszono wyższość dwóch głów nad jedną, jeszcze
z piękną liczbą podwójną: „rychlej sobie dwie poradzą głowie”, „lepiej
dwie głowie rozumieją niźli jedna”, ale ostateczną i do dziś
powtarzaną postać przysłowie zyskało dopiero na początku ubiegłego
wieku. Niektóre wersje mówiły zresztą o trzech głowach, zapewne
w związku z doskonałością trójki, jakby dwie jeszcze niedostateczną
miały przewagę nad jedną.
Sąd co się zowie banalny. Jeden to nie dwa, dwa to nie jeden, nie
może być żadnych wątpliwości. Tu chodzi jednak o wniosek z tej
oczywistej przesłanki: że mianowicie – jeśli dwie głowy o czymś
myślą, to więcej wymyślą. A z tego, że więcej, należy dalej
wnioskować, że wymyślą mądrzej, porządniej, skuteczniej – w każdym
razie lepiej. I stąd, z tego myślenia, wyniknie zapewne lepsze dalsze
działanie.
Czasem może chodzić o większy zbiór danych dostarczanych przez
dwie głowy nad zbiorem, który jest w posiadaniu jednej, czasem
o większą słuszność wypadkowej myślenia dwóch głów nad jednym
kierunkiem myślenia głowy jednej. W każdym razie dwugłowowość
jest uznawana za lepszą przy myśleniu, radzeniu, szukaniu rozwiązań,
podejmowaniu decyzji. Co dwie głowy uradzą, lepsze będzie od tego,
co jedna.
Bo co głowa, to rozum. Takie powiedzenie już u Rzymian było
znane i powtarzane. „Quot capita tot sensus”. Różnimy się sposobami
myślenia, doświadczeniem, wiedzą – i z tych różnic mogą być pożytki.
Tylko czy tylko same pożytki? Terencjusz, mówiąc „quot homines tot
sententiae”, czyli „ile ludzi, tyle zdań”, wskazywał, jak się zdaje,
i na wady sytuacji myślenia wieloma głowami. I nie sposób się nie
zgodzić, że gdy głów jest wiele, o zgodę trudniej. Z wieloma głowami
wiele też innych kłopotów bywa: Kaligula żałował, i to podobno
całkiem serio, że rzymski senat nie ma jednej głowy – tyle że jemu
chodziło o lepsze możliwości łatwej dekapitacji.
Ale też w tym przysłowiu nie chodzi o wiele głów, lecz dokładnie
o dwie głowy. I do dwóch głów się to przysłowie stosuje, zazwyczaj
wobec tej drugiej głowy, często nawet komplementując ją za to,
że myśleć pomogła – jednocześnie jednak wskazując też, że to ona
jest właśnie tą drugą głową, nie pierwszą. My byliśmy jedną głową,
z nią są dwie. Ona pewnie w końcu doradziła, może i rozwiązanie
znalazła – a my łaskawie przyznajemy, że co dwie, to nie jedna. My
i tak pozostaniemy tą pierwszą.
Starożytni znajdowali najlepszy rodzaj myślenia w dialektyce.
Do stawianej przez nas tezy potrzebna jest antyteza, najlepiej
stawiana przez tego drugiego, potem dopiero możliwa jest wspólnie
wysunięta synteza. Trudno być pojedynczo dialektycznym. Potrzebna
opozycja, potrzebny ten drugi, ktoś, kto przedstawi swoje, odmienne
racje.
Ale i tak najlepiej, żeby się ze mną zgadzał.
61
Co ma być, to będzie
Powiedzenie
Postawa tak wyrażana to nie musi od razu być defetyzm. Przekonanie
o tym, że to, co jest, musiało widocznie być, czego najlepszym
dowodem jest to, że jest; przekonanie, że to, co musi później być,
będzie, bo być musi, czasem nam pomaga. Musiało, musi – albo
miało, ma. Tak było przeznaczone i inaczej nie mogło być. I nie jest.
Determinizm dobrze uzasadnia, daje poczucie mocnego osadzenia
w rzeczywistości, w świecie. To, co będzie potem, jest określone tym,
co było przedtem. Musiało tak być, miało tak być i potem było.
Dawniej. Miało być i jest. Teraz. Miało być i będzie. Ma być i będzie.
Później. Nie jestem pewien, ale może być chyba i tak, że to potem
dopiero będzie miało być i jeszcze później będzie. Chociaż jak będzie
miało być, to pewnie już ma być. I będzie, bo miało i ma. A ma,
bo miało.
W innym wariancie: będzie to, co ma być. Zastanawiasz się,
co będzie? To, co być ma. To jasne. Tak bardzo jasne, że możesz
nawet zaryzykować i udać własne sprawstwo: „niech będzie, co ma
być”. Ale to nie sprawcze „niech”, lecz inne całkiem, często wręcz
rezygnacyjne. Niech już będzie, co ma być, trudno. I tak nie
poradzę, to się godzę. Co się będę sprzeciwiał. Niech będzie. Jakbym
nie powiedział, też nie byłoby inaczej, to co mam nie mówić. Powiem
sobie, to będzie tak, że co prawda nie sprawiam, że będzie, ale że się
jakoś godzę, choćby całkiem niepotrzebną moją zgodą.
Cokolwiek będzie, będzie tak, jak ma. Będzie, już bądź co bądź ma
być. Takie „bądź” jest formalnie rozkaźnikiem, ale to formalne
znaczenie się już zatarło. „Bądź”, czyli „niech będzie”, to, co będzie.
Ale jak mówimy „bądź co bądź”, to myślimy raczej o tym, że cokolwiek
by było, to... Jest to, cokolwiek mówić, idiom językowy. Frazeologizm,
bądź co bądź, więc może mieć zatarte znaczenie poszczególnych form
słów składających się na niego.
Nie zawsze się godzimy na to, co jest. Wydaje nam się, że możemy
sami zmieniać rzeczywistość. A jak sobie dodamy ducha hasłem
w rodzaju: „tak dalej być nie może” czy przynajmniej: „tak dalej być
nie musi”, to zdaje się nam, że zmienić będzie łatwiej. Nie ma tam
wprawdzie bezpośrednio o nas mowy, ale przecież każdy wie, że kiedy
ktoś tak mówi, to ma na myśli siebie jako kogoś wpływającego,
choćby potencjalnie, na kształt przyszłości. Co tu dużo gadać, to my
sprawimy, że nie będzie dalej tak, jak jest. Tylko nie jesteśmy pewni,
czy zmienimy ten świat, bo tak ma być, bo mamy zmienić, czy
zmienimy też i to, co ma być i będzie inaczej niż ma być. Teraz ma,
ale potem nie będzie miało. Ale, choćby dla bezpieczeństwa
prawdziwości wypowiadanych sądów, możemy zrezygnować
z myślenia o naszym udziale, choćby miał być tylko modalnie
zamarkowany, i powiedzieć, jak Ferdynand Kiepski, „tak dalej być nie
będzie”.
„Jak tak dalej pójdzie, to nie wiem” – mówimy, gdy nie wiemy,
co będzie, jak będzie dalej tak, jak jest. Prawdę mówiąc, nigdy nie
wiemy naprawdę.
Wiemy tylko, że będzie to, co będzie. W końcu co było, to było.
62
Co ma wisieć, nie utonie
Przysłowie, odn. Salomon Rysiński (1618)
„Bogobojna trzódko moja, bądź spokojna: co ma wisieć, nie utonie” –
tak „grzmiał jak piorun na ambonie” „ksiądz pleban na odpuście
przeciw dziatkom i rozpuście” w pomieszczonej w „Kordianie”
Słowackiego opowieści Grzegorza o Janku, co psom szył buty.
I to miało uspokajać. Zwłaszcza tych, którzy skłonni są wierzyć
w przeznaczenie. „Nie utonie, co ma wisieć” – to pierwsza wersja tego
przysłowia, na początku mówiąca o tym, co się nie stanie, potem
dopiero podająca przyczynę ex praedestinatio. Dziś wolimy najpierw
mówić, „co ma wisieć”, a więc o boskich planach, o wyższych
zrządzeniach, i stąd później wysnuwać wniosek, że to, co mogłoby się
stać, gdyby tych planów nie było, stać się nijak nie może.
I nie stanie, bo los, przeznaczenie, karma, kismet. „Nie będą tego
jadły ryby, co mają jeść kruki”; „kogo Pan Bóg ptakom obiecał, w tym
ryby nie zagustują” – były i takie, bardziej konsumpcyjne, wersje tego
operującego śmiercią, ale w sumie, jak się stąd okazuje,
niepozbawionego pewnego dowcipnego rysu przysłowia.
Perspektywa zawiśnięcia wydaje się mniej atrakcyjna niż utonięcia.
Może dla przyszłego wisielca lepiej by było utonąć? I łatwiej, i bez
hańby... Ale z kolei ta woda zbyt blisko...
Gdy mówimy o tym tonięciu i wiszeniu, możemy mieć głównie dwie
rzeczy na myśli. Po pierwsze, jak ten ksiądz, pocieszenie. Wtedy
myślimy czasem nawet o nas samych. „A, co tam, co ma wisieć, nie
utonie” dodajemy sobie otuchy w niebezpiecznych sytuacjach. Tym
razem się upiecze. Po drugie: słuszną karę dla tych, których kara
minąć nie powinna.
Gdy mowa tu o nas, to wiara w przeznaczenie, choćby tylko
na takim przysłowiowym poziomie werbalizowana, daje nam
wspaniałe poczucie braku nie tyle wpływu na dzianie się rzeczy, ile
ponoszenia odpowiedzialności za niby dokonywane wybory. Co ma
być, to będzie. Stanie się i tak to tylko, co się stać miało. Determinacja
uwalnia nas od wolności, czego zalety widać szczególnie wtedy, gdy
z wolnością mają się wiązać jakieś, nie wiadomo, czy nie niepożądane,
konsekwencje.
I jeszcze: nic się nam złego nie stanie.
Oczywiście, na razie – ale to właśnie teraz jest najważniejsze.
Potem różnie być może, może będę wisiał – teraz wszelako nie utonę.
I o to chodzi. Żeby nie utonąć. Teraz.
A gdy chodzi o tych, co zasłużoną powinni karę ponieść:
pamiętajmy, że ich zawiśnięcie, choć jest na razie odroczone, jest
konieczne i nieuchronne. Niech się nie cieszą, że nie utonęli. Będzie im
gorzej. Tylko dlatego na razie nie toną.
Chociaż jakoś długo.
63
Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?
Stanisław Bareja (1929–1987), film „Co mi
zrobisz, jak mnie złapiesz?”
Pytanie znane od dawna, ale, jak to bywa, po umieszczeniu w utworze
popularnym rozpoznawane przede wszystkim jako jego fragment
i cytowane ze świadomością odsyłacza. Tak pyta w finale filmu (filmu
zresztą o tym właśnie tytule) świnia (nie wiadomo, skąd się biorąca)
usmolonego (nie wiadomo dlaczego) pastucha (nie wiadomo,
co robiącego na ulicy dużego miasta). Cała sytuacja jest jeszcze
bardziej absurdalna niż cały film.
Pastuch wykrzykuje, jak zwykle pokrzykujemy w trakcie pogoni,
jakieś pogróżki. Świnia się poważnie, po dostojnym zatrzymaniu,
odgryza. My, ścigani, czasem też tak właśnie reagujemy: „i co mi
zrobisz?”.
Istotnie, sytuacja pościgu konwencjonalnego, czy mniej lub bardziej
zabawowego, uległaby niepożądanemu załamaniu w wypadku
doścignięcia. Ścigany staje się wtedy schwytanym, a ścigający nawet
nazwy żadnej trafnej uzyskać nie może. Ta zmiana statusu wydaje się
początkowo pożądana przynajmniej przez jednego uczestnika,
w rezultacie bywa kłopotliwa.
Typowy okrzyk goniącego jest znamiennie paradoksalny, woła on
często: „poczekaj, niech tylko cię złapię!”. Jest wyrazem osobliwej,
choć tu zrytualizowanej naiwności, wołanie „poczekaj!” do kogoś, kto
właśnie przed nami ucieka. Może to atawistyczna próba zmiany
definicji sytuacji, udawanie, z użyciem tego słowa, że to wcale nie
pogoń i ucieczka, tylko nie dość dobrze zauważone przez tego
z przodu usiłowanie nawiązania kontaktu ze strony tego z tyłu.
Przeczy temu zapowiedź złapania i jego hipotetycznych wprawdzie
i
enigmatycznie
niewyrażonych,
ale
zapewne
przez
to
niedopowiedzenie groźnych konsekwencji.
Na takie dictum, żeby twarz zachować, trzeba wyrazić lekceważenie
albo w każdym razie coś minimalizującego groźbę lub neutralizującego
obawę przed nią. Dobrze do tego zdaje się służyć pytanie, tak
sprawnie deprecjonujące różne wypowiedzi: „i co?”, „i co z tego?”,
„i co mi możesz zrobić?”, co ma sugerować, że nic, że nic z tego nie
wynika, że nic nie możesz mi zrobić. Ma to dodatkową formułę „pan
mi może...” lub „ty to mi możesz, wiesz co”.
Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że takie pytanie może
stanowić wstępną fazę negocjacji ze strony tego z przodu. Że być
może się zastanawia, pod jakimi warunkami opłaca mu się przestać
uciekać i że może przestanie, jeśli uzyska jakieś gwarancje. Ale to
raczej niemożliwe: cała sytuacja zakłada emocjonalny raczej dyskurs,
nie zaś racjonalne ważenie okoliczności.
Świnia, pytająca w filmie pastucha, jest dość poważna, zatrzymuje
się, mówi, wprawdzie ze świńskim akcentem, ale godnie. Zdanie to
zyskuje przez to rangę jakiejś życiowej, głębokiej refleksji, a jego
wypowiedzenie przez zwierzę, choć niecieszące się powszechnym
szacunkiem, daje mu rys metaforycznego uogólnienia, ważniejszego
jeszcze przez to, że stało się tytułem całego filmu.
I wiemy, że świniopas świni nic nie zrobi. I on też wie.
64
Co nam zostało z tych lat?
Chor Dana, kabaret Qui Pro
dwudzieste XX w.)
Quo
(lata
Pytanie sentymentalne, rozpoczynające jedną z najbardziej znanych
piosenek kabaretowych, nadaje się do powtarzania niezliczoną liczbę
razy, i to z wiekiem coraz częściej pojawia się, wprost czy pośrednio,
ilekroć przypominamy sobie lub (bo z czasem trudniej) usiłujemy
przypomnieć te lata.
„Te lata”, które wspominamy wspólnie, czyli te godne wspomnień.
Czasem nazywamy je „naszymi latami” lub „naszymi czasami”,
po trosze je sobie zawłaszczając. „Za naszych czasów” było nam
oczywiście lepiej, bo były one nasze. I odwrotnie, były nasze, bo było
nam w nich dobrze. Najczęściej to te, w których byliśmy młodzi, ale
też i te, gdy byliśmy dojrzali i mogliśmy wpływać na to, co się działo.
Te czasy obecne, choć je też możemy, a nawet powinniśmy nazywać
„tymi czasami”, to już nie te czasy. Nie te czasy...
„Te lata” bywają też, o wiele adekwatniej, zwane, przeciwnie,
„tamtymi”. Kiedy mówimy „w tamtych latach”, chodzi rzecz jasna
właśnie o te lata. O te lata, o które chodzi. Wiadomo, które. Tamte.
Te. Nasze.
Ale co nam z nich zostało? Nie o to chodzi, co zostało w ogóle, tylko
co zostało nam. Co my z tego mamy, co mamy z tamtych czasów?
Czasem myślę, co zostało mnie samemu. Zwykle wtedy, gdy zostaje
mi mało. „Tylko łzy mi jedne zostały” – skarży się poeta. „I nie zostało
mi nic oprócz Boga” – mówi ojciec zadżumionych. Jak nic nie zostaje,
zostaję całkiem sam. Bez niczego. Bo że bez nikogo, to jasne. Ale tu
pytam (pytamy), co zostało nam. Więc przynajmniej jesteśmy razem.
My jesteśmy nami.
Co nam zostało z tych lat? A czy w ogóle z lat coś zostaje? Czy coś
zostaje w innych, nowych czasach, z tych czasów dawnych?
Czasownik „zostać” ma zadziwiającą wieloznaczność: z jednej strony
odnosi się do zmiany, jako synonim czasownika „stać się”, kiedy
mówimy, że ktoś „został kimś” lub że coś się „czymś stało”, z drugiej
strony stosuje się do braku zmiany, jeśli to synonim słowa „pozostać”,
kiedy mówimy, że ktoś „został, gdzie był” i że coś „pozostało takie
samo”. A także używamy go, gdy mówimy o czymś, co łączy to,
co dawne, z tym, co nowe. Co zostaje skądś czy z kiedyś.
Czas nie pozostaje, na tym właśnie polega. Sam czas zostać nie
może, nie może pozostać. Czas musi biec. Ale rzeczy zostają. Te,
które były w innym czasie, teraz są w tym. A my, wiążąc je z dawnymi
czasami, a widząc w czasach tych, możemy mieć poczucie tak często
potrzebnej kontynuacji, ciągłości albo zgoła trwania. Jeżeli mamy coś
z dawnych czasów, to są one, te czasy, jakoś bliższe, a na pewno
czujemy je jako mniej utracone.
Pytanie, co mi zostało, czy co nam zostało, kojarzy się niezbyt
pomyślnie z inną frazą, w której mówi się o tym, że nie tyle zostało
coś, ile nie zostało nic innego. „Zostało mi tylko pogodzić się z tym”.
To wtedy, gdy wyboru już nie ma. Częściej jednak jest to smutna
refleksja, że zostało niewiele. Niewiele z tych lat, co były nasze.
I że trzeba się będzie z tym pogodzić.
65
Co się odwlecze, to nie uciecze
Przysłowie, odn. Salomon Rysiński (1618)
„Nie uciecze, co się odwlecze” brzmiała dawniejsza wersja, a tę samą
myśl znajdziemy już u Jana Kochanowskiego. I bywała dobrą
maksymą zarówno dla pesymistów, niewierzących w uniknięcie czegoś
złego (ich utwierdzała w pesymizmie), jak i dla optymistów, których
pocieszała nadzieją na choć późne, to jednak nadejście dobrego.
Pewnie tych optymistów jest więcej, bo w przeciwnym razie nie
miałoby takiego powodzenia powiedzenie inne, zdecydowanie
aprobujące rzeczywistość, mianowicie: „lepiej późno niż wcale”. Ale
tak zazwyczaj mówimy w trochę innej sytuacji, nie kiedy czekamy
i trudno nam się doczekać, lecz gdy to, co miało być wcześniej,
w końcu się już pojawiło. Późno, bo późno, ale jednak. I tak dobrze,
bo mogło nie przyjść. A to „wcale” jeszcze potęguje niebycie,
niezrobienie i inne braki. Jak coś nie nadeszło wcale, to bardziej nie
nadeszło, niż gdyby tylko nie nadeszło, bez „wcale”, „całkiem”,
„zupełnie”. Niektórzy uważają, że to językowe naddatki, jak czegoś nie
ma, wystarczy tak powiedzieć, cóż wnosi to „wcale”? Ale jednak tak
mówimy.
Wiemy, że co ma być, to będzie. Bo jeśli coś jest, to widać miało
być. Mówiąc, że coś się odwleka, mówimy, że będzie później, ale
będzie. Inaczej nie tyle by się odwlekło, ile by w ogóle nie zaistniało.
Tyle tylko, że gdy coś nie następuje we właściwym, albo choćby
przewidywanym czasie, to jeszcze nie wiemy, czy się odwleka, a więc
będzie, tyle że później, czy też może w ogóle ma się nie zdarzyć.
W tym przysłowiu konieczny dla rymu gramatyczny archaizm
(„odwlecze” – „uciecze”) dodaje jeszcze wiarygodności. Mniej chyba
szans na ucieczkę ma ten, o kim powiemy, że nie uciecze, niż ten,
o kim powiemy, że nie ucieknie. Ale w obu formach czasu przyszłego
takie przewidywanie zdaje się silne. Może dlatego, że sami jesteśmy
przekonani wewnętrznie o braku możliwości ucieczki przed tyloma
sprawami: życiem, odpowiedzialnością, śmiercią, samym sobą
wreszcie?
Tutaj ta pewność dotyczy rzeczy od nas mało zależnych. Gdybyśmy
to my to robili, gdyby to były nasze działania, byłyby pewnie w porę.
Ale przeznaczenie zazwyczaj nie ma ściśle wyznaczonej pory –
dopadnie nas to, co ma spotkać, nie minie to, na co zasługujemy, ale
kiedy, nie musimy wiedzieć. „Nie pytaj, wiedzieć nie trzeba” – pisał
Horacy do takich niecierpliwców, którzy nawet datę odejścia znać
chcieli. Co ma być, to będzie. Co się odwlecze, nie uciecze.
A może w sumie byłoby lepiej, żeby wszystko, co ma być, było tylko
we właściwym czasie?
Niektórzy, jak stolnik Billewicz, woleli mówić, że co się odwlecze, to
i uciecze. Ściśle rzecz biorąc, logiczni może nie byli, ale kto wie, czy
realnie nie mieli racji.
66
Co się stało z naszą klasą?
Jacek Kaczmarski (1957–2004) „Nasza klasa”
„Gdzie są chłopcy z tamtych lat? Co z nimi dziś?”. „Ach, gdzie są
niegdysiejsze śniegi?”. I w ogóle: „gdzie jest to, co kiedyś było?”.
Albo, gdy już przyjmiemy do wiadomości, że nie ma takiego gdzieś,
gdzie jest teraz to, co kiedyś było tu: „co się z tym stało?”.
To częściej zresztą nie pytanie, ale smutna konstatacja, mało
zresztą oryginalna, że oto coś było, a teraz tego nie ma. „Byli chłopcy,
byli, ale się minęli. I my się miniemy po maluśkiej chwili”.
A tu chodzi o naszą klasę. Było nas trochę. Znaliśmy się,
wiedzieliśmy sporo o sobie. I interesowało nas to. I dla nich ważne
było to, co robiliśmy i zrobimy.
Później ciekawiliśmy się z coraz większej odległości. Najpierw: on
zrobił to i to, a ona to była tu i tu. A ten, to ho, ho! A tamten, patrz
no, co się z nim porobiło... A potem: a ta, wiesz, ta, co z nią teraz? A,
z tą, przedtem to, wiesz, a teraz to nie wiem. A jeszcze potem:
z którą, z tą? Nie, z tą drugą... No wiesz, nie wiem z którą...
Ale to, co się działo z klasą, pozostawało dla nas pewnym realnym
punktem odniesienia. Co oni, co my. Co z nimi, co z nami. Przestali już
być wami, są dawno nimi, ale w pewnym sensie porównujemy się. On
wprawdzie to i owo, ale ja za to to i to. On ma nagrody, a ja dzieci.
On ma nową żonę, a ja za to pierwszą. On wyjechał, ja za to
zostałem. Mówię o kolegach, a z koleżankami podobnie, dla
koleżanek.
I dość długo jeszcze ważne ciągle było dla nas, żeby oni uznali to,
co z nami, za z grubsza chociaż w porządku. Mogliby nawet trochę
pozazdrościć. I ważne, żeby wiedzieli i żeby chcieli wiedzieć.
Klasa to jest coś. Ananasy z naszej klasy. W naszej klasie... było
pierwsza klasa! Mówię wam, klasa! Klasa sama w sobie. Klasa faceci
byli i klasa babki! Znaczenie, konotacje, wreszcie frazeologia „klasy” są
pozytywne. Pozytywne jest to, co klasyczne. Kiedyś pozytywne było
i to, co klasowe, nawet gdy w towarzystwie klasy pojawiał się jakiś
wróg czy zdrajca.
Dziś nie mamy już klasowych zdrajców i wrogów, nie ma już walki
klas, bo i tych klas nie ma. A i klasyczni dziś nie muszą być klasycy,
świeże mody mogą lansować nowe linie i wątki, zwane od razu
klasycznymi. Co się stało z tą klasą? Zdeklasowała się czy co?
Ale wróćmy do naszej klasy. Kiedy pytamy, co się z nią stało, często
łapie nas jakiś smutek, w każdym razie melancholia. Zazwyczaj
z dwóch powodów. Pierwszy to ten, że nie wiemy co, czyli że więzi się
rozpadły, a szkoda. Drugi to ten, że ci, co przedtem byli ci, nasi, teraz
są inni. Są tacy, jacy byśmy nie chcieli, żeby byli, i oni też nie powinni
chcieć. A najgorsze, że chcą. I nie dogadamy się z nimi, a nawet nie
bardzo chcemy się dogadać.
A nie chcemy, bo my też już tamci.
67
Co się stało, to się nie odstanie
Przysłowie, odn. Łukasz Górnicki (1566)
U Górnickiego, który cytuje króla Zygmunta Augusta, jest „odstać się
nie może”, dziś wolimy mówić bez modalności, w czasie przyszłym
z przeczeniem: „nie odstanie się”. Dawniej używano jeszcze w tym
samym sensie „...to się nie rozstanie”, dając czasownikowi „rozstać
się” to samo znaczenie, co „odstać się”. Te dwa przedrostki: „od”
i „roz” konkurowały w wyrażaniu likwidacji stanów: „zawiązać”,
„związać” – „odwiązać”, „rozwiązać”.
W tym przysłowiu „odstać się” (czy też „rozstać się”) ma znaczenie
o tyle dziwaczne, że wyrażające czynność, której nie ma, której
zresztą nie może być. Coś się mogło stać, ba, musiało, bo jeżeli się nie
stało, to tego czegoś nie było, więc z tego, że to było, wnosić trzeba,
że się stało. A jak już się stało, to nie może być, nie jest, tak, że się
nie stało. Albo jakby tak. Wszystko idzie w jedną stronę i nie można
tak zrobić, żeby nie wydarzyło się coś, co się wydarzyło. Tego się nie
da. Można ewentualnie próbować podyskutować o tym, co się jeszcze
nie stało, nawet jeśli jesteśmy zwolennikami sądu, że wszystko jest
już w wielkiej księdze zapisane. Ale o przeszłości, czy była,
dyskutować się żadną miarą nie da.
Więc to, że się coś stało, jest wystarczającą racją, żeby stwierdzić,
że się odstać nie może. Nie po prostu przestać być, nie o to chodzi,
wiele jest rzeczy, które najpierw są, a potem ich nie ma, bo być
przestały. Ale nie może być tak, że się nie stały, jeśli się już stały.
Czyli, po prostu, nad przeszłością władzy nie mamy. Możemy
udawać, że nic się nie stało, nawet mamy takie powiedzenie. „Nie
szkodzi, nic się nie stało”. Kiedy jesteśmy dokładni, mówimy „nic
takiego”. Że niby nic takiego znowu, nic ważnego.
Takie powiedzenie o niemożliwości odstania się, czyli cofnięcia
czasu, mogłoby się wiązać z przeświadczeniem o tym, że jeśli coś się
już dokonało, to koniec i nie ma rady. Taka determinacja może być
przykra, wręcz rozpaczliwa. I bywa. Mleko się rozlało i już do dzbanka
nie wróci. Ale obok powiedzenia, że mleko się rozlało, mamy
powiedzenie o bezsensowności płaczu nad tym rozlanym mlekiem. Nie
ma co płakać.
Na szczęście w tym naszym, w ostateczności przecież raczej
życzliwym ludziom i nawet optymistycznym mówieniu, to mówienie
o niemożności odstawania się czegoś, co się już stało, odnosi się
częściej do pogodnego pogodzenia się z tym, co się stało. Stało się
i jeżeli się stało, to trudno, odstać się nie odstanie, ale w końcu nie
musimy się tym tak bez przerwy przejmować. Nie odstanie się, to nie.
Trzeba z tym żyć.
A z drugiej strony: może to i lepiej? Wprawdzie nie mówimy tak
wtedy, gdy się cieszymy z zaszłości, ale co by to było, jakby tak
wszystko można było cofać?
Jakby się odstawało?
68
Co ty wiesz o zabijaniu?
Juliusz Machulski, film „Killer” (1997)
„Co ty wiesz?”, a w wersji mocniejszej: „co ty tam wiesz?” jest
wyrazem lekceważenia nie tylko wiedzy rozmówcy, lecz i jego samego.
Najczęściej to odpowiedź na to, co rozmówca mówi czy próbuje
powiedzieć. On opowiada historię, myśli, że coś wie, a ja mu kubeł
zimnej wody. Zwykły „przebijacz” ogranicza się do zwykłego „ja też
miałem, posłuchaj” albo „to ja miałem lepiej”, przebijacz-besserwisser
musi lekko upokorzyć. „Nie mądrz się” – powiada – „co ty wiesz?”.
I najczęściej nie jest to pytanie, raczej westchnienie: „a, co ty tam
wiesz...” i na końcu jest wielokropek...
Ten objaw wyższości może być skonkretyzowany, pojawia się jako:
„co ty wiesz o kobietach...”, „co ty wiesz o prawdziwej pracy...”,
a czasem jako konkret raczej pozorny: „co ty wiesz o życiu...”. Jest
jednym z jawnych, nawet wręcz demonstracyjnie stosowanych
sygnałów nie tylko rzetelniejszej wiedzy, ale i dojrzałości, a także,
zazwyczaj, męskości.
Tak się składa, że kobiety rzadziej posługują się taką dominacyjną
frazą. To domena mężczyzn, i to tych prawdziwszych. A ten, który
„co tam wie”, to najczęściej jakiś młody albo też właśnie tak
ustawiany. I jeśli nie odpowie odpowiednio, będzie ustawiony.
W tym zdaniu konkretyzacja jest wyraźna i mocna. Może ten ktoś,
do kogo mowa, wiedzieć coś o życiu, może nawet wiedzieć coś
o śmierci, ale o zabijaniu nie wie nic albo nic „tak naprawdę”.
„Zabijanie” to rzeczownikowy odpowiednik czasownika „zabijać”. To
czasownik niedokonany, który jednak odnosi się koniecznie
i absolutnie do jakiegoś dokonania. Jeśli ktoś kogoś zabijał, to i zabił.
Nie mógł zabijać i nie zabić. Żeby zabić, musiał zabijać. Może robił to
dłużej, tak, że czasownik oznaczający samą czynność doprowadzającą
do zabicia, był potrzebny, może krócej, a my tylko ten moment
z jakichś powodów chcemy ująć w słowo... A może wreszcie zabił
wielu. Wtedy czasownik „zabijać” ma wartość iteratywną,
„częstościową”, znaczy tyle, co „wiele razy zabić”. Wtedy to jego, tego
zabijającego, zwyczaj lub proceder.
„Co ty wiesz o zabijaniu...”. Powszechnie przypisywano to
powiedzenie Bogusławowi Lindzie, który miał to powiedzieć jako
twardziel policjant w „Psach”, filmie Pasikowskiego. To było tak
oczywiste, że nie sprawdzano. Kiedy sprawdzono, okazało się, że tam
tego nie ma, natomiast mówi to inny aktor, Cezary Pazura, któremu
trudniej grać twardzieli niż Lindzie, i w innym filmie, mianowicie
w „Killerze”, innego reżysera, Machulskiego. To komedia, a te słowa
Pazury odbierano tam jako cytat z Lindy. Sam cytat miał sens, gdy
w ten sposób lekko parodiowano przesadnie manifestowaną
mężczyźnianość. Tak go właśnie używano. Ale czy cytat może od razu
być cytatem, bez pierwotnego użycia? Zapewne jakiś twardziel
na początku był.
Inaczej cóż byśmy nadal o zabijaniu wiedzieli?
69
Co z tą Polską?
Tomasz Lis, tytuł książki (2003)
„A wiesz ty, co będzie z Polską za lat dwieście?” – pyta szatan księdza
Piotra w trzeciej części „Dziadów” i to pytanie, obok pytania „a wiesz
ty, co o tobie mówią w całym mieście?”, uważa za czemuś ważne dla
księdza. A może zresztą uważa za ważne raczej odpowiedzi na te
pytania. Sam zresztą jestem ciekaw, co wtedy będzie z tą Polską,
za te (czy tamte) dwieście lat, bo to już bardzo niedługo.
A w tym nowszym pytaniu o Polskę czasu się nie wyznacza. Nawet
nie wiadomo, o jaki tu czas chodzi: przyszły, a może teraźniejszy?
Bo chyba nie przeszły, choć i to gramatycznie możliwe. Tu jest
w ogóle: „co z tą Polską?”. Z jaką Polską znowu? Z tą. A jest jakaś
inna?
Że są różne Polski, przychodzi nam czasem do głowy. Czasem
pytamy, także i dziś: „Polska, ale jaka?”, w przeświadczeniu,
że cytujemy Słowackiego. On jednak napisał inaczej, u niego Bóg,
pytając z Mojżeszowego krzaka „jaka?”, ma na myśli ojczyznę,
i właśnie ciekaw jest, o jakim kraju krzyczą „ojczyzna” ci, co idą. A oni
zapomnieli na ustach wyrazu „Polska”. Tak, że było całkiem inaczej.
Ale tu nie o to chodzi oczywiście, że Polski mogą być różne, a ta to
właśnie ta.
A tu chodzi, wiadomo, o Polskę. O tę Polskę. I pewnie troska kieruje
tym, co tak pyta. Choć z drugiej strony szczególnego uszanowania dla
tej Polski trudno się tu dopatrzyć. Zaimek „ten”, kiedy dodajemy go
do takiego pytania o to, co z czymś, często wyznacza jakieś obiekty,
o których wspólnie wiemy, ale nie traktujemy ich specjalnie wzniośle.
Była o nich mowa, a teraz nie wiem, co z nimi. „Słuchaj, co z tym
twoim kuzynem?”. „Co z tą sprawą?”. „Kelner, co z tym moim
schabowym?”. „No, co wreszcie z tym, wiesz?”.
„A co ma być?” – słyszymy odpowiedź. Jakie pytanie, taka
odpowiedź. „Co z tą Polską?”. „A bo ja wiem?”.
Kiedyś po tym zaimku rozpoznawano stosunek do socjalistycznej
ojczyzny. Ci, co mówili „w naszym kraju”, kochali go, jak trzeba. Ci,
co mówili „w tym kraju” – mniej. Niektórym to zostało i do dziś tak
mówią. „W tym kraju nic się nie da zrobić” – utrzymują. „Z tego kraju
trzeba uciekać”. A ci, co o tym kraju mówią „ta Polska”, pewnie myślą
trochę podobnie. Trudno sobie wyobrazić, żeby myśleli, że właśnie tak
o niej mówiąc, reprezentują szczególnie podniosły rodzaj patriotyzmu.
„Co z tą Polską, do diabła!” możemy też wykrzyknąć w emocji i to
wtedy już nie pytanie, tylko wyraz zdziwienia, może nawet i pełnego
troski, ale bardziej przypominającego zdenerwowanie. Znaczy w tej
Polsce nie dzieje się najlepiej. Różne są tego przyczyny i dobrze
byłoby je poznać. Tak w ogóle najpewniej nie zanosi się na to,
że zaraz będzie dużo lepiej. Chyba że my się za to wszystko
weźmiemy. Przede wszystkim za Polskę.
Za tę Polskę.
70
Co złego, to nie my
Formuła pożegnania
Czy w ogóle było coś złego? Czy coś się stało, czy jest coś takiego,
co nie było pożądane, wskazane, oczekiwane?
Może i nie było, zapewne nie było, bo gdyby było, wiedzielibyśmy,
co to takiego, zauważylibyśmy przecież. A ta formuła wydaje się
warunkowa: „jeśli coś było źle...”. No ale może to się okaże później,
może wy to zauważycie albo nawet zauważyliście, tylko grzecznie
zmilczeliście... Więc może było.
I dlatego, na wszelki wypadek, gdyby coś takiego miało miejsce, to
wiedzcie, że to nie my byliśmy sprawcami ani przyczynami tego złego.
Nie obarczajcie nas tym, nie poczuwamy się. Nie mieliśmy z tym nic
wspólnego, jeśli nawet to było, a przecież raczej nie było.
Chyba że może jednak, bo przecież gdyby naprawdę nic nie było, to
nie uważalibyśmy za stosowne wspominać o tym. I może jednak coś
wspólnego z tym mieliśmy, bo cała ta formuła przypomina nieco
hipotetyczne przeprosiny. Bo może my jesteśmy całkiem w porządku,
a wam coś przyjdzie do głowy...
W każdym razie to nie my. „To nie ja!”. „To nie my!”. To utrwalone
formuły wypierania się. Owszem, wiem, że coś było, ale to nie ja
jestem winien. „Więc ja się przysięgam, być może to Stefan, lecz
w każdym bądź razie nie ja” – jak mówiła dawna zabawna piosenka.
Nie odnoście tego do mnie, do nas. Jeśli ktokolwiek, to nie my.
„To nie my” tworzy homonimiczną parę z pierwszą osobą liczby
mnogiej czasownika „tonąć”. Ta forma z kolei bywa alarmującym
okrzykiem lub metaforycznie ujętym sformułowaniem informacji
o poważnym zagrożeniu. Źle się dzieje. Koniec z nami. Toniemy,
proszę państwa. Ale kiedy sytuacja jest tak poważna, zawsze można
szukać ratunku w dezidentyfikacji. Może nawet sytuacja jest
dramatyczna i ostateczna, ale czy rzeczywiście to o nas chodzi? Czy
nie może być tak, że jeśli już naprawdę trzeba ginąć, to możemy
uznać, że nie nas to dotyczy, tylko kogoś innego? Że to nie my?
Że, krótko mówiąc, może i toniemy, ale to nie my?
Ale za daleko zaszliśmy. Wcale nie toniemy, sytuacja jest znakomita,
nic złego się nie stało, no, może coś tam, ale to nic godnego uwagi,
a w każdym razie nazwania. I jeśli się nawet zdarzyło, nie
przyjmujemy na siebie żadnej odpowiedzialności.
Co złego, to nie my. To zapewne ktoś inny. Nie mówimy, że wy,
byłoby to w końcu niegrzeczne, ale jeśli nie my, to kto? Mówimy tak
przecież na pożegnanie do tych was, z którymi się żegnamy, których
najczęściej jako gospodarzy zostawiamy, wychodząc jako goście.
I sami zapobiegliwie likwidujemy wasze ewentualne złe o nas
pomyślenia, bo jeśli coś złego, to nie my, ale przecież w ten sposób
przywołujemy myśl o tym, że coś złego mogłoby się było stać.
A po cóż by mówić o tym, gdyby tego nie było?
Jeśli nawet nic złego nie było, to samo takie mówienie za dobre nie
jest.
71
Coca-cola to jest to
Hasło reklamowe, Agnieszka Osiecka (1971)
Trudno o większą lapidarność przy nazwie produktu i trudno o większą
sugestywność. Głównie dzięki temu podwójnemu „to”. „To” samo
może być identyfikacyjnym łącznikiem: „ibis to ptak ponury”, ale może
nim nie być, tylko występować przy łączniku „jest” – przed nim („ibis
to jest ptak ponury”) lub po nim („ibis jest to ptak ponury”),
współtworząc strukturę paradefinicyjną, wzmagając obiektywizm
i umożliwiając zastąpienie narzędnika („ibis jest ptakiem ponurym”)
mianownikiem, co daje poczucie większej identyfikacji. A tu jeszcze
po drugiej stronie definicji mamy do tego „to”. To nie to samo „to”,
co pierwsze, ale w końcu podobne.
I dające możliwości wszelakich dobrych odczytań, które
zwerbalizowane mogłyby razić dosłownością, komuś akurat
przeszkadzać
i
przede
wszystkim
sprzyjać
ewentualnym
zaprzeczeniom. A jak zaprzeczyć, że coś jest „to”?
Mamy trochę wzorców uzupełnień: „to, co tygrysy lubią najbardziej”
(z „Kubusia Puchatka” Ireny Tuwim), „to, o co chodzi”, „to, co trzeba”,
ale czujemy, że mimo wszystko one wszystkie jeszcze nie dają
dostatecznych uogólnień. A „to jest to” daje. I nic dodać, nic ująć.
Ująć nie można, dodać nie trzeba. Tak ująć to najlepiej.
A jeszcze do tego i rytm bardzo dla sloganu dobry, biegnący trochej
(na przemian sylaba akcentowana i nieakcentowana, w tej kolejności),
ale z akcentowanym, koncentrującym uwagę dodanym „to” na końcu,
i aliteracja: zauważmy to akcentowane „o” w co drugiej sylabie.
To jest to.
Coca-cola była archetypem rzeczy pożądanej i podejrzanej,
ideologicznie wrogiej i także dzięki temu kuszącej. Żartowano, że jest
stonką w płynie, nawiązując do ulubionego zajęcia amerykańskich
imperialistów zsyłających te żarłoczne chrząszcze na nasze kartofliska.
A tu nagle się pojawiła i była, mogła być. Nie w całym kraju, dzielił
on się wtedy na rejony coca-coli i pepsi-coli – o ile pamiętam, coca
była na przykład w Warszawie i na Śląsku, a pepsi między innymi
w Krakowie i na Podlasiu. Janusz Minkiewicz zaproponował dla pepsicoli slogan „lepsi piją pepsi”, ale nie przyjął się: zabawa fonetycznoortograficzna była zbyt trudna w tym przypadku.
Slogan Osieckiej stał się wzorcem polskich sloganów, przebił
przedwojennego przytaczanego wciąż Wańkowiczowskiego lidera
„cukier krzepi”, pokazując możliwość reklamowej zabawy, luzu,
w każdym razie dystansu. Pojawia się kapitalistyczna coca-cola
i okazuje się, że i ona także jest dla socjalistycznego społeczeństwa.
Pojawia się reklama komercyjna, rzecz sama w sobie obrzydliwa, ale
patrzcie, może być swobodna i nawet zabawowo atrakcyjna.
Może to jeszcze nie to, ale już prawie.
72
Coś tu nie gra
Powiedzenie
Czyli: nie wszystko gra. Nie jest tak, że możemy pomyśleć „wszystko
gra”, i tak powiedzieć. Jest coś w tej sytuacji, co też powinno grać,
a nie gra. To jest „coś”, a więc nie bardzo wiem co albo jeśli nawet
wiem, to nie bardzo chcę powiedzieć. Jakieś coś, nieokreślone. Ale tu,
w tym miejscu, o które chodzi.
Dobrze jest, kiedy wszystko gra. Nie zawsze sobie to
uświadamiamy, jeśli wszystko gra, bo nie ma co o tym myśleć, nie ma
co zwracać na to uwagi. Dopiero jak ktoś zapyta, czy wszystko gra,
sprawdzamy i odpowiadamy, że tak, że wszystko gra. Albo nie
sprawdzamy zbyt dokładnie i optymistycznie tak samo odpowiadamy.
Żeby się nie niepokoił ten ktoś. Wszystko gra.
Gra, czyli pasuje, jest tak, jak powinno być, dobrze. Muzyczna
metafora jest tu trafna, harmonijne funkcjonowanie elementów jest
jak muzyka. Czasem nawet mówimy, a raczej mówiliśmy: „i gra
muzyka”, gdy chcieliśmy wyrazić satysfakcję z przebiegu zdarzeń,
naszych zdarzeń. A sto lat temu, po 1906 roku, kiedy wprowadzono
do lokali rozrywkowych i gastronomicznych urządzenia samogrające,
nazywane grającymi szafami, zaczęliśmy mówić i mówiliśmy dość
długo także: „szafa gra”, określając mianem szafy to wszystko,
o co w danym momencie chodziło, i co, ku naszemu zadowoleniu,
a nawet wypowiadanej bezpośrednio i swobodnie radości grało.
Tak było, gdy było dobrze. Ale jeżeli poczuliśmy jakiś zgrzyt
w rzeczywistości, która nas interesowała, myśleliśmy i mówiliśmy,
a nawet myślimy i mówimy po dziś dzień, że coś tu nie gra. Coś nie
pasuje. Właściwie metafora byłaby trafniej zastosowana, gdybyśmy
mówili, że coś tu gra źle, fałszywie, że fałszuje. Ale wybieramy wariant
łagodniejszy: coś przestało grać, czegoś nie słychać. To takie ogólne,
trudne nieraz do wyrażenia, a może i spostrzeżenia, coś podobne
do tego czegoś, o czym bardziej pozytywnie zdarza nam się mówić,
że w czymś jest, albo że jest na rzeczy. Nie wiadomo, co to takiego, to
coś, ale wiadomo, że coś. Takie lepsze coś jest w czymś, czyli w tym,
coś w tym jest, w tym, o co chodzi. W środku. To coś, co nie gra, jest
zazwyczaj w wyznaczonej mówieniem przestrzeni. Jest nie w czymś,
tylko tu. Bo, oczywiście, nie tam.
Kiedy jest całkiem źle, zdarza nam się mówić, że nic nie gra. „Nic tu
nie gra”, „jakoś nic nie może zagrać”, funkcjonować właściwie, tak jak
należy. Nic do niczego nie pasuje. Rzecz jasna, przesadzamy,
bo zawsze, używając wielkich kwantyfikatorów, jak: „zawsze”, „nigdy”,
„wszędzie”, „nigdzie”, „wszystko”, „nic”, przesadzamy, więc teraz też,
jak zawsze, nic na to nie poradzimy. Wiemy zresztą skądinąd, że nigdy
nie jest tak, żeby wszystko albo nic.
A jak mówimy, że coś, jesteśmy bezpieczniejsi. Na pewno łatwiej
wtedy o prawdę, taką dosłowną też. Cokolwiek by to było, coś w tym
jest. Coś, co gra lub nie gra. Kiedy wszystko gra, może nie wszystko
wiemy o tym wszystkim.
A jak coś nie gra, wiemy, choć nie musimy wiedzieć co. Coś w tym
jest.
73
Coś w Polsce pękło, coś się skończyło
Jacek Żakowski, tytuł artykułu w „Gazecie
Wyborczej” (16.04.1994)
Coś się stało. Nie wiemy jeszcze co, ale na pewno coś się wydarzyło.
Albo to czujemy, intuicyjnie, przez skórę, albo też widzimy jakieś
objawy czegoś, co jeszcze trudno nazwać. Ale po tych objawach już
wiadomo, że się to stało.
Coś się wydarzyło. I teraz nie będzie już tak, jak było. Najczęściej
nie znaczy to, niestety, że teraz będzie lepiej. Raczej będzie inaczej,
pewnie nawet trochę trudniej, bo trzeba się będzie przyzwyczaić
do tego, że już nie jest i nie będzie tak, jak było. Jak się coś
wydarzyło, będzie inaczej. Coś nowego, innego się zacznie.
Czasem o tym, co się wydarzyło, mówimy jako o początku. Czasem
na to czekaliśmy. Coś się wreszcie zaczęło. Ale bywa i gorzej. „No,
zaczęło się...” – wzdychamy z rezygnacją i z obawą.
A kiedy indziej coś się kończy. I wtedy najczęściej tego szkoda,
w ogóle szkoda... Jak było, tak było, a tu się skończyło. Zazwyczaj
szkoda. I czasem, jak się coś kończy, czujemy to jako pewien
przełom. Coś się przełamało. Czy też inaczej: coś pękło.
Ten tytuł znaczącego artykułu Jacka Żakowskiego był później
powtarzany często jako metaforyczna, trafna definicja polskiej
sytuacji. Oto coś się działo, zmieniało, budowało. Było dobrze. Aż tu
nagle coś się wydarzyło i zaczęło być inaczej. Entuzjazmu zbrakło,
pojawiły się konflikty tam, gdzie ich nie powinno być, rzeczywistość
zaczęła być postrzegana, przynajmniej przez wielu, w czarniejszych
barwach. Jeszcze nie wiemy, jak dokładnie to nazwać czy opisać, ale
widzimy, że coś jest inaczej. I wcale nie lepiej.
Coś się skończyło, coś pękło. Możemy to próbować opisywać,
znajdować przyczyny. Ale to pewnie niewiele pomoże. Tołstojowski
Iwan Iljicz umiera i wie, że umiera. Lekarze mówią różnie: może to
ślepa kiszka, może wędrująca nerka. A Iwan Iljicz wie, że to nie kiszka
i nie nerka, tylko śmierć. Co tam kiszka! To poważniejsza sprawa.
Coś pękło i już. I nie ma powrotu do bohaterskich czasów,
wspaniałej wspólnoty. Skończyło się. Nie wiemy właściwie,
co mianowicie się skończyło, ale koniec, trzeba to sobie powiedzieć.
I że pękło, też.
Metafora pękania nie jest miła. Pęka serce, pękają uczucia, my sami
wreszcie pękamy. Lepiej nie pękać, czego tak często życzymy, sobie
też. A tu w Polsce coś pękło, nie żeby od razu ona sama, ale pewnie
coś ważnego. I przez to coś się w niej, w tej Polsce, skończyło.
Jak tak powiemy, moglibyśmy się poczuć gorzej. W końcu zwykle
lepiej nie nazywać tego złego, nie mówić o nim, nie spostrzegać go.
Jak spostrzeżemy, będzie to bardziej naprawdę. A tak, mogłoby tego
jeszcze wcale nie być. Ale z drugiej strony, jak powiemy, dzieje się
i coś dobrego. Wreszcie powiedzieliśmy.
Może coś z tego będzie.
74
Coście s...syny uczynili z tą krainą?
Kazik Staszewski „Jeszcze Polska”
To nawet nie jest pytanie. To stwierdzenie – gorzkie, ponure i pełne
wyrzutu. Gdyby to było pytanie, dopuszczałoby jakąś odpowiedź,
a wtedy te pytane ...syny mogłyby coś na to odpowiedzieć, pewnie,
rzecz jasna, całkiem bezsensownie albo w każdym razie w sposób
stosunkowo mało nas satysfakcjonujący, ale jednak. I wtedy
dopuścilibyśmy ich do dialogu, a to w końcu nie nasza intencja. To
przecież, excuse le mot, ...syny i już. I nie ma o czym z nimi
rozmawiać.
A nie ma o czym, bo to s...syny. A s...syny, bo uczynili z tą krainą
to, co uczynili. A uczynili, bo s...syny. I koło się zamyka. Dość
intencjonalne, przyznać trzeba, koło.
Przepraszam za używanie tego słowa, bo używam go, choć
kropkuję. Ale pominąć całkiem nie mogę, w końcu jest ono w tym
cytacie szczególnie ważne, a cytat też istotny. Niektórzy przez
przypisywanie innym s...syństwa wyrażają swoje głębokie oburzenie,
inni je zaledwie manifestują, jeszcze inni, choć trudno byłoby im się
przyznać, tak akurat oddalają od siebie ten właśnie zarzut.
A słowo przykre. Tym bardziej że dosłownie i bezpośrednio nie
adresatów obarcza, tylko ich matki. W historii języka bywało
łagodzone, a to, dość problematycznie, przywołaniem suk („sukinsyn”
brzmi faktycznie nieco łagodniej), a to, trzeba przyznać, odkrywczo
i zabawnie, wprowadzaniem uogólniającego zaimka: „taki syn”; to
wynalazek Sienkiewicza, który użył go w „Trylogii” co najmniej dwa
razy: raz w odniesieniu do wrogów, zwanych też przy okazji „synami
Beliala”, raz w odniesieniu do wojewody poznańskiego, dla
spostponowania zdrajcy.
Z tym ...synem jest jeszcze i gramatycznie ciekawie, bo odmienia
się niemęskoosobowo, tak że są synowie, a nie ma ...synów. To
znaczy owszem, akurat w tym przypadku (gramatycznym) są, ale nie
mówimy o nich „s...synowie”, tylko „...syny”.
A w tym pytaniu–okrzyku jest istotne, że uczynili coś z krainą. Tą
krainą. Zapewne coś złego, bo artysta wyraźnie ich oskarża. Jako
artysta czuje, że ma prawo, i z tego prawa korzysta. I do tego
przemawia w imieniu społeczeństwa i w ogóle całej tej krainy.
Wyraźnie przemawia, ostro i mocno. I niech ktoś spróbuje mu
odpowiedzieć, a co dopiero mieć za złe czy pretensję. Chyba żeby był
także artystą...
„I coś ty najlepszego zrobił?” – pytamy, gdy ktoś zrobił coś nie
najlepszego. „Co ty sobie myślisz?” – pytamy, gdy ktoś myśli (albo
przynajmniej z tego, co robi, wynika, że myśli) nie tak, jak myśleć
powinien. I on wtedy wie, że nie ma co odpowiadać, tylko trzeba się
zmienić i zmienić to, co się złego zrobiło – a przede wszystkim poczuć
swoją winę i wstyd. Takie pytania jasno pokazują, jaki on jest. Takie
pytania zawstydzają.
Chyba że się jest ...synem. Wtedy nie.
75
Cóz tam, panie, w polityce?
Stanisław Wyspiański (1869–1907) „Wesele”
(1901)
„Wesele”, całe, od początku, napisane jest gotowymi cytatami. Pasują
często i do różnych rzeczy.
A ten początek to właśnie to pytanie o chińską politykę. Różnie
można zapytać, co słychać. Ale żeby przy tym od razu zatrącać
o politykę i jeszcze do tego o Chińczyków?
Pytania dzielimy na otwarte i zamknięte. Zamknięte najczęściej
zaczynają się od „czy” (albo też można to „czy” wstawić). Nie rokują
dobrej konwersacji, bo w przypadku niechęci czy nieśmiałości
rozmówcy można usłyszeć „tak”, „nie”, „nie wiem” i tyle. Pytania
otwarte mogą skuteczniej prowokować do rozmowy, bo na nie nie
da się zwykle tak lakonicznie odpowiedzieć.
Bardzo otwarte są pytania z „co”. „Co słychać?”, „co nowego?” – to
pytania bodaj najczęstsze, dajemy nimi swobodę rozmówcy
w wyborze tematu. Można nawet zapytać (i usłyszeć) „i co pan powie
ciekawego?”, co może, ale wcale nie musi być złośliwe.
Otwartość pytania i swobodę wyboru tematu zwiększa jeszcze dość
dziwnie tu użyty zaimek „tam”. Nie chodzi tu przecież o to, co tam,
raczej, co tu lub co w ogóle. A jednak pytamy „co tam słychać?”,
„co tam nowego?”, a jak jesteśmy mniej życzliwi i wyczuwamy
u naszego rozmówcy niejaką natrętność, to możemy nawet zapytać
„co tam znowu?”.
I oczywiście możemy precyzować. Z uwzględnieniem rozmówcy:
„co tam u ciebie?”. Z konkretyzacją miejsca bliskiego jemu, a dla nas
interesującego: „co tam w domu?”, „co tam w pracy?”. Gdy skromnie
podkreślamy różnice w statusie czy obyciu towarzyskim, na korzyść
rozmówcy, rzecz jasna: „co tam w wielkim świecie?”. Wreszcie, gdy on
jest zorientowany lepiej od nas w polityce: „co tam w polityce?”.
A od czasu Wyspiańskiego możemy tak pytać o wszystko.
O cokolwiek. „Co tam w polityce?” odnosić się może do rodziny,
zdrowia, pracy. A najczęściej do tego, co ogólne – co tam w ogóle.
Taki wariant ogólnikowego „a w ogóle co tam słychać?”.
Żeby to brzmiało cytatem, pytamy najczęściej pełną Wyspiańską
wersją: „co tam, panie, w polityce”, rezygnując z nieco zbyt oficjalnej
partykuły „ż” i co za tym idzie z małopolskiego mazurzenia („z”),
a wołaczowi „panie” nadając inny charakter (u Wyspiańskiego to
wynik relacji chłop – pan, w cytacie to raczej takie, panie,
porzekadło).
Tak zaczętej rozmowy trudno nie podtrzymać. Mało tego,
zapowiada się ona na dłużej, będziemy mogli (musieli?) pogawędzić
krzynę. I to właściwie nie wiadomo o czym. Może zresztą i o polityce,
dlaczego nie.
Ciekawe, czy gdyby Wyspiański inaczej rozpoczął ten wartki i pełen
wspaniałych cytatonośnych fraz dramat, toczyłby się on też tak niemal
sam z siebie, jak się właśnie ku naszemu podziwowi toczy.
76
Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami
nie wiecie, co posiadacie
Stanisław Jachowicz (1796–1857) „Wieś” (1853)
Fonetycznie przywodzi na myśl coś w rodzaju „ecie-pecie”. Retorycznie
to dość prymitywny homoioptoton, figura polegająca na użyciu kilku
słów o tych samych końcówkach. Komunikacyjnie przypomina
ośmieszane „wicie–rozumicie”. Ale ideologicznie piękne i patriotyczne.
A jako rodzaj sentencji służy kolejnym pokoleniom do wzbudzania
uzasadnionej dumy narodowej.
Uzasadnionej, bo z niewiedzy wiele można wyprowadzić. Kto może
się pochwalić, że zna całą Polskę? I wie, co Polska ma? Zapewne
bardzo dużo ma takiego, co to by można pochwalić.
Częstochowskie,
gramatyczne,
czasownikowe
rymy,
ujęte
we wpadający w ucho prosty rytm, łatwe do zapamiętania i miłe
w odtwarzaniu, dają pewną namiastkę mądrej refleksji. To wie się,
co się ma. Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.
Specyficzny paralelizm składniowy, w którym cudzemu odpowiada
swoje, a chwalenie – nieznajomości, zwiększa jeszcze wiarygodność
i sugestywność całego wywodu.
Ten czterowiersz, choć krótki, jest i tak przegadany. Bo przecież
w tych czterech zdaniach trzecie z czwartym jest znaczeniowo
powtórzeniem drugiego. Jeśli swego nie znamy, to oczywiście nie
wiemy, co posiadamy. Ale to przegadanie niezbyt razi, a przy tym
poprzestanie na dwóch zdaniach nie dawałoby pełni. Mamy też dzięki
temu taką ładną frazę „sami nie wiecie, co posiadacie”, zresztą
zamiast prostego „nie wiecie, co macie”. I posiadanie jest tu pełne
powagi, i to, że sami nie wiemy, a nie że po prostu nie wiemy.
Sam nie wiem, dlaczego to mi się tak podoba. To chyba jednak ten
bezpretensjonalny trajkocząco sugestywny rytm, który wprawia umysł
w specyficzne drżenie.
Każdą pochwałę cudzego można w taki właśnie sposób skwitować.
Fiołki w Neapolu pachną mniej przyjemnie, niż polskie gówno w polu.
I niech ktoś spróbuje wykazywać, że jest inaczej. Dobre narodowe
samopoczucie powinno mieć co jakiś czas ideologiczną strawę. W tym
przypadku zresztą na nic konkretnego nie trzeba wskazywać. Kiedy
odtwarzamy ten cytat, działa on sam przez siebie, bez konieczności
egzemplifikacji czy innego udowadniania.
Buduje on, a może tylko utwierdza, wyraźną opozycję. To nasze,
a to cudze, obce. Wychwalanie włoskiego nieba, cyprysów i cytryn,
jeśli dokoła mamy lasy pełne krasy, unoszenie się nad pięknem
obcego języka i obyczajów często było przedmiotem drwin, częściej
moralizowania. Snobizm różnych Podczaszyców był denerwujący
i śmieszny, a jego opisywanie dawało poczucie cnotliwej wyższości.
Jachowicz w prostych rymach dostarcza satysfakcji patriotom
i amunicji ksenofobom.
Gdyby napisał „cudze chwalimy, swego nie znamy...”, byłby
aforystą. Pisząc w drugiej osobie liczby mnogiej, jest moralistą. Ale
kiedy to mówimy, to i my moralizujemy, bo mówimy to komuś, nie
sobie. To wiersz do mówienia.
77
Cukier krzepi
Hasło reklamowe, Melchior Wańkowicz (1931)
To było hasło ułożone na zamówienie Związku Cukrowników Polskich.
Wańkowicz wiedział, że najlepsze tu będzie połączenie cukru z jakimś
czasownikiem. Najpierw próbował z innymi, np. „posila”, ale nie
wychodziło. „Krzepi” okazało się najlepsze: jędrne, zachowujące
pobudzający rytm trocheju, nieco archaiczne. Przypominające
Sienkiewiczowskie „pokrzepienie serc”, ku któremu pisał on
„w niemałym trudzie” „Trylogię”. Z dobrym, krzepiącym imiesłowem.
I w ogóle.
Pokolenie powojenne, z reklamą nieobyte, slogan ten znało
z drugiej ręki, z opowieści lub z umieszczonego w wypisach wiersza
komunistycznego poety Edwarda Szymańskiego, który ponurą
rzeczywistość sanacyjnej nędzy wiązał z obłudnie optymistycznym,
oblepiającym wszystkie ściany Wańkowiczowskim sloganem.
Co sprawiało, że do reklamy w ogóle, a zwłaszcza do jej haseł,
mieliśmy mieć stosunek jeszcze bardziej wrogi. Dopiero potem się
okazało, że było to niesłuszne, i rzuciliśmy się w reklamę z radosną
ochotą, przypominając sobie jej przedwojenne osiągnięcia.
Przede wszystkim ten krzepiący cukier. Aż do czasu sloganu
Osieckiej reklamującego coca–colę uchodził on za polski ideał krótkiej
perswazyjnej, a przy tym artystycznej formy. Opowiadano o fortunie,
którą miał zarobić na nim autor, dodając jeszcze jeden wymiar
skuteczności działania przekazu, co w końcu także było
niepodważalnym kryterium kunsztu językowego i jakości tekstu. Choć
dla niektórych był za krótki. Dodawali: „wódka lepiej”.
Jak się zdaje, działa tu szczególna zasada. Wśród wielu
przyciągających, atrakcyjnych, także perswazyjnie, cech możemy
umieścić słodycz i moc. Cecha pierwsza uruchamia cały zbiór konotacji
związanych jakoś z pierwiastkiem kobiecym. Piękno, delikatność,
wdzięk, miłość i takie tam różne mniej lub bardziej babskie fidrygałki.
Cud miód. Cukier i lukier. „Z gniazdek swych wdzięcznie cukrują
kanary” jak skądinąd słusznie pisał Stanisław Herakliusz Lubomirski.
A druga cecha jest jak najbardziej męska. Siła i wytrwałość, odwaga
i zdecydowanie i różne tam mniej lub bardziej chłopskie popisy wiążą
się z tym, co krzepkie. Czasem przaśnie, czasem narodowo.
Obie te cechy, połączone, dają nową jakość. Ta do pewnego
stopnia dialektycznie androgyniczna jedność cech musi się podobać,
a może wyzwalać przeświadczenie o głębokim powiązaniu wszelkich
zjawisk. Ze słodyczy krzepa. Do krzepkości przez słodkości. I czujemy,
wiedząc coś o przemianie materii, że to jeszcze do tego wszystkiego
łatwo przyswajalna prawda biologiczna. Tak jest, cukier daje siłę.
Cukier nas krzepił, ale i slogan też. Krzepiące jest w ogóle myślenie
o czymś krzepiącym, a samo myślenie o cukrze sprawia, że robi się
nam słodko.
Cukrownicy byli słodko pokrzepieni.
78
Cyganka prawdę ci powie
Formuła zagadnięcia
Są przeszkody, by uznać, że ta obietnica świadczy o głębokiej
znajomości ludzkiej psychiki ze strony Cyganki. Cyganka jawi się
przecież jako stara i mądra, znająca różne tajemnice, a tu nie bierze
pod uwagę, że znaczna część tak zagadywanych potencjalnych
klientów może się wystraszyć. W końcu, słysząc „powiedzieć ci całą
prawdę?”, raczej rzadko spodziewamy się usłyszenia samych tylko
przyjemnych rzeczy.
Ale Cyganka ma być bardziej wiarygodna niż sympatyczna. Czy się
nam to podoba, czy nie – powie prawdę. A czego ma ona dotyczyć, ta
prawda? Nas, oczywiście. To o nas samych czegoś się dowiemy.
Znaczna część tego czegoś ma na celu uwiarygodnienie.
Dowiadujemy się więc tego, co i tak wiemy, a raczej tego, że Cyganka
wie coś o nas, choć przecież nie powinna. To najczęściej mieszanka
oczywistości z tym, co trudne do weryfikacji, ale może być nam przez
nas samych też jakoś przypisane. Tym, co nie tyle jest prawdą, ile nie
jest nieprawdą. A potem dopiero dowiemy się tego, co najistotniejsze:
tego, co będzie.
Czy Cyganka naprawdę powie prawdę? Czy może ją powiedzieć?
Czy zdania o przyszłości w ogóle mogą być prawdziwe lub fałszywe?
Jeśli we wtorek powiem, że następnego dnia będzie środa, zdaję się
mówić prawdę, ale czy mówię w istocie coś innego niż to, że dzisiaj,
czyli w dniu, w którym to mówię, jest wtorek? Prawda przyszłości jest
tak względna, że skłonni jesteśmy nawet zdania wprost o niej
mówiące traktować jako zdania o prawdziwości zamiarów, przesłanek
czy predyspozycji. „Prawda, że jutro jadę” to zdanie o rzetelności
zamiarów i przewidywań; „prawda, że umrę” – o konieczności
biologicznej jak najbardziej teraźniejszej, niestety. Przyszłości nie ma,
jak mówić o niej prawdę?
Wróżąca wróżka zna układy determinujące zdarzenia, nie
przyszłość. Jej wiedza jest magiczna, nie do racjonalizacji. Jest
Cyganką, co czyni ją wiarygodną, zresztą dość paradoksalnie,
w zestawieniu ze stereotypowo przypisywaną Cyganom znaczną
labilnością etyczną. Co jak co, ale czy Cyganie uchodzą za szczególnie
uczciwych? A tu proszę: to, że Cyganka, ma sprawić, że bardziej
uwierzę. I ta cygańskość, choć przecież widoczna, jest eksplicytnie
w zaczepce zaznaczona. Cyganka mówi, że Cyganka, oczywiście
o sobie, ale trochę i nie o sobie, poniekąd jak o kimś, kogo ja widzę –
tak jak ja widzę.
Ale tu może chodzić też o tę trzecią osobę. Ja mogłabym oszukać,
ale to powie ci ona, Cyganka. Pewnie, to ja mówię, Cyganka, ale jak
powiem o sobie w trzeciej osobie, zabrzmi to prawdziwiej. Pamiętamy,
tak do nas mówiono, gdy byliśmy dziećmi. Mama mówiła: „mama
zaraz nakarmi”. Słusznie wierzyliśmy.
Cyganka mówi o tej najbliższej przyszłości: mówi, że Cyganka powie
prawdę. Czy to prawda? Czy Cyganka mówi prawdę?
Może dowiemy się, jak powie.
79
Czapką, papką i solą ludzie ludzi niewolą
Przysłowie, odn. Salomon Rysiński (1618)
„Czapka” to czapkowanie, kłanianie się, czyli uprzejmość, nawet
uniżona; „papka” była w dawnych wersjach tego przysłowia
„chlebem”, przy którym „sól” była dość naturalna – a razem z solą
odnosi się do gościnności. „Papka” wcale nie brzmi smakowiciej niż
„chleb”, a tu bierze się z rymu. Na początku ta staropolska myśl była
w powiedzeniu mniej poetycka, za to bardziej chyba odpowiadała
realiom szlacheckim i dawała lepsze wyobrażenie o niewolących
i niewolonych, mówiono mianowicie o dzbanie, charcie i jastrzębiu,
który był do polowań używany na równi z sokołem. Tak pisał już
Rej. Dziś mamy czapkę, papkę i sól, przaśnie i raczej w odwołaniu
do kultury włościańskiej – zresztą już nie chodzi tu, jak dawniej,
o upominki, ale o zachowania wobec ludzi i o środki do życia.
„Niewolić” to tyle, co „brać w niewolę”, a więc „czynić niewolnikiem”
– trudno jednak jest sobie wyobrazić, by czapka z papką, a nawet
jastrząb z chartem mogły kogoś przywieść do tak nikczemnego stanu.
Tu oczywiście chodzi o coś innego: „niewolenie” może też przecież
mieć, i tutaj właśnie tak jest, wiele wspólnego ze „zniewalaniem”, a to
może się oczywiście odnosić do zachowywania się zniewalająco,
zjednująco. W ten sposób z dość niejasnej rymowanki sens wychodzi
jasny i sympatyczny: uprzejmością i gościnnością zjednujemy sobie
bliźnich.
Ale wpływ czasownika „niewolić” w tym innym, gorszym znaczeniu
może nawet bez świadomości odbiorcy oddziaływać na dzisiejsze
rozumienie przysłowia, a do tego z innych powiedzeń wiemy, czym
człowiekowi człowiek może być i co mogą zgotować ludzie ludziom. Te
zestawienia
różnych
form
ludzkich
rzeczowników
użyte
w powiedzeniach o wilku i o gotowaniu losu nie najlepiej świadczą
o człowieku, i to mocno – a tu też mamy podobne „ludzie ludzi”.
Stąd też powinniśmy wyprowadzać wniosek, że raczej powinniśmy
uważać na tych, co nam uprzejmie czapkują i gościnnie papką z solą
częstują – pewnie zniewolić nas chcą i tyle, ale my, zbrojni w mądre
przysłowie, nie damy się zwieść. Rozpoznajemy mało uczciwą
manipulację, która najpierw zdaje się nam przyjemna, aby potem
doprowadzić nas tam, dokąd wcale iść nie chcieliśmy. Czyli przez miłe
zniewalanie – doprowadzić może nie do niewolnictwa, ale
do mniejszego zakresu stosowania własnej nieprzymuszonej woli.
W sumie próbuje nas to powiedzenie skłonić do tego, byśmy zaczęli
okazywać brak zaufania wobec grzeczności i ujmującego zachowania
i zwłaszcza wobec przejawów gościnności bliźnich. A to może być
nieprzyjemne i, co gorsza, mało uzasadnione.
Całe szczęście, że nie wszyscy rozumieją, co oznaczają te niewolące
czapki i papki.
80
Czarna krowa w kropki bordo gryzła
trawę, kręcąc mordą
Autor nieznany
Tylko jeden wyraz nie ma tu litery „r”, maleńki przyimek „w”. Ale nie
o litery tu chodzi, tylko o głoski. Wszyscy potrafimy „r” napisać, nie
wszyscy zaś potrafimy wymówić. A może lepiej przyjąć,
że wymawiamy wszyscy, tylko na różne sposoby? W końcu i zapis
litery ma przynajmniej dwie wersje, z których jedna przypomina
dziwne „z”.
Ważne, że wymawiania tej głoski (psiej, jak mówili Rzymianie,
z racji jej warkotu) musieliśmy się osobno uczyć. Że jako dzieci nie
dawaliśmy sobie z tym rady, a teraz proszę! Mamy barrdzo dobrrą
arrtykulację. To jeden ze znaków dorosłości. Dzieci dumne są
z pierwszego „r”, rodzice także się cieszą.
A niektórzy całe życie nie potrafią wymówić i już. Mówią zamiast „r”
coś podobnego a to do „h”, a to do „j”, a to do „l”, a to wręcz „ł”.
Śmiesznie mówią i tyle. A co dziwniejsze, jeszcze się tym szczycą,
jedni mówią, że tak arystokratycznie grasejują, cokolwiek to może
znaczyć, inni twierdzą, że mają taką przyjemnie miękką wymowę. I,
prawdę mówiąc, rzeczywiście brzmi to nieraz naprawdę przyjemnie,
zwłaszcza gdy to piękne kobiety. W ogóle kobiety. Mężczyźni czasem
też. W każdym razie trudno uchodzić za prostaka z takim nietypowym
„r”.
Kiedy tekst zaczyna się od przymiotnika „czarny”, można się
spodziewać czegoś strasznego, groźnego i ponurego. Nawet jeśli
okazuje się, że to kolor krowy. Wprawdzie czarny koń, choć „r” mu
brak, byłby trochę straszniejszy, ale i krowa groźna. Zresztą zaraz
oryginalna barwa kropek odbiera krowie grozę, wprowadzając
wrażenie absurdu.
Absurdalność wzmaga się dzięki dziwnemu rymowi, w którym
zestawia się elegancki z francuska zwany kolor z dość potoczną, by nie
rzec wulgarną, mordą. A i samo kręcenie mordą, wyraźnie
wprowadzone tu dla potrzeb fonetycznych, bawi, jeśli nie
nonsensem, to przynajmniej imiesłowem przysłówkowym. Kręci się
raczej wkoło czegoś, tego krowa mordą robić nie mogła. Mogła kręcić
głową, dziwiąc się temu wszystkiemu, ale to by nie pasowało z racji
braku „r”. Krowy zresztą raczej żują trawę, niż gryzą, ale ta krowa
z wyżej podanych przyczyn nie mogła żuć.
Gdyby jednak krowa mordą tylko ruszała, co zresztą byłoby zanadto
oczywiste, bo trudno gryźć bez ruszania mordą, ale zawierałoby
potrzebne „r”, nie mielibyśmy dobrego rytmu. A bez tego wierszyk
na nic. A tak mamy świetny trochej (jedna sylaba akcentowana, druga
nie), dobry do wyrazistego skandowania.
Wierszyka tego używało się do sprawdzania dorosłości dzieci,
do dokuczania małym i tym, którzy mają własne, oryginalne sposoby
artykulacji – a także, z drugiej strony, do popisywania się własnym
„r”. Dziś zapewne zamiast poczciwej w końcu krowy pojawiłyby się
krwawe potwory.
A w ogóle zmieniły się sposoby dokuczania. I popisywania.
81
Czas na zmiany
Hasło wyborcze Porozumienia Centrum (1993)
To jedno z haseł całej wielkiej rodziny, a właściwie dwóch rodzin
haseł. Jedna z rodzin to hasła „czasowe”, wskazujące na czas
teraźniejszy wyróżniony, druga – to hasła „zmiany”.
Te pierwsze wychodzą z założenia, że każde zdarzenie ma swój,
sobie właściwy, czas – jak wiadomo, pierwszy o takim czasie mówił
Eklezjasta. I odkrywają, że teraz właśnie ten czas nadszedł.
Wykorzystuje to obficie reklama: „czas na Colgate”, „czas na EB”,
„pora na Polar”, usiłując wywołać u odbiorców silne poczucie potrzeby
związane z poczuciem szczególnej pory, a ponieważ zakłada się
słusznie, że tym przywoływanym czasem musi być teraźniejszy,
aktywizacja odbiorcy ma następować zawsze przy okazji kontaktu
z tym hasłem. Istotnie, może właśnie pora na małe piwo. Zawsze jest
teraz, więc zawsze jest pora. Bywa odwrotnie.
Hasła zmiany odwołują się do tego w nas, który, do zmian dążąc,
mniej baczy na potrzebę bezpieczeństwa, które zdaje się warunkować
stabilizacja. „Dość tego wreszcie”, „trzeba z tym skończyć”, „tak dalej
być nie może”, „tak dalej być nie musi”, „zmiany są konieczne”. Ile
razy wypowiadamy, ile razy słyszymy te i podobne zdania! Niektóre
z nich bywają całkiem udanymi hasłami całkiem różnych ugrupowań.
Zwykle w czasie kampanii należących do opozycji politycznej.
Trzeba coś zmienić, najlepiej wszystko, i to właśnie teraz. Teraz
przyszedł czas na zmiany. Najbardziej rozpowszechniony wariant tego
sloganu politycznego używanego w tej kampanii przez to ugrupowanie
był rozszerzony o wołacz na początku, wołacz „Polsko”. To do Polski
całej się zwracano, do niej – przez wyborców, a formalnie
do wyborców – przez nią. To Polsce są te zmiany potrzebne, i na nie
właśnie jest teraz akurat czas.
Dlaczego właśnie teraz? A właściwie dlaczego nie? Może był
i dawniej, ale ich nie było, tych zmian, a teraz to już czas ostateczny.
A poza tym: jeżeli nie teraz, to kiedy?
Kto te zmiany ma wprowadzić? Oczywiście my, którzy do nich
nawołujemy, którzy ich potrzebę, a właściwie konieczność, widzimy
i którzy ją wam, Polsce, wskazujemy. I, co oczywiste: jeśli nie my, to
kto?
Te dwa pytania, o właściwy czas działania i o jego podmiot,
upowszechniły się w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, a dla
wielu kojarzą się z Gorbaczowem i rosyjską pierestrojką. Ale mają
genezę odległą, pojawiły się ponoć razem już w Talmudzie. „Jeśli nie
teraz, to kiedy” pytamy wciąż, od dawna, jest to w jednej z komedii
Arystofanesa.
Tu mamy odpowiedź. Zmiany są, przecież to widać, konieczne, tak
dalej być przecież nie może. I teraz właśnie jest czas na te zmiany,
i my właśnie ich dokonamy. My, Polsko.
Hasło jest do wykorzystania jeszcze w wielu kampaniach.
82
Czego chcesz od nas, Panie, za Twe hojne
dary?
Jan Kochanowski (1530–1584) „Pieśni” (wyd.
1586)
Jedna z piękniejszych fraz, z zachwytem powtarzana. Rzadko
spotykamy tak wzruszający zwrot do Boga, tak prosto wyrażone
poczucie głębokiej, nieogarnionej wdzięczności.
I tak, jak się zastanowić, wewnętrznie sprzecznej.
Jeśli bowiem Pan nasz jest tak hojny, jeśli obsypuje nas takimi
dobrodziejstwami, „którym nie masz miary”, to chyba nie może chcieć
za to czegoś od nas. Gdyby chciał od nas czegokolwiek, dary
przestałyby być hojnymi, a po prawdzie chyba w ogóle przestałyby
być darami. Dobrodziejstwa miarę by sobie odpowiednią znalazły,
a nasza wdzięczność w konsekwencji zmieniłaby się w poczucie
jakiejś, choć tak nienazywanej, transakcji. I tyle by z tego było.
Jedyne wyjście to uznać, że to pytanie o cenę jest tylko piękną
poetycką formą ukazania bezcenności, a co za tym idzie –
bezpłatności darów i dobrodziejstw. I że jest spontanicznym,
nieprzeintelektualizowanym
wyrazem
szczerego
poczucia
wdzięczności.
W naszym myśleniu poczuciu wdzięczności towarzyszy przecież
często poczucie braku równowagi czy też raczej równowagi tej
zachwiania. Gdy ktoś nam zrobił coś dobrego, śpieszymy, albo chociaż
planujemy śpieszyć, z czymś dla niego dobrym lub przynajmniej
z wyrazami wdzięczności. A takie wyrazy, nawiasem mówiąc, często
sprawiają nam nieco nieprzyjemny kłopot. Gdy komuś coś dobrego
zrobimy, to brak z jego strony jakiegokolwiek rewanżu lub pełnych
wdzięczności wyrazów odczuwamy tak niemile, że przychodzi nam
na myśl słowo „niewdzięczność”, które jest skądinąd niesymetrycznie
mocniejsze w negatywności niż słowo „wdzięczność” w pozytywności.
Ale niewykluczone, że pomysł Kochanowskiego jest dobry. Pytanie,
byle dostatecznie pięknie i głęboko sformułowane, może być właśnie
takimi wyrazami wdzięczności, które i nam, dającym te wyrazy,
sprawią radość, bo poczujemy się prawdziwie i pięknie wdzięczni.
Tyle że znów, jeśli tak ucieszymy się własną wdzięcznością, to nasza
radość i przyjemność będzie już dodatkową, niewspółmierną do zasług
i niewłaściwą przez to nagrodą, którą sami sobie damy, i która,
zgodnie z „Kazaniem na górze”, może być godna potępienia.
I która, co gorsza, zmniejszy jeszcze do tego nasze szanse
na prawdziwą nagrodę, która zależy od naszej nieświadomości piękna
naszych własnych uczynków i może być tylko w niebie.
To wszystko ma jednak mniejsze znaczenie z tej racji, że poeta nie
mówi tu o sobie, lecz o nas. Przemawia w imieniu nas wszystkich,
wszystkich ludzi w ogóle, i to sprawia, że prywaty tu żadnej, łącznie
ze wszystkimi wymyślonymi psychologicznie satysfakcjami, nie ma.
Albo przynajmniej jest mniej.
83
Czego się boisz, głupia?
Jan Kaczmarek, Marcin Wolski
No właśnie, czego? Nie ma nic takiego, czego by się trzeba bać.
Wiemy, że strach bywa irracjonalny, że trudno zatem pozbyć się go
przez chłodny proces rozumowania. I że właśnie przez takie pytania,
łączące w sobie możliwość uruchomienia intelektualnej refleksji
z emocjonalnym pobudzeniem wrażenia braku sensu, można łatwiej
wyzwolić
mechanizm
odpornościowy
blokujący
odczuwanie
subiektywnego poczucia zagrożenia.
I głupia przestanie się bać. W każdym razie może przestać.
I o to chodzi, żeby przestała. Nie znaczy to, że nie ma czego.
Pewnie, właściwie trochę powinna. Jak się nie boi, głupia, to może
znaczyć, że jej wszystko jedno, i żadnej frajdy nie ma. Albo że jej nie
pierwszyzna, i też cała zabawa do niczego. Albo że taka głupia,
że nawet się nie boi, co nawet mogłoby być zabawne, ale nie tak
bardzo.
Najlepiej, gdyby głupia się trochę pobała, a potem przestała,
przynajmniej na tyle, żeby pozwoliła na to, czego się przedtem bała.
„Głupi”, „głupia”, to bywa poważna inwektywa. „Kto by bratu
swojemu rzekł: ‘głupi’, nie ujrzy królestwa niebieskiego” powiada
Pismo, i pewnie coś w tym jest. I właśnie, nie ma tu nic o siostrze. To
ta nieszczęsna maskulinistyczna perspektywa. Może to znaczyć,
że „głupi” i „głupia” to całkiem odmienne przymiotniki. No,
niezupełnie.
Generalnie takie określenie nie należy do najprzyjemniejszych. Może
wynikać z indywidualnych predylekcji osób, zbyt chętnie tak właśnie
charakteryzujących bliźnich, jak nie przymierzając Maciek Dobrzyński
(„A głupi! A głupi! A głupi wy! Na kim się mleło, na was skrupi”,
i w innych miejscach też), może świadczyć o nadmiernej chęci
dominacji, o oburzeniu i wielu innych rzeczach. Ale są okoliczności,
w których dobrze je usłyszeć. „Ty głuptasie!” jest zdecydowanie
przyjemne, wskazuje na daleko posuniętą serdeczność; z „głupim”
i „głupią” jest trochę trudniej, ale też łatwo sobie wyobrazić, jak w ten
sposób wskazujemy na nieuprawnione myślenie tych nazywanych
serdecznie głupimi i na naszą zarazem serdeczność do nich, zapewne
wynikającą po trosze także z zaobserwowania u nich tych cech, które
jednocześnie okazjonalnie uprawniają nas do użycia takich właśnie
określeń.
A poza tym głupia, nie ma się naprawdę czego bać. Ja ci to mówię.
Czego ty się boisz? Głupia jesteś, że się boisz.
Tak cię namawiam, żebyś się nie bała. Ty nie jesteś taka znów
głupia, „taka głupia to ty już nie jesteś, może głupia, ale taka to już
nie”, żeby nie wiedzieć, do czego i dlaczego cię namawiam. Tak ma
być: ja cię namawiam, ty się boisz, ja się pytam, czego się boisz, a ty
nie bardzo wiesz, co odpowiedzieć. I nie to, że się przestaniesz bać:
masz się jeszcze bać, ale nie tak znowu, żeby nie dopuścić do tego,
czego się boisz.
I tak to, proszę Pani, jest.
84
Czerwone maki na Monte Cassino zamiast
rosy piły polską krew
Feliks Konarski (1907–1991) „Czerwone maki...”
(1944)
Jedną z tych nielicznych czerwonych rzeczy, które wzbudzały gorące
patriotyczne uczucia, były przez cały powojenny okres te właśnie
maki. Ta pieśń, sławiąca 2. Korpus Polski zdobywający w maju 1944
wzgórze bronione przez niemiecką artylerię, a do dziś przywoływana
w różnych okolicznościach, także konsumpcyjnych, jest zarówno
bohaterska, jak i sentymentalna, co oczywiście gwarantuje
powodzenie. A pierwsze słowa wszyscy znają.
Same maki były, jak się wydaje, w porządku. Dobrze się kojarzyły.
Wyobrażamy je sobie jako niemal sprzymierzeńców polskiego
żołnierza. Ale z drugiej strony, jak dobrze się przyjrzeć...
Przecież piły polską krew. W ogóle, kto pije krew, to krwiopijca.
A jeszcze do tego polską. Trudno o coś gorszego. I to zamiast rosy.
A potem te maki będą jeszcze czerwieńsze, bo wzrosną z polskiej
krwi. Krew zatem ze wszystkich stron, z góry i z dołu. Maki są nią
skrapiane i z niej wzrastają.
Pieśń o skutecznym szturmie, o zwycięstwie, a zwycięstw polskich
tak mało było wtedy – wiąże się tu z krwią, ze śmiercią. Żołnierz szedł
po makach i ginął, bo gniew był silniejszy od śmierci.
Trzeba przyznać, że w naszej mitologii militarnej, gdzie w krwawych
polach walczyły srebrne ptaszęta, a wierne dziewczęta całowały
krzyże na grobach, takie frazy jak ta o makach mieszczą się dobrze.
Niezależnie, klęska czy tryumf – krew, śmierć i groby pasują.
Wyobraźnia poetycka rysuje nam barwne obrazy. Ten jest niemal
jednobarwnie czerwony: krew i maki. Czerwień to kolor agresji
i miłości, czerwone jest przecież także serce. Kiedy refren zaczyna się
od koloru, widzimy to, co śpiewamy, mocniej i wyraźniej. Ta czerwień
jest tak silna, że trudno sobie wyobrazić, jak te maki będą mogły być
jeszcze czerwieńsze.
Nazwa Monte Cassino dodaje egzotycznej odległości, nieobcej takim
pieśniom. Nie darmo inna sławna pieśń wojenna sławi nasze polskie
przewagi w Górach Kastylijskich, a nazwa Somosierry kojarzy się
z walką krwawą za Francję z Hiszpanami. Trudne górskie tereny
zwiększają jeszcze poczucie wyjątkowego bohaterstwa Polaków.
Różne rośliny często towarzyszą bohaterskiemu polskiemu
żołnierzowi. A to pąki białych róż, które rozkwitają, a to kwiecie, które
błyszczy na błoniu ułanowi na widecie, któremu dziewczyna, zresztą
jak malina, koszyk róż niesie, a to mój rozmaryn, który rozwija się,
gdy się zaciągam do strzelców czy do ułanów. Maki są zatem
w dobrym towarzystwie, a przyznać trzeba, że z tego zielnika są
najbardziej wyraziste.
I są w dwóch wersjach przestrzennych – zwykle „na”, jak napisał
autor, ale bywają śpiewane też w wersji „pod”. W końcu zrozumiałe:
Monte to góra, walczono i ginięto pod Monte Cassino, więc i maki
mogły być „pod”.
Gdziekolwiek były, są najczerwieńszymi kwiatami w naszej poezji.
85
Czterdzieści lat minęło jak jeden dzień
Jan T. Stanisławski (1936–2007), serial
„Czterdziestolatek” (1975)
„Odeszło w cień i nigdy już nie wróci, rób, co chcesz” śpiewał Andrzej
Rosiewicz na początku każdego odcinka niezwykle popularnego serialu
„Czterdziestolatek” Gruzy i Toeplitza. Dziwaczna to była i niezbyt
logiczna piosenka: wywodziła, że „w życiu, jak w pokerze, jest zasada:
karta – stół” (co dość trudno jednoznacznie interpretować) i wyciągała
z tego równie mało jasny wniosek: „więc nie wbijaj w głowę, żeś
przeżył połowę, ale że dopiero pół”. Wychodzi na to, że pół to dużo
mniej niż połowa.
Ale jakoś to rozumieliśmy i wiedzieliśmy, o co chodzi – zwłaszcza ci
„w połowie drogi swojego żywota” – dziś już raczej nie
„w trzydziestym życia swego lecie”, raczej dobiegający czterdziestki
lub mający ją w nieodległej perspektywie. Wchodząc w smugę cienia
(a właściwie uświadamiając sobie, że się w niej jest już od dawna, ale
skądinąd właśnie na tym uświadomieniu sobie to całe wchodzenie
polega), o takim ciekawym stosunku przeszłości do teraźniejszości
sobie myślimy. Jak to to, co teraz, staje się tym, co już było. I już nie
ma. A my, co byliśmy w tamtym teraz, teraz w tym innym się
odnajdujemy. I już inni nie myślą o nas jako o młodych.
Czterdzieści lat to dobra miara. W ogóle czterdzieści to okrągła
liczba, naturalnie okrągła, bo stanowiąca podwojenie liczby naszych
naturalnych narzędzi do liczenia, czyli palców. W niektórych językach
ma nazwę nietypową, choćby rosyjskie „sorok”. Greckie „sarakonta”
oznaczało czterdziestodniowy post, u nas „sorok” czy „soroka” to
kiedyś była wiązka skórek sobolich, typowy dar dyplomatyczny.
Czterdziestu
było
męczenników,
czterdziestu
rozbójników
i czterdziestu nieśmiertelnych w Akademii Francuskiej.
Czterdziestkami mierzono czas: według Napoleona z piramid
czterdzieści wieków na francuskich żołnierzy patrzyło, a w Piśmie
Świętym dni się liczyło czterdziestkami: tyle był Mojżesz na Synaju,
tyle Eliasz był żywiony przez kruki, tak długo padały deszcze,
zalewając ziemię w potopie i tyle Noe arkę budował. I Chrystus tyle
dni pościł na pustyni. Stąd poszły inne kwarantanny – „quarantena” to
po włosku czterdzieści dni.
A tu czterdzieści lat jak jeden dzień. Czas jest względny na wiele
sposobów. Długo i krótko, starość i młodość – na wszystko patrzymy
różnie. Ojciec zadżumionych mówił: „a ja samotny wracam, o boleści,
trzy razy wieków przeżywszy czterdzieści” – każdy dzień był dla niego
wiekiem. A tu odwrotnie: czterdzieści lat tak szybko minęło jak jeden
dzień.
Dawna Balzakowska „kobieta trzydziestoletnia” była osobą
co najmniej dojrzałą, a właściwie widziała zbliżający się wiek podeszły.
Powoli matroniała. Dzisiejsza „trzydziestka” to młodzież. Trzydzieści lat
temu „czterdziestolatek” brzmiało dojrzale, poważnie. Dziś
czterdziestolatek to ktoś w pełnym rozkwicie sił. Najlepiej wiemy
o tym my, którzy niezbyt szybko, ale raźnie dochodzimy
do sześćdziesiątki, czyli lekko zaawansowanego wieku średniego.
86
Czuj się jak u siebie
Formuła zaproszenia
Tak serdecznie zapraszamy gościa. Nie będzie u siebie oczywiście,
będzie u nas, ale niech się czuje tak, jak się zwykł czuć u siebie. Nie
zawsze wiemy, jak się czuje u siebie, jest możliwe, że nieszczególnie,
ale zakładamy, że tam czuje się dobrze i że chciałby się tak czuć
wszędzie.
Przede wszystkim mamy na myśli swobodę. Zapewne w swoim
domu czuje się on swobodnie, to i u nas tak powinien. Jasne, on wie,
że pełnej swobody mieć u nas nie może, ale w końcu nie chodzi o to,
żeby się czuł jak u siebie w domu, tylko żeby się czuł tak, jak tam się
czuje. W końcu wie, że u siebie mimo wszystko nie jest. Że zjechał tu
jako gość.
To chyba niemożliwe nakłonić kogoś, żeby się jakoś czuł.
Owszem, to jego czucie, poczucie, samopoczucie, ale sami czujemy,
że na samopoczucie wpływu sami nie mamy. Rozumiemy więc – i ci,
co tak mówią, i ci, do których tak się mówi – że to nie może być
polecenie ani nawet prośba, a i rada też nie. Tej rozkaźnikowej
w końcu formie najbliżej jest do pozwolenia, zgody, ale i to nie jest
prawdopodobne. Trochę to podobne do życzenia zdrowia, które to
życzenie nie jest z założenia sprawcze. „Bądź zdrów” jest jakoś
przekładalne na „czuj się dobrze”.
Ale w życzeniu zdrowia chodzi o realny stan organizmu, nie
o zwodne przecież samopoczucie. Tutaj zaś odnosimy się do sfery nie
tyle realności, ile wyobrażeń, poczucia. Prawda, poczucie też jest jakąś
realnością, i to czasami bardzo ważną. Do tego jednak w większym
stopniu może od nas zależeć niż samo zdrowie na przykład. Więc
może jest sens, by go życzyć...
To jednak gościnna konwencja gospodarza, takie wezwanie.
Ograniczone podwójnym zabezpieczeniem. Nie będziesz u siebie, nie
będziesz też jak u siebie, nie masz nawet czuć się u siebie. Chodzi
tylko o czucie tak, jak. Ale i tak to grzeczne. Pewnie bardziej grzeczne
dlatego, że konwencjonalne i takiej drobiazgowej analizie nie podlega.
Zwykle mamy za złe grzecznym formułom, że ich wypowiadanie to
tylko rytuały. Ale czasem właśnie ich rytualność ratuje je przed
dociekaniem intencji.
Gość w dom, Bóg w dom. Czym chata bogata. Czuj się jak u siebie.
Staropolska gościnność zobowiązuje i choćby tam nie wiem co,
ugościć gościa trzeba. „Brama na wciąż otwarta przechodniom
ogłasza, że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza”. „Gościu, siądź
pod mym liściem”.
Tu przynajmniej nie mówi się gościowi, że jest gościem. Przeciwnie,
paradoksalnie grzecznie sugeruje mu się, że powinien się czuć nie jak
gość, tylko jak gospodarz, bo przecież to gospodarz jest kimś, kto jest
u siebie. Jesteśmy wobec gości bardzo grzeczni, nie tylko dlatego,
że wiemy, że powinniśmy, ale jak jesteśmy wyjątkowo grzeczni, to
prosimy, żeby nie czuli się oni jak ci, wobec których mamy obowiązek
gościnności.
Może sami sobie tego życzymy.
87
Czuj się odwołany
Lech Wałęsa do Henryka Wujca (1.06.1990)
Rzadko używamy trybu rozkazującego czasowników percepcji.
Słyszymy często „słuchaj”, nie słyszymy raczej „słysz”. „Patrz” jest
normalną formą, widzimy ją często, nie widzimy zaś formy „widź”.
Widzenie i słyszenie opisują właśnie percepcję, nie zaś nakierowanie
zmysłów. Czucie to też stan postrzegania zmysłowego i może się
odnosić do stanów związanych z wieloma zmysłami: i z węchem,
bo czujemy zapachy, i smakiem, bo i smaki czujemy, i z dotykiem też.
Ale oprócz tego czucie wiąże się z czymś głębszym, mniej odnoszącym
się do zmysłów. Czucie to pewien stan wiedzy, intuicyjnej może, ale
przez to naturalnej. Czuję, że coś się dzieje, czuję coś. A czasem sam
się czuję. Jakoś lub kimś. Na przykład czuję się powołany do czegoś.
Rzadko słyszymy apel, prośbę, polecenie, żeby coś czuć, żeby się
jakoś, kimś czuć. Zwykle wiąże się to z życzliwymi życzeniami. Ale nie
zawsze.
Ważne jest, co jest. Ważne też, żebyśmy wiedzieli, co jest. Zwykle
coś jest i dlatego możemy wiedzieć, że jest, czasem tylko dlatego coś
jest, że wiemy, że to jest. Gdybyśmy nie wiedzieli, nie byłoby tego.
A czasem tylko to, że coś czujemy, sprawia, że to jest.
Wiele rzeczy stwarza człowiek. Niektóre z nich stwarza przez to,
że je nazywa. Że w specjalny sposób używa języka, nazywając to,
co robi, i przez to robiąc to właśnie. Gdy ktoś upoważniony
do powołania kogoś na jakieś stanowisko wypowie słowa „powołuję
cię na to stanowisko”, to ten powoływany stanie się powołany
i stanowisko obejmie. I stanie się tym kimś z tego stanowiska.
Podobnie gdy ktoś powołany do odwoływania odwoła kogoś, ten
odwoływany będzie odwołany.
Henryk Wujec był powołany na stanowisko sekretarza Komitetu
Obywatelskiego przy przewodniczącym NSZZ „Solidarność” Lechu
Wałęsie przez ten Komitet, w wyniku wyboru. Lech Wałęsa (zapewne
z przepracowania, jak nieco ironicznie zauważył Wujec) nie wziął tego
trybu powołania pod uwagę i odwołał faksem Wujca z tego
stanowiska. Wujec też faksem wskazał na niemożliwość jego
odwołania w taki sposób, jednoosobową decyzją. Na co Wałęsa wysłał
ten niezwykle lakoniczny, trzywyrazowy list.
Ważne, jak jest. To stwarza, co skutkuje. Czy można odwołać, gdy
się nie powołało? I co się liczy, gdy stan prawny nie zgadza się z tym,
co się realnie dzieje? Jeśli ktoś ma możliwość wpływania
na rzeczywistość poza prawem?
Możemy uważać się za kogoś bez podstaw ku temu. Zdarza się,
że mamy mocne podstawy, by się za kogoś mieć, by się kimś czuć.
Czasem te podstawy są nawet prawne. Ale nawet i wtedy nie musimy
tym kimś naprawdę być.
Albo jest tak: ja już cię odwołałem, już jesteś odwołany, teraz
dobrze byłoby, żebyś to przyjął do wiadomości, żebyś poczuł,
że jesteś odwołany i żebyś tym odwołanym się czuł. Albo też tak:
naprawdę będziesz odwołany, gdy się poczujesz odwołany. Wybierz,
co chcesz, ale czuj się odwołany.
88
Czwartego czerwca 1989 roku skończył się
w Polsce komunizm
Joanna Szczepkowska, „Dziennik Telewizyjny”
(28.10.1989)
Interwiuowana aktorka zapytała osobę prowadzącą wywiad w ramach
programu informacyjnego, czy może coś powiedzieć telewidzom.
Mogła. Zwróciła się do nich „proszę państwa” i dodała to zdanie, które
powtarzane jest do dziś, czasem serio, częściej półżartobliwie.
Wielu twierdzi, że nie da się powiedzieć, kiedy komunizm się
skończył. Dla niektórych wcale się nie skończył. Inni mówią, że nie
wiadomo, czy się już skończył, może się skończył, może nie. Są i tacy,
którzy nie sądzą, żeby kiedykolwiek można było powiedzieć, czy się
skończył, czy skończy, a co dopiero kiedy. Można spotkać i takich,
co sądzą, że komunizm skończył się dawno: może w 1956, może
w 1970, może w 1980. Dodajmy jeszcze tych, którzy myślą,
że komunizmu nigdy w Polsce nie było: jedni z nich uważają, że to
dobrze, inni, że źle.
A tu mamy datę. Co do dnia.
Takie dni, takie momenty bywały. Podpisanie rozbioru. Zburzenie
Bastylii. Wystrzał z Aurory. Upadek muru berlińskiego. To daty
wprawdzie umowne, ale potrzebne, żeby się jakoś – wtedy,
a zwłaszcza potem – w tej historii orientować. Wymiar symboliczny
daty jest oczywisty. Tylko wtedy można jakieś rocznice obchodzić,
wspominać, nazywać zdarzenia i okresy. Coś się skończyło, to ważne,
a jak się coś skończyło, to coś innego, często przeciwieństwo tego
pierwszego, się zaczęło – i to jest oczywiście jeszcze ważniejsze.
Interesujące, że w tym przypadku z nazwami pewien kłopot.
Czasem słychać „po upadku komunizmu” czy „Peerelu”, czasem
przywołuje się takie słowa jak „wolność” czy „wyzwolenie”. Mówienie
o „wolnych wyborach” jest problematyczne, więc mówi się „pierwsze
częściowo wolne wybory”, co jest o tyle nonsensowne, że następnych
„częściowo wolnych wyborów” nie było. „Przełom” nie pasuje,
za często się o nim mówiło, gdy niewiele się zmieniało.
Z nazwą tego, co potem, też problem, a właściwie problem też
z nazwą tego, co przedtem. Można mówić „za komuny” czy
„w Peerelu”, ale wszyscy są świadomi potoczności tych określeń.
„Realny socjalizm” brzmi anachronicznie, a zwykły „komunizm” – dziś
już jednak raczej niezbyt trafnie nawet dla ideologów, różnych zresztą
stron. A co potem? Neutralne jest „okres transformacji”
z ewentualnym dodatkiem „ustrojowej”, ale jak długo trwać może
transformacja? I kiedy się kończy? Zauważyć też można, że o ile
o tym, co przedtem, mówiło się „ustrój”, to o tym, co potem, raczej
„system”. I jaki? Czy na pewno kapitalistyczny? Nic w tych nazwach
nie jest pewne, a jak nie wiemy, jak nazwać, to czy to w ogóle jakoś
jest?
Coś, nie wiadomo co, się skończyło, coś innego, też nie wiadomo
co, się zaczęło, a ta granica to też nie wiadomo co.
Ale wiemy, że to czwartego czerwca. Trochę dzięki temu zdaniu.
89
Czy jest suchy chleb dla konia?
Jerzy Gruza „Wojna domowa”, serial telewizyjny
(1965)
Seriale telewizyjne dostarczają powiedzeń. Czasem do zastosowania
w określonych sytuacjach, czasem jako niezależne kwestie, dla żartu
lub dla podkreślenia wspólnoty. Kiedy jakieś zdanie się powtarza
i wiadomo, że w każdym odcinku musi się pojawić, to się na nie czeka.
Można też, nawet niechcący, wyobrażać sobie, w jakich
okolicznościach to zdanie padnie. Tak było z kobietą pracującą, która
nie bała się żadnej pracy, tak było z suchym chlebem.
Zdanie o chlebie było do tego jedyną kwestią aktora, co treść
znacząco kondensowało. Było zaskakujące, i to na dwa sposoby,
niejako wewnętrznie i zewnętrznie: ze względu na zestawienie słów
i ze względu na sytuację wygłoszenia.
Chleb obudowaliśmy sobie magicznie i mitologicznie, samo słowo
niesie pełno cywilizacyjnych konotacji, miejsce naszego chleba
powszedniego w modlitwie jest dla nas rzeczą oczywistą, frazeologia
chleba jest niezwykle rozbudowana. Słowo „chleb” bywa używane
w podniosłych metaforach. Połączenie „suchy chleb” odnosi się
do biedy lub ascezy, oba konteksty wyobrażamy sobie serio.
Przeznaczenie suchego chleba na nakarmienie konia otwiera nową
perspektywę. Suchy chleb staje się naturalną paszą. Ktoś proszący
o kawałek chleba jest żebrakiem, ktoś zbierający chleb jako paszę dla
zwierzęcia w naturalny sposób pozbawia nas kłopotu, zwłaszcza jeśli
tabu zakazuje nam wrzucania chleba do śmieci. Ale połączenie tych
słów w pytanie ma w sobie coś zabawnego.
Zwłaszcza w połączeniu z sytuacją. W serialu na pojawienie się
aktora charakterystycznego, mówiącego z charakterystycznym
akcentem, wszyscy widzowie czekali, ale z drugiej strony pojawiał się
on nieoczekiwanie, najczęściej w okolicznościach raczej mało
sprzyjających spełnieniu jego prośby.
Pytanie o suchy chleb znalazło się w serialu z indywidualnego
przeżycia twórcy zaskoczonego w bardzo prywatnej sytuacji
dzwonkiem do drzwi, który to dzwonek mógł zwiastować wizytę
najbardziej niepożądaną. Stąd pojawienie się starszego i niepozornego
zbieracza chleba dla konia mogło być przyjęte jako nieoczekiwanie
zabawne rozwiązanie, warte uhonorowania cytatem.
Takie pytanie zadaje człowiek z innego świata. Ktoś, kto wchodzi
do sytuacji całkiem z zewnątrz, nic nie wiedząc o tym, co się dzieje
wewnątrz. Kiedy wewnątrz dzieje się dużo, kiedy tych, którzy to widzą
i wiedzą, jest wielu, ten rodzaj niedopasowania sytuacyjnego może
być konfuzyjny, lecz może także być nieodparcie zabawny.
Suchy chleb dla konia jest zabawny i był powtarzany przez
dziesięciolecia jako słowny żart, zazwyczaj bez konieczności
specjalnego kontekstu.
Zresztą właśnie przecież na tym to polegało – na pojawianiu się
poza kontekstem. Ni stąd, ni zowąd.
90
Czy nos dla tabakiery, czy tabakiera dla
nosa?
Ignacy Krasicki (1735–1801) „Wyrok” (wyd.
1802)
Cytaty częściej się skraca niż wydłuża, tu jest inaczej. Krasicki pisał:
„czy nos dla tabakiery, czy ona dla nosa?”. My z lubością to dziwne
słowo dwakroć wypowiadamy, zamiast używać krótkiego, ale mniej tu
pasującego zaimka.
Taka alternatywa pojawia się w naszej świadomości, gdy okazuje
się na przykład, że urząd, stworzony do poprawy warunków życia
obywatela, próbuje sobie tego obywatela podporządkować, gdy dla
dobra idei rezygnujemy z tego, czemu ta idea miała służyć, gdy
martwe przedmioty wymagają troski większej niż my sami. Gdy
musimy nos do tabakiery przystosowywać.
Pytania o cel są zwykle trudniejsze niż pytania o przyczynę.
Wierzymy, że cokolwiek jest, jest skutkiem tego, co było jego
przyczyną. I że można przyczyny dociec, a w każdym razie dociekać.
Czasem myślimy, że przyczynę znamy, czasem znamy ją naprawdę.
Z celem gorzej. O ile naszym własnym działaniom chętnie celowość
przypisujemy, to już w odniesieniu do bliźnich często nie wiemy,
po co oni to robią. A co do celowości bytów mamy zdania różne.
Niektórzy chcą widzieć cel wszystkiego, takie są dzieci na przykład,
inni nie widzą celu wielu rzeczy, a nawet tego wszystkiego. „Po co to
wszystko?” – pytają.
Pytania o cel mają szczególny wariant, to pytania o przeznaczenie.
„Czemu to służy?”, „do czego to jest?”, to pytania zasadne
w odniesieniu do rzeczy po coś przez człowieka zrobionych.
Przeznaczenia wielu przedmiotów nie da się ustalić, ale z grubsza
wiemy, że po coś musiały być. Taka tabakiera chociażby. Ale przecież
i nos po coś jest. Natura (czy Pan Bóg) nie robi niczego na próżno,
taki nos jest potrzebny. Potrzebny nam do wąchania, choćby tabaki.
Ale czasem nos byle jaki, a tabakiera wspaniała, jak ta
Podkomorzego, złota, z brylantów oprawa, a w środku portret króla
Stanisława. Jak ona może służyć takiemu nosowi? Zdarza się,
że przedmioty przejmują nad nami kontrolę. Dbając o nie,
zapominamy, czemu służą. Zaczynamy uważać je za godniejsze.
A z drugiej strony nie tak łatwo ustalić, co jest nosem,
a co tabakierą. W argumentacyjnych przepychankach w celu ustalenia
priorytetów, co jest czym czego, czemu co ma służyć i o co tu chodzi,
używamy perswazyjnie takiego pytania, wskazując na naszym
zdaniem cel główny, główne dobro i głównego beneficjenta. Ale czy
musimy mieć rację? Czy kibic jest dla sportowca, czy sportowiec dla
kibica? Czy polityk dla wyborcy, czy wyborca dla polityka? Czy aktor
dla widza, czy widz dla aktora? Żeby ograniczyć się tylko do relacji
międzyludzkich...
Pytania nierozwiązywalne są zwykle źle postawione. Wystarczy,
że oddalimy kategorię przeznaczenia i zastąpimy ją kategorią układu,
a sprawa staje się jaśniejsza. „Murarz domy buduje, krawiec szyje
ubrania, ale gdzieżby co uszył, gdyby nie miał mieszkania?” – pisze
jakże prawdziwie poeta.
A tak między nami, to oczywiście to wszystko dla nas.
91
Czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się
należy
Autor nieustalony (połowa XX w.)
Najpierw było chyba tysiąc pięćset, ale to się zdewaluowało. Kiedy
Osiecka pisała o okularnikach, ustalała im w latach sześćdziesiątych
przeciętne zarobki na wsi, w mieście na te polskie tysiąc dwieście –
poprawić trzeba było, że chodzi o wiązanie końca z końcem za te
polskie dwa tysiące, zgodnie z życzeniem cenzora.
Tak więc należało się tysiąc dwieście, potem dwa, potem więcej. Te
dwa to częściej były patyki niż tysiące – kiedyś to było to samo. Patyki
czasem nazywano też żartobliwie patolami, co znamionowało w istocie
serdeczny do nich stosunek, a czasem kawałkami – zdrobnieniem,
pokazującym, że nie uważano ich za sumy przesadnie duże.
W każdym razie uważano, że czy tysiąc pięćset, czy dwa tysiące, czy
tam ileś jeszcze – powinno się dostać, że „się należało”. Dziś by się
powiedziało barwnie, że jak psu zupa.
„Co się należy?” – pytamy, kiedy płacimy. Wierzymy, że ta
należność jest jak należy, że jest należna temu, komu ją wręczymy,
że tak właśnie należy. Taki porządek jest ustanowiony i dlatego
wiemy, jak należy, to, co należy robić, i w ogóle jak ma być.
A to, co ma być w ogóle, nie zależy od nas i do nas w zasadzie nie
należy. To należy „się”. A jak jest takie uogólniająco podmiotowe
„się”, to bywa i „komuś”. Należy się komuś.
Najczęściej mnie oczywiście. Czy się to komuś innemu podoba, czy
nie, mnie się należy to i to, tyle i tyle. Niezależnie od niczego. Czy tak,
czy inaczej, tak czy tak się należy tyle i tyle. Niech to będzie
na przykład dwa tysiące. Czy będę pracował, czy nie, czy będę stał,
co bardziej z pracą się kojarzy (ale i to niekoniecznie), czy też sobie
leżał, co już w ogóle pozwala sądzić, że praca mi nie leży, więc niech
sobie leży odłogiem – należy się i już.
Nie wiem, kto pierwszy użył tego zgrabnie zrymowanego
powiedzenia. Kiedy to było, w jakiej sytuacji i w jakim sensie. I gdzie
to po raz pierwszy zapisano.
Może pierwszym, kto tak powiedział, był jakiś zaangażowany
satyryk, który w ten sposób piętnował obiboków z socjalistycznymi
pretensjami. A może ironiczny opozycjonista, który naigrywał się
z socjalizmu tolerującego obiboków. Może był to cyniczny pracownik,
wyciskający z socjalizmu swoje. A może wreszcie był to ktoś naiwny,
kto anachronicznie wziął na serio zapewnienia o ustroju, w którym
każdemu będzie dane już nie według jego pracy, lecz według jego
potrzeb.
Ale w każdym razie było to powiedzenie najczęściej cwaniackie,
pokazujące, że niezależnie od wszystkiego, że jakoś się zarobi i jakoś
się z tego da wyżyć. I że w ogóle jakoś to będzie.
I długo było.
92
Czy te oczy mogą kłamać?
Agnieszka Osiecka (1936–1997), tytuł piosenki
(1967)
Tak pytamy, patrząc w oczy, patrząc oczami, które tamte oczy widzą.
To są te oczy. Te oczy oczywiście kłamać nie mogą. Jakżeby mogły.
Tak zapytał Jan Pietrzak Agnieszkę Osiecką, a ona potem zrobiła
z tego piosenkę.
Kiedy mówimy o kłamaniu, najczęściej mamy na myśli język.
Słowami zawsze można kłamać. I bardzo dobrze, bo gdybyśmy nie
mogli kłamać, język mógłby mieć nas we władaniu. Na przykład nie
mogłoby być przeczenia, bo przeczenie odnosi się zawsze do jakiegoś
twierdzenia i jedno z nich musi być nieprawdziwe. Prawda, że jak nie
wiemy, że kłamiemy, to nie kłamiemy, ale zazwyczaj wiemy,
że kłamiemy. Tylko wtedy kłamiemy, gdy o tym wiemy. A jak wiemy,
nie mówimy, że kłamiemy, bo gdybyśmy powiedzieli, że kłamiemy, to
byśmy powiedzieli prawdę. Choć, oczywiście, dalej byśmy kłamali.
Kłamstwo jest, jak widać, skomplikowane, w każdym razie bardziej
od prawdy, która jest prosta. W każdym razie prostsza od kłamstwa.
Słowa bywają często kłamliwe i dlatego szukamy możliwości
weryfikacji. Jedna z nich, poznawanie prawdy „po oczach”, jest bardzo
stara i, jak się okazuje, skuteczna. Zmiana temperatury gałek ocznych
jest związana z kłamaniem. Urządzenie zwane pupilometrem,
badające, mówiąc w nieprecyzyjnym skrócie, stopień rozszerzenia
źrenic, także pozwala ustalić stopień prawdziwości mówiącego.
Ale to urządzenia skomplikowane, trudne do zastosowania podczas
rozmowy, zwłaszcza serdecznej. Na przykład damsko–męskiej.
A w niej przecież o kłamstwo łatwo. A o prawdę czasem bardzo
trudno. A słowa są wyświechtane, jedni mówią niezgrabnie
i prawdziwie, inni pięknie i nieprawdziwie, niektórzy niezdarnie kłamią,
a są i tacy, co pięknie potrafią mówić prawdę, choć o takich
najtrudniej.
Ale zawsze można patrzeć w oczy. Kiedy patrzy ten, co słucha, i to
uważnie, to może nie wierzy. Wtedy musi i ten, co mówi, patrzeć.
Czasem widać, że musi. Wtedy lepiej, żeby nie patrzył. Ale nie może.
„Patrz mi w oczy!” – to polecenie pamiętamy jeszcze z dzieciństwa.
Jak patrzę do góry, nie myślę o rozmówcy, jak do dołu, to się kryję,
jak w lewo, to usilnie sobie przypominam, jak w prawo, czasem mówię
coś, czego sobie nie przypominam.
Mogę zaręczać, że nie kłamię. Wtedy jeszcze trudniej uwierzyć
temu, co mówię. Trudniej zarzucić, że kłamiemy, niż tak tylko
pomyśleć, dlatego tak często pytamy: „wierzysz mi?”, „nie wierzysz
mi?”, „mnie nie wierzysz?”, „co, zarzucasz mi kłamstwo?”. Odpowiesz,
że wierzysz, i czasem przez to uwierzysz.
Ale teraz popatrz mi w oczy, kiedy mówię. No, czy te oczy, które
na ciebie patrzą, mogą kłamać? Słowa mogą być nieadekwatne,
nietrafne, nieprzekonujące. Ale oczy, oczy kłamać nie mogą. Sam
patrzę, z własnej woli. Oczy kłamać nie mogą. Zwłaszcza te moje
oczy. A do tego pytam. No, w tej sytuacji zarzucanie kłamstwa jest
niemożliwe. Co? Może nie?
93
Czym chata bogata, tym rada
Formuła zaproszenia, odn. Ignacy Chodźko
(1840)
Mowa tu o bogactwie, ale naprawdę to formuła skromności. O swojej
chacie nie mówi się tu, że bogata, naprawdę wręcz przeciwnie. Ta
warunkowość zdania wskazuje tylko na to, że cokolwiek ma, tym się
podzieli. I wybaczcie, że to tak niewiele. Co mam, to dam. Co moje, to
i twoje. Chata moja może i chata, ale wszystkim, co w tej chacie, się
podzielę.
Formuły gościnności polegają na standardowym i rutynowym
gospodarskim przypisywaniu sobie skromnych zasobów i możliwości.
Są zaś stosowane przede wszystkim, jeśli nie wyłącznie, wtedy, gdy
rzeczywistość tej skromności przeczy, gdy stoły uginają się pod
zastawą i potrawami. Albo, w ostateczności, kiedy tak właśnie zdaje
się gospodarzowi, w ten tradycyjny, staropolski sposób oczekującemu
komplementów i zachwytów, choćby niekoniecznie wyrażonych
otwarcie.
Mamy tu zatem ciekawą podwójną pozorność: „bogata” wcale się
do bogactwa nie ma odnosić, ale... w gruncie rzeczy właśnie ma.
Trochę to ma być autoironiczne, trochę prowokacyjne...
A w istocie jest konwencjonalne. Odeszło od choćby najciekawiej
przewrotnych znaczeń, żeby stać się niemal odruchowym, naturalnym
tak bardzo, że w zasadzie niezauważalnym językowo zaproszeniem
do stołu. Kiedy proste „zapraszam” jest za proste, mamy
na podorędziu tę bogatą chatę.
Chata jest rada, rada tym, co ma. Ten osobliwy przymiotnik
występuje raczej w orzeczniku niż w przydawce. Trudno powiedzieć
o chacie, nawet gdy jest rada, „rada chata”. To „jest” nie musi się
w zdaniu koniecznie pojawić, w tym powiedzeniu też go zresztą nie
ma, ale możemy je łatwo wprowadzić. Bo wiadomo, że chodzi o to,
że czym chata jest bogata, tym jest rada. Tak bardzo wiadomo,
że można to odrobinę zdetrywializować brakiem tego „jest”. Chata
rada. Tym, czym bogata. A gdyby to był rodzaj męski, gdyby zamiast
chaty był na przykład chwat, przymiotnik byłby jeszcze dziwniejszy,
bo mógłby być tylko w krótkiej formie: „rad chwat”. Proste formy
przymiotnika, jak „wesół” czy „pełen”, są rzadkie i zawsze mają też
wersję długą, złożoną: wesół może być wesoły, a pełen pełny (tu
wersja nie dłuższa, ale złożona owszem). Wyjątkiem jest „rad”: chwat
może być tylko rad, nie rady. Nie może być rady chwat.
Chata jest rada jak człowiek, po ludzku. Personalizujemy ją, to
często się robi z domami, pałacami, chałupami. Chata to ludzie, to oni
są radzi. Całe domostwo się cieszy, wszyscy domowi. Szczęśliwi są
z powodu gościa, radzi gościowi, ale tu specyficznie, mianowicie
czymś. Z rzadka i tylko po staropolsku szczęście, radość (to
rzeczownik od przymiotnika „rad”) posługuje się czymś tak
narzędnikowo wyrażonym. Jestem, owszem, rad komuś, ale czy mogę
być rad czymś? I czym na przykład? Trudno użyć tu jakiegokolwiek
rzeczownika. Rad chlebem? Solą rad? Dziwne by to było.
Ale zaimek ma przewagę. Tym, czym chata bogata, mogę. Chata
może.
94
Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym
na starość trąci
Przysłowie, odn. Mikołaj Rej (1558)
Wiemy, o co chodzi, choć ze znaczeniami słów tego najczęściej nie
wiążemy. Ta skorupka to oczywiście nie mieszkanie skorupiaka, choć
dalej mowa o jej młodości, tylko naczynie jakieś – dziś skorupy to
raczej resztki potłuczonych naczyń, ale i o eleganckich nawet
naczyniach trochę żartobliwie czasem tak mówimy. „Trącenie” to nie
potrącanie kogoś czy czegoś, jak mógłby myśleć ktoś młodszy, tylko
wydzielanie zapachu, resztek zapachu – tak potrafi coś „trącić”
stęchlizną albo spalenizną. Jeśli skorupka wcześniej czymś nasiąkła,
zapach zostaje.
Mikołaj Rej napisał dosłownie i z użyciem brzydko pachnącego
czasownika: „Czasem skorupka, czym się zmaże z młodu, będzie już
tym śmierdziała potem i po chłodu”, potem wiele razy zmieniano,
początkowo skorupka głównie „napijała się”, w ostateczności
pozostało „nasiąkanie” i nieco enigmatyczne „trącenie”. Pewne
odczłowieczenie i ubezwłasnowolnienie (nasiąka się w końcu
bezwiednie) i pewna niejasność leksykalna „trącenia” może ułatwiać
posługiwanie się tym pouczającym, ale wykazującym zrozumienie dla
ludzi powiedzeniem.
Bo wiadomo, że i tak, jak zawsze, chodzi o ludzi, i że to człowiek,
który za młodu nabrał jakichś cech, przyzwyczajeń, w dojrzałości,
a nawet na starość, chce czy nie chce, musi je przejawiać.
I najczęściej chodzi o niedobre zwyczaje, nałogi na przykład,
bo dobrymi zapachami nie trącimy, trącić można tylko nieprzyjemnie.
Tłumaczymy przywary starych ich młodością i jej przywarami, co bywa
dość sympatyczne, a czasem sami się tak tłumaczymy. Jako
człowiekowi już w pewnych latach (ten eufemizm starości jest
stosunkowo mało pretensjonalny) wypada mi dodać, że poza tym
starość w ogóle trąci, dobrze jak myszką jakąś, to jeszcze da się
znieść.
Takie nasiąkanie może wskazywać na bezwiedne nabywanie
niedobrych przyzwyczajeń w młodości, ale młodość to (zdaniem
starszych, rzecz jasna) przede wszystkim czas uczenia się – czego się
Jaś nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał. Uczenie się ma lepsze
konotacje – można, owszem, nauczyć się i czegoś złego, ale
generalnie, na przykład zachęcając do nauki, myśli się o dobrym. Ucz
się, Jasiu, ucz!
A taki Jaś może myśleć, że nauczyć się zawsze zdąży, a potem Jan
– że jeszcze zdąży. Możliwe, że mają (i jeden, i drugi) czasem rację.
Są tacy, co zaczynają pilotować samoloty po siedemdziesiątce,
na co Jasiowi by nie pozwolono, bo jest za mały. I w ogóle jest sporo
takich rzeczy, które Jan, owszem, powinien umieć, a Jaś może
niekoniecznie. Czyli że Jan będzie umiał też i to, czego Jaś się nie
nauczy – jako Jaś.
W młodości jesteśmy chłonni. Możemy się uczyć jako Jasiowie
i nasiąkać jako skorupki. Ważne by było, gdybyśmy konieczne uczenie
się odróżniali od zgubnego niekiedy nasiąkania.
95
Czyń każdy w swoim kółku, co każe duch
boży, a całość sama się złoży
Kazimierz Brodziński (1791–1835) „Porządek”
(1834)
Brodziński pisywał fraszki, ta jest jedną z najbardziej znanych fraszek,
nie tylko jego. Nie jest przy tym uważana za fraszkę – to raczej nauka,
maksyma, dewiza. I nie pamiętamy, że to napisał Brodziński,
sentymentalny autor „Wiesława” i zresztą wynalazca tego pięknego
imienia, które tylu godnych Polaków nosiło, też nie wiedząc, że to
późny wymysł poety.
Mało jest takich optymistycznych wskazań. Wystarczy, że każdy
będzie robił, co trzeba, i będzie, jak trzeba. Każdy zrobi swoje i będzie
w porządku. Po cichu tak czasem myślimy, ale też i wiemy,
że co z tego, jeśli my nawet i zrobimy. Przecież wiadomo, że inni nie
zrobią. A jak wiadomo, że nie zrobią, to po co my mamy robić. To
może nie róbmy.
To wezwanie do działania ma pewne komplikacje. Owszem, robimy
swoje, ale to swoje to to, co duch boży każe. Ale znów z drugiej
strony ten duch to nie coś z zewnątrz, to nie Duch Święty. Nie jest
dużą literą pisany, to nasz duch, choć boży. To taki duch boży, który
nas od wewnątrz ożywia i drogę nam pokazuje.
Jak już uczynimy, to nie będzie tak, że to my zrobimy całość. Ona
złoży się sama. My tylko osobno, w swoich kółkach, a całość składa
się sama, bez nas. Ale przecież właśnie dlatego, że zrobimy, z tego,
co zrobimy, ta całość będzie.
Mamy zatem z jednej strony siebie czyniącego, z drugiej strony
ducha, co każe, i całość, co się składa – ale z trzeciej strony i ten duch
jest w nas, i ta całość z nas. Bardzo ciekawe połączenie tego,
co wewnątrz, z tym, co na zewnątrz; tego, co od nas zależy, i tego,
co nam każe i się składa; tego, czym jesteśmy, i tego, co jest czymś
innym, poza nami.
I bardzo ciekawe jest to kółko. Każdy z nas czyni to, co czyni,
w swoim kółku. Nie jak rzepkę, każdy sobie, ale w kółkach. Tak
właśnie wygląda praca u podstaw, od gleby (rosyjscy „poczwiennicy”
właśnie od gleby swą nazwę wzięli), praca w kołach i kółkach, które
bywają rewolucyjne i różańcowe, zainteresowań i gospodyń wiejskich.
W swoich kółkach najpierw stawały się te rzeczy, które później mogły
być całością.
Jakaś całość widniała na horyzoncie. Po to się czyniło różne
nakazane bożym duchem rzeczy w kółkach, żeby była całość, żeby coś
wielkiego, a w każdym razie większego z tego wynikło. Niektórzy
chcieliby od razu coś dużego zrobić, właściwie właśnie jakąś całość –
a fraszkopis mówi im, że taką całość będą mieli dopiero wtedy, kiedy
poczynią w kółkach, każdy w swoim, i to to tylko, co duch boży im
każe.
Nie wiemy, co to za całość. Może dla każdego inna. Ale zapewne
chodzi tu o to, że wszystko się ze wszystkim łączy, wszystko razem
coś daje, wszystko, jak każdą każdość dodamy, całość utworzy. Może
nie raz i nie ostateczną – ale taką, że wiemy, że wszystko to do kupy
ma razem jakiś sens.
I to się nazywa porządek.
96
Daj kurze grzędę, a ona: „wyżej siędę”
Przysłowie (XVI w.)
Taka rozmowa z kurą wiele daje do myślenia, a pokazuje głównie
nieumiarkowanie ludzkich ambicji. Nazwanie kogoś „ambitnym” jest
zresztą ambiwalentne, niekiedy nazwanym ambitnymi raczej
zazdrościmy, czasem tak mówimy o nich ironicznie, a często bywa to
nawet pochwałą ich mierzenia wysoko. W każdym razie nadmiernie
ambitnych karierowiczów i łasych na zaszczyty nie lubimy.
Ta kura jest nie tylko ambitna, ona chce być jeszcze do tego
niezależna. Nie odpowiada jej ta grzęda, którą od nas dostała, chce
wyższej – a najgorsze, że nie od tego, kto był jej łaskaw ją dać. Nie
prosi ani o grzędę, ani o to, co wyżej, sama sobie wyżej siędzie. I to
nas chyba jeszcze bardziej denerwuje. I jeszcze to, że to właśnie
akurat kura, skądinąd uosobienie czy też uptasienie potulności.
Oczywiście wiemy, że taki rozkaźnik jak ten w przysłowiu odnosi się
do grzędy już oferowanej, a tym, kto daje, tutaj może być Bóg czy los
– ale i tak kura manifestuje swoją niezależność, a w każdym razie jej
chęć. Także i w tym, że – co rzadkie w przysłowiach – sama zabiera
głos na swój temat. Dla rymu, i to gwarowo-archaicznie, ale to bardzo
stara kura, xvi-wieczna. Tyle że wtedy była raczej kurem, czyli
kogutem. Rzeczywiście, do buńczucznego koguta to bardziej niż
do poczciwej kury pasuje.
Dobrze chociaż, że kura jeszcze oznajmia się ze swoim zamiarem,
a nie siada od razu.
Jeśli mówimy o ludziach eskalujących własne zachcianki, sięgamy
po palce i ręce. Ci, którzy dostają palec, nie kontentując się nim,
sięgają po całą rękę. Podkreśla się przy tym całość tej ręki. Palec
dostają łatwo, z ręką będzie trudniej. Czyżby to była ich reakcja
na podawanie jednego palca przy powitaniu, mające wykazywać pełną
wyższości uzasadnioną pogardę? To rzeczywiście byłaby przesada,
podaje się co najmniej dwa palce. A w jakim innym celu dostawaliby
palec? Zresztą palec to bardzo mało, służy on do podkreślania,
że odległość rzeczywiście była niewielka, „o palec”. A tu czasem była
mowa nawet o małym palcu.
Kurze grzęda jest potrzebna do siedzenia, nie wiadomo, co jest tam
wyżej, tam, gdzie zamierza usiąść, co jest wyżej niż ta grzęda.
W dawnych przysłowiach, w których była jeszcze mowa nie o tej
kurze, lecz o tym kurze, podawano jako jego cel wieżę. To na wieży
chciał siedzieć. Może zazdrościł kurkowi, czyli kogutkowi na wieży,
który pokazywał kierunek wiatru? Wtedy byłoby to uzasadnione
szlachetną chęcią służenia ogółowi.
Ale tu z całą pewnością chodzi o nieuzasadnione aspiracje. I my je,
proszę państwa, wykpiwamy. Dosyć kurze grzędy.
Chwalimy tych skromnych, którzy zadowalają się małym. Takich jak
ten pies, któremu dobra i mucha, gdy głodny.
97
Daj mi tę noc
Andrzej Sobczak (1946–2011), zespół Bolter
W polskim języku pełno długich wyrazów, krótkie nie są tak częste jak
na przykład w angielskim. A te krótkie są tak wyraziste, dają dobre
męskie rymy, można je skandować, nie dbając o akcenty, bo jeśli
słowa są ważne, każde z nich, to każde może mieć (i powinno nawet)
osobny akcent. Jasieński w „Słowie o Jakubie Szeli” dał taka strofkę:
„Szedł śnieg. Brał mróz. Biegł zbieg. W mróz wrósł. Z ust krew – as
kier, znad drew mgła skier”. Treść poważna, dramatyczna, każde
słowo z akcentem – trochę tylko przeszkadza, że to poniekąd zabawa
językowa.
„Daj mi tę noc...”... W tym początku refrenu, w tym niewątpliwym
szlagworcie, jednosylabowość słów pomaga w zapamiętaniu,
cytowaniu, śpiewaniu. Cztery słowa, każde ważne. Ważne, że daj,
że mnie, że tę akurat i że, oczywiście, noc.
Ale bardziej pomaga w tym cytatowym utrwaleniu treść, w miarę
eufemistyczna, a więc nie do końca dosłowna, a jednak w miarę, jeśli
trzeba, przejrzysta. Ja wcale nie namawiam do odbycia stosunku
płciowego, ja nie mówię, żebyśmy się przespali, nawet nie sugeruję,
żebyśmy oddali się zapomnieniu – ja tylko dość abstrakcyjnie proszę
o poświęcenie mi czasu. Tej nocy mianowicie.
Choć to ogólne niezwykle, choć można zawsze udawać, że nie jest
to poszerzona konwencja seksualnego angażowania – to jednak i tak
trudno to wypowiedzieć w obliczu ryzyka odmowy, zwłaszcza
że odmowa może być spowodowana właśnie tylko stylem namawiania,
przy zakładanych obopólnych chęciach.
Ale od czego cytaty? A jeszcze do tego cytaty, które dadzą się
rytmicznie wyśpiewać, głośno i wyraziście. Śpiewając, możemy
powiedzieć więcej, właściwie niemal wszystko, co chcemy. Tylko
że wtedy może być to zwykłe śpiewanie i tak też może być rozumiane,
jako po prostu śpiewanie piosenki. O to znów nie chodzi. Dobrze,
że tak może być, ale na tym koniec i naprawdę tak ma nie być.
I wtedy trzeba śpiewać znacząco, patrzeć w oczy i w ogóle
zachowywać się. Nie za wyraźnie, nie do końca, ale jednak
do pewnego stopnia wyraźnie. Tak, żeby się można było wycofać,
jakby co, ale lepiej nie. Na tym w końcu polegają wszelkie flirtacje.
Tak przynajmniej bywało w dawnych, bardziej konwencjonalnych
czasach, nieśmiałych i obłudnych, a przy tym trywialnych
i prymitywnie aluzyjnych. Jak jest dzisiaj, nie wiem, ale mam nadzieję,
że ten niezbędny poziom hipokryzji, który pomaga w tworzeniu
kultury, także komunikacyjnej, będzie, zmieniając oczywiście formy,
trwał, dostarczając przewrotnych, podwójnych, choć zarazem
niepewnych satysfakcji prowokującym i prowokowanym.
98
Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj
Bogwał (XII w.) w „Księdze henrykowskiej” (poł.
XIII w.)
Pierwsze zachowane w zapisie polskie zdanie, i to od razu wielokrotnie
złożone, i podrzędnie, i współrzędnie. Ach, ci Polacy! Tylko że to
mówił Czech.
Cztery słowa z tego zdania mamy do dzisiaj, krótkie, ale ważne,
jedne z najważniejszych: „daj”, „ja”, „a” i „ty”. Jedno zrozumiałe, ale
dziś nieużywane: „poczywaj” – wiemy, co to znaczy, bo mamy
„spoczywaj” (najczęściej niestety „w pokoju”, zresztą zamiast z kolei
„w spokoju”) i zupełnie normalne „odpoczywaj”, znaczące to samo.
Jedno mało zrozumiałe, ale jakoś do znaczeniowego wyobrażenia,
bo i u Reja było: staropolskie „ać”, czyli mniej więcej tyle, co „niech”
(ale i z odcieniem celowym: „żeby”). I jedno zupełnie już archaiczne,
stare, wymagające przypisu: „pobruszę” – to podobno tyle,
co „pomielę”, a właściwie: „pokręcę żarna”. „Żarna” zostawmy bez
przypisu.
Jakoś da się to razem zrozumieć. Raczej: dałoby się, gdyby tak
zapisano. Naprawdę jednak w „Księdze” jest: „day ut ia pobrusa a ti
poziwai”, z czego już tylko „a” jest wspólne z dzisiejszą polszczyzną.
To już zagadka trudniejsza.
Nie ma się co zapisowi dziwić, o ortografii, tak później trudnej,
mowy wtedy być nie mogło – po co ortografia, jak żadnego zdania
jeszcze nie napisano? Więc i „y” zamiast „j”, a zamiast „y” – „i”, które
też „i” za „j”. Żadnych dwuznaków „cz” czy „sz”, „s” czy „z” wystarczy.
A „ać” to zgoła „ut”, co wygląda na całkiem już po łacinie, tym
bardziej że po łacinie „ut” może znaczyć coś podobnego co „ać”.
Autorem tego polskiego zdania był pewien śląski Czech Bogwał czy
Boguchwał, który litował się nad swoją niezdarną polską żoną, która
właśnie bruszyła. Stąd też to pierwsze napisane polskie „daj” nie było
wypowiedziane po to, żeby w jego wyniku coś dostać, wręcz
przeciwnie. „Daj, ja to zrobię” brzmi dziś może trochę dominacyjnie,
pokazuje większą umiejętność, moc czy inną przewagę, ale w sumie
jest dość sympatyczne. Daj, nie męcz się, ja teraz pobruszę. Ciekawe,
co mu żona odpowiedziała. Opat Piotr uznał za stosowne zapisać
po polsku tylko to, co powiedział mąż Czech – nie wiemy, czy dlatego,
że to był mąż, czy dlatego, że Czech.
W każdym razie dziwne, że do pierwszego zapisanego zdania Polacy
musieli użyć Czecha. A on spisał się dobrze – sprawił, że pierwsi
mówiący po polsku (w sposób godny zapisania, to prawda) mogą się
nam jawić jako dżentelmeni albo w każdym razie jako współczujący
mężowie, co w końcu dżentelmeństwu bliskie.
Chętnie myślimy o tym zdaniu jako o pierwszym. Jest o wiele
sympatyczniejsze niż inne, konkurencyjne w roli pierwopisu: „gorze się
nam stało”, wypowiedziane pod Legnicą przez Henryka Pobożnego. To
już lepszy ten poczciwy Czech.
Chyba że, co niektórzy próbują twierdzić, on to powiedział
po czesku. Może i tak. Te języki tak mało się wtedy różniły. Wtedy
byłoby gorzej.
99
Diabli nadali
Przekleństwo
Diabli częściej biorą niż dają, a nadawanie przecież ma się odnosić
do jakiegoś dawania. Wśród znaczeń czasownika „nadać” mamy
dawanie czegoś tak specyficznego jak nazwa czy imię, wysyłanie
czegoś na odległość, na przykład przesyłki, a gdy „nadać” jest
z „się”, to i pasowanie, odpowiadanie. Mamy także i coś w rodzaju
nastręczania, nadarzania się, trafiania. Nastręcza częściej ktoś coś,
nadarza się coś samo. I to zwykle coś dobrego, jak na przykład okazja
czy sposobność. Trafiają się nam różne rzeczy, złe i dobre, ale z kolei
przytrafiają już raczej takie, których niespecjalnie pożądamy.
Kiedy coś nam wypada dość nieoczekiwanie i niezbyt przyjemnie,
jeśli to przeszkadza lub może przeszkodzić w naszych planach, zdarza
się nam mówić o nadawaniu tego przez siły nieczyste. Jacyś szatani
pewnie byli tu czynni, że zdarzyło mi się to właśnie. Diabli nadają, jak
anieli zsyłają.
Diabeł w liczbie mnogiej może być mniej lub bardziej gramatycznie
osobowy. Diabły są jak zwierzęta: były złe. Ale bywają i diabli, ci są
jak ludzie: byli źli. Ci, co nadali, byli z pewnością ludzcy – nie możemy
powiedzieć, że diabły coś nadały. Podobnie ludzcy są ci diabli, którzy
mnie biorą, ale w Loudun z kolei były, jak pamiętamy, uzwierzęcone
diabły.
Ludzcy czy zwierzęce, nie darzą człowieka zbytnią życzliwością. Jak
coś robią, to nam wbrew. Przeszkadzają, dokuczają, męczą. Zanim
zaczną dręczyć już całkiem serio, w piekle, drażnią się z nami mniej
poważnie na ziemi. Między innymi podsuwając różne rzeczy, czasem
zresztą całkiem przyjemne, atrakcyjne, kuszące, żeby nas na złą
sprowadzić drogę; czasem fatalne, żebyśmy gorzej się poczuli.
A czasem wszystko jedno jakie, byle tylko pokrzyżować zamiary.
Wtedy właśnie nadają.
Przywołujemy diabła często, choć nie zawsze to robimy
bezpośrednio po imieniu. Czasem go złym nazwiemy, czasem
podobnym do tego lichem, czasem jeszcze bardziej wykrętnie, nawet
liczbą, jak sześć. Sześcioliterowe diabeł, diabli (i diabły, a jakże)
i piekło – przypominają apokaliptyczną wizję świętego Jana, który
numerem szatana (też sześć liter) uczynił trzy szóstki. My potem tę
szóstkę eufemistycznie, z trwogi przed obciążoną tabu nazwą,
stosowaliśmy i jeszcze czasem stosujemy w „pal to sześć”, co stanowi
deklarację bardziej lekkiego ważenia czegoś. A niech tam, wszystko
jedno, pal sześć. Nazwa nieprawdziwa, to i sprawa niewarta
zastanawiania.
Tu trochę inaczej. Ci diabli, co właśnie nadali nam, bo najczęściej to
o nas samych chodzi, nazwani są imieniem pełnym, właściwym.
Dokuczyli nam. A my, po trosze odreagowując, wypominamy im to.
Ale w istocie to przeklinamy, co nadane, niekoniecznie wierząc
w interwencję nadprzyrodzonych sił. Diabli nadali gości, kiedy
przeszkadzają nam w tym, co bez nich byłoby i miało być, diabli nadali
złego sąsiada.
Mogliby ich z powrotem wziąć, byłoby lepiej.
100
Dla Polaków można czasem coś dobrego
zrobić, ale z Polakami nigdy
Aleksander
Wielopolski
(1803–1877),
do deputacji Białych (1862)
Wielopolski był zawiedziony brakiem chęci współpracy w dziele
wprowadzania samorządowych instytucji w Królestwie Polskim. I tak
właśnie daleko w swoim rozgoryczeniu się posunął, że go od czasu
do czasu cytujemy, gdy chcemy sami sobie nieprzyjemną dla siebie
myśl, zwaną czasem prawdą, w swoje oczy powiedzieć.
Poliptoton to figura retoryczna wykorzystująca różne formy tego
samego słowa, na przykład różne czasy i osoby czasownika czy różne
przypadki rzeczownika. W tym zdaniu mamy wariant niezwykle
popularnego typu poliptotonu mówiącego o relacjach międzyludzkich,
przy czym Polacy zastępują w nim ludzi. Różne rzeczy są z ludźmi i dla
ludzi, dla ludzi i przez ludzi, a do tego jeszcze, jak wiemy, człowiek
człowiekowi wilkiem, a ludzie ludziom ten los zgotowali. Dopiero
niemal sto lat później będzie optymistycznie pozytywne „jak Polak
z Polakiem”. Tu dla Polaków można coś zrobić, z Polakami – nie.
„Dla” – tak, ale „z” – nie. To różnica między przedmiotowością
i podmiotowością. W odniesieniu do człowieka pokazywanie, że dla
niego można, a z nim nie, wyrażać może intencje
ubezwłasnowolnienia, w odniesieniu do społeczności usprawiedliwia
dyktatorstwo.
Ciekawe są w tym zdaniu określenia czasowe. Z Polakami nigdy nic
zrobić nie można – ten wielki kwantyfikator „nigdy” jest tu
wytłumaczony chęcią uwyraźnienia sądu, co pokazuje i miejsce tego
„nigdy” – na końcu zdania. Ale dla Polaków – tylko czasem można, nie
zaś zawsze ani też bez czasowego ograniczenia. Zatem i dla Polaków
nieczęsto. Tacy już jesteśmy, że z nami nie można nic w ogóle nigdy
zrobić, a i dla nas zaledwie czasem. Marny nasz los.
Przywoływanie tego zdania w różnych okolicznościach ma pewien
walor oczyszczający, surowość względem siebie jest przecież cnotą,
ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że mamy tu do czynienia nie tylko
z pewnym rodzajem satysfakcjonującego samoudręczenia, ale też
z czerpaniem zadowolenia z tego, że tak oto pogrążamy raczej
naszych bliźnich rodaków niż naprawdę samych siebie. Kiedy tak
mówię, jestem zarazem Polakiem i nim nie jestem, a w każdym razie
nie jestem takim Polakiem, o jakim właśnie mówię.
To częste zjawisko: dezawuowanie grupy, do której się należy,
i dzięki temu osiąganie problematycznego, ale kuszącego
wyodrębnienia się z tej grupy. „Ci pożal się Boże polscy politycy” mówi
polski polityk, pokazując, że on to właściwie nie. „Ta żałosna sztuka”
mówi żałosny sztukmistrz. „Nie słuchajcie tych prymitywnych belfrów”
zjednuje sobie sztubaków tym prymitywnym przecież sposobem
belfer.
Wielopolski do swojej gorzkiej uwagi miał powody, ale przyczynił się
do stereotypu, w którym Polacy nie tylko nie potrafią zrobić sami dla
siebie czegoś konstruktywnego, ale jeszcze do tego źle o sobie mówią,
ujawniają swoje słabości i sami sobą przez to gardzą.
101
Dlaboga, panie Wołodyjowski! Larum
grają!
Henryk
Sienkiewicz
(1846–1916)
„Pan
Wołodyjowski” (1888)
U Sienkiewicza były jeszcze dwa słowa: „dla” i „Boga”, co dawało
silniejsze odniesienie do Najwyższego. Dziś mamy to ujednosłowione,
co daje tylko wyraz zdumionego przerażenia lub emocjonalnego
wezwania.
Dobrzy kaznodzieje mieli swoje sposoby rozpoczynania kazań.
Warszawscy dominikanie od św. Jacka potrafili w pierwszym kontakcie
zaskoczyć wiernych okrzykami. Na przykład krzyczeli: „pali się!”,
by potem na przerażenie wiernych odpowiadać wizją ognia
piekielnego, daleko bardziej zagrażającego niż ten, którego
wyobrażenie wzbudziło ich przerażenie. Albo deklarowali głośno:
„upiłem się!” i zgorszenie słuchaczy wyciszali, informując, że źródłem
tego upojenia jest Duch Święty. Sienkiewicz dobrze znał te zwyczaje.
Wśród początkowych okrzyków szczególne miejsce zajmowały
apostrofy do tych, których grzebano. „Dokąd tak śpieszysz, mości
Zakrzewski?” – pytał ksiądz Muchowiecki w „Ogniem i mieczem”.
Ksiądz Kamiński był mówcą jeszcze efektowniejszym, zanim zaczął
kazanie, trzykrotnie bił w bęben, jakby na trwogę, potem cisnął
pałeczki na podłogę, podniósł ręce i zawołał: „Panie pułkowniku
Wołodyjowski!”. Efekt był chyba nawet zbyt silny, bo Basia zemdlała,
a w kościele zrobiło się po prostu strasznie. I potem ksiądz zawołał to,
co wszyscy pamiętamy.
Pytanie, dlaczego Wołodyjowski nie zrywa się i nie chwyta szabli,
gdy ojczyzna w takiej potrzebie, można nazwać retorycznym, ale
czujemy, że jego dramatyzm nie przystaje do wyświechtanego już
określenia zwykłych pustych zapytań różnych mówców. Tu efekt
wzmożony jest sytuacją, a zakończony wejściem wspaniałego rycerza
brzęczącego ostrogami – Jana III Sobieskiego.
Larum wzięliśmy z włoskiego „all’arme”, czyli „do broni”, co dało
„allarme”, później francuskie „alarme”, a dalej angielskie oraz polskie
„larum”. To był sygnał wzywający do broni, do boju. Larum się grało.
Potem larum zaczęto podnosić, dziś częściej mówimy nie o graniu,
lecz o podnoszeniu larum, co odnosi się już nie tyle do wzywania
do boju, ile do wszczynania niepotrzebnego gwałtu, biadania, a dalej
histerii i paniki. Jeśli mówimy, że podniosło się wielkie larum, my
w nim nie uczestniczymy.
Jednak to jedno larum księdza Kamińskiego nad trumną pana
Wołodyjowskiego zostaje w sensie pierwotnym. Jest dla nas
archetypicznym sygnałem do aktywności, cytowane bywa, czasem
lżej, często serio, gdy cytujący chce podnieść temperaturę emocji,
wywrzeć wrażenie, zwiększyć ważność zdarzeń. Jest apelem do władz,
do czynników, do opinii.
Gdy mówię: „larum grają”, to, choć to kiedyś było zwykłe
połączenie wyrazów, cytuję Sienkiewicza. Tak literatura przejmuje
frazeologię i zaczyna nad nią panować.
102
Dlaczego ogórek nie śpiewa?
Konstanty Ildefons Gałczyński
„Dlaczego ogórek...” (1946)
(1905–1953)
Wiersz był poprzedzony typową dla Gałczyńskiego groteskowopastiszową wzmianką, że „pochodzi z niedokończonej całości pt.
Miłosierdzie”. W wielu wydaniach w tym tytule wiersza nie było
pytajnika, co mogło być zapowiedzią rozwiązania problemu. Istotnie,
coś w rodzaju rozwiązania pojawia się w drugiej strofce. „Widać z woli
nieba prawdopodobnie nie może”.
Groteska dostarcza nam wielu intelektualnych wrażeń, otwiera nowe
horyzonty i bawi. To, co jest oczywiste, czyni zagadkowym, ale też
daje pozornie banalne rozwiązania transcendentalnych problemów.
I daje się interpretować a to logicznie, a to aluzyjnie, a to groteskowo,
a nawet bywa, że nie dopuszcza możliwości żadnej interpretacji.
To „śmiało postawione pytanie” logicznie jawi nam się jako
nonsensowne, ale skoro zostało postawione, sens zapewne ma, a jak
nie ma, to my mu go dodamy. Pytanie „dlaczego ogórek nie śpiewa?”
otwiera nam niemal nieograniczoną liczbę pytań. Przecież ogórek nie
tylko nie śpiewa, nie robi wielu rzeczy. Moja pięcioletnia wnuczka
chciała kiedyś rozmawiać ze mną na temat łosi. Moja łosiologiczna
wiedza wyczerpała się szybko i rozmowa by ustała, gdyby nie
znakomity pomysł wnuczki, żeby zacząć rozmawiać o tym, czego łosie
nie robią. Rozmowa potoczyła się wartko.
Wittgenstein zestawiał ze sobą sensowne właściwie zdania:
„niemowlę nie ma zębów”, „gęś nie ma zębów” i „róża nie ma zębów”.
Róża najbardziej z tego towarzystwa nie ma zębów, ale takie
stwierdzenie wydaje się tyleż banalne, co dziwaczne. A dlaczego
ogórek miałby śpiewać? A z drugiej strony: a dlaczego nie? Problem
presumpcji, czyli bardziej prawdopodobnego pierwotnego założenia,
najczęściej przed nami nie staje, wiemy bowiem zazwyczaj, jak jest
zazwyczaj, i z tej normy potrafimy wyciągnąć wnioski. Ale czasem
pytanie naruszające nasze uporządkowane mniemanie o świecie
potrafi nas zaskoczyć. I wtedy, uznając oryginalność pytania,
oczekujemy oryginalnej odpowiedzi. A tu się okazuje, że ogórek nie
śpiewa, bo nie może.
Niby banał, ale ta niemoc ogórka też jest interesująca. Czy ogórek
naprawdę nie może śpiewać? Pewnie, oczywiście nie jest tak,
że może, ale czy to może znaczyć, że nie może? Czy ogórek należy
do takich bytów, którym naturalnie moglibyśmy przypisać niemoc czy
niemożliwość śpiewania? Ogórek tak bardzo nie może śpiewać,
że wręcz nie można powiedzieć, że nie może.
Ogórek Gałczyńskiego należy więc zapewne do specjalnych,
metaforycznych warzyw, a jego niemal tragiczna niemożliwość
śpiewania odnosi się do czegoś innego, wyższego, może do niemocy
twórczej tych, którzy chcieliby jednak dzielić się czymś ze światem.
Taka interpretacja czyni z tego pytania coś normalnego, sprawia,
że może ono w cytacie funkcjonować.
Tyle tylko, że robi się wtedy trochę banalniej.
103
Do biegu gotowi, start!
Komenda sportowa (pierwsza połowa XX w.)
Ta komenda ma trzy wersje, choć komendy powinny być jednolite,
jednoznaczne i niezmienne. Powinny takimi być, ponieważ są przecież
sygnałami, które mają wywoływać odruchowe reakcje. Bodziec –
reakcja, takie behawiorystyczne następstwo działa w wojsku
i w sporcie. Tam, gdzie liczy się tempo i reaktywność.
Ale ta ma trzy wersje, do pewnego stopnia pokoleniowe. Najpierw,
w międzywojennym okresie, wołało się: „do biegu gotowi, hop!”.
W moim powojennym pokoleniu słyszeliśmy: „do startu gotowi, hop!”.
Dziś dominuje: „do biegu gotowi, start!”.
Komendy najczęściej są dwudzielne. Zapowiedź i właściwa
komenda. Ta zapowiedź bywa wydłużana, żeby można się było
przygotować do tego, co trzeba tak szybko i sprawnie wykonać.
„Na lewooo – patrz!”, „prezentuuuj – broń!”, „w tyyył – zwrot!”. Druga
część powinna mieć jedną, mocno wykrzyczaną sylabę.
Jednowyrazowe komendy też są dwudzielne: „baaa – czność!”, „spooo
– cznij!”. No, ta ostatnia może mniej. Spocznij...
Ta startująca komenda jest trójdzielna. W środku ma coś,
co właściwie mogłoby być w każdej komendzie, a co oznacza, a tu ma
wywoływać gotowość. Do wykonania każdej komendą wywołanej
czynności mamy być gotowi, do tego jesteśmy przecież
przygotowywani pierwszą częścią, zapowiedzią. Tu jednak pojawia się
ta gotowość explicite, nazwana. A przedłużeniu podlega i pierwsza
część, i ta druga, środkowa. „Gotowiii – ” i potem to, co na końcu,
komenda właściwa, nazwa tego, co mamy zrobić.
„Hop!” może być tylko na końcu. Właściwie to raczej nazwa skoku
niż pierwszego kroku biegu, ale przy tej nagłości można to do skoku
tym „hopem” odnieść. Ale na końcu może być i „start”. Mógłby pewnie
teoretycznie być i jednosylabowy „bieg”, ale bieg oznacza czynność
dłuższą, czasem nawet bardzo długą, a start jest momentem. Takim
momentem, w którym trzeba być bardzo szybkim, momentalnym.
Może zatem nazwa tej szybkiej, jednorazowej czynności być
ostatecznym sygnałem, komendą właściwą. Ale start jest też czymś,
do czego trzeba być gotowym, można więc jego nazwą nazwać to,
co się za chwilę będzie działo. Do czego mamy się właśnie
przygotowywać.
Kiedyś się przygotowywaliśmy i dziś przygotowujemy się do biegu.
Wiemy, co to bieg. Ale pierwsze kolarskie wyścigi były nazywane także
biegami, więc przejściowo to określenie miało szanse na poszerzenie
swego znaczenia. Dziś wróciło do nazywania szybkiego przebierania
nogami mającymi bezpośredni kontakt z podłożem, choć podłoże się
zmienia.
Zmienia się i sygnał startu. Tylko wtedy, gdy pistoletu startowego
brak, a może już jakiegoś elektronicznego urządzenia, sygnalizujemy
ten krótki moment naszym niedoskonałym, zbyt przeciągłym głosem.
Hooop...
104
Do tanga trzeba dwojga
Andrzej Mogielnicki, zespół Budka Suflera
Dwojga trzeba i do walca, i do oberka, i do rumby. Ale być może
do tanga bardziej. Ten nieprzyzwoity taniec ma pewną ideologię,
tworzy nawet rodzaj kultury, jak flamenco czy zorba, do których
zresztą aż tak bardzo dwojga nie potrzeba. A do trojaka trzeba trojga.
A przy tym, oczywiście, to „tango” może być dobrą przenośnią. Może
być eufemistycznym określeniem innej czynności, w której także dwie
osoby są zaangażowane, a może też określać cokolwiek, co akurat
mamy na myśli, a do czego wydaje się nam, że dwoje lepiej by się
nadawało niż jedno czy więcej.
Ciekawe, że słowo „tango” bywało od dawna wykorzystywane
i do innej przenośni, a frazeologizm „pójść w tango” był, a bodaj czy
jeszcze nie jest, w żywym obiegu. Znaczył tyle, co „pójść w miasto”,
czyli oddać się nieskrępowanej, długo trwającej zabawie, połączonej
z niekontrolowaną konsumpcją alkoholu, a nierzadko i rozpustą. Takie
pójście w tango wiązało się z zapamiętaniem, wręcz oszołomieniem,
a także z radością życia. Mówiło się o kimś, kto „poszedł w tango”,
z pewną wyrozumiałością, a czasem z podziwem, nawet z lekką
zazdrością. Takie „pójście” było wyraźnie kojarzone z tym namiętnym,
oszałamiającym tańcem.
Dwoje to para. Ten dziwny polski liczebnik zbiorowy odnosi się
czasem do dwóch niedorosłych istot, a czasem nawet do dwóch rzeczy
rodzaju nijakiego („dwoje oczu”). Co dziwniejsze, także do takich
pojedynczych rzeczy, które trzeba tylko mnogo nazywać: „dwoje
drzwi”, „dwoje sań” – i czasem nie wiemy, ile ich jest w istocie, czy
„dwoje drzwi” to dwie pary drzwi, czyli jedne drzwi i jeszcze drugie,
czy też na przykład jedne drzwi podwójne. Ale najczęściej
do różnorodzajowej pary.
Tu wiemy, że chodzi o prawdziwą parę, czyli o mężczyznę i kobietę,
czy może o kobietę i mężczyznę. Kiedy mówimy tylko „dwoje”, o takiej
właśnie parze myślimy. To ich potrzeba do tanga, do miłości i do wielu
jeszcze innych spraw. Ich i tylko ich, bo dwoje to liczba tu nie tylko
potrzebna, lecz także wystarczająca i co więcej, nieprzekraczalna.
„Dwoje ludzieńków, co kochało się w sobie”. „Dwoje na huśtawce”.
Jest w tym słowie coś specyficznie intymnego. „My dwoje”. „Tylko
we dwoje”. „Dla nas dwojga”. Tak mówią ci, którzy chcą być razem
i sami.
W tangu są sami i razem. I w tych rzeczach i sprawach, o których
myślimy, przywołując metaforycznie tango. A mamy jeszcze ten
luksus, że w tym zdaniu jest formuła charakterystyczna także dla
obiektywnych zasad i przepisów. Jeżeli czegoś trzeba, to trzeba,
czasem jest takie zapotrzebowanie, czasem inaczej nie można. Do tej
potrawy trzeba wziąć dwa deka sera i dwa jajka. Trzeba dwóch
podpisów, żeby dokument był ważny. Żeby tango było ważne, żeby
było, ma być dwoje.
I do innych rzeczy też.
105
Do trzech razy sztuka
Przysłowie, odn. Jozef Ignacy Kraszewski (1851)
Wcześniej, co często powtarzano, chodziło o raz. Jeden raz, nie trzeba
było czekać aż do trzech razy. Dobrze, że nie do razów, nasze liczenie
niestety z liczenia razów, czyli ciosów, uderzeń się wzięło. Zresztą
podobnie jak obrazy i wyrazy. Mówiono „do razu sztuka”, co miało
oznaczać, że już za drugim razem może się nie udać.
Ale wolimy liczyć do trzech. W końcu umiemy zliczyć do trzech. I to
nie jest żadne trzy po trzy. To „trzy po trzy” wzięło się zresztą stąd,
że niejasne i zagadkowe, a przez to później uznawane za bełkotliwe
zaklęcia powtarzano właśnie trzy razy po trzy, czyli w sumie dziewięć
razy.
Trójka jest magiczna, i to nie tylko u nas. Starożytni świat trójkami
porządkowali, widząc wszędzie triady, Pitagoras uważał trójkę
za liczbę doskonałą, tworzącą początek, środek i koniec. W wielu
religiach, w Egipcie, w Indiach, u Persów, u Greków najważniejsi
bogowie stanowili takie trójki, chrześcijanie też mają Świętą Trójcę.
Niebo, ziemia i piekło tworzą też trójkę. Trójka to symboliczna liczba
Boga i nieba (czwórka – ziemi).
Czas dzielimy triadycznie na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość,
na narodziny, wzrost i rozkład, na młodość, dojrzałość i starość (trzeci
wiek). W historii widziano epokę kamienia, brązu i żelaza. Wszędzie
tak jest. Rosjanie wiedzą, że Bóg lubi trójkę, Niemcy, że raz to żaden
raz, prawdziwy raz to trzy razy, u Rzymian było „ommne trinum
perfectum”, a trzech tworzyło zgromadzenie. W ogóle trójki, triady
i trójce, żeby do trzech się ograniczyć, to ważna sprawa.
W opisie gramatycznym mamy zazwyczaj trzy rodzaje, trzy czasy,
trzy osoby i trzy stopnie przymiotnika. To nie przypadek (tych jest
więcej). Wtrącamy trzy grosze, mówimy trzy słowa, w baśniach
i w bajkach zawsze było trzech braci albo trzy siostry, trzy czarownice
lub wróżki, trzy świnki i trzy misie, spełniane są tam (lub nie) trzy
życzenia. Trudno zliczyć powiedzenia, w których trójka wskazuje
na jakąś magię lub głębokie prawdy. I przenosimy takie myślenie
do oceniania i do podejmowania różnych działań.
I w naszym działaniu stosujemy często właśnie trzy podejścia,
czasem kierując się wewnętrzną psychiczną instrukcją, czasem
ustalonym regulaminem. Mamy trzy próby: jak się uda przy pierwszej,
dobrze, ale może się udać i przy trzeciej. Ale czwartej nie będzie.
Koniec.
A z drugiej strony: jak się raz udało coś trudnego, niebezpiecznego
czy niewskazanego, to może się i drugi raz uda. Ale uwaga: do trzech
razy sztuka! Trzeci raz może się nie powieść. Jak sobie to
uświadomimy i będziemy o tym myśleć, rzeczywiście może się nie
udać. I choćby dlatego przedsięwzięcia ryzykowne ograniczmy
do dwóch. A może do jednego?
Ale trójka nam sprzyja. Daje szanse i ostrzega. Pan Bóg ją lubi.
Lubmy i my.
106
Do wyższych rzeczy jestem stworzony
Św. Stanisław Kostka (1550–1568) „Do brata”
(1566)
Tak powiedział w rozmowie z bratem szesnastoletni Stanisław Kostka.
A może powiedział po łacinie, bo znał już łacinę, „ad majora natus
sum”. Po łacinie mowa o narodzeniu, po polsku o stworzeniu. Różnica
niby niewielka, ale narodzenie jest bardziej rodzinne, związane
z matką, ojcem, zresztą samym narodzonym, a stworzenie –
z Bogiem, predestynacją, powołaniem. Cytowane bywa też w wersji:
„do większych rzeczy jestem stworzony”, zwykle bez wiedzy o tym,
że właśnie ten święty młodzieniaszek był autorem tych słów.
Dobre o sobie mniemanie, gdy wyrażone, bywa obciążane zarzutem
samochwalstwa, mało stosownego w wielu kulturach. „Samochwała
w kącie stała” mówi ludowy wierszyk, dziwnie lokując samochwałę
w miejscu mało poczesnym. Dziś „kreowanie pozytywnego wizerunku
własnej osoby”, czyli „skuteczna pozytywna autoprezentacja”, święci
tryumfy, ale ciągle coś nam w niej przeszkadza, zwłaszcza gdy
dokonywana jest z „dużą asertywnością”.
Powiedzenie o sobie czegoś aż tak dobrego wymagało odwagi albo
było dobrze udokumentowane. Przeświadczenie, że jestem
przeznaczony do rzeczy wielkich, że jestem kimś wyjątkowym,
że powinienem zajmować się nie przyziemnymi drobiazgami, ale
sprawami ducha, musiało być uzasadnione.
Jezus Marcie, „troszczącej się o wiele”, wskazał całą w bezczynnym
zachwycie Marię, która „lepszą cząstkę obrała i ta jej nie będzie
odjętą”. Maria była stworzona do rzeczy wyższych. „Rzeczy wyższe” są
nad nami. Co wyższe – lepsze, co niższe – gorsze. Wysokie loty, niskie
żądze. Wyższe sfery i niziny społeczne. Wyżej lepiej. Dobrze się
wznosić, choć nie wynosić nad innych.
Młody Stanisław nie mówił wprost o sobie, że jest lepszy, nie mówił,
że jest wyższy ponad to, o czym brat akurat próbował z nim
rozmawiać. Nie, on był tylko do takich rzeczy przeznaczony. Miał
rację, skończyło się kanonizacją. Żył krótko, osiemnaście lat, ale też
dzięki temu jest patronem młodzieży.
Przywołujemy te słowa zwykle autoironicznie. To bezpieczny chwyt
retoryczny: autoironia jest przyjmowana z uznaniem i zrozumieniem.
Jeśli ktoś potrafi się z siebie śmiać, lubimy go. Ale jest drugie dno
takiej ironii. Ktoś, kto mówi o sobie źle, oczekuje zaprzeczeń. Gdy ich
brak, traci rezon. Kto wyraźnie przesadnie siebie sławi, tak że nie
możemy nie dostrzec, że to ironia, w istocie wcale nie musi być wobec
siebie ironiczny. „No taak, pewnie, że jestem znakomiity” mówimy
z intonacją wskazującą na ironiczność, zbliżoną nawet do antystrofy,
czyli nadawania sądom znaczeń przeciwnych. Gdyby to było o innych,
pewne byłoby, że w istocie mamy o nich mniemanie całkiem
odwrotne. Ale gdy o sobie... Nie da się wykluczyć, że warstwy są trzy:
w pierwszej się chwalimy, w drugiej dzięki ironii pomniejszamy swoje
zasługi, a w trzeciej, najgłębszej, jesteśmy zgodni z tym,
co na wierzchu. W końcu jesteśmy przecież znakomici. I tylko dzięki
tej pozornej autoironii możemy o sobie wreszcie prawdę powiedzieć,
i nikt nie będzie miał nam tego za złe.
107
Do zakochania jeden krok
Andrzej Bianusz, wyk. Andrzej Dąbrowski
Ile to jest krok? I czego to właściwie miara? Formalnie rzecz biorąc,
przestrzeni, długości właściwie, czy raczej odległości. „Do tej brzozy
jest, tak z grubsza, ze dwanaście kroków”. „O dwa tysiące kroków
zamek stał za domem”.
Jeśli kroków mało, nie jest daleko. „To dwa kroki stąd...”
zachęcamy. „Parę kroków zaledwie...”.
Krokami łatwo się odległość mierzy, czasu tylko trzeba. Ale krok też
może być w pewnym sensie miarą czasu właśnie. „On tam był o krok
przede mną”. „Zwyciężył go o krok”. Ten krok był wykonany
wcześniej.
I, chyba przede wszystkim, krok to miara działania. Krokami mierzy
się realizacje ustalonych zobowiązań, krokami uczy się języków
i różnych umiejętności, kroki magicznie organizują nam plany.
Wszystko to inaczej jawiłoby się nam jako nadmiernie skomplikowane.
A tu mówi się, ilu kroków potrzeba. I wiemy, że rzeczy i sprawy są
pod kontrolą. I tak, krok po kroku, jakoś to wszystko da się zrobić.
Najważniejszy jest pierwszy krok. Wyznacza kierunek, świadczy
o podjęciu decyzji, daje poczucie przełamania bezczynności. Pierwszy
krok został zrobiony, już jest za nami. Przed nami tylko reszta.
Ważne czasem, kto go zrobi. Jeśli zaangażowanych w działanie jest
więcej osób, osoba inaugurująca może zdobyć pewną przewagę, choć
jednocześnie ryzykuje. A jeśli jesteśmy skonfliktowani, ważne, kto
pierwszy zrobi pierwszy krok do zgody. Z niezgodą było pewnie
podobnie, choć o tym, kto pierwszy zaczął, nieczęsto mówimy jako
o wykonawcy pierwszego kroku.
Bo kroki są raczej dobre – jeśli je mamy zrobić lub robimy.
I to nie tylko te pierwsze. Ważne i najczęściej dobre są też te
ostatnie. Bywają decydujące. Jeszcze jeden krok i stanie się to,
o co chodziło. I my powinniśmy ten ostatni krok, także wymagający
decyzji, zrobić.
Jest trochę inaczej, gdy jesteśmy o krok. Albo gdy byliśmy. To,
co o krok, może być pożądane, ale może też być groźne. Jesteśmy
o krok od sukcesu. Tylko się cieszyć. Byliśmy o krok od kompletnej
klęski. Dobrze, że tego kroku nie było.
Tutaj jest tylko jeden jedyny krok do zakochania. Nie mówi się, czyj
to krok, on jest tak ogólnie i trzeba go zrobić. Może ty, może ja, może
oboje – ważne, żeby go zrobić jak najprędzej, „dopóki się zapala
wzrok, dopóki się splatają ręce”. To ciekawy moment, taki krok przed
czymś, a właściwie do czegoś. „Krok do” wskazuje na kierunek.
Mówiło się czasami o strategii „krok w przód, dwa kroki w tył”, tu
jednak kierunek jest wyznaczony. Trzeba zrobić w nim, w tym
kierunku, jeden tylko krok. Póki jest, jest „do”. Do zakochania. Jak
przestanie być, bo go nie zrobimy, będzie „od”. I będzie można
powiedzieć, że się było krok od zakochania.
Na razie dobrze, że jest „do”.
108
Dobra jest
Powiedzenie
„No dobra” mówimy, przechodząc nad czymś do porządku dziennego.
„Dobra” – zgadzamy się z kimś co do czegoś, przyjmując wyjaśnienie
czy podejmując zobowiązanie. „Dobra, dobra” podwajamy, wyrażając
wątpliwości, może dobrodusznie, ale jednak.
Ta żeńskorodzajowa forma uchodzi za trochę mało elegancką. Nie
powinna się pojawiać w wyszukanej mowie, nie tylko w roli kpiących
domniemywań o przesadzie czy oszustwie, także w roli skwapliwej
zgody. „Dobrze” jest dobre, „dobra” mniej dobre. No i dobrze.
Tymczasem, jak się zdaje, ta żeńska forma ma piękną tradycję.
Słuszna jest ją przypomnieć. „Słuszna”, czyli „słuszna rzecz”. Jest to
rzeczą słuszną, więc można też powiedzieć, że słuszną jest o tym
mówić. Bo wszyscy wiedzą, że gdy rzecz, o której słuszności się
orzeka, nie jest wyrażona, to jest to rzecz po prostu. Ewentualnie
może równoznaczna z nią „sprawa”. I takie pominięcie rzeczy (czy
sprawy) jest właściwe.
Nie rozciąga się to zbyt szeroko na inne przymiotniki, te
konkretniejsze tej redukcji nie dopuszczają, jednak „dobra” wydaje się
też dobra do takiego opuszczenia. Jak tylko samo „dobra”, to
wiadoma rzecz, że rzecz. No, może sprawa. Owszem, i rzecz bywa
dobrą rzeczą. Czasem dobrą rzeczą jest powiedzieć coś jasno,
wyraźnie i do końca, nawet z niekonieczną dosłownością. To dobra
rzecz. Rzadziej sprawa. Ale można próbować redukować.
Inna rzecz (samo „inna” chyba tu nie wystarczy), że taka redukcja
naturalniej sięga po rodzaj nijaki. Dobre! Niby nijaki, a wszystko
łatwiej ogarnia, zwłaszcza jak to nie wiadomo dokładnie co. „Coś” jest
nijakie, „to” nijakie, i „wszystko” też. Więc może być i dobre.
„Wiadomo” to przysłówek, ale „jasne” to nijaki przymiotnik. Jasne. Też
jakieś takie nijakie.
Żeńska, ograniczona do rzeczy, ale nie każdej. Powiedzmy,
do nielicznej. Nijakie, niemal wszechogarniające. Męski, bez takiej
możliwości. Trudno, to, co ogólne i ważne, nawet rzeczownikowo
nazwane rzeczą, męskie nie może być.
„Dobra jest!” jest silnie afirmującym rzeczywistość okrzykiem. Różni
się nieco od dosłownego „dobrze jest”. Przysłówek może się znaleźć
i na końcu, wyrażając bardziej ogólną i spokojną, odpowiedzialną
aprobatę tego, co jest: „jest dobrze”. „Dobra” na końcu takiej
akceptacji się nie znajdzie. W „jest dobra” nie wiadomo by było,
co jest, za to jak dobrze, można rzec: „dobra jest”.
Mniejsza elegancja, większa potoczność, to może i większa
szczerość. Może i lepiej, jak „dobra jest”, niż gdy jest dobrze.
Zwłaszcza dlatego, że w istocie nie pretenduje to do opisywania cech
świata czy tej rzeczywistości, która akurat nas otacza, jest za to
ekspresyjne, emocjonalne, reaktywne. Nie o to chodzi, że to i to jest
dobre, chodzi o to, że tak w ogóle zgadzamy się z tym, co jest, na to,
co jest, i wszystko gra.
I dobra jest.
109
Dobranoc, pchły na noc...
Formuła żartobliwego dziecięcego pożegnania
Osobliwe życzenie. Rzeczywiście, pchły bywały szczególnie w nocy
dokuczliwe, jedyna z nich pociecha, że pluskiew wtedy nie było, gdy
były pchły. Ale trzeba przyznać, że pchłom zdarzało się dawać twórczą
inspirację, o pchle pisali Goethe, Leskow, u nas Krasicki i Mickiewicz,
a o najbardziej znanej, szachrajce, Brzechwa; w muzyce umieścił ją
Musorgski. W kulturze rozrywkowej pchła też zajmowała znaczne
miejsce, choćby dzięki popularnej grze „w pchełki”.
W ogóle trzeba uznać, że nasz stosunek do pchły charakteryzował
się ambiwalencją. Z jednej strony dokuczliwa i nieznośna, gryząca
i budząca, z drugiej – jakoś śmiesznie sympatyczna i często
uczłowieczana. A i ludzie, zwłaszcza gdy skakali, bywali do pcheł
porównywani nie tylko pogardliwie. Coś w tym musiało być.
Nazwę pchła ma dziwną, przez historię powykręcaną, jeszcze w XVI
wieku nazywała się „błcha”. Obecnie jest równobrzmiącym
homonimem z niepoprawną formą przeszłą rodzaju żeńskiego
czasownika
„pchnąć”,
żartobliwie
wykorzystywaną
w pseudooperetkowej arii „tyś pchła, tyś pchła mnie do miłości tej”
oraz do zabawnego homoioteleutonowego ciągu „pchła pchłę pchła”.
Jakoś „wepchła” się ta pchła do naszej kultury i wypchnąć nie daje.
W wierszyku dobranocnym jest dla swojej jednosylabowości, dzięki
której pasuje do zrytmizowanej rymowanki. Rym nie jest tu specjalnie
wyszukany, w końcu dwie noce są tu po prostu zestawione, przy czym
jedna właśnie w konstrukcji słowotwórczej zwanej zestawieniem:
„dobra + noc”, druga w wyrażeniu przyimkowym „na noc”. Rytm jest
utrzymany, bo w tym wyrażeniu akcentujemy akurat przyimek, nie
rzeczownik, podobnie zresztą jak w „na wieś” czy „do mszy”.
A rymowanie jest potrzebne, bo żegnać się jest zawsze trochę
przykro i chciałoby się to czasem osłodzić jakimś rymowanym żartem.
Czasem czułym, jak: „pa pa, całusów sto dwa”, czasem rubasznym,
jak: „do widzenia, ślepa Gienia”, a czasem przewrotnym, jak ten
o nocnych pchłach.
Żeby więcej było przewrotności i rymu, dodawało się jeszcze tym
pchłom (i tym żegnanym) towarzystwo w postaci karaluchów, które
były uzasadnione także rymem: „karaluchy pod poduchy”. Karaluchy
swoją dużo większą, namacalną konkretnością, zwłaszcza
w zestawieniu z poduchami, dawały obraz pełny i dość nieprzyjemny.
To znaczy dawałyby, gdyby to było serio. Ale nie było, wiedzieliśmy
o tym i dobrze się bawiliśmy, co było tak ważne przy przykrym
w końcu wieczornym pożegnaniu na całą przynajmniej noc.
A przy tym na noc było kiedyś w dobrym tonie trochę, choćby
na niby, dla żartu, postraszyć rozfiglowane dziecko czy płoche
dziewczę.
Karaluchy i pchły. Hu, hu!
110
Dobry uczynek, to jak Kali zabrać komu
krowy
Henryk Sienkiewicz (1846–1916) „W pustyni
i w puszczy” (1911)
Zły uczynek, to jak ktoś Kalemu zabrać krowy, mówi Kali, i dobry
mądry biały polski sahib Staś zgadza się z nim i cieszy z pojętności
etycznej ucznia. Ale jak Kali pokazuje jako dobry uczynek własne
przywłaszczenie cudzych krów, dobry Staś się smuci. Bo Kali myli
dobro z korzyścią.
Relatywizm etyczny Kalego częściowo nas bawi, częściowo przeraża,
a zawsze jego przypomnienie daje nam dwie korzyści: uważamy się
za lepszych od Kalego i tych, których okazjonalnie nazwaliśmy Kalimi,
a poza tym za mądrzejszych, rozumiejących, nawet po części
wybaczających ludzkie kalekie skłonności. A czasem, bywa, czujemy
się usprawiedliwieni z własnych słabości.
Etyka Kalego jest przywoływana skwapliwie i często, gdy sądzimy,
że ktoś, kierując się własnym dobrem, które my uważamy
za nieuzasadnioną korzyść, inną miarę do własnych uczynków
przykłada niż do uczynków bliźnich. I gdy, jak sądzimy, uważa,
że jemu wolno robić to, czego zrobienia sam odmawia innym.
Postępuje tak, jakby myślał, że jemu wolno to, czego innym nie
wolno. Innym – to często zwłaszcza nam. On może, my nie – tak on
myśli. My wiemy, że ma być po równo i jak co jemu jest wolno, to
nam powinno być też. Może nawet bardziej.
Rzadko rzeczy są jednakowe, odwracalne i symetryczne. To,
co według nas on myśli, że mu wolno, zazwyczaj różni się od tego,
co on nam czynić zakazuje. Czasem to bywa podobne, czasem mniej.
A co my mówimy, zarzucając komuś moralność Kalego? I czy
rzeczywiście chodzi nam wtedy zawsze o pełną równowagi
sprawiedliwość? A jeśli nawet tak, to czy nie my jej ramy
wyznaczamy? Czy nie bywa tak, że nam wolno komuś taką śmieszną
nieetyczność zarzucić, a on nam jej zarzucić nie może? I czy to nie
jest przypadkiem odmiana moralności Kalego? (ostatnio znalazłem
uczone wyrażenie „syndrom Kalego”).
Kali był Murzynem, był poczciwy i o niebo prymitywniejszy
od białego i szlachetnego Polaka Stasia Tarkowskiego. Jego etyka nie
wynikała z nieuczciwości, lecz z dobrodusznej naiwności. Gdyby
poznał Prawdę i Sprawiedliwość, zrozumiałby swój błąd. Dzisiejsi jego
naśladowcy to dranie, w najlepszym przypadku obłudnicy, składający
swoją hipokryzją perfidny hołd cnocie. My, zarzucając innym
moralność Kalego, jesteśmy zwykle ironiczni. Mówimy o poczciwym
myleniu dobra z korzyścią własną, myślimy o manipulacjach
i nieuczciwej przewrotności.
„Dobry uczynek”, „zły uczynek”. W sumie Stasiowi chodzi
o egzemplifikację etycznych, ale abstrakcyjnych kategorii. Po co komu
pojęcie dobrego uczynku? Do wytworzenia systemu akceptacji,
do samopotwierdzania się? Dobry uczynek jest przecież wtedy
najlepszy, gdy nie wiemy, że go czynimy.
Kali nie najlepiej wiedzieć, ale w ogóle być dobry Murzyn.
111
Dobry żart tynfa wart
Przysłowie, Aleksander Fredro (1793–1876) „Pan
Jowialski” (1832)
Proste
rymowanki,
dobrze
zrytmizowane
mogą
liczyć
na powtarzalność, nawet jeśli zawierają jakieś niejasne wyrazy. A rym
tu rzadki, męski, połączony z sugestywnym anapestem (dwie
nieakcentowane sylaby, trzecia akcentowana), co daje wyrazistość.
Niewiele to było, tynf, właściwie tymf: realnie wart był niewiele
ponad dwanaście groszy, co czyniło go tak zwaną podwartościową
monetą. Wypuszczano ich w roku sześć milionów, co napędzało
inflację. Świadczyłoby to o tym, że i żarty, nawet dobre, w niskiej były
cenie. Ciekawe, ile były warte te złe. Pewnie trzeba było do nich
dopłacać.
A za żarty oczywiście płacono. Błazen, trefniś, nadworny żartowniś,
nawet jeśli miał stałą gażę i utrzymanie u wielkiego pana,
za poszczególne żarty też był opłacany, najczęściej dostawał coś
w brzęczącej monecie, o różnych nominałach.
W naszym mówieniu o wartości czegoś, czy w ogóle o pieniądzach,
często pojawiają się niskie kwoty: bywa, że podkreślając wysoką cenę,
mówimy: „parę złotych na to wydałem”, o dobrych zarobkach
powiemy „ładny grosz” i tak dalej. Nawiasem mówiąc, „grosze”
w liczbie mnogiej to zwykle dużo mniej niż taki pojedynczy grosz.
Zresztą wszystko zależy od intonacji. I tutaj ten tynf ma podkreślać,
że ten żart w ogóle wart jest jakiejś kasy. Choćby symbolicznej.
Tak zresztą, z użyciem małych kwot, mówiło się i mówi w innych
kulturach – w Anglii na przykład dawano pensa za zdradzenie myśli,
w Ameryce – centa.
Kiedy mówimy o cenie żartu, żartu dobrego, mówimy o jego
docenianiu. Wystarczyłby szczery śmiech, ale o taki spontaniczny
czasem trudno. Możemy uznać, że pochwała, czasem nawet poważna,
będzie też dla żartownisia satysfakcjonująca.
Mamy dużą gotowość do pozytywnego reagowania na żarty. Sama
zapowiedź żartu pozytywnie nas nastraja, choć zapewne lepszy jest
żart mniej oczekiwany – jeśli można liczyć na uwagę bez zapowiedzi.
Tylko żarty na nasz własny temat lubimy mniej. To normalne: gdy
ktoś śmieje się z nas, trudniej śmiać się razem z nim.
I dlatego, wiedząc, że umiejętność śmiania się z siebie znamionuje
pewną klasę, możemy tym tymfowym powiedzeniem pokazać, bez
konieczności śmiechu, że tę klasę mamy. Możemy powiedzieć o tym
tymfie tak, jakbyśmy rzucali błaznowi monetę – tak właśnie przecież
płacili za żarty ich samych dotyczące nadwornym trefnisiom.
Dobry żart jest czasem opłacalny, choćby tym, że zjednuje ludzi.
Dzięki dobremu żartowi możemy wejść do najlepszego towarzystwa.
Ale jeśli z żartem nie trafimy, wyrzucą nas i ze złego.
112
Dobrymi chęciami piekło wybrukowane
Przysłowie, odn. Jozef Korzeniowski (1859)
Diabeł w „Fauście” pokazuje się jako ten, kto, chcąc zła, czyni jednak
dobro – ta jego świadomość może nieco zachwiać naszym
przeświadczeniem o tym, że Zły to samo zło. Ale nie działa to
symetrycznie – nie powiemy przecież, że niebo ma choćby
przedsionek wybrukowany chęciami złymi. Dobro, boskość, anielstwo
– to dobro i już. Dobra chce i dobro czyni. Ze złem bywa różnie.
Źle chcieć to jednak bardzo źle. Nie lubimy takich, co chcą złego,
choćby wychodziły im z tego w końcu dobre rzeczy. Złe intencje
bardzo źle oceniamy.
W istocie przy ocenianiu człowieka skłonni jesteśmy bardziej brać
pod uwagę chęci i zamiary niż ich realizacje. Jeśli ktoś chciał
dobrze, to jest w porządku. I jeżeli mu się nie udało, może liczyć
na nasze wybaczenie. Jeżeli, choć chciał dobrze, wyszło jak zwykle.
Wiemy przecież, bo przekonaliśmy się o tym na własnej skórze,
że człowiek strzela, celując najlepiej jak potrafi, ale to Pan Bóg nosi
kule.
Jesteśmy wyrozumiali.
To powiedzenie o piekle ma jednak powściągać naszą
wyrozumiałość,
zwłaszcza
wobec
różnych
konsekwentnie
nieskutecznych czy, jak się czasem mówi, przeciwskutecznych
poczciwców, których życzenia i chęci nie idą w parze ze sprawnym
działaniem, a czasem zgoła z działaniem w ogóle. Ich dobre chęci nie
przynoszą, i tym razem też nie przyniosły, oczekiwanych przez nas
i podobno zamierzonych efektów. Mówimy tak zwłaszcza często
w zdenerwowaniu, kiedy liczyliśmy, że coś dobrego będzie miało
miejsce, zależało to od kogoś, kto teraz tłumaczy, że przecież chciał
dobrze.
I co z tego, że chciał! Chęci nie wystarczają, o chęci łatwo, trzeba
było się choć trochę postarać, a nie tylko chcieć. Ponadto łatwo jest
deklarować chęci, trudniej je udowodnić. Udowodnić najprościej
można było skutecznym działaniem. Mamy prawo nie wierzyć w takie
chęci...
I możemy tak też zareagować na tłumaczenia prawdziwych
nieudaczników, nawet jeśli im wierzymy, że chcieli dobrze – wtedy
sami pokazujemy się jako efektywni twardziele.
Piekło jest, mówi to porzekadło, dosłownie wybrukowane takimi
dobrymi chęciami. Było ich tak wiele, że starczyło na wybrukowanie
całego piekła. I może właśnie diabły cieszą się szczególnie,
wykorzystując tę mnogość zamiarów i uczynków niepasujących
do siebie. Jako bruk bardzo im zapewne pasują.
A ta metafora pokazywała zarazem nasze wyobrażenia o diabelskiej
przewrotności piekielnej i o samym piekle jako wyposażonym
w atrybuty nowoczesności brukowanym mieście.
Dziś pewnie te chęci są inaczej w piekle zagospodarowane.
113
Dobrze, dobrze być cysorzem
Andrzej Waligorski (1926–1992)
o cysorzu” (1965)
„Ballada
Kiedy to właśnie pisałem, w radiu zaśpiewał Tadeusz Chyła.
Słuchałem uważnie: czy zaśpiewa, że cysorz jest „tyranem
i krwiopijcą”, czy „świnią i krwiopijcą”? Chyła zaśpiewał o świni, ale
Waligórski napisał o tyranie. Ale może o świni też, teksty piosenek się
zmieniają, autorzy też je poprawiają. Do poetyki tego znakomitego
poety oba słowa pasują.
Spróbujmy najpierw serio. Zacznijmy od tego, mimo co dobrze jest
tym cesarzem być. Czy mimo jego przaśno świńskiej nieetyczności,
czy mimo patetycznego publicystycznego tyraństwa. W każdym razie
ani jedno, ani drugie, ani też nawet i to, że krwiopijca, w ostateczności
nie przeszkadza.
Bo po pierwsze: taki zestaw epitetów wskazuje, że chodzi tu
o oskarżenia z zewnątrz, wyraźnie perswazyjne i dlatego nie do końca
wiarygodne. Nazwanie kogoś okrutnym krwiopijcą przesuwa zarzut
w sferę groteski lub nazbyt śmiesznie pretensjonalnego oburzenia.
Po drugie: nagromadzenie i przemieszanie radości życia
i okrucieństw w piosence jest zabawne, a prymitywizm cesarza,
spotęgowany jego gwarową fonetyką, jest dla wielu z nas bliski
i wyzwala atawistyczne chęci dokazywania bez ograniczeń. Po trzecie
wreszcie: w ogóle dobrze jest być cesarzem.
A powiedzenie tego wprost może dawać nie lada satysfakcję. Kiedy
powiem sobie: „lubię, jak mnie chwalą”, „przyjemnie nie mieć
obowiązków”, a nawet, nieco tautologicznie powtarzając tę samą
myśl, „dobrze się czuję, kiedy mi nic nie dolega”, to nie tylko się
cieszę, że mówię prawdę, ale także sama ta nieco bezwstydna i niemal
naiwna szczerość daje mi poczucie specyficznego wyzwolenia.
Cesarzem być nie tylko dobrze, ale nawet „dobrze, dobrze”. Takie
powtórzenie dodaje i zadumanej refleksyjności, i przekonanej
pewności. Tu nie ma pierwszego „dobrze” i drugiego „dobrze”, jest
jedno łączne „dobrze, dobrze”, a właściwie „doobrze, doobrze”,
z marzycielsko przedłużonymi „o”. I z przecinkiem, co ważne,
bo „dobrze dobrze” z krótkimi „o” i bez przecinka to albo zgoda
na odczepnego, albo powątpiewanie.
Jeżeli być cesarzem jest dobrze, to być cysorzem chyba jeszcze
lepiej, a w każdym razie inaczej. Luz większy, zupełnie nie ma się
co i czym przejmować. Swoboda, też językowa. Stąd „cysorz” jest
potoczny. Życie ma klawe, z szafy bierze litra, cichcem zakłuwa
stryjca. Nie dość, że jest potoczny, to jeszcze i gwarowy – być
cysorzem to trochę co innego niż być cesarzem, a pewnie i trochę
inaczej „dobrze, dobrze”.
To było serio. A wiadomo przecież, że to ironiczne natrząsanie się
z prymitywizmu niektórych cesarzy i przez to aluzyjne wydrwiwanie
rodzimych kacyków i ich obyczajów. I jest to gryząca satyra.
Ale choć to gryząca satyra – czy nie jest dobrze być cysorzem?
Pewnie, że dobrze.
114
Duchowi memu dała w pysk i poszła
Juliusz Słowacki (1809–1849) „Fantazy” (1841)
Tak się zachowała Dianna wobec Fantazego według relacji jego
samego. Rzecznicki pyta, czy panna w Fantazym szczerze zakochana,
a ten wtedy mówi z romantyczną ironią o duchu i o pysku. Rzecznicki
reaguje dość dziwnie, bo woła: „wiwat!”.
Słowacki lubił używać słowa „duch”, i to bardzo rozmaicie. Nawet
długi poemat o duchu napisał. Tę właśnie króciutką scenę Fantazy
zaczyna okrzykiem na temat Dianny: „Co za duch! – O Jezu!”,
a po chwili na rzeczową propozycję Rzecznickiego reaguje informacją,
że w jego naturze „wielka się stała duchowa przemiana”. Na pięć
krótkich jego kwestii – trzy o różnych duchach.
Ta z pyskiem należy do najbardziej znanych i uważanych za jedną
ze smakowitszych u Słowackiego. Bo jakże to tak – duch z pyskiem?
Wprawdzie dostanie po pysku nie zakłada istnienia prawdziwego
pyska, można dać i dostać w pysk bez w pełni świadomego
przypisywania jakiejś twarzy tej zwierzęcej nazwy, ale prawda, że tu
nie tylko słowo „duch” sąsiaduje ze słowem „pysk”, lecz także to
dawanie w pysk do samego ducha się odnosi.
„Duch” bywa, także zazwyczaj u Słowackiego, słowem patetycznie
podniosłym. Gdy jest, jak tu, synonimem „duszy” i w odniesieniu
do siebie, powinien świadczyć o pewnym głębokim stosunku do tego
siebie samego. Jest w opozycji do marnego ciała, będąc przy tym
oczywiście wyższym. To raczej duch ma ciało niż odwrotnie, bo kiedy
mowa o duszy, to ja mam i jedno, i drugie, nie będąc ani jednym, ani
drugim. Słowo „duch” jest tak wzniosłe jak słowo „pysk” przyziemne,
a mówienie o dawaniu i dostawaniu po pysku – trywialne, by nie
powiedzieć: prostackie.
Pomieszanie stylów ma tutaj wyraźnie prowokacyjny charakter.
A także wiąże się z oryginalnym przypisaniem namacalnej cielesności
temu, co w nas duchowe. Cielesność taka sprzyja poczuciu realności
nie tylko wyobrażenia. Coś, co po pysku może dostać, istnieje realnie
i to bardzo realnie, jeśli realność daje się stopniować. Takiego ducha,
co dostał po pysku, pysk może boleć, ale też czuje on, że jest
naprawdę.
Śpiewający piosenkę Wasowskiego i Przybory o pani Monice śpiewa
o ekskluzywnych Sezamach, gdzie kino jest bez ogonka i gdzie „nieraz
nikt przez całą noc nie da ci w pysk”, jako o trudno wyobrażalnym
eleganckim miejscu. Dla niego branie, a zapewne i dawanie w pysk
jest dość standardowym społecznym zachowaniem. Ale też tak się
właśnie mocno żyje.
Dianna, zanim poszła, co także Fantazego dotknęło, dała duchowi
w pysk, nie w twarz. Już wolimy u ducha pysk zamiast
konwencjonalnie i przez to banalnie obrażanej twarzy. Mogłaby dać
mu jeszcze ewentualnie w mordę, ale to byłoby chyba już za wiele,
nawet jak na romantyczną ironię czy też na bardzo ironiczny
romantyzm.
Pysk wystarczy.
115
Dzieci i ryby głosu nie mają
Przysłowie, odn. Samuel Adalberg (1894)
„Mieć głos” odnosi się zazwyczaj do uznania dla czyjegoś organu
mowy i śpiewu oraz do uprawnień – w sytuacji głosowania lub choćby
radzenia w jakichś sprawach. „Miał głos w radzie”. Tutaj jednak nie
o taki ważny czy piękny głos chodzi. Chodzi o działania opresyjne.
To powiedzenie dorosłych przeciwko dzieciom. Dzieci tak nie
powiedzą, nawet gdyby chciały coś rzec przeciw sobie, bo pokazałyby,
mówiąc, że mają głos, i wyszłaby z tego sprzeczność. A dorośli
wykorzystują to powiedzenie przez siebie oczywiście wymyślone,
czasem żeby dzieciom nie dać wypowiedzieć własnego zdania, czasem
żeby je trochę uciszyć, a zazwyczaj właściwie w ogóle zamknąć im
usta. Najczęściej jednak z co najmniej miernym skutkiem.
Gdy stosujemy inną kolejność, dawniej częstszą, i ryby dajemy
na początku, można zobaczyć w tym nieuprawnioną wprawdzie, ale
próbę analogii, jakieś porównywanie dzieci do ryb, w każdym razie
uzasadnienie rybim brakiem głosu odbieranie go dzieciom.
W kolejności bardziej dziś rozpowszechnionej mamy chwyt bardziej
przewrotny: dzieci są na początku, przez co pokazuje się, że dzieci
z naturalnych przyczyn głosu nie mają, a ryby zresztą też, podobnie
jak dzieci. Pierwszeństwo ryb pozwala na jakieś, choćby prymitywne,
włączenie logiki – pierwszeństwo dzieci pokazuje oczywistość braku
dziecięcego głosu, zaledwie wzmocnioną sąsiedztwem ryb, które też
go nie mają, co nasze doświadczenie potwierdza. A w ten sposób
dzieci mają go nawet mniej niż ryby. Ale też powinny naszym zdaniem
w tej analogii znaleźć uzasadnienie.
Nie mówimy na ogół, że ktoś czegoś nie ma, jeśli nie spodziewamy
się po nim tego. Gdybyśmy powiedzieli, że dzieci i krzesła nie mają
głosu, byłby to nonsens – w zestawieniu z rybami dzieci nie mają tego
głosu bardziej sensownie.
Sugestywny jest tu szyk zdania nie tylko przez kolejność tych,
co głosu nie mają. Umieszczenie zaprzeczonego „nie mają” na końcu,
ta wyraźna czasownikowa kadencja udobitnia stosunek dzieci
do głosu. Gdyby było „dzieci i ryby nie mają głosu”, ważne byłoby,
czego nie mają – a tak ważne jest, że głos im nie przysługuje.
Rybom brak głosu chyba nie przeszkadza – jeśli się
porozumiewają, to pewnie jakoś inaczej. Dzieci bez głosu są jednak
nie do wyobrażenia. Dzieci są głośne, to ich niemal definicyjna cecha.
Dzieci się drą. I my się drzemy na dzieci. Zwłaszcza jak się drą. I tak
już będzie. Spróbujmy pomyśleć, że to zresztą dobrze – cisza
w dziecinnym pokoju często nie zwiastuje niczego dobrego. Już lepiej,
kiedy słychać dziecięce głosy.
Dzieci mają głos.
116
Dzieci lubią misie, misie lubią dzieci
Janusz Galewicz (1928–2014) „Miś Uszatek”
Tak śpiewał na dobranoc, dobry wieczór, miś pluszowy, o którym
mówili „Miś Uszatek”, bo klapnięte uszko miał. I nie jest pewne, co to
mogło znaczyć, bo w polszczyźnie szyk jest swobodny, i jak mówimy,
że dzieci lubią misie, to może znaczyć, że dzieci lubią, a misie są
lubiane, ale także może znaczyć, że zupełnie na odwrót.
Dziecko lubi misia – to jasne, ale możemy też powiedzieć, tylko
bardziej dziwacznie, że to misia lubi dziecko. A „dzieci lubią misie”
może oznaczać, że to dzieci są lubiane przez misie. Mogłoby się
wydawać, że to wszystko jedno w tym przypadku, bo zaraz przecież
dodajemy, że i misie lubią dzieci, więc wiadomo, że z wzajemnością.
Ale nie wiemy, kto pierwszy lubi: dzieci czy misie. A właściwie to może
być ta sama informacja dana dwa razy, z odmiennym szykiem:
najpierw mówimy „dzieci lubią misie”, mając na myśli dziecięce
obdarzanie sympatią misiów, potem, uściślając, dodajemy „misie lubią
dzieci”, podkreślając, że tak, to właśnie misie są przedmiotem lubienia
przez dzieci... A może jest jeszcze inaczej: może w obu zdaniach to
misie są lubiące, a dzieci lubiane?
Wtedy zresztą byłoby to nieco niepokojące, bo o ile nie wiedzieć
dlaczego młode naszych największych drapieżców są uosabiane
sympatycznymi dzieciom przytulankami, to misiowe lubienie może
mieć już charakter konsumpcyjny. No, małe niedźwiadki nie są może
tak zagrażające... Ta odległość między krótką, miłą nazwą
niedorosłego ssaka – misia, a dość groźną i długą nazwą dorosłego –
niedźwiedzia, jest zastanawiająca. Ta nazwa zresztą dopiero z czasem
stała się groźna, najpierw była eufemistycznym, łagodnym (z obawy
przed konsekwencjami) zastępnikiem nieznanego dziś, a zapewne
straszliwie brzmiącego wyrazu. Później z kolei i na dorosłego zaczęto
(osobliwie myśliwi) mówić, też pewnie z chęci wytworzenia innego doń
stosunku, „miś”.
A z tym lubieniem różnie może być. Jedna z dramatyczniejszych
biblijnych opowieści traktuje o dość drażliwym na punkcie własnej
urody proroku Elizeuszu, który zdenerwowany krytykowaniem swej
łysiny przez dzieci wołające „wstępuj, łysku, wstępuj, łysku”
(cokolwiek to mogłoby znaczyć) wezwał z lasu właśnie dwa
niedźwiedzie, które rozszarpały wredne bachory na strzępy. Aha, dla
ścisłości: to niedźwiedzie szarpały, a dzieci zostały rozszarpane. Chyba
te misie jednak niezbyt lubiły dzieci.
Ale zapomnijmy o tym, bo dzieci rzeczywiście lubią misie, różne
puchatki i uszatki, a chętnie sobie wyobrażamy, że te sympatyczne
puchate i uszate zwierzątka też lubią tych, którzy je lubią, i w ogóle
jest miło, puchato, miękko i ciepło. Na dobranoc można się też, jeśli
się jest dzieckiem, do misia przytulić.
A w wieku doroślejszym nazywać misiem kogoś, kogo się lubi albo
nawet więcej. I to niezależnie od płci. Popatrz na misia...
117
Dzień dobry, jestem z Kobry!
Jerzy
Dobrowolski
(1930–1987),
kabaret
radiowy
Rym. Serwus, jestem nerwus. Cześć, chcesz coś zjeść? Do widzenia,
ślepa Gienia.
Konwencjonalność codziennych językowych zachowań, zwłaszcza
powitań i pożegnań, może czasem drażnić. Stąd w kulturze tak
niekiedy rozbudowane etykietalne odmienności, stąd w języku
młodzieży różne szybko przemijające pomysły, stąd zaczerpnięcia
z innych języków. Ciao, arivederci. Bye, bye. Hellou. I skróty. Nara,
narazki.
Ten rym jest zabawny także dlatego, że przypomina przedstawianie
się. Przedstawianie się, jeśli towarzyszy powitaniu, opatrzone jest
najczęściej właśnie słowem „jestem”. Tak właśnie jest w równie
absurdalnym: „Serwus, jestem nerwus”. Na takie dictum trudno
cokolwiek sensownego odpowiedzieć, a i nonsensownego może być
ryzykowne. Tutaj jednak mamy inną informację. Nie tyle, kim jestem,
ile skąd. Czasem to bywa ważniejsze. Może z Centrali? Może
z KGZHM–u?
Tutaj – z Kobry. Dziś to może być odczytane jako nazwa firmy, sam
znam zresztą i lubię taką firmę, ale kiedyś nazwa „Kobra” była
jednoznacznie związana z telewizyjnym teatrem sensacji. I stąd różne
rzeczy były „jak z Kobry” i wręcz „z Kobry” – różne rzeczy straszne, ale
i telewizyjnie teatralne.
„Jestem z Kobry” było radiowe, przy tym luzackie. Znaczyło, że się
nie przejmuję, że konwenanse, owszem, znam, ale ich nie traktuję
zbyt poważnie, a z tym, z którym się witam, czuję się swobodnie.
I że jestem w dobrym humorze.
Można uznać, że o ile zwykłe nasze „dzień dobry” zleksykalizowało
się i niczego o dniu, zwłaszcza dobrym, nie mówi, to właśnie
wzbogacone o rymowany absurd może paradoksalnie przywołać to,
o co przecież chodzi: że dzień jest nie najgorszy, że dobrze się
czujemy i że tego samego życzymy temu, kogo spotkaliśmy, bo go
lubimy.
A „Kobra” jest przypadkiem. Mogłyby to być bobry, mógłby być
Bolesław Chrobry, byle się rymowało. Skądinąd rymów „dobry” zbyt
wielu nie ma, ale i przez to rym jest bardziej nacechowany, czasem
bardziej absurdalny, a o to także w tej swobodzie chodzi. A „Kobry” to
rym dobry, bo mógłby odsyłać do czegoś kryminalnego, ale właśnie
nie odsyła, bo jest absurdalny.
Jerzy Dobrowolski, autor wielu dobrych powiedzeń, choćby „biedny
miś” z „Nie ma róży bez ognia” czy „nic właśnie” skądinąd,
wypowiadał je wszystkie absolutnie bezpretensjonalnie, z ironicznie
poważnym przekonaniem, dodając im nieoczekiwanej atrakcyjnej
głębi. Ta Kobra, powtarzana przez parę dobrych lat, powinna była
mieć taką dobrowolską intonację. Dziś się jej już nie pamięta, ale
w pozdrowieniowym życzeniu sobie dobrego dnia gdzieś się przewija.
I często, gdy mówię albo słyszę takie „dzień dobry”, „Kobra” mi się
przypomina.
Jak to dobrze, że żaden slogan reklamowy nie zaczyna się od „dzień
dobry”...
118
Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma...
Agnieszka Osiecka (1936–1997), wyk. Maryla
Rodowicz, Stan Borys
Ponieważ prawdziwość w większym stopniu zależy od naszego
postrzegania niż od właściwości rzeczy, spokojnie możemy orzekać,
co jest prawdziwe, a co nie. Zwłaszcza, co naprawdę jest prawdziwe.
I zwłaszcza wtedy, gdy ta prawdziwość mieści się w sferze poniekąd
abstrakcyjnej. Często to dotyczy ludzi. Kto to jest prawdziwy
mężczyzna? Kto to mężczyzna, wiemy, a taki całkiem prawdziwy? Albo
prawdziwa kobieta, prawdziwy Polak, prawdziwy patriota czy
prawdziwy, powiedzmy, sportowiec. Taki prawdziwy. I łatwo wtedy
powiedzieć, że takich prawdziwych to nie ma.
Bo to są ideały. Platońskie idee. Archetypy. Wzorce i modele
istniejące raczej idealnie niż realnie. Gdybyśmy nawet nie mieli
aż takich idealnych wyobrażonych oczekiwań, to i tak zazwyczaj
postrzeganym przez nas egzemplarzom czegoś brak. Często też
myślimy sobie, szczególnie my, starsi, że kiedyś to ho, ho, wszystko
było prawdziwsze. I nie zawsze do końca sobie uświadamiamy, że to
bierze się stąd, że nasze smaki, widzenia, słuchy i wąchania były
wyrazistsze i pozwalały na ostrzejsze postrzeganie, co dawało
wrażenie większej prawdziwości. Wtedy o tym wprawdzie nie
wiedzieliśmy. Ale dzisiaj wiemy, że to wszystko było prawdziwsze. Czy,
inaczej mówiąc, dziś wszystko nie jest już takie prawdziwe. Ale
z drugiej strony i świat się zmienił...
Kiedyś to było... Dziś wiele z tych rzeczy, które są, jest tak nie
do końca, nie naprawdę. To już nie to, co wtedy. Kiedyś byli
na przykład prawdziwi Cyganie, a ci dzisiejsi są jacyś tacy...
Akurat w przypadku Cyganów tak chyba jest. Ani dziś wozów
kolorowych bezdrożami, ani ognisk błyszczących pod lasem z dala, ani
tańców, zamawiań i wróżb. A jeśli coś z tego jest, to dla folkloru.
I w ogóle Cyganów już nie ma. Są poprawniejsi politycznie
Romowie. Zrozumiałe, że nacje mają prawo do własnych, przez siebie
wybranych nazw, a w tym przypadku liczne skojarzenia mogą się nie
podobać: i cyganienie, i ocyganianie, i cygaństwo. Godzimy się
na Romów i nawet nam się to podoba, choć pojawiają się wątpliwości,
czyim to dziecięciem jest miłość i czy trzeba jeść teraz pieczeń
po romsku. Pewnie gdzieś we frazeologii, nie tylko tej nieprzychylnej,
trochę Cyganów zostanie.
Żal, że dziś nie ma różnych prawdziwych spraw, rzeczy i ludzi. I żal
większy jeszcze, że już nie będzie. Możemy się tylko pocieszać,
że po pierwsze, takich całkiem prawdziwych to w ogóle nigdy nie było
i nie ma, a po drugie, to przypisywanie prawdziwości ma charakter
przechodni i dla młodszych to, co teraz jest, jest naprawdę
i prawdziwe, a o tym, że jest to prawdziwe, dowiedzą się oni znacznie
później, kiedy to właśnie spostrzegą, że to, co wtedy ich będzie
otaczać, nie jest już takie prawdziwe, a w każdym razie nie jest takie
prawdziwe naprawdę, a tych prawdziwych już nie ma.
I tak dalej.
119
Dziwny jest ten świat
Czesław Niemen (1939–2004) „Dziwny jest ten
świat” (1967)
Czasem się zdarza, że częsta i naturalna refleksja powtarzana
od stuleci zostaje jednak w jakimś momencie związana z konkretnym
autorem, z określoną sytuacją i z jednym tekstem. Poczucie dziwności
świata jest jednym z bardziej naturalnych, ta konstatacja leży u źródeł
wielu ludzkich zawodów i wielu odkryć. Zwłaszcza gdy chodzi o świat
współczesny. Ale się porobiło. Dziwne to jakieś wszystko. Nic nie
rozumiem. Brednia okropna robi się na świecie.
To zdziwienie jest na tyle powszechne i niemal oczywiste,
że umieszczenie go w tytule pieśni i osnucie wokół niego całego wątku
myślowego utworu, a jeszcze do tego utworu programowego, mogło
się wydać naiwne, mogło świadczyć o zbytnim już nieskomplikowaniu
twórcy. A jednak ten rodzaj prostoty mógł być, i taki zresztą okazał się
w świadomości większości odbiorców, wyrazem poważnego,
głębokiego i krytycznego zastanowienia się nad światem.
Zdziwienie często jest powodem artykulacji sądu. To ono
usprawiedliwia wypowiadane zdania, które w innych okolicznościach
nie nadawałyby się do sensownego zastosowania. Mówię komuś,
że wszystko w porządku, gdy mogłoby nie być. Kiedy słyszę, że ktoś
uznaje to, co powiedziałem, za sensowne, podejrzewam zaraz,
że może za bardziej naturalne uznałby usłyszenie z moich ust czegoś
nonsensownego. Dziwię się, więc mówię. Kiedy nagle postrzegam,
że świat jest na tyle piękny, by to powiedzieć, jest w tym ukryta nuta
zdziwienia tym pięknem. Przecież to po trosze dziwne, że on jest taki
piękny.
Tu mamy także zdziwienie wyartykułowane. Zdziwienie nie pięknem
czy złem, ale właśnie dziwnością świata. Dziwię się temu, że świat jest
dziwny.
Kiedyś słowo „dziwny” łączyło się częściej z aprobatą niż naganą,
podziw przecież czujemy względem tego, co podziwiamy. Dzisiaj
mówimy o dziwności raczej wtedy, gdy nam się coś podoba mniej.
Zachwyt, podziw ustąpiły miejsca poczuciu niedopasowania, braku
rozeznania, a w zachowaniach konwencjonalnych – także
dezaprobaty. „On robi dziwne interesy”. Podejrzana sprawa.
„Zachowujesz się jakoś dziwnie”. Nie lubimy nienaturalności. „Dziwię
się, że pan tak uważa”. Gdybyśmy byli w bliższej komitywie,
zareagowałbym ostrzej. Dziwny ten świat nie jest godny podziwu.
Kiedy mówimy o czymś „ten”, wyrażamy do tego dystans.
I jesteśmy poniekąd bardziej obiektywni. W istocie jednak, wyrażając
przy tym opinie, pokazujemy pewne emocje. I mówimy o nich.
„W tym kraju nic się nie uda”. „Z tym człowiekiem nie da się
wytrzymać”. „Tak to na tym świecie już jest”. „Dziwny jest ten świat”.
Może tamten świat nie będzie taki dziwny.
120
Dzwonię do pana w bardzo nietypowej
sprawie
Janusz Weiss, Radio ZET (koniec XX i początek
XXI w.)
Kiedy dzwonię, nie ma potrzeby mówić, że dzwonię. Tym bardziej
że już właściwie nie dzwonię, lecz przed chwilą zadzwoniłem, a teraz
już rozmawiam. Ale tak się przyjęło, że ten czas teraźniejszy
czasownika „dzwonić” rozciąga się na czas rozmowy. A mówi się tak
często dla wstępu, niejako usprawiedliwiając się z nawiązania
kontaktu, którego być może rozmówca wcale by sobie nie życzył,
a w każdym razie zapewne życzyłby sobie, żebym taką ewentualność
wziął pod uwagę, bo świadczyłoby to o mojej grzeczności, a on
zapewne z grzecznym wolałby mieć do czynienia.
„Piszę do Pana... trzebaż więcej?” pisze do Oniegina Tatiana
i pewnie by niczego więcej nie było trzeba, samo napisanie starczy,
zwłaszcza zwracające uwagę na napisanie, że się pisze. Można też
czasem powiedzieć, że się mówi do kogoś, co zwykle ma zwrócić
uwagę na to, że się mówi. „Mówię do ciebie!”. To właściwie tyle,
co „słuchaj”. Przy „piszę” jest oczywiście inaczej.
A „dzwonię”? Samo „dzwonię”, nawet „dzwonię do ciebie” czy też
„do pana” raczej nie wystarczy, tu potrzebne wyjaśnienie, po co.
Podobnie byłoby ze „zwracam się do pana”. Zwracam się o coś,
dzwonię w sprawie.
Sprawa jest nietypowa, co sprawia, że dodatkowo wymaga
zwrócenia na siebie, czyli sprawę, uwagi. Ta nietypowość sprawy
sprawiać może, że tłumaczę się z tego, że dzwonię, jeszcze gęściej,
ale też może sama nietypowość być dobrym tego wytłumaczeniem.
Taka zapowiedź może spowodować u adresata zaniepokojenie i zacząć
przygotowywać do czegoś mniej pożądanego, bo na przykład
kłopotliwego, ale może też wywoływać jego nadzieję na ciekawą,
oryginalną sytuację. Nietypowe to przecież oryginalne, a oryginalne –
ciekawe.
No i jest to sprawa. Coś się dzieje albo będzie działo. Jest jakaś
sprawa. Może nie Sprawa, ale to z kolei inna sprawa. W tej sprawie
już jest dzwoniący, a może się znaleźć i wydzwaniany. Zaraz, po tej
zapowiedzi, dowie się on, co to za nietypowa sprawa. Już po części go
ona dotyka, musi dotykać, bo inaczej by do niego nie dzwoniono,
a za chwilę pewnie się w niej znajdzie albo przynajmniej będzie mógł
się znaleźć.
Sprawa jest nie po prostu nietypowa, jest bardzo nietypowa. Sama
nietypowość to już dużo, rzadko spotykamy rzeczy i sprawy tak
nietypowe, że ta nietypowość wymaga aż tego wzmacniającego
przysłówka. Można sądzić, że to wzmocnienie częściej wzmacnia
perspektywę oczekiwania na coś przyjemnie ciekawego niż
niepokojącego, w niepokojących okolicznościach dzwoniący by chyba
nie podkreślał i nie wzmacniał, wolałby pewnie stonować tę
nietypowość.
Zatem oczekujemy, co też to takiego. Zaraz się dowiemy. Dowie się
ten, do kogo dziennikarz dzwoni, i radiosłuchacze też się dowiedzą.
Oni dowiedzą się wcześniej i lepiej, będą wiedzieli tyle niemal,
co dzwoniący. A jego rozmówca – mniej, i nie będzie świadom
żartobliwości sprawy.
To nietypowa sytuacja. Bardzo nietypowa.
121
Ej, przeleciał ptaszek kalinowy lasek
Pieśń ludowa z okolic Olkusza
Z wielu piosenek zespołu Mazowsze ta chyba została najbardziej
zapamiętana. Śpiewa się i „ej”, i „hej”, bo po prawdzie nie bardzo
wiadomo, na czym polega różnica.
W ogóle różnica jest. Gdy chcemy silniej wyrazić jakąś tęsknotę, czy
w ogóle naszą szeroką duszę, zwłaszcza w związku z odległością, albo
gdy chcemy wezwać kogoś do czynu, lepiej użyć „hej”, gdy zaś
chcemy wyrazić wobec kogoś podejrzenie, choćby trochę
żartobliwe, to z kolei bardziej pasuje „ej”. Mamy też rozwinięcia tych
okrzyków o partykułę „-że”: „hejże”, „ejże”, ale to już co innego –
„hejże” czy „hajże” może być na przykład na Soplicę, „ejże” zwykle
związane jest z wyrażaniem niedostatecznej wiarygodności
interlokutora.
W piosenkach, także w tej o ptaszku i lasku, może być i „ej”, i „hej”.
Było akurat „ej”. Ptaszki nadają się do piosenek ludowych. Przylatują
z Łobzowa, by usiąść na rynku Krakowa, latają po ulicy, szukając ziarn
pszenicy. U poety ptaszek siedzi na drzewie i ludziom się dziwuje.
Beztroskie one, czasem niebieskie, fruwają i dobrze im. Nie sieją, nie
orzą. Mogą latać, gdzie chcą, przelatywać, przez co chcą.
Ten ptaszek przelatuje przez lasek, ale zapewne, ściśle rzecz
ujmując, nad laskiem. Przez cały lasek, ale nad nim, nie między
drzewami. Może właśnie dla tej niepewności przyimka unika się go
tutaj i śpiewa bezprzyimkowo, że ten ptaszek przeleciał lasek. Kiedyś
to była poprawna forma, a i dziś można przelecieć jakiś teren,
na przykład w poszukiwaniu czegoś. „Przeleciałem całe miasto i nic” –
to tak jak „przebiegłem” czy „przejechałem miasto”. Ale wydaje się,
że częściej bezprzyimkowe „przelecieć” ma charakter metafory. Można
szybko przeczytać, czyli przelecieć oczyma czy wzrokiem książkę czy
gazetę, można wreszcie...
No właśnie, ta dość rozpowszechniona mniej przyzwoita metafora
chyba utrudniła inne zastosowanie tego czasownika bez przyimka,
może i z przyimkiem. Nie świadczy ona co prawda najlepiej
o opisywanej przez siebie międzyludzkiej relacji, zwłaszcza ze względu
na nikłe zaangażowanie tej bardziej aktywnej strony, ale w sumie nie
wydaje się jakoś szczególnie niesympatyczna. A tutaj mogłaby być
dodatkowo umotywowana, choćby ze względu na dosyć
ustabilizowane użycie słowa „ptaszek” i w potocznej przenośni,
i w konwencjonalnie aluzyjnie wyrażanych piosenkami wyobrażeniach
ludowych. A i lasek tu też pasuje, zwłaszcza kalinowy...
Nic dziwnego, że w późniejszej popularnej parafrazie, śpiewanej
jako tango, zauważano, że „wszyscy uczeni byli tangiem oburzeni”,
mając na myśli najpewniej uczonych językoznawców.
Ale to wszystko, jak to w ludowych piosenkach, żartem, choćby jak
tu, nie najsmaczniejszym.
122
Ej, ty na szybkim koniu, gdzie pędzisz,
kozacze?
Antoni Malczewski (1793–1826) „Maria” (1825)
„Ej, ty na szybkim koniu!.... Dalej wiecie... Wieszcz wielki sobie
zapytanie czyni” – cytował poniekąd ironicznie Słowacki ten początek
romantycznego poematu kilka lat później, pokazując, że nie tylko dla
niego, lecz i dla nas oczywiste jest, jak dalej było. A Malczewski był
rzeczywiście wtedy uznawany za romantycznego wieszcza, choć
została po nim tylko „Maria”.
Wśród wielkich narodowych zdań często pojawiają się pytania,
zwłaszcza na początku tekstu. Czasem ważne pytanie jest nazwane
pytaniem, jak „być czy nie być” Hamleta, czasem dotyczy rzeczy niby
błahych, jak przyczyn wchodzenia na statek czy miejsca
niegdysiejszych śniegów. W polskiej literaturze też ich trochę można
znaleźć, przy czym ciekawe, że trzy bodaj najbardziej znane dotyczą
przemieszczania się: jedno miejsca, skąd się wraca, i chodzi w nim
o Litwinów, dwa – kierunku zmierzania. Jedno z nich jest po łacinie
i stanowi tytuł bardzo znanej książki, drugie to to o kozaku.
Ten kozak pisany jest małą literą, bo to funkcja i status, nie
pochodzenie. A samo pytanie ma charakter retoryczny, poeta tak się
zastanawia nad celem kozaczego pędu na szybkim koniu (czy
na innym pędzić można?), a szybki ten pęd być musi, skoro
przypomina zawody z wiatrem ukraińskim.
Pytania rozpoczynają nasze rozmowy, nasze spotkania. Pytamy
konwencjonalnie, co słychać, jak leci, nie oczekując wyczerpujących
odpowiedzi, ale uznając to za właściwe.
Cytat-pytanie dostarcza dużych możliwości konwersacyjnych. Łatwo
zagabnąć czy zagadnąć, jeśli inwencji nam nie staje, właśnie
korzystając z cudzego pytania. Petroniusz klasycznie zaczepia Ligię,
cytując Homera; początek „Wesela” często rozpoczyna nasze rozmowy
nie tylko o polityce. Fragmenty utworów często zostają cytatami,
bo dobrze nimi o coś pytać.
Tak było i w tym przypadku. To dość zrozumiałe, często ciekawi
nas, dokąd ktoś idzie, a zwłaszcza, dokąd pędzi, jeśli pędzi.
Wprawdzie to „ej” może się wydawać nieco bezceremonialne,
zwłaszcza w połączeniu z zaimkiem „ty”, co dawać może pozór
zaczepki „ej, ty tam!”, ale w stosunkach przyjacielskich to całkiem
dopuszczalne, a przy założeniu rozpoznania cytatu może budować
więź kulturową.
Ja w każdym razie, gdy ciekawi mnie, dokąd to ktoś się śpieszy, jeśli
moim zdaniem śpieszy się nadmiernie, mam ochotę go tak właśnie
zapytać. I jeżeli nie pytam, to raczej nie dlatego, że obawiam się
zdziwienia nagabniętego z powodu nierozpoznania cytatu. Raczej
dlatego, że czuję, nie wiem przy tym, czy właściwie, że nadmierna
jego rozpoznawalność pozwoli mu posądzić mnie o nadmierną
pretensjonalność.
Jest i inna trudność. Oto jeśli ktoś nie pędzi, trudno go pytać, dokąd
pędzi. Jeśli zaś pędzi, trudno go w ogóle o cokolwiek pytać, zwłaszcza
przydługim i nieco archaicznym cytatem.
123
Gadał dziad do obrazu
Przysłowie, odn. Walery Łoziński (1860)
Wzięło się to przysłowie z pieśni dziadowskiej, w której dziad nie tyle
gadał, ile przemówił do obrazu, a obraz mu nie odpowiedział. Czasem
i dziś spotyka się dłuższą wersję: „gadał dziad do obrazu, a obraz
do niego ani razu”, ale zazwyczaj przytaczana jest tylko pierwsza
część opowieści. Taka skrócona forma, czyli apokopa, wystarcza, jeśli
mamy do czynienia z powszechną znajomością tekstu. Przytoczenie
początku uruchamia skojarzenia. Ten tekst o rozmowie dziada
z obrazem jest wszystkim znany.
„Stał się cud pewnego razu, dziad przemówił do obrazu, a obraz mu
ani słowa, taka była z nim rozmowa. Same drzwi się otwierały, bo je
baby popychały, same dzwony tam dzwoniły, bo dziad ciągnął z całej
siły”. W tej dziadowskiej pieśni cuda są obśmiane, trywialnie
wyjaśnione lub obecne tylko w strukturze. Po rytualnej zapowiedzi
cudu „przemówienie” dziada może wprowadzić w błąd. Jak w licznych
zabawach językowych możemy dziada pomylić z obrazem i najpierw
sądzić, że to obraz mówił. Ale pieśniarz zaraz dopowiada, że obraz nie
tylko nie odpowiedział, ale nie wypowiedział ani jednego słowa.
Co strukturalnie jest pokazane jako dziwne, niewytłumaczalne nawet.
Dość zabawne, że dziad z tej ironicznej pieśni stał się
przysłowiowym każdoludziem (jedermenszem, ewrymenem) w pewnej
kłopotliwej, wywołującej frustrację sytuacji. Bo nastawienie
na kontakt, jego prowokowanie, gdy pozostaje bez odzewu, bez
reakcji językowej czy mimicznej, bywa przykre. Przykre bywa
stwierdzenie naszej językowej nieskuteczności. Mamy tu wiele
metafor: ludzie gadają do ściany, do lampy, muru, kamienia, pnia,
słupa. Nawet do radia. A one nic. Jasne, że nic, przecież to lampy
i słupy, tylko ci ludzie wychodzą na, powiedzmy, nieroztropnych,
bo do nich gadają. Czasami tylko osłabiamy metaforę i mamy
porównanie, wtedy mówimy o gadaniu „jak do ściany”. Lub „jak
do kamienia”. A często to właśnie o nas chodzi, i to my w tym
przysłowiu jesteśmy dziadami. Bo przecież nie pniami czy murami.
W przysłowiu dziad raczej nie ogranicza się do jednego kontaktu.
On gada, a obraz – ani razu. Wnosić należy, że tych razów było
więcej. Może zresztą obraz ma rację, bo dziad nie tyle mówi, ile gada.
Takie gadanie jest gorszym rodzajem mówienia. Gadanie dostaje
różne określenia, także przysłowiowe, z których „austriackie” jest
stosunkowo łagodne. Ludzie gadają jak papugi, jak pijani, jak
potłuczeni wreszcie, co może być bolesne. Nie warto słuchać.
Uświadomienie sobie naszego konwersacyjnego dziadostwa jest
przykre, ale skutkuje zaniechaniem, w tym przypadku deklarowanym.
Nic nie mówisz, nie reagujesz, nie przekonuję cię – to, przywołując
dziada, oznajmiam ci, że nie będę więcej do ciebie mówił. Już
przestaję.
Tylko muszę ci o tym powiedzieć.
124
Gadu, gadu, stary dziadu!
Powiedzenie ludowe (XIX w.)
Kiedyś „gadanie” odnosiło się do czynności poważnej i tajemniczej.
Gadacze, czyli wróżbici, gadali, czyli przepowiadali przyszłość. Ślady
tego mamy jeszcze w próbach jej odgadywania. W zagadce już nic
tajemniczego nie ma, bo zwykle ją rozwiążemy, w zgadywance jest już
zupełnie zabawnie, a gadatliwe gaduły są wręcz śmieszne. Kto wróżył
i przepowiadał, zwykł mówić niejasno, dla postronnych mogło to
brzmieć bez specjalnego lub w ogóle bez żadnego sensu, ale musiał
być odważnym ironistą ten, kto pierwszy w te rejony skierował
znaczenie słowa „gadać”.
Dla Mickiewicza gadanie bywało jeszcze poważne. Nie tylko
„milcząca szkarada” w „Dziadach” „nie gada”, on sam gada, i do nas
(„tak wszystko napisałem, jak tu do was gadam”) i jako Konrad
do Boga, a właściwie z Nim („Z Tobą ja gadam, co królujesz
w niebie”). To było na serio. Ale potem gadanie się strywializowało
i już od pozaprzeszłego wieku lepiej nie gadać, tylko mówić. Pogadać
z kimś można, zagadnąć kogoś też, ale gadać lepiej nie. Dobrze
wprawdzie „mieć gadane”, ale jak ktoś gada za dużo, może być
uciszony. A co najmniej ośmieszony, jak Lucjan Rydel, najpierw
w zabawnym warszawskim wierszyku, w którym gadał i gadał przy
padającym i padającym deszczu, potem w „Weselu”. W „Weselu” jest
też Dziad, do którego upiór Szeli mówi właśnie „gadu, gadu, stary
dziadu” i dodaje, że „trza się do roboty brać”, a ponura to, jak
pamiętamy, robota.
Nie wiadomo, kto pierwszy tak się zwrócił do dziada. Wincenty Pol
w „Pieśni o ziemi naszej” już to cytuje, widać i na „przedpolu” było to
częste.
Nieprzyjemny to zwrot. Po pierwsze, dziada się tu nie tylko ucisza,
lecz do tego wielorako lekceważy. Samo mówienie do dziada,
że dziad, jest mało kurtuazyjne. A tu jeszcze odmienia się go tym
gorszym, wschodnim wołaczem „dziadu”. Tak się dziada pozbywamy.
Spieprzaj, dziadu. Choć, jak pomyśleć, to „dziadzie” nie jest znowu
dużo lepsze. Tu dziad ma jeszcze pleonastyczną przydawkę, która
dodatkowo go postarza. To on nie wie, że stary? Czy dziad może nie
być stary? Ale jak się powie „stary dziadu”, to już całkiem się go
pognębi. I do tego to lekceważące powtórzenie. „Baju, baju”, „ple,
ple”, „picu, picu” – tak właśnie wykpiwamy tych, którzy są
niewiarygodni i plotą bez sensu.
Choć trzeba przyznać, że później przyszły dla gadu, gadu lepsze
czasy. Zaczęło się od autoironicznie sympatycznego „my tu sobie
gadu, gadu, a tam...”. Potem było „gadu, gadu, gadu nocą” Maryli
Rodowicz.
A dziś? Gadu-Gadu to jeden z popularniejszych komunikatorów,
interaktywnych, bezpośrednich, w czasie, proszę państwa,
rzeczywistym! I możemy sobie wchodzić na Gadu–Gadu i gadać
interaktywnie i bezpośrednio, ile tylko chcemy.
Bo „gadu, gadu” na tym polega, żeby bez ograniczeń i co się chce.
Nawet stary dziad może.
125
Gdyby ciocia miała wąsy, toby był
wujaszek
Przysłowie, w tej wersji odn. Alfred Dygasiński
(1885)
Cechy płciowe, nazywane nie wiedzieć czemu drugorzędnymi, są
przecież bardzo ważne. Zazwyczaj dostatecznie wyraźnie określają
płeć, typ owłosienia jednoznacznie na nią wskazuje. Broda może, jak
mawiali starożytni, nie czyni filozofa, ale na męskość wskazuje. Noszę
brodę od dawien dawna i cenię to sobie. Wąsy też. Wprawdzie dziś
zmiana płci nie jest czymś rzadkim, więc i ciocia wąsów może się
dorobić, ale wtedy stanie się właśnie wujaszkiem i dłużej ciocią nie
będzie.
W tym dość starym porzekadle, cytowanym przez Dygasińskiego,
mówi się jeszcze o tej zmianie jako o ewentualności tak mało
prawdopodobnej, że wręcz niemożliwej. Na cudze gdybanie, czasem
pełne nadziei, czasem związane z niezrealizowaną perspektywą, która
jednak jeszcze wyobrażonej satysfakcji dostarcza – reagujemy takim
dictum, które ma otrzeźwić gdybającego. Zwykle o wujaszku już
nawet nie wspominamy, wystarczy, że powiemy o cioci – i od razu
wiemy, że to, o czym mowa, było, jest czy też będzie niemożliwe,
bo ciocia wąsów nie ma i nie może się ich dorobić.
Gdybanie należy do wdzięczniejszych zajęć, choć mało, jak się
zdaje, konstruktywnych. Gdybamy na różne sposoby i w różnych
celach. Niekiedy gdybamy, po prostu sobie marząc, innym razem,
pokazując niedoskonałość świata. Gdybym ja miał cztery nogi, mówiła
piosenka, dwie długie i dwie krótkie, mógłbym być na zmianę
wysokim i niskim. W pieśniach często gdybają wdzięczne dziewczęta.
Gdyby taka miała skrzydłeczka jak gąska, poleciałaby na nich
do Śląska, za Jaśkiem. Gdyby inna była słoneczkiem na niebie albo
chociaż ptaszkiem z tego gaju, to mogłaby innemu Jaśkowi świecić
jako słoneczko albo, jako ptaszek, szczebiotać. Przynajmniej tak tych
Jaśków zapewniają.
Gdyby było inaczej, to wtedy byłoby co innego. Albo na odwrót:
gdyby rzeczy były inne, co innego by się działo. Takie stwierdzenie
wydaje się oczywiste, ale stopień możliwości tej inności bywa
odczuwany jako różny. A zwłaszcza wydaje się, że gdyby było
inaczej, to na pewno co innego by było. Z całą pewnością. Bo zmiana
dotyczyłaby nie tylko zdarzeń – dotyczyłaby jakości bytów. Wujaszek
to wujaszek, nie ciocia. Tak jak wuj to wuj, co wiedział nawet Roch
Kowalski.
Wujaszek jest tu raczej miłym zdrobnieniem, choć nie wszyscy
wujowie się łatwo na nie godzą, węsząc w nim jakieś lekceważenie.
Krnąbrny Gucio dziękował stryjaszkowi za przestrogi, w „Kabarecie
Starszych Panów” wujaszek był sympatyczniejszy od zwykłego wuja.
Czechowowski wujaszek Wania budzi nasze współczucie. „Mój
wujaszek” Jacques’a Tati był także niezwykle miły, nawet wbrew
otoczeniu. Kolberg pisał o „wujaszku całego świata”.
Choć ciocie też na ogół lubimy, może wolelibyśmy niektóre
z wąsami, jako wujaszków?
126
Gdzie ci mężczyźni?
Jan Pietrzak, wyk. Danuta Rinn
A dalej jeszcze mocniej: „gdzie te chłopy?”. To nie są proste
dociekania miejsca pobytu określonych osób. Takie albo ironiczne,
albo też dość rozpaczliwe, a czasem w tej rozpaczliwości nieco
zabawne dla postronnych pytania może stawiać tylko prawdziwa
kobieta, zawiedziona, że nie widzi wokół siebie nikogo, kogo mogłaby
uznać za prawdziwego mężczyznę. Czy wręcz chłopa.
Mężczyźni są ci, a chłopy te, ale i ci, i te są bardzo męskoosobowi.
Kto wie, czy chłopy nawet nie bardziej, i czy ta pozorna zmiana
rodzaju na niemęskoosobowy („te chłopy” z zaimkiem „te”, jak „te
snopy”, a nawet jak „te baby”) nie przyczynia się do przyznania
chłopom jeszcze większej, jeszcze bardziej samczej męskości.
Te. Ci. A więc jacyś określeni, wskazani. Pewnie jacyś byli albo
przynajmniej o jakichś była mowa. Kto wie, czy to nie oni sami o sobie
tak mówili, wygląda na to, że chcieli się jakoś pokazać. Zapewne
pokazać kobietom, ale może i babom. Patrzcie, kobiety, to my,
mężczyźni. Patrzajcie, baby, to my, chłopy.
A kobiety i baby patrzą – i nie widzą. A raczej owszem, widzą, ale
widzą, że to wcale nie mężczyźni i nie chłopy, a jeśli nawet
i mężczyźni, i chłopy, to na pewno nie ci i nie te. Jakieś inne, jacyś
inni.
Kobiety mogą nie lubić samczej, maczowskiej pewności siebie. Ale
z drugiej strony chcą przecież, żeby chłop to był chłop, a mężczyzna
żeby był mężczyzną. A może się tak tylko mężczyznom wydaje? Może
to ich, że tak powiem, projekcja? Może sami by chcieli być tacy męscy
i z tego wszystkiego by chcieli, żeby kobiety też tak chciały? A kobiety
tylko nie protestują przeciw takim interpretacjom? I baby też, może
z typowo kobiecej (mniej niestety typowo babskiej) grzeczności
i uprzejmości?
Może i tak, ale przecież z drugiej strony wcale chłopom nie powinno
tak bardzo zależeć na takich babich chceniach. A mężczyznom
na kobiecych. W końcu to nie tak łatwo być prawdziwym chłopem,
szczególnie kiedy to i tak to nie kto inny, tylko baba może uznać, czy
chłop to chłop. A kobieta, czy mężczyzna jest prawdziwy i ten. Albo
też baba, czy ten mężczyzna to prawdziwy chłop. I tak dalej.
Kobiety, zdarza się, zarzucają swoim mężczyznom niebycie nimi.
Apelują, żeby byli. Mówią: „bądź mężczyzną!”. Żałują, że oni mało
nimi są czy wręcz wcale nie są. Mówią: „gdybyś był mężczyzną...”. Oj,
dokuczają tym swoim mężczyznom te baby, a chłopom kobiety.
I odwrotnie.
A i nie swoim też dokuczają. Pytając, gdzie ci mężczyźni, często
mają na myśli, że ci, co są, może i są ci – ale nie ich. Gdyby mężczyźni
byli ich, byliby ci. Ci, co trzeba.
A chłopy, oczywiście – te.
127
Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą
Przysłowie, odn. Marcin Paszkowski (1615)
Były w tym przysłowiu trzaski i drzazgi, które najpierw padały, potem
leciały – ale to mocne brzmieniowo „drwa rąbią” było od początku.
Mało kiedy tak bardzo słowa opisujące jakąś czynność swoim
dźwiękiem tej czynności odpowiadają.
Rąbanie drewna to praca dla prawdziwego mężczyzny, praca
wymagająca siły i zręczności, przy tym nie całkiem bezpieczna, i dla
rąbiącego, i, jak widać choćby i z tego powiedzenia, także dla
otoczenia. Można się skaleczyć, można drewnem oberwać. I wióry,
i drzazgi to przy rąbaniu rzecz normalna. Zawsze, gdy gdzieś rąbiemy,
pełno wiórów. Latają i padają, gdzie popadnie, i co gorsza, trudno
przewidzieć gdzie.
W tej przysłowiowej metaforze zawarta jest myśl o niekorzystnych
konsekwencjach pożądanych działań, które to konsekwencje nie
powinny nas od tych działań odwodzić – albo, gdy chodzi o działania
innych, powodować ich potępienia.
Ale chyba częściej jeszcze chodzi tu o wytłumaczenie czy
usprawiedliwienie szkód, które wyrządziliśmy naszymi działaniami. To
taka klisza językowa, która pozwala nam też na poczucie choćby
względnego zadowolenia z tego, co zrobiliśmy, także wtedy, gdy inni
skarżą się na tego skutki.
Tylko ten się nie myli, co nic nie robi, powtarzamy, i tylko ten nie
powoduje swoimi działaniami żadnych szkód. Ubocznych, ale czasem
bardzo przykrych. Mamy się na nie przygotować, a w każdym razie im
się nie dziwić. Poza tym nikt nie jest doskonały.
Teraz tylko powstaje pytanie, czy przypadkiem wióry nie mogą mieć
większego znaczenia niż drwa. Czy nie okaże się, że szkody są większe
niż korzyści z porąbanego drewna. Naturalnie zakładamy zwykle,
że nie, ale przysłowia używamy, żeby oddalić pretensje, wytłumaczyć
nieuchronność niezamierzonych częściowych efektów – a wtedy
nieuchronnie bywamy tendencyjni.
Drwa my rąbiemy, wióry lecą same. Ktoś, kto nie zna tej pracy i nie
wiąże jej z określonym celem, może myśleć, że to my rozsiewamy
wióry. I że nawet może o to chodzić. Zresztą, pokazując
zaangażowanie w tę pracochłonną i wymagającą energii i krzepy
czynność, pokazujemy czasem mnogością wiórów, jak ciężka to praca
i jacy my jesteśmy dzielni.
I także w tych działaniach, dla których to rąbanie i te wióry
stanowią metaforę, nasza chęć popisywania się bywa wiązana
z różnymi spektakularnymi, często mniej potrzebnymi, a nieraz wręcz
szkodliwymi zachowaniami i ich skutkami. I wtedy rąbanie przestaje
się opłacać. I im więcej energii w nie wkładamy, opłaca się coraz
mniej.
Chyba że potrafimy obecność wiórów uzasadnić i wykorzystać.
128
Głową muru nie przebijesz
Przysłowie, odn. Stanisław Orzechowski (1561)
Już wcześniej mówiono o biciu głową w ścianę, nawet o przebijaniu
głową ściany. Ale w tej wersji mamy to, co najważniejsze: proste
stwierdzenie niemożności. Nie da się.
Bo mur to mur, a głowa to głowa. A co jest głową i co jest murem,
żeby przysłowie do sytuacji dało się dopasować, to ja już zadecyduję.
Są rzeczy możliwe do zrobienia i takie, których się nie zrobi, choćby
nie wiem co. Mądry święty Tomasz Morus, modląc się jedną
z najbardziej słusznie popularnych modlitw, prosił Boga o siłę, która
pozwoliłaby mu na zmienianie tego, co zmienić trzeba i można,
o cierpliwość, pozwalającą mu na godzenie się z tym, czego zmienić
się nie da, i do tego o rozum, który pozwoliłby mu na odróżnienie
jednego od drugiego. Bo wiedział, że takie odróżnienie nie jest wcale
łatwe.
I my nie zawsze odróżniamy. Ale też zwykle nie zastanawiamy się
nad tym, czy odróżniamy, czy też nie. I zdarza się, że nie wiemy,
że czegoś nie możemy, i próbujemy. I też się zdarza, że myślimy,
że nie możemy, a możemy. I często się zdarza, że tylko chcemy tak
myśleć, i tylko dlatego tak myślimy, że tak właśnie myśleć chcemy.
I co będę się wysilał, skoro i tak głową muru nie przebiję. To
wygodna klisza językowa, dobrze tłumacząca nasze zaniechania.
A z drugiej strony dobrze ułatwiająca nam godzenie się z losem
i z nieskutecznością naszych działań, choćby intensywnych. Nie dało
się, bo nie można muru głową przebić. I nie ma co próbować, skoro
i tak głową muru się nie przebije. Nikt nie przebije. Bo też to
prawdziwy mur, a to tylko głowa.
Wyobrażenie sobie sytuacji opisanej w tym przysłowiu jest dość
bolesne. Po pierwsze, bolesna psychicznie jest determinacja
człowieka, który wbrew wszelkim fizycznym i fizjologicznym prawom
i prawdopodobieństwom wali głową w mur. Po drugie, bolesny
fizycznie jest kontakt głowy (zapewne gołej do tego) z murem, tym
boleśniejszy, że to nie stukanie czy nawet tłuczenie, to prawdziwe
bicie z zamiarem przebicia.
Wyobrażając to sobie, czujemy ból. I rezygnacja z takiej
nierozsądnej, nawet wywołującej skojarzenia z psychiczną chorobą,
a przy tym tak fizycznie bolesnej czynności wydaje się tak oczywista,
że nawet nie można jej określić jako rezygnacji. Po prostu niech nam
nie przychodzi nawet do głowy, żeby tą głową... itd.
Choć z drugiej strony pojawia się coś w rodzaju podziwu dla kogoś,
kto wbrew temu wszystkiemu bije w mur głową, próbując go rozbić.
To może też być albo zapalony, albo ufny w siłę swej głowy idealista,
ktoś, kto wyżej swój cel od swojej głowy stawia. Mało takich ludzi
i można im słusznie zazdrościć: ideałów i głowy.
Tym bardziej, jeśli przebiją.
129
Gorze się nam stało
Henryk II Pobożny (1191–1241), w bitwie pod
Legnicą (1241)
Ostatnie słowa Henryka Pobożnego to zapewne pierwsze pełne
zapisane zdanie po polsku. Ale zapis, razem z cała księgą
dominikańską, zaginął. Dlatego za najstarsze zapisane zdanie uchodzi
Boguchwałowe „daj, ać ja pobruszę...”. A Henryka za starą kroniką
zacytował po polsku Długosz i stąd wiemy, co powiedział, i że to było
po polsku. Długosz zapisał to tak prawie, jak dziś byśmy to zrobili,
tylko zamiast „się” było „szą”.
Parę łacińskich zdań wcześniej w „Rocznikach...” Długosz umieszcza
dwa inne polskie słowa, a raczej jedno, powtórzone: „biegajcie,
biegajcie” (w zapisie Długosza: „byegaycze, byegaycze”). To też
właściwie było zdanie, ale niepełne. I nie miało konkretnego autora.
Gdyby to „biegajcie” uznać za początek polszczyzny pisanej, byłaby
ona zrodzona pod złym znakiem. Te słowa wykrzyczane przeraźliwym
głosem nie zachęcały bowiem do biegania, lecz nakazywały ucieczkę
i albo były wynikiem paniki, albo tatarską prowokacją. A potem
Mieszko, książę opolski, razem ze znaczną częścią wojska, ucieka
przerażony. Henryk widzi to i mówi ostatnie w życiu zdanie, właśnie
„gorze się nam stało”.
Bitwa miała zmienne losy, mało brakowało, a Polacy pokonaliby pod
Legnicą mongolski tiumeń pod wodzą wnuka Dżyngis-chana. Ale
przegrali. Głowa Henryka Pobożnego została ścięta i nadziana
na lancę.
Rzeczywiście stało nam się gorze, spotkało nas nieszczęście. Samo
słowo „gorze” zostało w stopniu wyższym „gorzej”, ale i gorze
rozpoznajemy jako wykrzyknik z celownikiem, zwykle zaimkowym:
„gorze wam!”, „gorze mi!” i pamiętamy z „Trylogii” w ustach
porywczego i skłonnego do desperacji Kmicica.
Współcześnie prowadzone badania psychologiczne wskazują,
z pewnym atrakcyjnym uogólnieniem, na Polaków jako na uczestników
kultury narzekania. Istotnie, w naszym stereotypie narzekanie się
mieści. Badania te pokazały na przykład, że Polacy zwykli sądzić,
że zwykle czują się gorzej niż zwykle, co różni ich od nie–Polaków
i jest samo w sobie dość zabawne. Być może, chciałbym tak
myśleć, to narzekanie ma służyć temu, żeby rozmówca nie czuł się źle,
ale wtedy świadczy to o tym, że przypisujemy rozmówcy niechęć
do cieszenia się naszym szczęściem, co znowu jest nie najlepsze. Tak
czy tak, narzekamy. A psychologowie narzekają na nas, że narzekamy.
I sami zaczynamy na nasze narzekanie narzekać.
A zaczęło się od Henryka. On pierwszy „narzekł” i miał na co. Stało
się gorze, że trudno gorzej. Może gdyby Henryk powiedział mimo
nadchodzącej klęski coś wzniośle optymistycznego, może gdyby
bezimienny autor zaginionej kroniki jakieś inne, lepsze zdanie uznał
wcześniej za godne zapisania, może gdyby Długosz nie uznał
za stosowne cytować z drugiej ręki Henryka, gdyby to pierwsze zdanie
było inne – może wtedy byśmy dziś tak nie narzekali...
Ale nie narzekajmy, mamy jeszcze Czecha Boguchwała.
130
Gościu, siądź pod mym liściem
Jan Kochanowski (1530–1584) „Na lipę” (1584)
Tak gościnnie gościa zaprasza lipa. Wbrew językowym zwyczajom
„gościnność” to nie cecha gościa, lecz przeciwnie, gospodarza – wobec
gościa. Po łacinie słowo „hospes” oznaczało i gościa, i gospodarza
udzielającego gościny, a podobne mu słowo „hostis” – obcego, potem
wroga, nieprzyjaciela. Tak czasem bywa, że rzeczy przeciwne
przyciągają się językowo. Obecnie nie obcujemy z obcymi, ale te
słowa są przecież sobie paradoksalnie bliskie pochodzeniem. Czy gość
to hospes, czy hostis? Różnie bywa.
Lipa zwraca się do gościa apostrofą, czyli bezpośrednim, pełnym
szacunku wołaczem, bo jest uroczysta, grzeczna i gościnna. „Gościnna
i wszystkich w gościnę zaprasza”, jak pisał na wciąż otwartej
soplicowskiej bramie Mickiewicz dokładnie ćwierć tysiąclecia później.
Pisał też o tej właśnie czarnoleskiej lipie, która „na głos Jana czuła tyle
rymów natchnęła”, a także o jeszcze innej lipie, przed Hołowińskich
domem, „tak rozrośnionej, że pod jej cieniami stu młodzieńców, sto
dziewic szło w taniec parami”. Trudno w to uwierzyć. Tym bardziej
że Mickiewicz trochę kręcił z lipami: choć najpierw dowiadujemy się,
że dwór soplicowski stał wśród ciemnej zieleni topoli („co go chronią
od wiatrów jesieni”), to później każe okalać go lipom („o dworze
soplicowski, jeśli dotąd całe świecą się pod lipami twoje ściany
białe...”).
Wydaje się dziwne, że gość ma siąść pod jednym liściem. Musiałby
to być duży liść. Ale może, myślimy, chodzi tu o generyczne użycie
liczby pojedynczej, takie, jakie mamy na myśli, zapraszając na jajko,
łowiąc śledzia czy sprzedając truskawkę. Otóż niezupełnie. Lipa, czyli
poeta, nie ma na myśli jednego liścia, lecz jedno, pojedyncze (bo
inaczej być nie może) liście. „Liście” to rzeczownik zbiorowy
oznaczający zbiór liści pojedynczych, tak jak dziś, rzadkie bo rzadkie,
ale występujące, „listowie”. Wincenty Pol pisał „leci liście z drzewa,
co wyrosło wolne”, o takim liściu pisała Orzeszkowa, a nawet,
archaizując, Gałczyński. Jeśli „leci liście”, to musi to być to liście. Pod
takim liściem już można usiąść. I odpocząć sobie.
Te dwa słowa, tytułowa „lipa” i apostroficzny „gość”, pojawiły się
we współczesnej polszczyźnie potocznej ze szczególnymi znaczeniami.
„Gość” to ktoś w porządku, ktoś ważny, znaczący. To osobistość. Jeśli
chcemy wyrazić szacunek wobec tej osobistości, a jednocześnie
podkreślić swój swobodny stosunek do języka, mówimy nawet nie
mianownikowo „gość”, lecz, używając formy wołaczowej w funkcji
mianownika, „gościu”. To trochę tak jak „Jasiu”, ale myślę, że ten apel
lipy miał w tym swój udział. Że mówimy „ten gościu”, bo do gościa
wołaczem lipa się zwracała.
Gorzej z samą lipą. To nabieranie, oszukiwanie, także podróbka,
namiastka. Etymologowie twierdzą, że początek temu znaczeniu dało
używanie kwiatu lipowego zamiast prawdziwej herbaty.
Ale może to lipa.
131
Gość w dom, Bóg w dom
Przysłowie, odn. Salomon Rysiński (1618)
Staropolska gościnność brzmi w tym przysłowiu. Ten klasyczny
paralelizm składniowy, lepiej widoczny w formach krótkich, z rzadszą
od rozpoczynającej anafory epiforą, czyli powtórzeniem zakończeń,
daje przy tym sentencjonalne poczucie pewności. Tak właśnie jest.
Jak gość się pojawia, to i Bóg wraz z nim.
Gość – ważna persona, i to niezależnie od tego, kim jest.
Kimkolwiek jest, teraz właśnie jest gościem. I jesteśmy mu radzi,
bo jakżebyśmy mogli nie. Nie możemy i jesteśmy. Miecznik Billewicz
nierad jest przyjazdowi Kmicica, ale sprowokowany przez
niepożądanego gościa do wyrażenia zadowolenia z jego odwiedzin,
mruczy „gość gościem”, co już może być uznane za wyraz jeśli nie
entuzjazmu, to przynajmniej konwencjonalnej, uprzejmej radości.
„Gość nie w porę gorszy Tatarzyna”, „gość i ryba po trzech dniach
cuchną” – to powiedzenia wymyślone przez gospodarzy na użytek
gości, żeby mieli się czym certować, gdy pora, a także powściągać.
A i stare rdzenne przysłowie ozdabiane bywało różnymi dodatkami
i parafrazowane na odwrót.
Staropolskiej gościnności towarzyszy tu i staropolska forma – ta
biernikowa konstrukcja „w dom” nieco inną treść niesie niż dzisiejsze
zwykłe dopełniaczowe „do domu”. „W dom” silniej akcentuje
znalezienie się w tym domu, wiąże się z „w domu”, jest bardziej
stabilne i trwałe niż kierunkowe „do domu”. Ten gość nie zajrzał
do domu, nie wpadł na chwilę. Zawitał w dom, z wszelkimi
konsekwencjami.
Boga przywoływaliśmy w różnych towarzyskich sytuacjach.
Świadczyliśmy się Nim, wzywaliśmy do kompanii. Dziękowaliśmy Nim
(miał za nas płacić), w Jego imię przepraszaliśmy i wybaczaliśmy. I,
oczywiście, witaliśmy i żegnaliśmy. Gość, odchodząc, Boga zabierał
i szedł sobie „z Bogiem”. Z czasem to piękne i czułe pożegnanie
strywializowało się i zaczęło być używane do rozstań mniej
serdecznych, a nawet wręcz niegrzecznych, które może przywołanie
Boga najpierw łagodziło, ale potem przestało.
I samo „gość w dom” zaczęło się po trosze konwencjonalizować. I,
jako refleksja, służyć odreagowywaniu stresu gospodarskiego
wywołanego natręctwem odwiedzających. I, jako sentencja, wyrażać
najpierw bardziej, potem stopniowo coraz mniej pogodną rezygnację
z przywilejów samotności. „Przyjechałeś? No, gość w dom...”. Niekiedy
usłyszeć w tym można coś w rodzaju „przecież cię nie wyrzucę”.
Ale uwaga: jeśli gościa przyjmiemy w dom, rozstać się z nim trudno.
Ani mówienie, że późno, ani tłumaczenie się chorobą nie dadzą wiele.
A przy tym działa szczególna dwuznaczność: chcemy, żeby goście
zrozumieli, że iść powinni, i żeby zarazem nie rozumieli, bo jak
zrozumieją, wyjdziemy na niegościnnych prostaków. Sytuacja robi się
bez wyjścia.
Bez wyjścia gości oczywiście.
132
Góralu, czy ci nie żal odchodzić od stron
ojczystych?
Michał Bałucki (1837–1901) „Dla chleba” (1874)
Bałucki jest najbardziej znany jako autor granych do dziś komedii,
a zginął, jak kilku innych jemu współczesnych satyryków
i humorystów, śmiercią samobójczą, co dodaje ich humorowi czarnego
koloru.
Wiersz o góralu, który musiał porzucić dla chleba góry, jest
w intencji smutny, przejmujący. Takie też Bałucki pisywał. Góral łzy
rękawem ociera i odchodzi. Smutną też do tego muzykę skomponował
Władysław Żeleński. Kiedy tę pieśń śpiewamy, powoli i żałośnie
zawodzimy, dla skrótu i lepszego taktu zmieniamy szyk i odrzucamy
czasownik „jest”. Bałucki napisał: „góralu, czy nie jest ci żal...”.
Śpiewamy to do dziś. Wolno i niby smutno, ale w istocie wcale nie.
Za to na pewno głośno, bo zwykle przy stole, po pobrataniu się
ogólnym, po paru kielichach, kiedy ogarnia człowieka nieokreślona
tęsknota nie wiadomo za czym, więc może na przykład za górami.
Postawa pytającego w tym wierszu jest nieco niejasna. Być może,
wzbudzając jego żal, chce on dobrze, chce może górala mimo
wszystko zatrzymać w górach. Ale naprawdę tylko go prowokuje,
wymieniając wszystkie świerkowe lasy i potoki srebrzyste. To zapewne
ceper, skoro góral zwraca się do niego per „panie”, powtarzając
uzasadnienie „dla chleba, panie, dla chleba”.
Zdumiewające, że znajomość tej pieśni bywa często szczegółowa,
choć nie jest ona słownie prosta. Może to powolna, rozlewna muzyka
wpływa na zapamiętywalność, może umiemy wczuć się w rozterki
górala...
Wątek człowieka opuszczającego ojczyste strony pojawia się
w literaturze często i wzbudza żal. Wygnańcy i zbiegowie, zawiedzeni
kochankowie i szukający chleba są dobrym motywem poetyckim
i umożliwiają pewien rodzaj tęsknej identyfikacji. Wszyscy za czymś
tęsknimy, idealizujemy to, za czym tęsknimy, i rozumiemy górala.
A najsilniejszy moment tęsknoty widzimy w sytuacji porzucania
„kraju lat dziecinnych”. Zwłaszcza jeśli to idealizowane skądinąd góry.
Wiemy, że na przykład dla Hucuła nie ma innego życia jak w górach.
Gdy go losy w doły rzucą, nie będzie mu dobrze. Do wątku wygnańca
dołącza się też silny motyw obcego w innych krajach. Nie tylko nie jest
tu, jeszcze musi być tam.
Góralowi musi być żal, a nam żal górala. I lubimy siebie w dobrym
towarzystwie żałujących żałującego swoich stron górala, który być
może niedługo z tęsknoty zginie.
Wołacz na początku tego cytatu to klasyczna retoryczna apostrofa.
Apostrofami mówcy i poeci zwracali się do bogów, do uosobowionych
idei czy wartości, ale także do ludzi, konkretnych i wyobrażonych.
Do Katyliny, do Matki Polki, do Wołodyjowskiego. Tutaj – do górala.
Z apostrofą często wiąże się pytanie retoryczne, na które odpowiedź
jest jasna i znana.
Pewnie, że żal.
133
Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą
Adam Mickiewicz (1798–1855) „Pan Tadeusz”
(1834)
Pewnie, że nie jest łatwą nauką, powie ktoś, bo przecież w ogóle nie
jest nauką. Fizyka, biologia to nauki, ale grzeczność? I jasne, że nie
jest nauką małą, z tego samego powodu, a dodatkowo dlatego,
że o naukach nie mówi się, że są małe. Można niektóre czasem uznać
za mniej ważne, ale małe?
Ale przecież nie o to chodzi. Gdyby tak było, Sędzia, „który zawsze
i płynnie mówił, i z rozsądkiem”, nie przeczyłby oczywistym
nonsensom. Rzecz w tym, że Sędzia w swoim języku grzeczność
uważa za naukę, uważając przy tym, że niektórzy tej nauki nie
doceniają. Nauka bowiem to dla niego pewien rodzaj wiedzy, także tej
praktycznej, której powinniśmy być uczeni, a grzeczność tu to nie tyle
przyzwoite zachowanie, czyli bycie „k rzeczy”, czyli „ku rzeczy”, czyli
„do rzeczy”, czyli „tak, jak trzeba”, ile właśnie o grzeczności wiedza.
I przyznać należy, że mierząc poradnikami i szkoleniami, instruktażami
i instruktarzami, wiedzę o grzeczności traktuje się poważnie. Jako
naukę.
Sędzia do swojej „rzeczy długiej, choć najwymowniejszej” został
sprowokowany zachowaniem Tadeusza, który ma ponoć więcej
od niego „książkowej nauki”, ale przy stole nie przestrzega zasad.
Najpierw Podkomorzy manifestacyjnie zaczyna obsługiwać swoje
nieobsłużone przez Tadeusza córki, a potem nawet komentuje to
głośno, mówiąc, że choć stary, musi im służyć. Tadeusz powinien się
był już wtedy zawstydzić, ale dodatkowo Sędzia mu zwraca uwagę
tym właśnie przemówieniem. I wszystko w porządku, młodzian
pouczony. Ale rodzi się z kolei wątpliwość co do grzeczności starszych
panów: czy wypada komentować ironicznie swoje manifestacyjne
zachowanie, wskazując na cudze zaniechania? Czy wypada głosić tak
wyraźne mowy pouczające kogoś, i do tego przy tylu ludziach i przy
stole? Żaden z nich wprost do Tadeusza się nie odnosi, ale aluzje są
gorsze jeszcze.
Do tego Sędzia w swej mowie wciąż obraca wyraz „grzeczność”,
co wydaje się już krępująco niestosowne, jako nauczanie zbyt wprost.
Znamy praeteritio jako chwyt umożliwiający mówienie o tym, o czym
się rzekomo nie mówi („nie mówię już o...” pokazuje, że właśnie
mówię). Podobne nieco są paradoksalne zachowania takie, jak
na przykład potępianie używania jakichś słów – z użyciem tych słów,
głośne wysławianie ciszy czy przechwalanie się dobrym wychowaniem.
Rozprawianie o grzeczności, żeby kogoś publicznie skarcić, co nie jest
w końcu zbyt wytworne, także należy do tych zachowań.
„Grzeczny” było kiedyś pochwałą bardziej ogólną, niż wskazującą
na przyzwoite zachowanie. „Grzeczny kawaler” był do rzeczy, był
ogólnie w porządku. Gdyby historia tego wyrazu była inna, gdyby
ogólna pochwała wywodziła się z akceptacji dobrego zachowania,
świadczyłoby to o wysokiej randze tego zachowania u Polaków,
na co wskazywałby także jeden z najstarszych polskich wierszy, wiersz
Słoty traktujący o zachowaniu się przy stole. Ale było inaczej.
Najpierw byliśmy do rzeczy, potem zgrzecznieliśmy.
134
Gwałtu, rety, co się dzieje!
Okrzyk
„Gwałt” to była nie tylko przemoc seksualna, ale przemoc w ogóle,
a wcześniej także moc, siła. Z takiej mocy wynika przemoc. „Gewalt!”
to niemiecki okrzyk informujący o takiej przemocy. W jidysz brzmiało
to „giewałt!” i tak bywało cytowane. Po polsku można wołać „gwałt!”,
używając tego zapożyczonego rzeczownika, ale czemuś wolano wołać
dopełniaczowo „gwałtu!”, co wzbudza wątpliwości co do intencji,
ponieważ zwykle woła się tak dopełniaczowo, gdy się czegoś bardzo
potrzebuje: „pomocy!”, „wody!”, „powietrza!”. Gdy się czegoś
potrzebuje bardzo i szybko, czyli, jak można powiedzieć, gwałtownie.
Na gwałt. No, jeszcze jedna dziwaczność, żartobliwie wykorzystywana.
Jeśli ktoś woła „gwałtu!”, a my akurat tego kogoś potrzebujemy,
powiedzmy, na gwałt, to zgodność interesów może być
błogosławieństwem. Kiedyś mieliśmy jeszcze inny ciekawy gwałtowny
przypadek: narzędnik. Do dziś zdarza nam się słuchać o „nieszczęsnej
Halce”, która, jak pamiętamy, „gwałtem tu idzie”.
„Na gwałt” dzwoniono, o gwałcie donosząc. Bito „na alarm”. „Gwałt”
miał więc także znaczenie „alarmu”, i tak to zostało. Stąd też i ten
niefortunny w dosłownym sensie dopełniacz, który wzywał na ratunek
przed gwałtem właśnie, przed napaścią.
I dodawano do tego dziś odbierane dość ludowo „rety”, które często
razem z „o” dawało też wyraz nieco naiwnym zdziwieniom
i przestrachom. A też jest niemieckie, bo „rette!” to tyle, co „ratuj!”.
Wolimy wołać o ratunek po niemiecku, może kto usłyszy. Gwałtu,
rety, co z tym naszym językiem! Co się z nim dzieje, a właściwie
działo...
Dziś ani pojedynczo, ani razem te dwa słowa nie wyrażają
szczególnego przerażenia. Nie mają też wywoływać gwałtownego
ratunku. Jeśli już ich używamy, to nie krzycząc, raczej wypowiadając
je niemal na wesoło, z dystansem pokazując zaniepokojenie czy też
zgoła po prostu zaledwie dziwiąc się zdarzeniom.
To nasze zdziwienie dosłownie wyraża druga część okrzyku
przypominająca pytanie. „Co się dzieje” jednak pytaniem być nie musi,
częściej jest konstatacją kogoś zaskoczonego, zadziwionego
i zaniepokojonego obrotem spraw. „Co to się, panie, dziś wyprawia”
mówi taki kontemplator, albo, co wychodzi podobnie: „co to się nie
wyprawia...”. Nie oczekuje na odpowiedź, raczej na wspólnotę
w zadziwieniu. Bo to, co „się” dzieje, samo niejako, czy wyprawia,
może niepokoić.
Hrabia Fredro jedną z błahszych komedyjek zatytułował „Gwałtu,
co się dzieje!”. Bardzo dużo tam nieporozumień, pomyłek i zbiegów
okoliczności, ale i zabawy.
Gdybyż tak wszystkie nasze gwałtowności mogły w tym kierunku
zmierzać...
135
I ja tam byłem, miód i wino piłem
Zakończenie baśni ludowych
Pełna wersja ludowa to: „ja tam byłem, jadłem, piłem, po brodzie
kapało, w gardle nic nie zostało”. Mickiewicz kończy „Pana Tadeusza”
bardziej dziś pamiętaną trawestacją: „I ja tam z gośćmi byłem, miód
i wino piłem, a com widział i słyszał, w księgi umieściłem”.
To tradycyjna formuła zakończenia baśni przez bajarza.
Uwiarygodniał się jako naoczny świadek. On tam był. A może tego
mało? Macie świadectwo moich zmysłów. Teraz musicie uwierzyć.
Nasze zmysły nie są równie wiarygodne. Jeśli czymś mi pachnie,
przeczuwam coś czy też wywąchałem – to było to lub jest nadal
ukryte, ja tylko się domyślam, podejrzewam (nie oglądam wprost) lub
przewiduję (nie zaś widzę). Nie jest to zatem wiedza pewna, trwała,
potwierdzona. Węch takiej wiedzy nie daje. Słuch także nie jest
zupełnie pewny. Jeśli coś słyszałem, to mam tę informację (też
niekoniecznie godną wiary) od kogoś, czasem nie wiadomo od kogo.
Słuchy mogły same chodzić, tak samo jak pogłoski.
Pewniejsze jest to, co widziałem, zwłaszcza jeśli dodam, że sam
widziałem (zauważmy, że rzadko słyszymy „sam słyszałem”).
A najbardziej już pewne jest to, co sam widziałem na własne oczy (tak
jakbym na cudze mógł coś zobaczyć). To już wiedza. Jeśli dotykałem
czegoś, to było to namacalne, więc w pełni potwierdzone. Dziecko,
a i dorosły też, jeśli oczom nie wierzy, czasem pragnie dotknąć.
A dziecko dla głębszego poznania i uzyskania wiedzy pewnej i do ust
może to włożyć, żeby smak poczuć.
Cóż może być bardziej wiarygodnego niż świadectwo kogoś, kto nie
tylko widział, lecz także jadł i pił? To zapewnienie ma nas przekonać,
że to, co opowiadacz widział, było przez niego sprawdzone do końca
i żadną złudą nie mogło być. Konwencjonalny bajarz dodaje
sugestywnie, że po brodzie mu kapało. I rozwija to do rymu dalej –
w gardle nic nie zostało, a więc, drodzy słuchacze, dobrze by było,
gdybyście je zwilżyli. Opowieść kończy się przymówką o poczęstunek.
Mickiewicz sadza siebie razem z gośćmi, podaje spis trunków. Był
zatem jednym z uczestników, choć przyznaje, że tylko część tego,
co w księgi umieścił, widział – inną część tylko słyszał.
Konwencja wiarygodności bierze początek od sugestywnego
zapewnienia, ale szybko konwencjonalność bierze górę. Jeśli słyszę,
że ktoś był, myślę, że zapewne był. Jeśli słyszę, że był sobie raz,
dostaję sygnał, że był tylko w baśni. Tak jest na jej początku. On „był
sobie raz” konwencjonalnie i baśniowo na początku baśni.
Na końcu opowieści bywam ja. Jeśli powiem, że tam byłem,
powinieneś mi uwierzyć. Ale jeśli powiem, że jadłem i piłem,
a zwłaszcza gdy dodam, co teraz za Mickiewiczem często robimy,
że piłem miód i wino – mówię, że wierzyć mi nie musisz.
136
I w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu
Przysłowie, odn. Stanisław Tomasz Dąbrowski
(1746)
W XVIII-wiecznej wersji Dąbrowskiego i w wielu następnych mowa
jest o owsianej kaszy, owies sam pojawił się dopiero w połowie XIX
wieku.
Rym oczywiście tłumaczy tę ewentualność dziwnej próby
przemienienia zbóż. To dzięki rymowi możemy tak podawać
w wątpliwość podejmowanie tej niemogącej przynieść sukcesu próby
lub podawać powody jej niepodejmowania. Zarówno działania
przedsiębrane przez paryżan wobec własnego owsa, jak też, co można
brać pod uwagę jako odniesienie tego powiedzenia, wożenie owsa
do Paryża w celu uryżowienia go, wydają się czynnościami nader
absurdalnymi, ale rym może uzasadnić przynajmniej mówienie o nich.
Inna sprawa, że można sobie wyobrazić rzeczy bardziej absurdalne,
przedsięwzięcia jeszcze bardziej beznadziejne. Dlaczego akurat owies
i ryż? Rym wiele tłumaczy, ale rymów wiele. Rzecz w tym, że jakiś
pozór prawdopodobieństwa w takich sytuacjach przydaje się, żeby
w ogóle było o czym mówić. Owsiana kasza zresztą bardziej ryż może
przypominać i uprawdopodabniać całą sprawę. Owies, trudno nawet
wyobrażalny dla mieszczucha, a z płatkami czy nawet z owsianką
mniej się już kojarzący, oddala to podobieństwo.
Mamy tu przy tym wyrażoną jednak w ten sposób wiarę w wielką
moc eleganckiej zagranicy i umiejętności cudzoziemskich specjalistów:
to nic, że w Paryżu też, jak wszędzie, rzeczy niemożliwe nie są
do zrealizowania, ale to akurat o Paryżu się tak mówi, z dodatkiem
tego wyróżniającego „i”, które zastępuje tu „nawet”.
To jest tak dalece niemożliwe, że tu nawet sam Paryż nie poradzi.
Co tu mówić o innych miejscach. Tam to już zupełnie nie ma co o tym
myśleć, skoro nawet w Paryżu nie dadzą rady. W Paryżu, owszem,
różne przemiany i odmiany są możliwe, zwłaszcza mody: „Paryż częstą
mody odmianą się chlubi”, co pamiętamy jeszcze z „Pana Tadeusza” –
ale żeby owies z ryżu? Co to, to nie. Nie uda się.
To przysłowie często bywało odnoszone do beznadziejności
ulepszania człowieka, do cywilizowania go. Rym sprawiał, że ryż
stawał się czymś bardziej poszukiwanym, eleganckim – może przez
swoją egzotyczność – niż prostacki, wiejski, wręcz koński owies. Czy
owsiana kasza.
Nasza owsianość jest tu przy tym pokazana skromnie,
bezpretensjonalnie.
Tylko że ryż przestał czarować egzotyką i wcale nie wiemy,
co byśmy woleli. W moim pokoleniu papka z ryżu z cynamonem
i cukrem była daniem często oferowanym w zakładach zbiorowego
żywienia, ale osobiście za nią nie przepadałem. W barze mlecznym
częściej brałem owsiankę.
A i Paryż trochę mniej jest dziś postrzegany jako stolica
najnowszych technologii.
137
I wilk syty, i owca cała
Przysłowie, odn. Mikołaj Rej (1562)
Najpierw, u Reja, to był tryb warunkowy: „i wilk byłby syty, i owce
by były”. Czyli, jak widać, nie udało się. Ale już w XVI wieku w innych
wersjach, skróconych, bezczasownikowych, ale przecież zdaniowych,
abstrahowano od tego, jak było, jest czy będzie w sytuacji konkretnej
– chodzi tu przecież o pokazanie stanu pożądanego, takiego, w którym
każda ze stron ma korzyść, szkód brak, a dwie sroki są za jeden ogon
złapane. No, to ostatnie, jak wiemy, jest raczej niemożliwe.
Czasem owcę zastępowała w przysłowiu koza, która też
pozostawała w całości. Różne mądre, ale niespecjalnie odkrywcze
powiedzenia pouczają, że bez rozbicia jajek omletu nie zrobimy, a jak
ciastko zjemy, to go już nie mamy. Tak to już jest i trzeba się z tym
pogodzić. Albo jedno, albo drugie. Wilk jak nie zje owcy, to będzie
głodny – jak zje, to owcy nie będzie, nie tylko całej, w ogóle nie
będzie.
Tutaj jako możliwa jest pokazana niezwykle pożądana trzecia
możliwość: i jedno będzie zadowolone, i drugie. I syty wilk, i cała
owca. Lub koza.
Głód wilka został pewnie zaspokojony przez inne zwierzę – może
cała owca zakłada niecałą kozę, może na odwrót. Ale nasza koza czy
owca, ta, o której mowa, ocalała, a to się liczy. W znanej opowieści
pewien król widzi, że wiodą na ofiarę barana, szkoda mu go, więc go
ocala. Na ofiarę będzie musiał pójść wół, na którym już królewskie oko
nie spocznie – czego oczy nie widzą. Sercu nie żal.
Mowa jest o dwóch stronach, których interesy nie są zgodne. Nie
musi tu występować oczywiście od razu relacja między agresorem
i ofiarą, ważne jest tylko to, że jedna ze stron powinna byłaby stracić,
żeby druga mogła zyskać, przy czym żadna naprawdę nie chce
krzywdy drugiej. A w tym powiedzeniu najczęściej chodzi o jakiś
kompromis. Zwykle w jego wyniku wilk specjalnie przejedzony nie
jest, a może się zdarzyć, że i owca nie w tej kondycji, co wcześniej,
mimo to zadowolone lub choćby częściowo zadowolone są obie
strony.
Ale, jak wiemy, kompromis nie zawsze jest postrzegany jako wyjście
dobre, samo słowo „kompromis” nie ma w polszczyźnie
(w odróżnieniu od innych języków) kontekstów i konotacji najlepszych.
„Pójść na kompromis” to przecież ulec, zrezygnować ze słusznych
aspiracji, czasem z ogólnych racji czy nawet z moralnych pryncypiów.
Jeśli ktoś pójdzie na kompromis, zwykle może liczyć na aprobatę tylko
tego, z kim na ten kompromis poszedł. Nawet bliskość formalna
„kompromisu” z „kompromitacją” bywa wykorzystywana, nie tylko
przez nonkonformistów.
Tylko czy to musi być kompromis? Może znajdziemy jakieś inne
wyjście, korzystne w ogóle, w którym nikt nie ustąpi, a obu stronom
się to opłaci.
Trzeba szukać.
138
Ideał sięgnął bruku
Cyprian Kamil Norwid (1821–1883) „Fortepian
Szopena” (1865)
W oryginale z charakterystycznym dla Norwida myślnikiem: „ideał –
sięgnął bruku”. Norwid nie bardzo ufał słowom, znał i czuł ich
nieadekwatność, więc wiersze ukraszał różnymi interpunkcjami,
najczęściej myślnikami. Do myślenia to bardziej prowokuje, przy
myślniku zastanawiam się chwilę.
Coś, co najpierw jest opisem sytuacji, potem może być
metaforycznym uogólnieniem. Daje się odnosić do sytuacji innych,
a raczej do tego, co wspólne wielu sytuacjom. Fortepian Szopena
(wprawdzie nie tego Pleyela, o którym Norwid myślał, tylko Bucholza,
ale zawsze) żołnierze rosyjscy z litewskiego pułku gwardii wyrzucają
na bruk z okna Pałacu Zamoyskich, przed którym właśnie dokonano
zamachu na generała Berga, namiestnika cara Aleksandra
w Królestwie Polskim. Czyli bruk jest całkiem realny, nie metaforyczny.
Ideał zaś jest uprzedmiotowiony w fortepianie.
Sięga się zazwyczaj po coś (czy też czegoś), co jest wyżej. To raczej
kwestia okoliczności, warunków, niż języka. I metaforycznie sięga się
po coś dobrego, wysokiego, godnego, na przykład tam, gdzie wzrok
nie sięga. Inaczej po cóż by sięgać. Sięgamy czegoś, czego
pragniemy, usiłujemy tego dosięgnąć, osiągnąć to. Najchętniej
szczytów. Ale realnie zdarza się zamiast na szczycie znaleźć na dnie,
które też osiągamy, wcale po nie nie sięgając.
Kiedy mówię, że coś sięgnęło czegoś, określam granice i czasem cel
sięgania. Że coś na przykład sięgnęło wyżyn, szczytów, doskonałości,
najwyższego poziomu. A czasem przeciwnie, mówię, że coś sięgnęło
poziomu najniższego, dna, i takie mówienie jest szczytem krytyki.
Ideał jest najwyżej. Bruk jest najniżej. Jednym z najsilniejszych
doznań jest konfrontacja z desakralizacją, profanacją, poniżeniem
tego, co wysokie. Bruk bywa metaforyczny, wyrzucenie na bruk jest
wyjątkowo dotkliwym pozbawieniem pracy, ktoś znajdujący się
na bruku jest pozbawiony życiowych perspektyw. Ten bruk z wiersza
jest z jednej strony metaforyczny, a to, że jest z drugiej strony
i realny, zwiększa moc jego oddziaływania. Z kolei to, że ideał bruku
właśnie sięga, daje jeszcze dodatkowo paradoksalne poniżenie, pełną
i dojmującą odwrotność uwznioślenia, czyli wywyższenia.
Lapidarne podsumowanie, poprzedzone wyrazistym jęknięciem
głuchych kamieni, świetnie nadaje się do nazwania upadku
we wszystkich możliwych odniesieniach.
I, jak się okazuje, nie tylko. Niedawno pojawiły się ciekawe aluzyjne
reklamy jakiejś wyjątkowo doskonałej kostki brukowej. Tekst reklamy
głosił celnie i lapidarnie, że to „ideał bruku”. Takie zastosowanie
romantycznego cytatu mogłoby się wydać szczególnie trafne, także
przez wtórną konkretyzację bruku, niegdyś realnego i namacalnego,
a potem metaforycznie abstrakcyjnego.
Ale przy tym mam poczucie, że romantyczna wzniosłość sięgnęła tu
reklamowego bruku.
139
Idzie żołnierz borem, lasem, przymierając
z głodu czasem
Anonimowa pieśń (XVI w.)
Początkowo żołnierz podobno jechał, potem go spieszono. Częste są
pieśni drogi, w których się, właśnie w czasie teraźniejszym, jedzie
i idzie. Tak jest w tradycji ludowej i nie tylko. Raz Mazury jadą z góry,
raz starzyk idzie przez podwórze. Jadą ci, którzy mają się lepiej, jak
choćby pan, pan, na koniku sam, sam. Istotnie, do „żałosnej”, jak
pisał Mickiewicz, nuty „tej sławnej piosenki” bardziej pasuje piechur
niż konny.
Źle żołnierzom w naszych pieśniach. Ten żołnierz będzie
rozdziobany potem przez kruki i wrony, co sam sobie prorokuje. Czy
to walcząc, czy wędrując, mają nasi żołnierze świadomość marnego
swojego losu i nieszczęsnego końca. Ten idzie bez szczególnego
określenia celu, już od wielu wieków, wyrażając całym sobą to wielkie
żołnierskie nieszczęście.
Pieśń miała i inny, perswazyjny wymiar. Chodziło mianowicie
o wywołanie szczodrobliwości tych, niedaleko których żołnierz
przechodził. Była to pokorna prośba o poczęstunek, dalej było przecież
o tym, że nie trzeba żałować chleba i soli, żeby żołnierza poratować.
Ale ta pokora była zaraz zestawiona z wyrazem poczucia godności,
bo przecież żołnierz, choć obszarpany, miał jednak wejść między
pany.
W „Panu Tadeuszu”, gdzie tę żałosną nutę gra Jankiel, mamy
arcydzielne streszczenie: jest to piosenka „o żołnierzu tułaczu, który
borem, lasem idzie, z biedy i głodu przymierając czasem, na koniec
pada u nóg konika wiernego, a konik nogą grzebie mogiłę dla niego”.
Smutne to streszczenie, a po nim następuje dość nieoczekiwana w tej
sytuacji konkluzja, że to „piosenka stara, wojsku polskiemu tak miła!”.
Rzeczywiście, niezwykle sympatyczna! Makabrycznością dorównuje
tej o tratowanym końmi przez kolegów spadłym z konia ułanem
na ładnej wojence. Być może zmysłowi ironicznemu naszych żołnierzy
czy też ich pieśniokletów można zawdzięczać tę skłonność, tak
przecież mocną, że pieśni te nie tylko bywały śpiewane także poza
sytuacją wojenno–wojskową, ale też dostarczały cytatów.
Żołnierz idzie borem, lasem, co w pieśni jeszcze ulegnie
powtórzeniu, więc idzie borem, lasem, borem, lasem. Długo tak idzie,
w wielu językach mnogość wyraża się powtórzeniem, w każdym
języku chyba „długo, długo” to dużo dłużej niż zwykłe „długo”. Bór
jest szpilkowy, las mieszany, ale chyba o to rozróżnienie tu specjalnie
nie chodzi, raczej o to, że i borem, i lasem, a potem znowu. Długo.
Z głodu przymiera wprawdzie nie zawsze, nie przez cały czas, tylko
czasem, ale jednak wiele razy. Może nawet to, że wiele razy, jest
bardziej dojmujące.
Żołnierzowi tułaczowi, temu polskiemu Ahaswerowi, współczujemy
już od kilkuset lat. Idzie tą swoją drogą bez kresu, jakby w tym
wyczerpywała się jego żołnierska dola, do dziś.
140
Idź złoto do złota, my, Polacy, w żelazie
się kochamy!
Jan Skarbek z Góry (x-xi w.) do króla Henryka V
(1109)
Zapewne Skarbek powiedział to po łacinie. A może po niemiecku? Ale
w polskiej tradycji ta polska wersja jest od dawna obecna i Polacy
powtarzają ją z dumą.
Wojewoda Jan z Góry był posłem Bolesława Krzywoustego do króla
niemieckiego Henryka. Król niemiecki chciał hołdu od Polaków i żeby
wywołać u posła tych Polaków pokorę, pokazał mu skarbiec, gdzie
było dużo złota i klejnotów. Jan wrzucił tam swój pierścień i tak się
według legendy dumnie odezwał, na co Henryk grzecznie powiedział
„hab-dank”, czyli „dziękuję”, i w ten sposób dał jakoby Janowi nazwę
herbu. Tyle legenda. Naprawdę oczywiście nazwa „Habdank” wywodzi
się skądinąd.
Tekst narastał. U Długosza było tylko pierwsze zdanie, które
z pewnością by wystarczyło dla bardziej lakonicznych narodów i więcej
dawało do myślenia.
Złoto ma iść do złota. W Ewangelii mówi się, że mającym będzie
dane, niemającym zaś odjęte. Ciekawe co, skoro nie mają. Kłóci się to
poniekąd z poczuciem sprawiedliwości, ale odpowiada innemu
poczuciu – dopasowania, czyli innego typu równowagi. Złoto pasuje
do złota, ziemia do ziemi. Jak coś czyjeś, to niech to ma. Boskie Bogu,
cesarskie cesarzowi. I to Pismo. Co się komu należy, suum cuique. To
Kato Starszy. To pewnego rodzaju determinizm, dający też poczucie
porządku. Psychologicznie umotywowane.
Ale w postawie posła dopatrujemy się czegoś więcej. Henryk mówi:
„Patrz, jak dużo mam!”. Co można odpowiedzieć? „Wcale nie tak
dużo, widziałem (sam mam) więcej” – trudne do udowodnienia,
a nawet przekonania, to tylko sama nieuzasadniona pycha jako
odpowiedź na pychę. „Rzeczywiście dużo, no, no!” – poważne,
uczciwe, ale przecież niesie konsekwencje, o które królowi chodzi. „No
dużo, ale co z tego?” – niezłe, ale właśnie: co z tego wynika?
Niewiele.
Skarbek (ciekawe w tym kontekście przezwisko) reaguje
ostensywnym
działaniem,
które
zawsze
jest
najlepszym
uwiarygodniaczem. Do tego dużo dodaje więcej. Pokazuje (a nie tylko
mówi), że to nie takie istotne, ile złota. Przypomina to nadstawianie
drugiego policzka, które w pewien specjalny sposób unieważnia
pierwszy policzek. Jeśli ci tak zależy na tym złocie, to masz jeszcze
trochę. Miejmy nadzieję, że Henryk rzeczywiście podziękował
strapiony, a nie drwiąco uśmiechnięty. Dzięki temu dumni jesteśmy
z Habdanka, niezależnie od tego, czy ten później tego gestu żałował.
My, Polacy, mamy gest. Co nam po złocie. Ale żeby sprawa była
łopatologicznie jasna, dodajmy jeszcze autostereotypowy aforyzm
o dziwnej miłości do żelaza. Bo Polacy kochali się w ucztach
i zabawach, mowach i dzielności, koniach i orężu. Tacy już byli,
a pewnie i są.
Interesujące, że to zdanie mówi nie o Polakach, lecz o „nas
Polakach”. Ta identyfikacja brzmi jeszcze dumniej. Skarbek to my.
141
Idźcie przez zboże, we wsi Moskal stoi
Olga Lipińska, „Kabarecik Olgi Lipińskiej”, TVP
Wiele lat słyszeliśmy to w telewizyjnym „Kabareciku”. Tak woła się
do tych, którzy wychodzą. Albo do tego, kto wychodzi. „Idźcie, panie,
przez zboże”. Tak do swoich gości może mówić gospodarz szlachcic,
tak może mówić do dobrze zidentyfikowanych przybyszów polski
patriotyczny lud. A dzisiaj my tak mówimy, gdy się żegnamy z gośćmi,
trochę serdecznie, trochę ironicznie, trochę wspólnokulturowo.
Wydaje się na pierwszy rzut oka (czy ucha), że to musi być jakiś
cytat z któregoś z naszych klasyków. Może to nawet mniej znany tekst
Mickiewicza, może to Słowacki, ale najprędzej Wyspiański.
Prawdopodobnie (myślimy) to jakaś „Warszawianka” czy inna „Noc
Listopadowa”. Nie znamy tych dramatów tak dobrze jak „Wesela”,
łatwo nam wyobrazić sobie, że gdzieś w nich pewnie ktoś tak
do kogoś mógł powiedzieć. Ale nic z tego. To oryginalne zdanie Olgi
Lipińskiej. Znakomicie pokazujące pewien aspekt naszej historii.
Archetypy są bardziej archetypami, gdy nie są związane
z prototypami. Idea narzędzia ma cechy narzędzia idealnego, każde
konkretne narzędzie już jest zbyt konkretne. Najlepszym wzorcem
ballady romantycznej mógłby być twór zbierający wszystkie cechy
ballady, nie zaś jakieś konkretne „Lilije” czy inna „Świteź”.
W tym zdaniu jest kwintesencja czegoś ogólnie polskiego
i narodowowyzwoleńczego. Mamy tu polskie zboże i polską wieś.
We wsi stoi Moskal, jak to Moskal. Moskal stawał w naszej Polsce
w różnych miejscach i stał, raz krócej, raz dłużej. Zawsze gdzieś tam
stał. Wolał, zgodnie ze swoją moskiewską naturą, we wsi niż
w mieście, w mieście stawał częściej Prusak czy inny Szwed. Te
pojedyncze liczby wroga ułatwiały wrogość, czyniąc przy tym wroga
może nieco mniej groźnym. Taki wróg, jak rzymski senat w wyobraźni
Kaliguli, mógł mieć jedną głowę, łatwiejszą do ucięcia. Moskal stoi
we wsi i iść przez wieś nie można. Polska powstańcza konspiracja
wymaga pójścia inną drogą.
Inna droga – to droga przez zboże. Nawet nie miedzą pól
złoconych, ale w samym zbożu. Zboże służy głównie do skrywania się.
Nasze polskie złociste zboże nie jest może szczególnie bujne, ale
zawsze ukryć się w nim można. Nawet jeśli się zniszczy trochę
zboża, to przecież ważniejsza konspiracja i walka niż zboże.
„Idźcie przez zboże, we wsi Moskal stoi!”. To po części okrzyk
konwencjonalny, nie wiemy i nawet nie dbamy szczególnie, czy
rzeczywiście pójdą przez zboże. Pewnie wiedzą lepiej od nas, gdzie
stoi Moskal, może im wszystko jedno, może się go nie boją. Może
wreszcie wcale już nie stoi, może jest gdzie indziej. Ale ostrzec trzeba.
Zawsze ostrzegamy, jak ktoś gdzieś idzie. „Uważaj, jak będziesz
szedł!”, „uważaj na siebie!”.
A w zbożu najbezpieczniej.
142
Im dalej w las, tym więcej drzew
Przysłowie, odn. Marcin Czechowic (1575)
W XVII, XVIII wieku było tu o drwach, drzewa pojawiły się potem. Ale
wiadomo, że od początku nie chodziło o drewno, choć jego też jest
więcej w środku lasu, tylko o drzewa.
I sąd to właściwie oczywisty do banalności. To jasne, że w głębi
lasu musi być więcej drzew niż z brzegu. Inaczej cóż by to była
za głębia lasu. Ale w metaforze każdy banał ożywa. Im bardziej, dalej,
głębiej w metaforę, tym bardziej odkrywczo bywa. A metafora lasu
jest stosunkowo łatwa i atrakcyjna. O taką metaforę chodzi
szczególnie wtedy, gdy to, co chcemy nią wyrazić, ma wymiar ogólny,
dotyczy tylu rzeczy, że prawie wszystkiego. Do lasu wszystko da się
porównać.
To przysłowie mogłoby mówić, że im dalej, tym lepiej. Tego zresztą
oczekujemy, działając w jakimś kierunku. Jeżeli wchodzimy do lasu
coraz głębiej, to po coś, w jakimś celu. I mamy coraz więcej drzew,
czyli więcej tego, po co do lasu się chodzi: cienia, wypoczynku, runa
jakiegoś czy wreszcie materiału rębnego, drewna.
Ale kiedy tak mówimy albo kiedy to słyszymy, to częściej myślimy,
że im dalej w las, im więcej drzew, tym niestety gorzej. Patrzymy z tej
drugiej strony. Więcej drzew, to trudniej się poruszać, trudniej także
orientować się w położeniu. Można zabłądzić. Drzewo w lesie,
a szczególnie drzewa, to nie zawsze tylko dobra rzecz.
I tutaj tak właśnie jest. Ta ogólna metafora pokazuje,
że w czymkolwiek, im dalej, tym bywa trudniej. Im głębiej w coś
wnikamy, tym problemów więcej. A wydawałoby się, że powinno być
łatwiej. Gdzie tam, okazuje się, że jest na odwrót. Tyle że nie zawsze
wiemy, czy to wciąż dalej i głębiej, czy może jednak bliżej końca. Czy
się zagłębiamy, czy wychodzimy, przebijamy na drugą stronę. Czy tam
z przodu czegoś przypadkiem nie widać, końca lasu na przykład? Nie,
tam coraz ciemniej, coraz gęściej.
Problemy, kłopoty, o których to przysłowie mówi, biorą się
i z zewnątrz, i z wewnątrz. I z wewnątrz lasu, i z wewnątrz nas. Jak
jesteśmy dopiero na skraju lasu, nic o nim nie wiemy. Wejdziemy
do środka, coraz więcej drzew i spraw, które trzeba znać. Były
i przedtem, ale nie było ich widać. Teraz widzimy. Im głębiej
wchodzimy, tym więcej widzimy. To jeden z poważnych problemów
epistemologicznych. Im więcej mam danych, tym mniej jasne wnioski
mogę wyciągnąć. Im więcej rzeczy biorę pod uwagę, tym ogólny
obraz wydaje się mętniejszy, ciemniejszy.
Nie trzeba się zapuszczać zbyt głęboko w las. Coraz więcej tam
kłopotów: z lasem, drzewami, z sobą samym. Im więcej wiem, tym
bardziej wiem, że to, co wiem, nie wystarczy. Nie trzeba się
zapuszczać w takie myśli, jak mówi Szekspir, bo można od tego
oszaleć.
Może lepiej zostać z samego brzegu.
143
Indyk myślał o niedzieli, a w sobotę mu
łeb ucięli
Przysłowie, odn. Walery Łoziński (1860)
Ten indyk to nasz przysłowiowy myśliciel. I, jak to bywa, służy
propagowaniu niemyślenia. W dawniejszych wersjach „indyk myślał
i zdechł”. Nie podawano, od czego, sama koincydencja myślenia
i zdechnięcia miała nas przed tym pierwszym ostrzegać. Potem
niekiedy wskazywano, że istniała prosta więź między myśleniem
i śmiercią indyczą (u Sienkiewicza: „ów indyk, który zdechł
od myślenia”). Jeszcze później z tym myśleniem zaczęła się wiązać
śmierć bardziej gwałtowna: „indyk myślał i głowę mu ucięli”. Ta
wersja utrzymywała się dość długo, wreszcie dodano rym, osłabiając
myślenie indyka i trywializując (jaka szkoda!) całą sytuację.
Ostatecznie, jak dziś powtarzamy to przysłowie, ograniczamy myślenie
indyka do i tak zresztą krótkoterminowego planowania. Indyk nie tyle
w ogóle rozmyśla, ile myśli o nadchodzącej niedzieli, a tu nagle,
patrzcie, patrzcie, już w sobotę jest bez łba. A to ci dopiero
niespodzianka. Głupi indyk.
Jest to jedno z przysłów reaktywnych. Niesprowokowani nie
używamy go. Dostatecznym powodem jego użycia nie jest, tak jak to
bywa z innymi przysłowiami, sytuacja czy nasza indywidualna refleksja
nad światem i jego osobliwościami.
Nie, tu trzeba czyjegoś tekstu. Tego, żeby ktoś powiedział coś
o myśleniu, i to w konkretnej formie, czasownika w trybie
orzekającym, czasie przeszłym, liczbie pojedynczej i koniecznie
w osobie pierwszej. Jeżeli już ktoś, tłumacząc jakieś swoje działania
czy ich brak inną percepcją rzeczywistości niż ta, która potem okazała
się właściwa, powie „myślałem”, nie powinien robić pauzy, bo już ktoś
czyha, żeby mu w nią wskoczyć i powiedzieć „indyk też myślał”. I on
ma się z pyszna. Ten, co myślał. Co mówi, że myślał.
I ma to znaczyć, że czasem (a może często?, a może w ogóle
zawsze?) myślenie jest niepotrzebne, że wcale myśleć się nie
powinno. Może trzeba działać, zamiast myśleć, ale tego już przysłowie
o indyku nam nie mówi, zatrzymując się na etapie wątpienia
w efektywność myślenia jako takiego. Bo nawet nie wynika z niego,
że powinniśmy myśleć inaczej niż nam się to zdarzyło.
Rosjanie mają ładne „dumał nie dumał, carom nie budiesz”, trochę
rezygnacyjne, ale pogodnie dowcipne. Nasz indyk też ma być
zabawny, ale chyba, jak się zastanowić, nie jest. Nie tylko szkoda
kogoś, kto odważył się myśleć, ale i przesłanie zniechęcające.
W sumie, choć nie wypada tego głośno mówić, głupie jakieś to
przysłowie. To co, mamy nie myśleć? Nie powinniśmy planować,
oceniać perspektyw? Może powinniśmy zostawić to innym? Pewnie
tym, co nam potem tego nieszczęsnego indyka wyciągną?
A poza tym to tak przyjemnie jest pomyśleć, co się będzie robiło
w niedzielę...
144
Ja cię chrzanię!
Przekleństwo
Co ja z tobą zrobię? Co ja z tobą robić mogę, gdy jestem zły
na ciebie? Jasne, wiele rzeczy, wszystko zależy od naszych relacji. Ale
w szczególnych sytuacjach mogę cię... no właśnie, niektórym
nasuwają się słowa wzięte z miłosnej fizjologii, innym z procesów
trawiennych,
jeszcze
innym,
stosunkowo
najłagodniejszym,
z dziedziny kulinariów.
Ciekawe, że nazwy przyprawiania potraw bywają często przenośnią
wobec działań wskazujących często na lekceważenie, a czasem
na skrajną nieżyczliwość, a przywoływanie tych nazw jest tej
nieżyczliwości manifestacją. Nie tylko chrzanimy, lecz i pieprzymy – to
drugie bywa gorsze, choć też zastępcze. Zapewne ma w tym udział
ostrość tych przypraw. Choć nie tylko, ważne są i inne czynniki, w tym
także fonetyczne.
Takie deklaratywne chrzanienie kogoś ma trochę wspólnego
z ochrzanianiem, jak pieprzenie z opieprzaniem, a samo chrzanienie
i pieprzenie to także głupie gadanie albo gadanie nieprawdy –
bo mówienie i jego odmiany są niezwykle zmetaforyzowane, także
mało przyzwoicie. Wiemy też, że chrzanienie i temu podobne
czynności nie muszą się odnosić do ludzi, lecz także do spraw i rzeczy.
W tym przekleństwie, zwróconym do adresata, to o niego chodzi.
Potrzebuję wyrażenia takiego właśnie stosunku do ciebie.
Słowna agresja, choć czasem może potęgować czy nawet
wywoływać fizyczną, znacznie częściej stosunkowo bezpiecznie
i udanie ją zastępuje. Kiedy ci powiem, że cię chrzanię, już naprawdę
nie muszę cię chrzanić, cokolwiek to by znaczyło. Czyli że w pewnym
sensie tylko tak chrzanię, że cię chrzanię. Albo, powiedzmy, pieprzę.
W podstawowym użyciu to jest przekleństwo, ale, jak wiele
przekleństw, można je czasem uznać za wyraz uznania. Kiedy zrobiłeś
coś ekstrasuper i ja cię za to podziwiam, to takie „ja cię chrzanię!”
może cię ucieszyć. Tak cię podziwiam, że aż z tego wszystkiego klnę.
Istotne, że pojawia się tu pierwszoosobowy zaimek. Nie jest on tu
gramatycznie konieczny, znaczeniowo też może się wydać
redundantny, przecież informację o tym, że to ja chrzanię, nie kto
inny, mamy w końcówce czasownika. Ale tu musimy to „ja”
wprowadzić, żeby było zupełnie jasne i podkreślone, że chodzi
o relację ja – ty. To, że to ja i ty, jest bodaj czy nie ważniejsze
od nazwania tego, co to ja mianowicie uważam za stosowne robić czy
omawiać. W sytuacjach szczególnych można bowiem z czasownika
w ogóle zrezygnować, zwłaszcza gdy chodzi o to drugie, uznaniowe
użycie. Mogę wtedy ograniczyć się do pełnego podziwu „ja cię...”,
czasem dodając dla wyrazistości na początku tego uznania wołające
„o”, co daje bardzo już mocne „o ja cię...”, po którym jakikolwiek
czasownik byłby zbyteczny. Tak cię podziwiam, że już nawet nie
wiem, co z tobą robię.
A jak się bardzo zdziwię, mogę tak wołać bez żadnego związku
z tobą.
145
Ja dla pana czasu nie mam
Jeremi Przybora (1915–2004), wyk. Hanna
Banaszak
„Nie mam dla pana czasu” brzmi obcesowo, bezceremonialnie.
Czasem może być efektem zniecierpliwienia, na przykład
po daremnym poświęceniu rozmówcy już zbyt wielkiej porcji czasu.
Czasem może to być wynik wstępnej oceny pożytków płynących
z rozmowy z nim, wtedy to bardziej przykre, bo człowiek został
zdyskwalifikowany niejako na wstępie.
Zazwyczaj pojawia się w klasycznej formule odmowy poświęcenia
czasu dające nadzieję słówko „teraz”. „Teraz nie mam czasu, proszę
przyjść później”. Zwykle łaskawie opuszcza się adres („dla pana”)
i mówi się: „nie mam teraz czasu” albo krótko „nie mam czasu”,
co oczywiście dopuszcza interpretację, że jest to stan na teraz,
że potem może czas się znajdzie, a lapidarność dodatkowo potwierdza
to, że właśnie ten, kto to mówi, nie ma czasu. Teraz. I nie dla mnie,
tylko w ogóle teraz. To może przyjdę później. Zresztą i tak wcześniej
bym nie mógł, tylko później. Ale jeszcze spróbuję, jak będzie miał
czas.
„Ja nie mam czasu” podkreśla osobę tego, co czasu nie ma. „Ja nie
mam”. On nie ma. Może kto inny miałby, on – nie. To i lepiej, i gorzej.
Lepiej, bo to sprawa subiektywna, sam, przyznaje, że to on właśnie,
z pewnością nie każdy. Gorzej, bo akurat na jego czasie mi zależy,
a subiektywne jego racje mogą być dla mnie przykre jeszcze bardziej.
„Ja nie mam czasu dla pana” – jeszcze gorzej, pewnie dla innych ma,
tylko dla mnie nie. Jestem ten gorszy.
„Ja dla pana czasu nie mam”. A, tu mamy nacechowany szyk.
Najpierw ja, to jasne, ale potem już „dla pana”, co daje temu, dla
kogo czasu nie ma, przynajmniej miejsce lepsze. Potem też nie zwykłe
„nie mam czasu”, lecz „czasu nie mam”, co osobliwie rytmizuje, lekko
ustaroświeccza i w ogóle sprawia, ze zwrócenie uwagi na formę czyni
odmowę czasu mniej dotkliwą.
A jeśli tak się powie cytatem, wskazując na pewne wspólnoty
literacko-kulturowe, to już nieźle. „Ja dla pana czasu nie mam” to
przecież nacechowany cytat, użyty z nadzieją rozpoznania i docenienia
tego, że się dało tę możliwość rozpoznania. Czasu nie dostałem, ale
coś jednak otrzymałem, nie jest aż tak źle.
Tu, w piosence, oczywiście nie chodzi o sytuacje towarzyskie czy
związane z interesem. Tu rzecz w relacjach damsko–męskich, i to
urocza kobieta tak właśnie formułuje odmowę, czyniąc ją zresztą
problematyczną, tym bardziej że potem rozwija, tracąc cenny czas,
różne uzasadnienia. I uprawdopodabnia tym samym prawdziwość
starego powiedzenia Talleyranda, że kobieta tym się różni
od dyplomaty, że dyplomata, mówiąc „tak”, ma na myśli „może”,
„może” u niego znaczy „nie”, a gdy mówi „nie”, nie jest dyplomatą,
kobieta zaś, mówiąc „nie”, mówi „może”, „może” to „tak”, a mówiąc
„tak”, kobietą nie jest.
Ta kobieta, będąc kobietą, mówi do pana, który jest mężczyzną,
że nie ma czasu. Ale mówi „ja dla pana czasu nie mam”, przez
co pokazuje, że owszem, czas by się znalazł. Nawet już się znalazł,
bo mówi to tak właśnie. Poczekajmy, wspólnie znajdziemy go jeszcze
więcej.
146
Ja tu tylko sprzątam
O.S.T.R.
Dobrze być ważnym. Wszyscy się ze mną liczą. Ja decyduję i wszystko
wiem. Mnie zapytajcie. Ale dobrze też być, kiedy trzeba, nieważnym.
Ja się nie liczę. Nic ode mnie nie zależy, ja nawet nie wiem nic. Nie
ma mnie o co pytać.
Sprzątaczka w ogólnym stereotypie to niziny hierarchii społecznej.
To tak nisko, że nie ma nawet słowa „sprzątacz”, bo mężczyźni się
tym sprzątaniem nie zajmują (naprawdę głównie dlatego, że nie
potrafią). Kiedyś kucharka, potem sprzątaczka – to zawody, których
wykonawcom czy raczej wykonawczyniom wykształcenia nie
przypisywano. Wprawdzie według Lenina kucharka mogłaby rządzić
dobrym państwem, ale to powiedzenie miało znamiona albo
ideologicznie idealistycznej mrzonki, albo po prostu paradoksu.
W ogólnym mniemaniu sprzątaczka nie musi wiedzieć, o niczym nie
decyduje i nikt się z nią nie liczy.
„Ja tu tylko sprzątam”. Tak się mówiło, żeby pokazać, że się mało
znaczy, a często, że się nie ma orientacji w przedmiocie, o który
chodzi. „Nic nie wiem, ja tu tylko sprzątam”. Znaczyło to, żeby mnie
nie pytać.
Czasami naprawdę to miało znaczyć, czasem mówiliśmy tak
ironicznie i prowokacyjnie, redukując własne znaczenie. I wtedy nie
trzeba było brać tego serio. A czasem pokazując, że ci, co się ze mną
nie liczą, popełniają duży błąd. I, oczywiście, kłamiąc także. Lepiej
przecież udać, że się niewiele może i nic nie wie. Niestety, ostatnio
ostatnie użycie zaczyna dominować.
Ale sprzątanie ma przecież i inny aspekt. Sprzątać po kimś – to
naprawiać, co on sknocił. Sprzątać w jakiejś instytucji – to robić tam
porządki. Tak robią ci, co do władzy nastali. Nowa miotła dobrze
miecie – jak mówił Benia Krzyk. Trzeba posprzątać, dom oczyścić
z śmieci. „Oczyścić dom, powiadam, oczyścić dom, dzieci” powiadał
ksiądz Robak. I, oczywiście i niestety, „sprzątnąć kogoś” to tyle,
co sprawić, żeby go już więcej nie było.
Ta ostatnia metafora jest możliwa, bo „sprzątać” i „sprzątnąć”
odnosi się nie tylko do miejsca, pomieszczeń, terenu – lecz
i do rzeczy, które z tego miejsca usuwamy. Sprzątamy je i już ich nie
ma.
Ten, kto sprząta, może tylko żartować, że „tylko”. Naprawdę „aż”.
Ale to kwestia intencji i zrozumienia. Intencji zrozumienia i stopnia
porozumienia. Czyż bowiem ktoś, kto naprawdę tylko sprząta, powie,
że sprząta „tylko”? Czy będzie miał, a zwłaszcza eksponował, to
poczucie ograniczenia? Może się, owszem, frustrować, ale czy będzie
o tym mówił? A jeśli będzie mówił, próbując się nie przyznawać
do odpowiedzialności, udając mniejsze znaczenie niż ma w istocie, to
czy się tym „tylko” nie zdradzi?
Myślę, że dobrze należy uważać na tych, którzy mówią, że tylko
sprzątają. Może tylko tak mówią. A jak naprawdę tylko sprzątają, to
to, że mówią, że tylko, też jest znaczące.
Chyba że tylko im się tak powiedziało.
147
Ja wiem, że to niesłuszne
Stanisław Barańczak (1946–2014)
Co jest słuszne? Niekoniecznie to, co prawdziwe, niekoniecznie to,
co dobre. Słuszne to to prawdziwe, co jest dobre, i to dobre, co jest
prawdziwe. Hegel powiedziałby, że to wszystko jedno, bo dobre to to,
co się staje, co więc być musi, i co jako takie jest rozumne, czyli
prawdziwe. Ideologicznie rzecz biorąc, „dobre” jest zbyt
relatywizowane, więc nie może dobrze służyć aksjologizowaniu
rzeczywistości, a „prawdziwe” zanadto zależy od rzeczywistości,
w szczegółach postrzeganej przypadkowo. I niech stary Kant nie
zawraca głowy z tą swoją opozycją między tym, co jest, i tym, co być
powinno. Co powinno, jeśli nawet jeszcze nie jest, będzie. Bo nie tylko
powinno, ale i musi. A to, co jest, powinno było, czy też musiało, być,
najlepszy dowód, że jest. Co jest rozumne, jest rzeczywiste,
co rzeczywiste, rozumne. To Hegel. A jeśli fakty są inne, tym dla nich
gorzej. To też on, może zresztą Fichte. I w ogóle fakty są głupie, jak
mówił Nietzsche.
I dlatego trzeba określić, co jest słuszne. Słuszne jest to, co jest,
jako to, co być powinno, i to, co powinno być, jeśli nawet jeszcze tego
nie ma. Prawdziwym można nazwać to, co jest, i sądy na temat tego,
co jest – że jest. Ale tu ważniejsza jest słuszność zawierająca jeszcze
i zgodność z zasadą.
Kategoria słuszności zdominowała myślenie, a zwłaszcza mówienie
w zideologizowanym świecie. Wypowiedzi, którym nie można było
odmówić prawdziwości, były dyskwalifikowane jako niesłuszne lub
głęboko niesłuszne. Niesłuszne bywały postawy i zachowania, a nawet
sytuacje. Niesłuszne były protesty, oczywiście te niesankcjonowane,
nieskierowane przeciwko wrogom. Generalnie słuszne było
zaangażowanie i społeczna aktywność. Niedobrze, jeśli w słusznej
postawie pojawiały się niesłuszne odchylenia. W „Poemacie dla
dorosłych” Ważyka konflikt zachodził między słusznymi i niesłusznymi
częściami garderoby topielca. „Mój płaszcz jest słuszny, ale guziki
niesłuszne”, albo odwrotnie. Dlatego się utopił. A ustalanie, co jest
słuszne, należało rzecz jasna do kolektywu, którego zdanie słusznie
wyrażali jego słusznie w słusznych wyborach wybrani przywódcy.
„To, co mówisz, jest może i zgodne z faktami, ale jest głęboko
niesłuszne!” – po czymś takim najlepiej było poddać się od razu
samokrytyce. Bo przecież powinienem wiedzieć, komu obiektywnie
służy takie niesłuszne mówienie o faktach, samych w sobie zresztą
zapewne niesłusznych. Na wszelki wypadek mogę od razu założyć,
że to, co mówię czy zaraz powiem, jest niesłuszne. Ja wiem, że to
niesłuszne.
Ten piękny przymiotnik, związany z prawdą i dobrem, został tak
zawłaszczony przez ideologie postheglowskie, przez prymitywnie
używane marksizmy, że zohydział. Stał się podobny, jeśli nie
znaczeniem, to nieodpartymi skojarzeniami, do swojego posłusznego
kuzyna.
Całkiem niesłusznie.
148
Jak cię widzą, tak cię piszą
Przysłowie, odn. Mikołaj Rej (1566)
Wcześniej Rej pisał, „jako cię widzą, tak cię mają”, ale że czasownik
„mieć” swoją podziwu godną wszechstronność okupuje niezbyt dużą
wyrazistością i precyzją, do przysłowia weszło na stałe pisanie kilka lat
później odnotowane.
Powtarzamy to przysłowie do dziś, świadomi jego znaczenia
i wymowy, mimo że obecnie czasownik „pisać” już tej funkcji nie ma,
nie mówimy o „pisaniu kogoś” wtedy, gdy myślimy o opisywaniu.
Tutaj i w widzeniu, i w pisaniu widzimy odcień uważania za kogoś,
„mienia” czy wręcz trzymania. „Uważam kogoś za łobuza”; „mam cię
za porządnego człowieka” – to normalne konteksty. Kiedyś jeszcze
można było trzymać kogoś za kogoś („Jana trzymano za durnia”) albo
coś o kimś („źle o nim trzymali”), co było w końcu do pewnego
stopnia naturalne, bo skoro do dziś można kogoś wziąć za kogoś,
zwykle za kogoś innego, to i trzymać można.
Pisać kogoś już dziś nie piszemy, ale to przysłowie dobrze ukazuje
pewną zrozumiałą zależność. Właśnie ukazuje, czyli przywodzi
na wzrok. Bo o widzeniu tutaj mowa. Widzą cię i opisują. Z tego,
co widzą, wyciągają wnioski, jaki jesteś, i za takiego cię potem
uważają. I uwaga: innym przedstawiają ciebie zgodnie z tym,
co uważają.
Widać stąd, jak zależy nam na tym, za kogo nas mają i, co wcale
nie mniej ważne, a może ważniejsze, jak nas przedstawiają, pokazują
innym. Może i w gruncie rzeczy tacy jesteśmy, za jakich nas mają?
Może to jest bardziej naprawdę, bardziej się liczy? Jest bardziej
obiektywne, jakoś sprawdzalne? Ci z nas, którzy mniemanie o sobie
czerpią z rzeczywistego lub mniemanego mniemania innych, tak
skłonni są mniemać.
I często wierzymy, że te sądy innych o nas biorą się właśnie
z obserwacji, z patrzenia, z widzenia. Bo że obserwują nas, to pewne.
Patrzą na nas. Z jednej strony, oczywiście, wtedy, kiedy chcielibyśmy,
żeby widzieli i podziwiali, to w ogóle nie zauważają, lekceważą, nie
dostrzegają naszych wartości, ale w tych rzadkich momentach, kiedy
akurat nie trzeba, patrzą i widzą wady. Spróbujmy tylko coś zrobić nie
tak, zaraz zobaczą.
A potem opiszą innym. Bo na pewno o nas mówią, często jesteśmy
świadkami, jak przestają mówić, kiedy wchodzimy. Na pewno o nas
mówili, bo i o kim innym?
Dlatego trzeba dobrze wyglądać, ładnie się ubierać, bo choć to
podobno nie suknia zdobi człowieka, to jednak wiadomo, że przecież
zdobi, i to jak zdobi, myć zęby, chodzić do fryzjera, uśmiechać się
i w ogóle pokazywać tyle dobrego, ile tylko można. I jeszcze nie
powinno się pokazywać, że się pokazuje: to oni mają widzieć sami,
bez naszego pokazywania. Tak to właśnie mają nas widzieć.
I, oczywiście, pisać.
149
Jak dobrze nam zdobywać góry
Piosenka harcerska (pierwsza połowa XX w.)
Kiedy nam dobrze, czujemy czasem chęć ekspresji tego. Och, jak
dobrze! Ale mi dobrze! Dobrze powiedzieć, że dobrze, albo i zawołać.
Wtedy dopiero robi się dobrze. Jeszcze lepiej. Bo i co by było z takiego
dobrze, jakbyśmy o tym nie mówili? Ach, jak przyjemnie kołysać się
wśród fal!
Bywa, że taki błogostan przeżywamy indywidualnie i tak silnie
doznajemy radości istnienia, że musimy wrażeniami dzielić się
z innymi. A bywa, że przeżywamy w towarzystwie. Wtedy oczekujemy
potwierdzenia od innych. Nam dobrze, gdy innym też, to dobrze.
Łączymy się w tym wspólnym przeżywaniu tego, że nam dobrze. Jak
nam dobrze! Jak dobrze nam!
A teraz w związku z czym nam dobrze. Może tu oczywiście chodzić
o głębokie doznania moralne, o poczucie dobrze wykonanej pracy czy
wzniosłe idee wspólnie wyznawane. Częściej bywa, że satysfakcja ma
charakter estetyczny i bierze się z doznań towarzyszących pięknym
dźwiękom, zapachom czy widokom. I często płynie z różnych innych
fizjologicznych stanów.
Pieśni często służą wzmocnieniu poczucia więzi grupowej. Razem
śpiewamy o nas razem. Jednością silni. Niekiedy pieśni nie tyle zdają
rzetelnie sprawę z doznawanych odczuć, ile te właśnie odczucia chcą
prowokować. Śpiewamy, bo doznajemy. Ale też śpiewamy po to,
by doznać. Zaśpiewamy, to doznamy.
Kiedy wykrzykniemy: „jak nam wesoło!”, może się zrobić weselej.
Od zaśpiewania „jak dobrze nam” może być lepiej, a nawet dobrze.
Zwłaszcza gdy śpiewamy o tym, co naprawdę lubimy.
Pieśni biesiadne, sławiące ucztowanie w dobrym towarzystwie, takie
jak „precz, precz od nas smutek wszelki”, pieśni sławiące młodość, jak
„gaudeamus igitur”, są zrozumiałe w swym przesłaniu. Pieśni drogi
i ogniska także mogą wyrażać uczucia oczywiste. Ale mężni harcerze
czasem zdawali się przesadzać. Góry zdobywać – bardzo dobrze,
młodą piersią chłonąć wiatr – jeszcze chyba lepiej, prężnymi stopy
deptać chmury jest tyle piękne, ile metaforyczne, pewne wątpliwości
musi jednak budzić okrzyk „jak dobrze nam” w związku z ranieniem
palców ostrzem Tatr.
Gdy zawołamy razem, że nam dobrze, i wymienimy najpierw wiele
przyjemności prawdziwych, to w rozpędzie możemy przenieść naszą
satysfakcję także na sprawy mniej oczywiście atrakcyjne. Tak też
można posunąć się do emocjonalnej manipulacji, dołączając do tego,
co dobre, to, o co może chodzić, a do czego entuzjazm trudniej jest
wzbudzić.
Powinniśmy wiedzieć, że nam dobrze, gdy nam dobrze. Dobrze, gdy
inni to wiedzą. Dobrze, gdy nam razem dobrze i gdy dobrze dlatego,
że razem. Dobrze wspólnie wyrażać poczucie tego, że dobrze, i dobrze
nawet takie poczucie wzbudzać. Ale nie wiem, czy dobrze wmawiać,
że dobrze.
Ale może i dobrze.
150
Jak dobrze wstać, skoro świt...
Jonasz Kofta (1942–1988) „Radość o poranku”
Jutrzenki blask (czy też brzask, to w końcu na jedno wychodzi)
duszkiem pić to już rzeczywiście dobrze, chce się żyć, ale czy
naprawdę trzeba wstawać skoro świt? Zgódźmy się przynajmniej
co do tego, że skoro już trzeba wstać skoro świt, to lepiej się tym
cieszyć. „Skoro” to tyle co „jeśli”, ale akurat w połączeniu ze świtem
daje sens inny, potęgując wczesność świtu. Bardzo rano, zaraz, jak
tylko dzień się zaczyna, skoro świt. Jako przysłówek „skoro” daje
znaczenie skwapliwej szybkości czy szybkiej skwapliwości, skorzy
do czegoś ludzie skoro biegną ku temu, czego ich skorość dotyczy.
A świt wstaje skoro, czasem zbyt skoro. Ale skoro tak... to i my
wstawajmy, skoro świt. I spróbujmy myśleć, że to właśnie dobrze.
Jeśli tak rano potrafimy już myśleć.
Nie zawsze jest tak, że nasze mówienie o radości jest wyrazem
tego, że rzeczywiście się radujemy. Bywa, że dodajemy sobie w ten
prosty sposób animuszu i minimalizujemy nieprzyjemności. Ja proszę
pana to nawet lubię tak wstać rano, skoro świt.
Czasem to potrafi dobrze integrować w radości zaprogramowanej
poniekąd: jak dobrze nam zdobywać góry; czasem wyraża
nieweryfikowalne przez innych stany, zapewne ciekawie przeżywane:
jak dobrze być poziomką; czasem rozbrajająco naiwnie naturalne
ukontentowanie: dobrze być cesarzem; a bywa, że złudne
samooszustwa, jak to z dotykaniem trawy przy rodzinnym domu.
Nie chcieliśmy wstawać tak rano, ale wstaliśmy. Jakoś tak wypadło.
To co, martwić się mamy, źli na świat być? Skądże znowu! Znajdźmy
w tym satysfakcję, w szczególności płynącą z uświadamianej przewagi
naszej nad tymi, co nie wstali. „A ja już tyle zrobiłem!”, „a ja już
byłem na spacerze” i w ogóle „ty śpiochu”.
Świt to dobra pora, podobnie jak bardziej rozciągnięte w czasie
świtanie. Można coś robić nim, na przykład wstawać świtem czy
świtaniem, można o nim. O świcie, o świtaniu. Wieczorem też można,
ale o wieczorze już raczej nie i o południu też. Kiedyś było można, ale
to się już skończyło. Teraz tylko o świcie. I o świtaniu.
Świt ładnie metaforyzuje, podobnie jak jutrzenka. Ma dobrą
frazeologię. Jak chcemy, żeby coś dobrego nadeszło, wypatrujemy
jego świtu. Stare zmierzcha się, nowe świta. Może wolność świta,
może inna jakaś swoboda, może szczęście w ogóle, może tylko lepsza
perspektywa, może wreszcie tylko coś zaczynam kojarzyć i mówię,
że mi coś świta. Robi się jaśniej i jaśniej widzę, że się tak właśnie robi.
Jasna sprawa.
Świtem, kiedy coraz jaśniej nam coś świta, dobrze sobie coś
planować. Dzień będzie długi, zwłaszcza skoro wstaliśmy skoro świt,
zapewne zresztą wstaliśmy dosyć skoro, skoro się tak radujemy. Dużo
dobrego może się wydarzyć. Dobrze, że wstaliśmy. W ogóle dobrze.
151
Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie
Przysłowie, odn. Jan Dymitr Solikowski (1565)
Kuba pojawił się jako partner Pana Boga dopiero niespełna dwieście
lat temu. W XVI wieku był tu tatka („jako tatka Bogu, tak Bóg tatce”),
a w następnych wiekach zaimki: „ty”, „my”, „wy” i zgoła „kto” („jak
kto z Bogiem...”). Ale Kuba jak wszedł, tak już został. Pojawił się tu
wprawdzie też Maciek, ale tylko na chwilę.
Dobry jest ten prosty, bezpretensjonalny Kuba do naszych ludowych
powiedzonek i przyśpiewek, czasem nawet razem z Jakubem („pije
Kuba do Jakuba”). Zauważmy też, że do tego symetrycznego
przysłowia pasuje o tyle jeszcze, że Bóg czytany na wspak jest
fonetycznie do Kuby podobny. A Kuba do Boga.
Mamy w tym przysłowiu dosyć interesujące ukazanie zależności.
Możemy z niego wnosić, że zachowania Pana Boga są w pewnym
stopniu przewidywalne, a kto wie, czy nie mogą być, choćby
w negatywnym aspekcie, także i wręcz sterowalne. I bardzo przy tym
ludzkie. Oko za oko, pięknym za nadobne. Jak Kuba tak i tak, to Pan
Bóg tak i owak. Trochę odwetowy ten Bóg Kuby.
Ale tu chodzi o to, że ten Kuba zasługuje na to, co go spotyka.
Że to on prowokuje Pana Boga. I nie ma się co potem dziwić, że ma
tak, jak ma. Sam tego chciał.
No i ten Bóg z przysłowia to nie taki znowu prawdziwy Bóg. To
może być każdy z nas, ja najczęściej. Więc właściwie to „morał w tym
sposobie”, jak mówił Fredro: „jak ty komu, tak on tobie”. Tyle że jak
wmieszamy do tego Pana Boga, sprawa zrobi się poważniejsza,
a Kuba może będzie bardziej uważał na przyszłość.
Przy tym robi się tu zależność w zasadzie jednokierunkowa. Jeśli
powiem „jak ty komu, tak on tobie”, to tym tobą i tym nim może być
właściwie każdy, a do tego role są zamienne. Raz ty możesz być nim,
innym razem on to jesteś ty. Z Bogiem jest inaczej. Nie wyobrażamy
sobie, że Kuba będzie robił Bogu tak a tak dlatego, że Bóg mu tak
robił. Nie, tu tylko Bogu przysługuje prawo do działań
rewanżystowskich. To on się zachowuje jak jakiś Kuba, dostosowując
swoje działania do działań Kuby, a nie Kuba jak Bóg. To Bóg reaguje
na Kubę. Nie Kuba na Boga. Kuba daje bodziec.
W ten sposób przysłowiowo pouczając, mniej ryzykujemy. Kuba nie
bardzo może te relacje odwrócić.
To jasne, w relacjach konfrontacyjnych z Bogiem Kuba stoi
na straconej pozycji. Może się co najwyżej potem pocieszać,
że reakcja Boga była uzasadniona, że zasłużył, że, krótko mówiąc,
może i nie najlepsze, ale jakieś partnerstwo w tych stosunkach
zaistniało. Jakaś wzajemność. Dał Bogu dobre powody.
Chociaż lepiej, żeby nie dawał.
152
Jak się człowiek spieszy, to się diabeł
cieszy
Przysłowie, odn. Samuel Adalberg (1884)
W wielu powiedzeniach, w przysłowiach, porzekadłach pojawiają się
człowiek i diabeł. Diabeł człowieka oszukuje, prowadzi do złego i źle
mu życzy. Czasem to jest oczywiste, mowa wtedy o naszych złych
uczynkach. Ale czasem i to, co samo w sobie nie jest złe, diabeł może
złym uczynić.
Człowiek śpieszy się, żeby zdążyć zrobić jak najwięcej. Wiadomo,
czas to pieniądz, czas ucieka albo goni, a w każdym razie mija i trzeba
się śpieszyć. Wprawdzie mówi nam się: „umrzeć zawsze zdążysz”, ale
to na ogół nie pomaga. Śpieszymy się, i to coraz bardziej. Czasem
szlachetnie śpieszymy z pomocą, czasem śpieszymy się z miłością
do szybko odchodzących ludzi, ale zazwyczaj śpieszymy się dla
jakiegoś własnego dobra. Możemy z czymś nie zdążyć, a poza tym, jak
coś zrobimy dzisiaj, jutro nie będziemy musieli tego robić. Akurat!
Wcale nie. Wtedy jutro będziemy robili to, co moglibyśmy zrobić
pojutrze, w najlepszym wypadku.
Jedno z najtrafniejszych, jak często bywa z trafnymi
paradoksalnością powiedzeń, wskazuje, żeby śpieszyć się powoli,
co znamy nawet po łacinie (festina lente) i wymawiamy powoli,
starannie. Śpieszyć się bez pośpiechu, bo choć czasownik „śpieszyć
się”, a zwłaszcza „śpieszyć” ma często pozytywne odniesienia,
rzeczownik „pośpiech” już nie. Pośpiech jest na ogół niewskazany,
mówi się o jego potrzebie co najwyżej przy łapaniu pcheł. A „powoli”
znaczyło kiedyś „po woli”, czyli według woli, tak, jak chcemy, bez
przymusu i bez ponaglania.
Bo co nagle, to po diable. Ten diabeł z tego powiedzenia jest mniej
gramatycznie oczywisty, widzimy głównie jego przydatność rymową,
ale wiemy, że i wtedy się cieszy. Co prawda można to powiedzenie
o nagłości rozumieć jako ostrzeżenie przed zbyt nagle następującymi
zmianami czy zjawiskami, ale generalnie to jest ten sam diabeł, co się
cieszy, kiedy się śpieszymy.
Śpiesząc się, robimy wszystko gorzej. W pośpiechu, pośpiesznie,
w zdenerwowaniu. Złościmy się – i już z tego powodu diabeł może się
cieszyć. Może zresztą on sam ten pośpiech wywołuje. I im coś robimy
pośpieszniej, tym gorzej i dłużej nawet możemy to robić.
Była kiedyś instrukcja obsługi gaśnicy pianowej zaczynająca się
od słów: „Pali się? Niech się pali, a my spokojnie...”. Wprawdzie takie
uspokajanie nie mogło szczególnie skutecznie zapobiegać panice, ale
jakoś było trafne. Spokój. Bez pośpiechu. Niech się diabeł nie cieszy.
I w ogóle dobrze jest umieć odróżniać to, że nam się śpieszy,
od tego, że my się śpieszymy. Nam się może śpieszyć, to zrozumiałe,
chcemy zdążyć, nawet jeśli nie bardzo wiemy, na co czy do czego. Ale
my nie musimy się śpieszyć, choćby nam się najbardziej śpieszyło.
Bo co nagle, to po diable. I co ma się ten diabeł cieszyć.
153
Jak się da, to się zrobi
Janina Ipohorska (1914–1981)
To powiedzenie sprawia wrażenie, jakby je raczej wymyślił mało
etyczny rzemieślnik lub skorumpowany urzędnik niż dowcipna pani
od dobrych manier, choćby nawet używała filuternie męskiego
pseudonimu „Jan Kamyczek”.
Jest w powszechnym użyciu, czasem maskując, czasem demaskując
cyniczne podejście do pracy i obowiązków. Ma u podstaw pewną
językową szczególność: wielofunkcyjną bezosobową formę czasownika
„dać”, który ma niezwykłą jak na polszczyznę różnorodność
zastosowań.
I ta wieloznaczność sprawia, że tak łatwo powiedzieć „jak się da, to
się zrobi”, dając przecież do zrozumienia tak jawnie, jak to jest
możliwe, że przeciwnie, jak się nie da, to na pewno się nie zrobi. Nie
wykona, nie naprawi, nie załatwi, nie rozpatrzy – bo to „zrobi” ma
także szeroki zakres zastosowania.
W jednym ze znaczeń, tym niby bardziej zewnętrznym, ale chyba
rzadszym w zastosowaniu, „da się” określa możliwości. To a to da się
zrobić, a tego a tego nie, za nic, ani rusz się nie da. Po prostu nie
da się i już. To pierwsze jest do zrobienia, jak „rabialne”, to drugie nie
do zrobienia. Nie ma takiej możliwości. To „da się” czy „nie da się” to
cechy rzeczy, o której mowa, pracy do (lub nie do) zrobienia, sprawy
do (lub nie do) załatwienia.
Jak coś się nie da zrobić, to nie ma co nawet próbować. Jak się nie
da, to się nie zrobi. Zrobi się tylko wtedy, jeżeli się da zrobić. Jak się
da, to się zrobi. Jasne, nie samo, ale formy lubią być symetryczne,
a przy tym „zrobi się” jest już niemal kategorialnie równoznaczne
ze „zrobię” czy też „zrobimy”.
A w drugim znaczeniu „da się” to zwykły czas przyszły
od czasownika „dać” w najbardziej pierwotnym znaczeniu: „sprawić,
że ktoś zacznie mieć”. Co mieć? Gdy to nie jest określone, gdy nie
wiadomo, o co chodzi, rzecz jasna chodzi o pieniądze. Tak samo jak
z „brać”. Można brać wiele rzeczy, ale gdy przy tym czasowniku nie
ma dopełnienia, gdy nie wiadomo, co jest brane, to możliwości są
dwie: albo chodzi o rybę, albo o urzędnika.
„Da się” jest wtedy grzecznie nieosobową formą, która ma zastąpić
zbyt bezpośrednie „dasz” czy też „pan da”. „Się” bywa czasem tak
używane: „o, ma się nowy samochód”, „było się tam już?”. Jak się da,
czyli jak dostanę, to się zrobi, czyli zrobię. Zrobi się.
Ta wspólna bezosobowość tworzy dobre warunki do porozumienia.
Pan wiesz, a ja rozumiem. Jak się da, to się zrobi. Niech się da.
A jeżeli to panu nie pasuje i będzie pan jeszcze miał za złe moją
rzetelną propozycję, to czy ja coś złego chciałem? Przecież chodziło
o tamto pierwsze znaczenie. Nie wiem, czy to jest do zrobienia. Jak
jest do zrobienia, to się zrobi.
Ale uwaga: to, że tak łatwo i niby niewinnie można się przymówić
o łapówkę, sprawia z drugiej strony, że gdy dobrodusznie mówimy
o niezależnych od nas ograniczeniach, możemy być posądzeni o dość
prymitywne,
w
końcu
cyniczne,
operowanie
aluzyjnymi
niedomówieniami.
154
Jak się masz, kochanie?
Magdalena Mikulin, zespół Happy End
Kłapouchy, zapytany, jak się ma, odpowiadał, że w ogóle nie bardzo
się ma. Że już nie pamięta czasu, kiedy jakoś sięmiał. Dla niego
jakiekolwiek „sięmienie” jest szczęściem nie do wyobrażenia. To jest
chyba w zasadzie szczyt malkontenctwa.
Tak to już jest w każdym języku, że „być” i „mieć” muszą
obsługiwać wiele nieraz niezwykle skomplikowanych i trudnych
do wyrażenia stanów, a czasem nawet zachowują się wręcz
gramatycznie. Mają to do siebie, że takie są. Wśród swoich tak
licznych specyficznych funkcji czasownik „mieć” ma też wyrażanie
stanu bycia. Ciekawe, że „być”, choć może się odnosić do stanu
posiadania, gdy ktoś mianowicie jest w posiadaniu czegoś lub też jest
posiadany, nie może się odnosić ani do „mania”, bo go w języku nie
ma, ani do „mienia”, bo to co innego. Jak się jakoś zachowuję, to
zachowanie, jak jakimś się wydaję, to wydawanie, jak się czuję, to
czucie, a jak się mam, to samopoczucie. Mania nie mam.
Konstrukcja dziwna. „Się” często daje zwrotność, tu też czujemy coś
w tym rodzaju. Ale nie, nie mam przecież siebie nijak. Mogę mieć się
za kogoś, ale wtedy nie w jakiś określony sposób, do którego pasuje
pytanie „jak?”. To nie takie „się” jak w „boję się”, bo tam to część
czasownika, nie ma samego bania. I nie takie jak wtedy, kiedy
bezosobowo mówię, że coś się robi np. dwie minuty. Już najbliżej
temu „się” do wrażeniowych „się” w „wydaje mi się” i w „czuję się”.
„Jak się masz, kochanie?”. To pozdrowienie, powitanie, czasem
pytanie. Bywa, że wszystko naraz. Spotykam, witam, pozdrawiam
i pytam. Często pytam na początku, gdy witam. Jak leci, co słychać,
co tam w ogóle. Jak się ma ten, kogo pytam, witając go
pozdrowieniem.
Kochanie. Czyli czule pytam kogoś mi drogiego. To czułe słowo,
wspólne dla kogoś kochanego i dla tego, co do niego czujemy,
niestety się zbanalizowało. Tak, kochanie, i do ciebie tak mogę
powiedzieć. „Was ist das Wort: »kochanie«?” – pyta swojego
podkomendnego feldfebel, do którego Szwejk się tak zwrócił.
Landwerzysta odpowiada, że to znaczy tyle, co „Herr Feldfebel”.
Jeszcze niezupełnie, ale już prawie.
Jak się masz? Możemy akcentować czasownik, wtedy może
naprawdę o to pytamy. Możemy stawiać przycisk na „się”, wtedy to
tylko pozdrowienie, dość zdawkowe zresztą, całe pytanie to jak jeden
wyraz. Takie siemanko, a właściwie już „siema”. Aż taka redukcja! Ale,
co ciekawe, ta redukcja odświeża i sprawia, że znów się robi
serdecznie.
A odpowiedzi mogą dotyczyć tylko prostej oceny. Dobrze, źle,
wyśmienicie, podle. Tak sobie, jako tako, ujdzie. Skala długa, ale tylko
jedna. Jedna, ale długa. Wiele może być odpowiedzi. Jak się mam?
Lepiej nie pytaj.
155
Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi,
co się ma
Przysłowie (ok. 1925)
„Gdy nie mamy, co kochamy, trzeba kochać to, co mamy”. Ta
wielokrotna rymowanka jest wcześniejsza nieco, z XIX wieku,
Adalberg ją odnotowuje. Tam chodziło o nas, byliśmy osobowo
i osobiście przywołani. To my mamy czy też nie mamy i my kochamy.
W późniejszej wersji zamiast silnego kochania pojawiło się
spokojniejsze i mniej zaangażowane lubienie i nieosobowe „się”.
Takie właśnie nieosobowe „się” często daje dodatkowo jakieś
wrażenie pewnej, nieco ironicznej, może nawet zabawnej, wprawdzie
odnoszącej się do reguł, ale w sumie dystansującej się formuły. Nie
jest to, rzecz jasna, jego funkcja gramatyczna, ale tak się dzieje,
że tak się myśli. Takie sobie „się”. „Mówi się”, „idzie się”. Jakoś tak się
robi, trochę niefrasobliwie, trochę luzacko. Ma się ten fason, zwłaszcza
jak się o sobie samym tak mówi, przez „się”.
Do różnych wypowiedzi, do różnych czasowników to „się” różnie
pasuje. Łatwiejsze, bardziej naturalne jest bez negacji. Kiedy
przeczymy, bardziej zwraca uwagę, jak zawsze zresztą bywa
z przeczeniem. Czasem ma wtedy funkcję pouczenia, instrukcji,
pokazania zasady, nawet pewnego rodzaju zakazu. „Tak się nie
mówi”. „Tak się nie robi”. Specyficzne jest przy czasownikach
modalnych. „Chce mi się”, „nie chce mi się”. „Nie może mi się
przypomnieć”. „Nie musi się od razu przypominać, jak się nie chce”.
W tym przysłowiu mamy dwa proste czasowniki: „mieć” i „lubić”.
Przy „lubieniu” nieosobowe „się” jest rzadsze, w końcu do lubienia
potrzeba osobowej aktywności, trudno o takie lubienie bez osoby...
Przy tak różnoznacznym „mieniu”, czyli przy czasowniku „mieć”, „się”
jest też wielofunkcyjne, w niektórych znaczeniach konieczne,
na przykład kiedy chodzi o „czucie się” czy „uważanie się za kogoś”.
„Jak się masz?”. „Za kogo ty się masz?”. A przy znaczeniu posiadania
dobrze ubezosobawia, często łagodząc samochwalstwo: „ma się ten
talent”.
Ale tutaj się właśnie czegoś nie ma. I to czegoś ważnego.
Wprawdzie warunkowo, z „jak”, ale przecież czuje się, że to chodzi
o sytuacje realne. I to, jak się wydaje, dotyczące często tego, kto to
mówi i kto to czuje. I ten ktoś, mówiąc tak nieosobowo, a do tego
warunkowo próbuje ironizować swoją niewesołą w końcu sytuację.
Bo nie ma tego, co lubi. Pewnie raczej: co lubiłby, gdyby miał,
bo trudno lubić coś, czego nie ma. Może zresztą chodzi o kochanie,
tutaj skromnie w lubienie zamienione? Ale można znaleźć radę.
Lubienie to przecież w znacznej mierze sprawa nastawienia. Lubi się
tylko to, co jest, co się ma. Nie wszystko, to jasne, ale skoro, żeby
lubić, trzeba mieć (to logika), to jak się już coś ma, można to
spróbować polubić. Tym bardziej że to w końcu niezupełnie ja, tylko
„się”, więc chodzi o taką, prawda, zasadę.
I się lubi.
156
Jak to na wojence ładnie, kiedy ułan
z konia spadnie
Władysław Tarnowski (1836–1878) „Pieśń
żołnierza” (1865)
Tarnowski napisał „Na wojence tak to ładnie, kiedy ułan z konia
spadnie”, co było zresztą trawestacją dużo wcześniejszej żołnierskiej
pieśni. I zamieścił to w tomiku „Krople czary”, którego dalsza część
tytułu to „Myśli w czasie marszu”. Takie miał myśli młody żołnierz.
W marszu.
Zmiana porządku wyrazów i zamiana „tak” na „jak” trochę te myśli
zmienia. Gdy zaczynamy od wojenki („na wojence”), wyobrażamy
sobie najpierw właśnie ją, wojenkę, a „na niej” dopiero różne ładne
obrazy. Tak ładnie na tej wojence. Gdy początek to „jak to na wojence
ładnie”, mamy raczej refleksję ogólną, a umysł, szukając w pamięci
co ładniejszych obrazów, przywołuje obraz wojenki ze spadającym
ułanem. I zastanawiamy się nad tym, jak bardzo to ładne.
W obu wersjach mamy pieszczotliwą „wojenkę”. Wojnę można
różnie traktować. Mówić, że „pani Wojnina może rodzić dzieci, ale
wojna je tylko gubi”. Widzieć w niej powinność obywatelską lub
nieszczęście. Można tego słowa unikać lub nim się podniecać („więc
wojna!”). Można też oswajać wojnę, zdrabniając ją do sympatycznej,
choćby tylko ironicznie, wojenki. „Wojenko, wojenko”, „poszedł
żołnierz na wojenkę”.
Tarnowski był, jak się zdaje, raczej bardzo ironiczny, bo cały wiersz
zaczął od także znanego i przypominanego dziś „a kto chce rozkoszy
użyć, niech idzie w wojence służyć”. Tego spadłego ułana później,
co także pamiętamy, „koledzy nie żałują, jeszcze końmi potratują”. Nic
nie pomoże patetyczne zakończenie, w którym mówi się do ułana „śpij
kolego, a w tym grobie niech się Polska przyśni tobie”. Trochę późno.
Estetyczna fascynacja żołnierską śmiercią pojawiała się w poezji,
muzyce i malarstwie. Skłonni jesteśmy myśleć, że w Polsce
szczególnie. Czasami przybierała odcień wręcz humorystyczny, przy
czym często nie był to humor zamierzony. U Tarnowskiego wydaje się
celowy. Ta „rozkosz” służby, ta uroda spadania z konia – mają w sobie
specyficzną żartobliwość. Możemy doszukiwać się tu zwykłego
odreagowywania wojennych stresów, lecz także zaklinania
rzeczywistości przez oswajanie tabu śmierci lub wreszcie interesującą
turpistyczną groteskę.
O śmierci zresztą nie mówi się wprost. Ułan tylko spada z konia. Ale
kiedy ułan, ten polski centaur, rozstaje się z koniem, to przecież
oczywiste, że ginie. I przecież koledzy nie są na tyle okrutni, żeby
żywego tratować. Oni tylko nie żałują, że zginął.
Sam Tarnowski nie zginął na koniu czy też spadając z konia, lecz
umarł na statku, na Atlantyku, w drodze do Ameryki. A my do tej pory
cytujemy tę przewrotną piosenkę o ułańskim spadaniu. I, osobno, tę
ponurą kołysankę z końca tego samego wiersza, zachęcającą
do śnienia o Polsce w grobie. Czy raczej w grobie o Polsce.
157
Jaka jest zawartość cukru w cukrze
Stanisław
Bareja
(1929–1987),
„Poszukiwany, poszukiwana”
film
Jeden z bohaterów filmu Stanisława Barei „Poszukiwany,
poszukiwana”, grany brawurowo przez Mieczysława Czechowicza, jest
badaczem amatorem. Bada mianowicie laboratoryjnie procent cukru
zawartego w cukrze. Cukru – określonej właściwymi sobie
parametrami substancji chemicznej – w cukrze – artykule handlowym,
dostępnym na rynku, w różnych dzielnicach Warszawy. I dlatego
potrzebuje jak najwięcej cukru skupowanego w różnych warszawskich
sklepach przez pomoc domową Marysię, graną przez Wojciecha
Pokorę. Widzimy, pamiętamy te sceny.
Cukier to diagnostyczna i magiczna zarazem rzecz. Ile cukru, tyle
słodyczy. Cukrem psuje się miód. Mieć cukier, zwłaszcza wysoki czy
też podwyższony, to niedobrze. Wiem o tym, jestem z rodziny
cukrzyków. A w wielu okresach historycznych cukier był diagnostyczny
dla sytuacji ekonomiczno–społecznej. Bywało, że kupić cukier
(a właściwie: dostać) to był sukces. Kartki na cukier stały się
przedmiotem symbolicznym.
No i oczywiście cukier służył (służy?) do pędzenia. Data bitwy pod
Grunwaldem jest tak dobrze znana między innymi, a może przede
wszystkim dlatego, że zawiera mnemotechnicznie recepturę. Pierwsza
jedynka oznacza jeden kilogram cukru. I do tego też służył w filmie,
badania były oczywistym dla każdego (poza Marysią) pozorem.
Zdarza się nam sądzić, że wiele badań jest nie do końca serio.
Po co one komu? Czysta żądza poznawcza nie zawsze je motywuje.
Ale pewnie po coś są, skoro są. Lepiej coś wiedzieć. To pytanie
o zawartość odpowiada potocznemu wyobrażeniu o abstrakcyjności
tematów badawczych i jałowości wielu rodzajów dociekań. Wprawdzie
laboratoryjny charakter badań obiektywizuje je, ale wcale nie czyni
bardziej zasadnymi.
Absurdalność pytania badawczego, częściowo minimalizowana
różnym rozumieniem słowa „cukier”, czyni je zabawnym. Cytujemy je
z rozbawieniem, a to lekko podrwiwając z badań naukowych, nie tylko
chemicznych, a to wskazując na podejrzenia, że podawanie motywów
nie bardzo się ma do rzeczywistości, to wreszcie czyniąc przedmiotem
zabawy szczególny rodzaj wysłowienia, powodujący nonsens.
A sens przecież jest. Może nawet filozoficznie głęboki. Rzeczy są
ucieleśnieniami cech, które się na nie składają. Człowiek składa się
z człowieka. W szyciu nic nie ma oprócz szycia, wie o tym
Leśmianowski szewczyk, a ta konstatacja prowadzi do stwierdzenia,
że i w życiu nic nie ma oprócz życia. Życiem się życie wyczerpuje. To
niby banał, ale łatwo mu nadać intencjonalną głębię i wtedy uderza
trafnością. Bo życie naprawdę jest do przeżycia.
W cukrze jest cukier, musi być, to pewne. Ale czy tylko cukier?
A jeśli nie tylko, to ile jest tam cukru? Cukier to słodycz. Można,
trawestując Pismo, zapytać: jeśli cukier straci swój smak, czym go
posłodzić?
158
Jaki pan, taki kram
Przysłowie, odn. Mikołaj Rej (1557)
To takie stare, że nawet Rej, prawie czterysta pięćdziesiąt lat temu,
pisał, że to stare.
Dlaczego akurat kram? Czy pan ma być kramarzem, straganiarzem?
Pan nie kramarz, ale tak mało w polszczyźnie jednosylabowców
pasujących choćby asonansem, jeśli nie męskim rymem, do pana.
Kram oczywiście wziął się tu z podobieństwa brzmieniowego. Kran
byłby pewnie lepszy, podobniejszy, ale zbyt już nonsensowny, poza
tym kranów wtedy nie było.
A tak mamy prawie rym i dobry rytm: anapest. Dwie słabe sylaby
i jedna mocna. Anapest jest sugestywny. Tak to jest. Widzisz sam.
Jaki pan – taki kram. A taki paralelizm, powtarzalność formalna,
zwiększa prawdopodobieństwo sądu w zdaniu zawartego. Jaka
marchew, taka nać, jaka córka, taka mać. Kazał pan, zrobił sam.
Domyślamy się, że ten kram należy do pana, co trochę
usprawiedliwia relację pan – kram. Pewnie ten pan jest panem tego
kramu. To jest jego kram.
Chyba że chodzi tu o inne znaczenie słowa kram, takie, które mamy
na przykład w takich wyrażeniach jak „cały ten kram”, „miałem z tym
niezły kram”, „ale było z tym kramu!”. Ten kram to chaos, bałagan,
nieporządek – jaki czasami na straganach bywa, a stąd potem: kłopot,
męczące i skomplikowane działania wynikające z tego kłopotu,
a i dalej jeszcze. Tyle kramu. Chociaż bardziej prawdopodobne jest
pierwsze znaczenie. Zresztą przecież i tak chodzi o to, co pan ma.
Wyobraźmy sobie zatem, że ten kram to jest to, co jest tego pana,
cokolwiek to jest. I że jest takie jak on, a on z kolei taki jak to
właśnie, co jest jego. Ten kram. I tak o sobie świadczą nawzajem:
pan o kramie, kram o panu. Podobni do siebie.
W którą stronę to idzie? Jeśli patrzymy przyczynowo-skutkowo, to
tak wyrażona zależność wskazuje, że to od pana się zaczyna. Pan taki
akurat jest i stąd ten kram taki. Taki jak ten pan. Wprawdzie pierwsza
zanotowana wersja, przed Rejem jeszcze, była odwrotna: „jaki kram,
taki pan”, ale potem, do dzisiaj, już zawsze pana mamy na początku.
Ale zastosowanie przysłowia wiąże się raczej z reakcją
na postrzeżony kram. I, co może nawet trochę dziwne, chodzi
o manifestację braku zdziwienia. O wytłumaczenie przyczyny takiego
stanu tego właśnie widzianego kramu (czymkolwiek jest). Taki jest ten
kram? Nic dziwnego, przecież taki pan. Skoro taki pan, to nie ma się
co dziwić, że kram też taki właśnie. Świadczy on o panu, ale nie o to
chodzi, że świadczy, nie musi wcale świadczyć, przysłowie wskazuje,
że my o tym, jaki ten pan jest, wiemy od dawna. I ta silna
determinacja zależności jest tu trochę przykra, bo zawsze wiąże się
z wrażeniami negatywnymi.
Taki kram.
159
Jakoś to będzie
Adam Mickiewicz (1798–1855) „Pan Tadeusz”
(1834)
Na pewno wcześniej ktoś tak powiedział i napisał. Sędzia w „Panu
Tadeuszu” wyraźnie kogoś cytuje, a jeżeli nie kogoś, to jakiś
anonimowy zwyczaj językowy. „Szlachta na koń wsiędzie, ja
z synowcem na czele i – jakoś to będzie!” entuzjastycznie
i optymistycznie widzi przyszłe powstanie. Ksiądz Robak reaguje na to
równie radośnie, wołając: „o polska krwi!”.
Oczywiście nie tylko w Polsce bywa jakoś. Na przykład Szwejk,
w tak dobrze polszczyźnie przyswojonym tłumaczeniu HulkiLaskowskiego, refleksyjnie powiada, że jak tam było, tak tam było, ale
zawsze jakoś było, dodając, że jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś
nie było.
Jak tam jest, tak tam jest, ale jakoś pasuje nam to „jakoś to będzie”
do naszego stereotypu. Mickiewicz jest trochę ironiczny, ale
dobrodusznie, skoro nawet przemyślny Robak wzrusza się, wprawdzie
po części samą poczciwością Sędziego, ale w końcu nie do końca
wiemy, czy też nie chwalebną ochotą.
„Jakoś to będzie” jest z jednej strony wyrazem często twórczego
pozytywnego myślenia, z drugiej – świadectwem niebezpiecznego
nieliczenia się z okolicznościami. Myśląc tak, nie obawiamy się tego,
czego nie znamy, może to trochę lekceważymy, ale w końcu nie
wiedząc, co mianowicie lekceważymy, nie możemy przecież uważać,
że rzeczywiście lekceważymy.
Jesteśmy optymistami, i to takimi, którzy mają zawsze rację, bo nie
mówimy, jak będzie. Nie mówimy, że będzie dobrze, nawet nie
wykluczamy, że będzie źle. Będzie po prostu jakoś, a niemożliwe, żeby
nie było właśnie jakoś.
Jakie jest to „jakoś” w naszym wyobrażeniu? Zapewne nic
nadzwyczajnego, nic szczególnego. W zasadzie to „jakoś” odnosi się
do pewnej niewyrażonej, ale z grubsza wyobrażalnej normy. Mieści się
w jakichś granicach, właśnie w „jakichś”. Czasem, jak u Sędziego,
znaczenie jest bliskie „damy sobie radę”, nawet możemy w tym
usłyszeć takie „jakoś sobie poradzimy”, czytaj: nie będzie źle,
katastrofy nie będzie. Czasem „jakoś” określa coś trudnego
do określenia: „jakoś mi nie idzie”, choć też: „jakoś mi się udało”.
Jakoś tak, nie wiadomo do końca jak. Tak jakoś.
Samo nieokreślenie wydaje się jakoś wyrażać pewne pogodzenie się
z tym, co się stać może, czy z tym, co się stanie. Raz kozie śmierć,
co było, to było, niech tam, trudno. Zdajmy się na los. Będzie jakoś,
czyli jakoś to będzie. Pewnie nie tak źle. Ale to, że teraz jest jakoś,
jakoś nas nie cieszy. Ta nieokreślona i jednocześnie nazbyt zwyczajna
miara nie daje szczególnych powodów do satysfakcji. Takie „jakoś”
przypomina trochę znaczeniem swoje przeciwieństwo, czyli „nijak”.
„Jakoś leci”, jeśli szczere, nie jest raczej przechwalaniem się – choć
oczywiście bywa także używane do wyrażania skromnego, mniej lub
bardziej prawdziwego, zadowolenia.
Sędzia miał rację tylko o tyle, że potem było jakoś – w dosłownym
sensie. Bo nie mogło nie być jakoś. Ale lepiej, żeby było inaczej.
160
Jam nie z soli ani z roli, jeno z tego,
co mnie boli
Stefan
Czarniecki
(1599–1665),
po nieotrzymaniu hetmaństwa (1657)
Czarniecki liczył na buławę hetmana polnego koronnego, a dostał ją
Jerzy Lubomirski, zresztą późniejszy rokoszanin. Rozgoryczony
pominięciem Czarniecki tak je zracjonalizował, wskazując na to,
co jest jego powodem do chwały. Inni znaczenie wzięli z dochodów,
które im dawały żupy solne, albo z wielkich latyfundiów rolnych, on –
z ran otrzymanych na polach bitewnych. Dla dobitności dodaje się
czasem do tego niepełnego zdania na końcu orzeczenie „urosłem”,
co jednak powinno zgodnie z gramatyką zmieniać „jam” na „ja”, a to
już nie brzmi tak pięknie, znajomo i archaicznie.
Rym w takiej wypowiedzi to albo szczęśliwy traf, albo wynik dużego
talentu aforysty. Tu mamy rym potrójny, który dodatkowo zwiększa
poetycką atrakcyjność deklaracji.
Platon wyrzucał poetów ze swojego idealnego państwa za to, że dla
prawdy poetyckiej, wyrażającej się szczególnym dopasowaniem słów,
w tym na przykład rytmicznym, gotowi byli poświęcić prawdę
prawdziwą, czyli adekwatność wyrażenia rzeczy do rzeczy samej.
Zapewne rymowi także podporządkowywało się nieraz rzeczywistość.
Ale bywa, że właśnie cechy formalne wypowiedzi zdają się wskazywać
na jakąś prawdziwość głębszą, bardziej ogólną.
Jak coś pasuje w formie, może i w treści jest dopasowane. Tu jedna
z form rzeczownika „sól” pasuje do tej samej formy rzeczownika „rola”
i jednocześnie obie do pewnej formy, mianowicie, co ważne,
do pierwszej osoby czasownika „boleć”. Ich jest sól i rola, tu pasujące,
mnie boli. Oni z rzeczowników, ja z czasownika. Oni z tamtych,
ogromnych i martwych bogactw, ja z dzielności. I jeszcze to dumne,
umieszczone na początku „jam”. Jam jest. Który jest.
Czarniecki czuł rym, zapewne zdawał sobie też sprawę z efektownej
synekdochy, której użył. Ta sól i rola, a i rany też, to przecież
synekdochiczne, cząstkowe określenia pewnych całości: wielkich
majątków, wielkich rodów – i prowadzonych bitew.
Skąd jestem? Co mnie nadaje sens, znaczenie, co mnie określa? To
pytanie człowieka. Miejsce pochodzenia, ród, czyny – co najbardziej?
Czarniecki daje wzorcową demokratyczną odpowiedź, która potem
mogła służyć wielu tym, których zasługi nie brały się z urodzenia.
Zasługi Czarnieckiego to bitwy. Za naturalne przyjmowano wtedy,
że męstwo w walce jest najwyższym sprawdzianem męża, że przewagi
wojenne są najwyższym powodem do chwały. Czarniecki miał słuszne
powody do rozgoryczenia. Rozumiemy go bardzo dobrze i źli jesteśmy
na niesprawiedliwość, którą mu wyrządzono.
Chwała wzięta z ran do dziś jest wysoka. Ale gdyby na przykład
dobry administrator żup i ziemskich posiadłości czuł własne zasługi
stąd wynikłe, mogłaby mu się wypowiedź Czarnieckiego mniej
podobać.
161
Janek Wiśniewski padł
Krzysztof
Dowgiałło
„Ballada
Wiśniewskim” (1980)
o
Janku
To zakończenie kolejnych strofek piosenki o robotniczym buncie i jego
tłumieniu, swoisty jej refren. Akcja jest dramatyczna, wiele się dzieje,
ale kadencja jest prosta i ostateczna: śmierć Janka. Podniesienie
temperatury komunikatu jest tu klasyczne: wyliczenie zdarzeń,
napięcie rośnie, potem pauza i to proste zdanie. „Dzielnieśmy stali,
celnie rzucali – Janek Wiśniewski padł”.
Padł – więc w boju. „Paść” to słowo wieloznaczne, ten bezokolicznik
to nawet homonim, równobrzmiący z bezokolicznikiem innego
czasownika odnoszącego się do żywienia kogoś. A i tutaj widać pewną
nierównowagę form. Pierwsza osoba się skonwencjonalizowała
etykietalnie – kiedy ja padam, to raczej do nóżek; kiedy padłem, to
na kolana lub plackiem, przed czymś ważnym lub wobec tego czegoś.
To zresztą zrozumiałe – gdy padam w boju, nie opowiadam o tym,
gdy padłem, też już nie mogę. Owszem, i on może tak uprzejmie czy
nabożnie padać, ale on też ma przywilej w ten sposób ginąć, i to
w walce, a nawet w walce szlachetnej. O kimś, kto zginął na przykład
zamordowany albo w bójce, rzadko powiemy, że zginął, a „padł” już
wcale nie. Jeśli nawet w boju, ale po złej stronie, też będzie nam
trudniej tak powiedzieć. Wtedy już prędzej powiemy, że poległ, choć
i to słowo zbyt dla niego godne.
Powiedzenie, że ktoś padł, nie tylko jemu dodaje splendoru czy też
oddaje cześć, lecz i temu, w imię czego padł, i okolicznościom,
w których zginął. W ten sposób mówimy, wiedząc, że bój był
(przynajmniej z jego strony) szlachetny i wart ofiar. Na pewno nie
zginął daremnie.
Ta pamiętna fraza upamiętnia konkretnego bohatera, nazwanego
imieniem i nazwiskiem. W sytuacji kontroli publicznego mówienia,
kiedy bohaterów i w ogóle ludzi wartych odnotowania centralnie
ustalano, było jasne, że są też ludzie, o których pamiętać trzeba, choć
w gazetach o nich nie napiszą. Konieczny jest panteon ludzi
sprzeciwiających się złu, konieczna pamięć przemilczanych ofiar
systemu. W spontanicznym przekazie, w ustnym podaniu, w pieśni –
oni przetrwają. A wśród nich będą postaci–symbole.
Częsty jest konflikt między postacią–symbolem i człowiekiem
żywym, wtedy czy później. Takiego konfliktu nie ma, gdy symbol
uosabia zbiorczo cechy różnych ludzi, gdy ma nawet pierwowzór, ale
nie jest przywoływany jako konkretny człowiek. Gdybyśmy obok Marii
Skłodowskiej mieli drugą, całkiem już archetyp uczonej...
Janek Wiśniewski ma dobre imię, tu swojsko i naturalnie
zdrobnione. Nasz Janek. Nazwisko znacząco popularne, ale nie
całkiem banalne: jeden z Wiśniewskich (przypomina się ballada
Jurandota o jednej Wiśniewskiej). Mimo że piosenka i jej bohater
bywali dla swojego rażącego niektórych patosu także prześmiewczo
cytowani, w naszej symbolice zapewne długo jeszcze przetrwają.
A przy tym nie do końca wiadomo: może i był taki właśnie Janek
Wiśniewski, co padł?
162
Jaś nie doczekał
Maria Konopnicka
doczekał” (1883)
(1842–1910)
„Jaś
nie
Nie pamiętamy już dobrze, czego to Jaś nie doczekał, ale wiemy,
że nie doczekał. I kiedy ktoś nie doczekał czegoś, staje nam w pamięci
Jaś. I kiedy obawiamy się, że sami czegoś nie doczekamy, znów Jaś
się przypomina. Krótko mówiąc, jak ktoś czegoś nie doczeka, to Jaś.
A Jaś nie doczekał wiosny i słonka. Umarł na przedwiośniu.
Co wcale nie znaczy wprost, że gdyby doczekał, coś by się zmieniło,
ale tak to już żadnej pociechy z życia nie miał.
Takie krótkie zdanie jest silnie determinacyjne. Skończyło się. Nie
ma odwrotu. Jaś nie doczekał. Tym silniejszy ten efekt, im bardziej
wcześniejsze dzianie się było nastawione na coś, co ma nadejść. Może
i nadejdzie, ale nie dla Jasia. On nie zobaczy. Koniec. Szlus.
I wywołuje nasz silny żal, żal Jasia i w ogóle. I smutną wizję
niesprawiedliwego świata. Wprawdzie ci, co doczekali, też już dawno
pożegnali ten świat, nie doczekawszy różnych swoich rzeczy, ale Jaś
w ogóle mało czego doczekał, a wiosennego słonka to już wcale, a to
przecież tak niewiele. Bo Jaś to dziecko, a dziecko, do tego biedne
i chore dziecko, które marzy o czymś niewielkim, a i to mu zostanie
odmówione, wywołuje bodaj najsilniejsze nasze współczucie.
Każdy rodzaj literatury działa na nas w pewien typowy sposób.
Komedia nas rozbawia, ukazując ludzi gorszymi, niż są. Tragedia nas
uszlachetnia, pokazując ich szlachetnymi, a ich nieszczęścia pobudzają
nas do bycia lepszymi. Arystoteles w swojej chęci kategoryzowania
świata takie role form literackich ustalił i tak ma być. Tragedia Jasia
czyni nas lepszymi, tak że Jaś nie nie doczekał na próżno.
I tak by było, a nawet poniekąd i jest. Jednak tylko poniekąd, bo ta
młodzieńcza i oczyszczająca świat z nadmiaru patosu drwina dosięgła
niestety i Jasia.
Jeżeli coś jest podniosłe i wzruszające, to nas podnosi i wzrusza. Ale
kiedy już za bardzo, to się zaczynamy bronić, najczęściej humorem,
ironią, niestety bywa, że i drwiną. Piwniczne izby, w których mrok
gęsty pada, wilgotny a ponury; pieśni złowrogie, stłumione i głuche;
nawet kraj nasz krwią bratnią zbryzgany – wydają się trochę za wiele
wymagać od naszej ograniczonej przecież wrażliwości.
Dlatego cytujemy ten smutny tytuł smutnego wiersza smutnej
poetki raczej na wesoło niż ze smutkiem. Jasiowi nie współczujemy.
Wprawdzie się z niego nie nabijamy, ale prezentujemy tym Jasiem
pewien rodzaj emocjonalnej i intelektualnej krzepy, która nie pozwala
nam na zbytnie roztkliwianie się. A jeśli nam taka interpretacja nie
pasuje, to możemy zawsze przyjąć, że w ten sposób nie pozwalamy
się emocjonalnie szantażować albo dajemy odpór fałszywie
patetycznej czułostkowości.
163
Jedzą, piją, lulki palą
Adam
Mickiewicz
(1798–1855)
Twardowska” (1820)
„Pani
To początek jednej z ballad, kiedyś uczonej na pamięć dzieci nie tylko
w szkołach, ale i w rodzinach. Bawi dzieci do dziś, choć pełno w niej
niezrozumiałych wyrazów i zdań. Nie wiemy już, jak się dzwoni
pomału kieską na patrona, co wypróżnia rondel, ani jak się bieży
obcesem.
Ten początek to obraz niepowściągnionej hulanki, którą najlepiej
opisać przez proste wyliczenie. Lakonicznie i sugestywnie. Brak
podmiotów tych króciutkich zdań uogólnia uczestników biesiady, nie
znamy ich, wyobrażamy sobie tylko samą biesiadę, a czas teraźniejszy
pozwala nam znaleźć się w jej środku. Pierwsza czasownikowa
wyliczanka gromadzi proste przyjemności fizjologiczne: jedzą, piją
(wino zapewne, choć i wódkę, jak się zaraz okazuje) i palą. Trzy
czynności biesiadne: jedzenie, picie, palenie.
Potem następuje wyliczanka rzeczownikowa: „tańce, hulanka,
swawola”. Też trzy. Hulanka mało się różni od swawoli, ale potrzebna
trójka, żeby dać obraz prawdziwej zabawy.
Trójki są magiczne i retoryczne. Co potrójne, doskonałe. Omne
trinum perfectum. I jakoś dają poczucie pełni. Einmal ist keinmal,
dreimal ist einmal. Dwa to za mało, zostawia lukę: „jedzą, piją...” –
czegoś brak. Cztery to już wyliczanie zbyt skrupulatne, mało
spontaniczne. Trójka najlepsza. Zawsze była najbardziej sugestywna,
w hasłach też. Wiara, nadzieja, miłość. Wolność, równość, braterstwo.
Bóg, honor, ojczyzna. Pokój, partia, socjalizm. Trzy to dobra miara,
łatwa do zapamiętania i przekonująca. Przy tym trzeci element
powinien być najdłuższy: braterstwo, ojczyzna, socjalizm. Lulki palą.
W tych trójkach brak spójników. Normalnie powiedzielibyśmy:
„jedzą, piją i palą fajki”. No, niech będzie, lulki. „Tańce, hulanka
i swawola”. Ale jakież to spokojne i mdłe! Asyndeton, czyli brak
spójnika, daje większy dynamizm. A tu jeszcze pierwsze jest równe,
drugie wyższe, trzecie najwyższe. To gradacja, klimaks, wypowiadamy
coraz mocniejsze rzeczy. Tańce to jeszcze nic, hulanka to już coś,
a swawola! Jedzą, normalne. Piją, to już weselej. A najlepsze
na koniec: lulki palą! Lulki, czyli fajki. Mickiewicz często używa słowa
„lulka”, zawsze ze smakiem i ukontentowaniem. Sam dużo palił. Lulki,
też papierosy. Chodził zatabaczony.
Oprócz tych dwóch trójek w pierwszym krótkim czterowierszu mamy
jeszcze jedną wyliczankę, wykrzyknikową: „cha cha, chi chi, hejza,
hola” (później spolszczyliśmy te dziwną „hejzę” na zwyklejsze „hejże”),
i ta ma już więcej elementów, ale to wykrzykniki, które łatwiej
mnożyć, a jeśli chcemy dać wrażenie gwaru, nawet trzeba. Hulaj
dusza, hulaj!
Ten krótki troisty początek jest do dziś chyba najlapidarniejszym,
najtrafniejszym i najbardziej apetycznym opisem dobrej zabawy i nic
z nim się porównać nie da.
Kiedyś umieli się bawić.
164
Jedzie pociąg z daleka, na nikogo nie
czeka
Zabawa dziecięca, słowa z galicyjskich
elementarzy (XIX w.)
Kiedy chcemy jechać pociągiem, ważniejsze jest dla nas dokąd, a nie
skąd on jedzie. Czasami wprawdzie mamy ochotę jechać gdziekolwiek,
wsiąść do pociągu byle jakiego, zwykle jednak w podróży, której
przecież służy pociąg, liczy się cel, stacja docelowa nasza i pociągu.
Ten zaś pociąg jedzie z daleka, co przydaje mu pewnej tajemniczości
związanej z dalą. Skądś, z daleka, z odległych stron.
Ten pociąg wydaje się przy tym jakoś dziwnie niezależny
od pasażerów, bo od razu dowiadujemy się, że na nikogo on nie
czeka. Można by to co prawda rozumieć jako bezwzględną zgodność
z rozkładem jazdy, ale przez to podkreślenie jawi nam się nieodparcie
ten pociąg jako pędzący bez zatrzymywania się, niejako sam dla
siebie.
Elementarzowy wierszyk stał się słowami popularnej dziecięcej
piosenki i zaczął towarzyszyć coraz częstszej u dzieci zabawie
w pociąg. Dzieci bawiły się w pociąg chętnie, a dorośli patrzyli na to
życzliwie, wyczuwając lub wiedząc, że ta zabawa dobrze je socjalizuje:
udając wagoniki pociągu, stykają się ze sobą i razem gdzieś się
przemieszczają, najlepiej w rytm piosenki. A ta piosenka ma dobry,
pociągowy, równo wybijany sylabami rytm, z wyraźnym przyciskiem
na końcowej sylabie zestroju akcentowego, co daje też wrażenie rymu
męskiego.
Początek piosenki stał się nazwą zabawy: dzieci nie bawiły się
w tym przypadku po prostu „w pociąg”, lecz „w jedzie pociąg”.
Zabawa stawała się konkretna, może mniej spontaniczna, ale
wymagająca znajomości czegoś w rodzaju reguł.
Słowa piosenki dawały możliwość długiego trwania zabawy, bez jej
przerywania. Nie zatrzymywano się, bo pociąg na nikogo nie czeka.
A z drugiej strony wagoniki łatwo zmieniały się w podróżnych, którzy
chcieli dokądś jechać. I wyrażali to pragnienie.
W rozwinięciu wierszyka zwracano się jednak nie do maszynisty,
który, prowadząc pociąg, ma na jego kierunek i na jego
zatrzymywanie się wpływ największy, lecz do mającego bliższy
kontakt z pasażerami konduktora. Prośba była bardzo uprzejma,
wskazująca na zależność podróżnych od łaskawości konduktora,
a przede wszystkim wyznaczała stację końcową: konduktor miał
zawieźć podróżnych do Warszawy.
Trochę to dziwne dla galicyjskich elementarzy, jeśli zważyć nie tyle
nawet na odległość czy granice, ile na zadawnione niezbyt serdeczne
relacje między Mazowszem a Małopolską. Tu jednak okazywało się,
że to właśnie Warszawa jest upragnionym celem dzieci z Galicji.
W dzisiejszej parafrazie śpiewa się zresztą właśnie, dość prymitywnie
zmieniając znaki: „konduktorze łaskawy, byle nie do Warszawy”. Ale
w zabawie, jeśli będzie trwała, będzie się jechało do Warszawy.
I to nie tylko dla rymu.
165
Jedźmy, nikt nie woła
Adam
Mickiewicz
(1798–1855)
akermańskie” (1826)
„Stepy
To ostatnie słowa „Stepów akermańskich”, pierwszego z „Sonetów
krymskich”. Tak bardzo te dwie nazwy – pierwszego sonetu i całego
cyklu – są blisko siebie w naszej lekturowej świadomości, że niektórzy
je mylą i „Stepami...” nazywają wszystkie „Sonety...”, a „Sonetami...”
„Stepy...”.
A stepy akermańskie wcale nie leżą na Krymie, jak i sam Akerman,
czyli Białogród. I Mickiewicz po stepach kiedy indziej niż po Krymie
wędrował i w innym towarzystwie – razem z Karolem Marchockim.
Na Krym pojechał potem, namówiony przez Karolinę Sobańską,
w dużym towarzystwie, w którym mało kto nie był carskim agentem.
Karolina była, jej aktualny kochanek generał Witt też.
Prawdopodobnie sprawdzali teren przed wizytą cara, a przy okazji tak
sobie szpiegowali. Karolina, której Mickiewicz także był kochankiem
(mąż zresztą też tam był i brat Karoliny, Henryk Rzewuski, tylko
siostry, Eweliny Hańskiej, nie było), dała mu kajecik, żeby sobie
wrażenia z Krymu zapisywał. On kajecik wziął, ale wrażenia na wszelki
wypadek zapisywał na luźnych kartkach.
Całe „Sonety krymskie” zadedykował potem „towarzyszom podróży
krymskiej” i opatrzył mottem z Goethego mówiącym, że kto chce
poetę zrozumieć, musi pojechać do kraju poety – choć trudno uznać
Krym za kraj wielu znanych poetów.
Ale to był Krym, a tu jeszcze nie Krym, tylko stepy. Początek tego
pierwszego sonetu, najbardziej krymskiego, choć wcale nie
krymskiego, to dla wielu wzór początku romantycznego wiersza
w ogóle. „Wstąpiłem na suchego przestwór oceanu” – mówimy,
potwierdzając romantyczną znajomość romantycznych utworów
i czując się romantycznie, bo i taki „suchy ocean” to metafora niezła,
i samo wpłynięcie jest poetyckie, i „rozległy przestwór” sporo daje,
i w ogóle mamy poczucie tajemniczości, samotności, tęsknoty i, jak
ktoś lepiej się orientuje, orientalności romantycznej. A koniec sonetu
jest bardziej chyba znany, choć już nie wszyscy wiedzą, skąd
pochodzi. Jest wygodny do cytatowego użycia, pogłębia i łagodzi
zarazem nasze często niecierpliwe ponaglanie do wyruszenia skądś.
„Jedźmy już”, „chodźmy wreszcie”, „no chodźmy już” – jak zdarza się
nam mówić, a co najmniej myśleć, gdy sami iść nie możemy, a już
bardzo chcemy. Takie „nikt nie woła” nie jest wprawdzie zbyt mocnym
uzasadnieniem apelu, ale daje poczucie, że mamy oto miejsce
na uzasadnienie; że powiedzmy, nie ma powodu, by zatrzymywać się
dłużej, bo nikt nas nie woła – można to od biedy zrozumieć, że nie
zatrzymuje szczególnie usilnie.
Samo „nikt nie woła” też bywa przypominane. Możemy nie lubić,
żeby na nas wołano, możemy uznawać to za przejaw mało poważnego
traktowania, ale jak nikt nie chce nas czy na nas wołać, jeszcze
gorzej. Świadczy to, że nikomu na nas nie zależy, nikt nie ma
po co nas wołać, choćbyśmy ucho natężali ciekawie.
Jak nikt nie woła, możemy sobie iść, gdzie chcemy. Albo jechać.
166
Jest źle, będzie gorzej
Wincenty Witos (1874–1945),
urzędnikow (1923)
do
delegacji
To jedna z wersji tej wypowiedzi premiera do sfrustrowanych
urzędników. W innej powiedział „jutro będzie gorzej niż dziś”. Te dwa
zdania różnią się znaczeniowo. Gdy mówię, że jutro będzie gorzej, nie
mówię, jak jest dziś. Dziś może być świetnie. Stąd też i jutro nie musi
być w tej sytuacji źle: gorzej niż świetnie to może być całkiem nieźle.
Gdy chcę powiedzieć, że dziś źle, a jutro gorzej, mogę powiedzieć,
że jutro będzie jeszcze gorzej niż dziś.
Jeżeli mówię, że jutro będzie gorzej niż dziś, czasem chcę kogoś
zaktywizować, pokazać, że to, co można by zrobić jutro, lepiej zrobić
dziś. Nie dojutrkowo odkładać do jutra. Czasem chcę wywołać choćby
przejściowe zadowolenie z tego, co dziś. Częściej jednak mówię tak,
gdy jestem pesymistą lub gdy pragnę rozwiać złudzenia. Nie łudźmy
się, że jutro przyniesie poprawę. Będzie co najwyżej gorzej.
To może uwiarygodnić mówiącego, bo widzimy, że nie składa
obietnic bez pokrycia. Może wzbudzić zaufanie, a nawet, choć rzadko,
zaangażowanie. „Będzie trudno” słyszę i się mobilizuję. „Obiecuję wam
krew, pot i łzy” powiedział Churchill do Anglików w wojennej sytuacji.
Wiedział, co mówi. Musimy bardzo wiele zrobić, żeby pozostało
po staremu. Musimy bardzo szybko biec, żeby być w tym samym
miejscu, w którym teraz jesteśmy. Czekają nas wyrzeczenia i wysiłek.
Takie
zapowiedzi,
ostrzeżenia,
często
są
potrzebne,
bo w publicznych wypowiedziach przyszłość, jutro bywają raczej
demagogicznie wiązane z nadzieją. Wczoraj było źle, dziś jest dziś,
jutro będzie lepiej. Uśmiechnij się. Świetlana przyszłość, jasne
perspektywy, szczęśliwe jutro – to marzenia, na które przyjemnie się
otwieramy.
Pesymista obawia się tego, co będzie. To najczęściej malkontent.
Dla niego już jest właśnie źle, a w przyszłości może być tylko gorzej.
Żartem mówi się o optymiście, że to źle poinformowany pesymista.
Rzeczywistość akceptujemy często dlatego, że uważamy, że zawsze
może być gorzej. Czy myślimy wtedy pesymistycznie, czy
optymistycznie? A jacy są ci, którzy tylko dlatego uważają, że nie
może być gorzej, ponieważ ich zdaniem, gdyby mogło być, to już
by było? Gorzej już myśleć nie można.
Kiedy słyszę, że jest źle, a będzie jeszcze gorzej, czuję, że odbiera
mi się prawo nie tylko do złudzeń, lecz i do nadziei. Prawda, że gdy się
nie spodziewam niczego dobrego, to potem nie czeka mnie przykre
rozczarowanie, ale zwykle mnie to demobilizuje.
Takie lapidarne ujęcie wiąże się poniekąd z naszym stosunkiem
do świata. Jest źle – z tym się zwykle godzimy. Będzie gorzej – to już
trudniejsze do akceptacji. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że ten, kto to
mówi, coś chce przez to osiągnąć i celowo tak właśnie pesymistycznie
tę rzeczywistość ujmuje.
Pewnie tak dla niego będzie lepiej.
167
Jestem kobieta pracująca, żadnej pracy się
nie boję
Jerzy Gruza, Krzysztof Teodor Toeplitz, serial
„Czterdziestolatek”(1975)
Określenie „kobieta pracująca” stało się na długo wygodnym
i potocznym identyfikatorem, nie do końca żartobliwym. Jeszcze
bardziej znamienne, że Irena Kwiatkowska, aktorka o ogromnym
wcześniejszym dorobku, znana przecież jako Hermenegilda
Kociubińska i bohaterka „Kabaretu Starszych Panów” – była
rozpoznawana głównie jako „kobieta pracująca”. To siła serialu, ale
także i siła dobrego sformułowania, słusznie i ku zachwytowi widzów
powtarzanego w każdym odcinku.
„To jest wieloryb, my jesteśmy wielorybnicy” – mówi kapitan Ahab,
ustanawiając z nazw relacje między swoją załogą a Moby Dickiem.
Niedługo zginą, ale są wielorybnikami, a wielorybnicy polują
na wieloryby. Nie odwrotnie. „Jestem kobietą, sądy nie należą
do mnie” – mówi Zosia w „Panu Tadeuszu” skromnie (to rym
do „do mnie”), wyciągając wnioski ze swojego statusu przez jego
określenie.
„Jestem kobieta pracująca”. Ludziom mojego pokolenia brzmi to jak
jakiś urzędowy i urzędniczy termin parasocjologiczny, a w istocie
ideologiczny, coś w rodzaju „inteligencja pracująca”. To określenie
uzupełniające do triady słuszną klasowo i postępową diadę „robotnicy
i chłopi” było przedmiotem licznych żartów, głównie ze względu
na osobliwą relację między wyrazami. „Kobieta pracująca” jest też
w pewnym stopniu ideologiczna, jak ta inteligencja. Słuszna, ale przez
przydawkę charakteryzującą stojącą po rzeczowniku trochę dziwna.
Taka odmiana kobiety. Przydawka charakteryzująca. Kobieta
pracująca.
Mogłaby być kobietą pracującą. „Jestem kobietą pracującą”. Byłaby
wtedy nadal terminologiczna, w odróżnieniu od normalnej pracującej
kobiety, ale mniej widać by było tę etykietkę. Kiedy mówię: „jestem
nauczycielem”, to zwyczajnie podaję swój zawód. Kiedy mówię
„jestem nauczyciel” – moja identyfikacja z kategorią nauczycieli i moje
umieszczenie się w zbiorze nauczycieli są wyrazistsze. „Jestem
nauczyciel akademicki” – i już. „Jestem zwyczajnym profesorem” –
w porządku, skromnie. „Jestem profesorem zwyczajnym” – to trochę
znaczeniowo co innego, może się trochę chwalę, ale nie przechwalam.
„Jestem profesor zwyczajny”. No, to już coś. Ale po co o tym tak
mówić? Widać czuję potrzebę dowartościowania.
Kobieta pracująca żadnej pracy się nie boi. To dawny frazeologizm.
A dlaczego się pracy moglibyśmy bać? Czy praca bywa straszna? No,
przyznajmy, często nie chce się nam pracować, to naturalne. Lenimy
się. Ale dlaczego mówimy o strachu? Czy nie chcemy w ten sposób
uzasadnić swojej niechęci. Chciałbym, ale się boję... Czyżby
tchórzostwo było dla nas samych bardziej godne usprawiedliwienia niż
lenistwo? W codziennych okolicznościach pewnie nie, ale wychodzi
na to, że w języku tak.
A kobieta pracująca to kobieta pracująca i dlatego się pracy nie boi.
Żadnej.
168
Jestem wesoły Romek
Stanisław Bareja, Stanisław Tym, film „Miś”
Tak śpiewał wesoły jegomość czyniący ze swej wesołości pewien
rodzaj zawodu, przygrywając sobie na jakiejś odmianie mandoliny,
w jednym z filmów Barei. Z tych siedmiu sylab najsilniej była
akcentowana trzecia, czyli „we-”. Znaczyło to, że wesołość jest tu
najważniejsza, a przez to, że akcentowana na pierwszej sylabie,
jeszcze ważniejsza.
Tak się przedstawiał. Najpierw cecha, potem imię. A może „Wesoły
Romek”? Może to cała nazwa, jak „Wesoły Roger”, czyli kościotrup,
u piratów? A może przezwisko, jak „Czarna Mańka”? Może pseudonim,
może ksywa, bo chyba nie poważne historyczne określenie, w którym
przymiotnik stałby przecież po imieniu: „Bolesław Śmiały”, „Iwan
Groźny”.
Takie nazwy czasem pokazują, jak identyfikując cechy z osobami,
czynimy te osoby uosobieniami cech. Dokonujemy przyporządkowania.
Czasem to ktoś jest dla nas najlepszym wcieleniem cechy, wtedy
myślimy sobie, że ktoś jest wesoły jak Romek. Częściej to ktoś
sprowadza się, redukuje do jakiejś cechy, która jest lub nam się zdaje
jego cechą dominującą. Romek? A, to ten wesoły. Iwan? A, to ten taki
bardzo groźny! Już wiemy.
Zdarza się, że kiedy tak kogoś rozpoznamy, rady na to nie ma.
Zobaczyliśmy Romka, gdy był wesoły, pewnie miał powody (a mogło
być i tak, że rzadko je miewa). I potem znów go widzimy, i cieszymy
się, i żartujemy. Bo to Romek, on jest wesoły. A on czemuś smutny.
E, to pewnie taka odmiana wesołości. Przecież Romek jest wesoły. To
wesoły Romek. Jak wesoło się smuci ten Romek! Trudno będzie
Romkowi przekonać nas, że nie jest wesoły nie tylko teraz, ale
w ogóle, a wtedy się akurat rozweselił.
Ten Romek wie, że jest wesoły, i wie, że tak powinien być
odbierany i traktowany, i nawet bardzo tego chce. Ten rodzaj
społecznej identyfikacji bardzo mu odpowiada, podejrzewamy nawet,
że skłonny byłby czerpać z tego pewne korzyści, kto wie, czy nie
materialne. Bo w końcu dlaczego nie, skoro jego wesołość innych też
wprawia w dobry humor? A jeśli nawet nie wprawia, to czyż nie
powinna wprawiać?
Na widok wesołego Romka jedni się cieszą, inni denerwują,
niektórzy smucą. Wesołość, kulturowo rzecz ujmując, wesołość
powinna wywoływać. Różne błazny, szuty i inne wesołki rozbawiały
władców i możnych. Czasem kpiąc, czasem pokazując dobry humor.
Ale bywało, że przez manifestowanie nieszczęścia. Gdy błazen był
jeszcze niziołkiem czy kaleką, zabawy z tego mogłoby być więcej.
„Na salę wszedł garbus, śmiechom i żartom nie było końca”, jak
syntetycznie ujął to Mrożek.
Romek jest wesoły i chce tą wesołością podzielić się z nami. Może
się i podzieli. Ale kto wie, czy ta wesołość nie jest tym uwarunkowana,
że my nie tyle się wraz z Romkiem weselimy, ile, przynajmniej
po części, z Romka.
To śmieszne, że on taki wesoły.
169
Jestem z miasta – to widać, słychać i czuć
Kuba Sienkiewicz, zespół Elektryczne Gitary
Skąd jesteś? Ważne, co odpowiesz. Będzie wiadomo, kim jesteś.
Możesz być nasz lub nie nasz. Możesz być taki, jak trzeba, lub nie.
Możesz być ze wsi. Ale, oczywiście, nie powinieneś. Wsiok, wsiowy,
wieśniak. Wtedy byłbyś gorszy, niezależnie od tego, z jakiej jesteś wsi.
Nie jesteś raczej z tej wsi, bo coraz mniej tej wsi, tamtej zresztą też
już prawie nie ma. Kiedyś były, teraz... Jest, ogólnie, jakaś wieś,
z której lepiej byłoby nie być. Ja sam jestem ze wsi, to takie rzeczy
wiem.
Ale ty jesteś z miasta. To jednak samo w sobie jeszcze nie
wystarczy. Owszem, niegdysiejsi „miastowi” byli przez to samo lepsi
od wieśniaków, którzy ich tak nazywali. Nosili się elegancko, byli
kulturalniejsi, a przede wszystkim wiedzieli, że są miastowi, i wieśniacy
też o tym wiedzieli. Dziś taka miastowość to nic. Nie wyróżnia
pozytywnie, w ogóle nie wyróżnia. Wszyscy jesteśmy miastowi. Tak
bardzo, że nawet sam przymiotnik zaginął gdzieś.
Nie wystarczy też być z jakiegoś konkretnego miasta. Co innego być
po prostu z jakiegoś miasta, nawet z tego miasta, o które chodzi,
z Częstochowy czy z Będzina, a co innego „być z miasta”. „Miasto” to
ludzie. Jak jesteś z miasta, to do nich należysz. Jesteś jednym
„z nich”. Z nich, z miasta. A właściwie – z nas.
„Miasto” brzmi trochę tajemniczo, trochę groźnie. To musi być
wielkie miasto, takie, w którym ten, kto nie z miasta, mógłby się
zagubić. Nawet jeśli tu mieszka od urodzenia, ale nie jest „z miasta”.
Musi być miasto „od podszewki”, niezbyt jawne i oficjalne, to
oczywiście nie ratusz, rynek i place, to raczej to, czego od razu nie
widać, to pewnie jakieś eleganckie lokale czy podłe spelunki, może
trochę podziemia, trochę zaułki, a głównie to, o czym nawet
powiedzieć nie można, co to takiego. To bardziej noc niż dzień. Ale to
jest to właściwe, prawdziwe miasto. Jak nie jesteś z miasta, to nie
wiesz, co to takiego to miasto.
Ale deklaracja nie wystarczy. To trzeba udowodnić, że się jest
z miasta. Każdy może powiedzieć, że jest. Zresztą samo udowadnianie
też jest podejrzane. Właściwie podejrzany jest każdy, kogo
podejrzewać można. Ważne, żeby nie było można.
A nie można, kiedy widać, że nie można. Kiedy to widoczne gołym
okiem. Przecież to od razu widać. Nie trzeba pytać ani sprawdzać.
A i patrzeć nawet nie trzeba, patrzenie to już sprawdzanie, a tu
przecież nie tylko widać, ale i słychać. To, co widać, mogłoby może
być udawane, ale tu także słychać, to udać trudniej. Mało tego, to
nawet czuć. I nie chodzi tu o jakieś zapachy, tu się to po prostu samo
czuje. To wrażenie, intuicja, to czuć.
„Jestem z miasta” brzmi jak określenie przynależności do struktur
nieformalnych. To my, chłopaki z miasta. To ja, z miasta. Nie żadna
mafia, ale nie muszę ci mówić, co to znaczy.
Jak jesteś z miasta, to sam wiesz, a jak nie, to się nie liczy.
170
Jesteśmy wreszcie we własnym domu. Nie
stój, nie czekaj. Co robić? Pomóż!
Ernest Bryll, TVP (1989)
Ta rymowanka miała zachęcać do przyjęcia obywatelskiej postawy
wobec przemian. Codziennie wieczorem, po powszechnie oglądanym
programie informacyjnym, w pierwszym (a były wtedy dwa tylko)
programie telewizji pojawiał się jakiś popularny aktor i, siedząc
na krześle, mówił do nas te słowa, po czym znikał. Czasem była to
aktorka.
Niektórym ten pomysł aktywizacji społecznej wydawał się
znakomity, innych śmieszył. Dla aktorów było to pewne wyzwanie,
dawało możliwości ciekawych zabiegów interpretacyjnych. Bo to
i stwierdzenie, i pytanie, i apel – a zmienność aktów komunikacyjnych
wymagała zręczności intonacji. Zwłaszcza istotna była tu sprawa
naturalności brzmienia: jak powiedzieć piętnasty raz tak krótki tekst,
żeby brzmiał w miarę normalnie?
A jest lekko patetyczny. Zwłaszcza początek. To ważna rzecz,
własny dom. Dobrze być u siebie. Przypomina się Staff i zapewnienie,
że „będziemy znowu mieszkać w swoim domu, będziemy stąpać
po swych własnych schodach”. A my wreszcie jesteśmy we własnym
domu. To tak częsta metafora kraju, że już prawie nie metafora. Tylko
jak to: do tej pory nie był to nasz dom? To gdzie mieszkaliśmy,
u kogoś? Owszem, rozumiemy, że teraz dopiero, po długim czasie,
możemy czuć się naprawdę u siebie, że możemy o sobie stanowić i tak
dalej, ale przenośnia chyba trafniej byłaby użyta, gdyby nasuwała
raczej myśl, że dom i tak był własny, tylko ktoś inny się w nim rządził.
Bo tak, to jakbyśmy do siebie wrócili albo jakiś nowy dom sobie
sprawili. Chyba nie do końca o to chodziło.
I dalej: dlaczego „nie stój”? Czy to ma znaczyć, że ja stoję
we własnym domu? Kiedy mówimy komuś, żeby nie stał tak i żeby
zabrał się do roboty, to raczej nie w związku z jego (wspólnym
z naszym) przebywaniem we własnym domu. Chyba że właśnie
do tego domu przyszliśmy i ja jeszcze tak stoję. O ile zresztą
pamiętam, aktorzy mówiący te słowa zwykle siedzieli. A ja mam nie
stać i nie czekać.
W wierszyku jest dialog, ale specyficzny: jakby powtarza się moje
pytanie, uprzedzając jego zadanie. Pytasz, co robić. Mógłbyś tak
zapytać! Zapytam za ciebie: „co robić?”. I zaraz odpowiadam:
„pomóż!”. To się nieźle rymuje z „domu”, pomaganie w ogóle jest
rzeczą dobrą i ważną. Rym i rytm sprawiają, że nawet nie pytamy,
komu i w czym.
A może powinniśmy. Bo jeśli pomagamy, to może jesteśmy
pomocnikami. Czyli że owszem, robimy coś, ale nie my to robimy
głównie, my tylko pomagamy komuś, kto to robi naprawdę. Może
z naszą pomocą zrobi lepiej i szybciej, może nawet bez niej by nie
zrobił, ale czujemy się trochę podrzędniej. We własnym domu
jesteśmy, wreszcie we własnym, i mamy tylko pomagać?
Ale dobrze, że już wreszcie jesteśmy.
171
Jestem za, a nawet przeciw
Lech Wałęsa (2010)
Wałęsa był diadyczny, ujmował rzeczywistość dualnie, w pary zjawisk.
Góra, dół. Lewa noga, prawa noga. Plusy, minusy. Był przy tym
dialektyczny, wiedział o jedności przeciwieństw. Jak wojna
na górze, to pokój na dole. Plusy mogą być dodatnie i ujemne.
A dialektyka prowadzić może czasem do paradoksów, a także,
w ramach tego, do oksymoronicznego ujmowania zjawisk przez
przypisywanie im przeciwstawnych, wykluczających się wzajem cech.
Czy mogą być ujemne plusy? Czy mogę odpowiedzieć, jak to kiedyś
Wałęsa ujął, „wymijająco wprost”? Czuję, że jakoś jest to możliwe,
podobnie jak uzmysławiam sobie, przy całej jej paradoksalności, ideę
kwadratowego koła. Bo wiem, że rzeczywistość jest nie tylko złożona,
ale niepozbawiona wewnętrznych sprzeczności.
Dualiści często chcą rozgraniczać i dzielić. Zwłaszcza gdy chodzi
o akceptacje, afiliacje, angażowanie się. Tak czy nie? Z nami czy
przeciw nam? Za czy przeciw? Tak można kończyć spotkania,
zwłaszcza wiecowe, po to, żeby rozpoznać zdanie innych, a w istocie
po to, żeby u słuchaczy, u ich większości przynajmniej, wywołać
pożądane – rzecz jasna, przez mówiącego – samookreślenie i jeszcze
do tego satysfakcję samookreślających z tego właśnie samookreślenia.
Się.
I dlatego Lech Wałęsa tak wiele spotkań kończył oczekiwaniem
na wyrażenie aprobaty czy dezaprobaty, czyli na wyrażenie aprobaty.
Ręka do góry, kto z nami. Czy tak ma być, czy nie. Za jesteście czy
może przeciw.
A rzeczywistość bardziej staje się złożona, gdy sami sobie musimy
odpowiedzieć. A do tego wiemy, że plusy bywają ujemne, i to jak
jeszcze. I do tego uświadamiamy sobie, że i równowaga jest wartością
nie do pogardzenia i nie do zlekceważenia. I że nogi powinny być
równe, lewa i prawa. I że może w związku z tym można mieć coś
przeciw temu za, a może i argumenty za tym przeciw nie są tak
bagatelne, żeby je móc zlekceważyć.
Ale przecież nie można zarazem być za i przeciw. Nie może być
najpierw i kura, i jajko. Może być co najwyżej kura rozumiana jako
jajko.
Jeśli sprzeczności nie można rozwiązać, trzeba wyjść jej naprzeciw.
Jeśli widzę, że nie mogę być całkiem za i całkiem przeciw, mogę
wprawdzie się powstrzymać od opowiadania się za którąkolwiek
ze stron, ale czy to mnie nie postawi w gorszym świetle? Przecież ja
jestem tym, kto się opowiada. Już lepiej byłoby być zarazem
za i przeciw. Ale to trudne, bo przypomina mętny, nieokreślony
i godny pogardy środek.
Wyjście naprzeciw, wzięcie byka za rogi, jest możliwe, jeśli oba
wybory będą ważniejsze, każdy od tego drugiego. Jeden będzie
najpierw, a drugi spotęgowany. Kto wie, czy nawet w ten sposób ten
drugi nie stanie się jakąś wyższą formą tego pierwszego? Może
i do tego dojdzie?
Jestem za. Za. Tak bardzo za, że przeciw. Nawet przeciw. Tak,
przeciw.
172
Jeszcze jeden mazur dzisiaj, choć poranek
świta
Ludwik Pomian Łubieński (1839–1892) „Ostatni
mazur” (1863)
Skoro poranek świta, to jakie „jeszcze jeden dzisiaj”? To raczej nowe
dzisiaj, a mazur nie jeszcze jeden, tylko jeden z dzisiaj pierwszych.
Poprzednie były wczoraj. Ale nie bądźmy drobiazgowi, dla młodego
ułana i panny Krysi, która oczywiście pozwoli, to jeszcze dzień
poprzedni się kończy. A po balu, prosto z balu, razem z nowym dniem
trzeba ułanowi na pole bitwy.
Trudno skończyć, co dobre. Jeszcze jeden, jeszcze raz, jeszcze
trochę. Jeszcze jeden – to zapewne ostatni, to się zresztą potem
pokazuje („mazur to ostatni”), ma zatem coś mistycznego. W wielu
kulturach i językach powtarza się w pieśniach, cytatach to „encore”,
„noch einmal”, „iszczio raz”, „once more”. To typowe zawołanie,
wezwanie, propozycja, prośba.
W powszechnie rozpoznawanych cytatach Niemiec namawia
ptaszka, by jeszcze raz zaśpiewał, Francuz wzywa rodaków do jeszcze
jednego wysiłku, Rosjanin ogólnie, abstrakcyjnie i eskalująco
nawołuje, żeby w ogóle raz, jeszcze raz i jeszcze wiele, wiele razy.
W najbardziej typowym dla tej sytuacji polskim cytacie chodzi
o taniec, i to konkretny.
Mazur był tańcem ze swoistą legendą i ideologią. Pisali o nim poeci,
wiele miejsca i osobny wiersz poświęcił mu Mickiewicz. Wcześniej był
„Mazurek Dąbrowskiego”, który też zresztą zaczynał się od słowa
„jeszcze”, potem „Mazur kajdaniarski”. Mazur był też, obok poloneza,
istotnym wkładem w europejską kulturę. Co ciekawe, umiejętność
tańczenia mazura była szczególnie ceniona także przez tych,
przeciwko którym niejako ten właśnie konkretny jeszcze jeden mazur
był tańczony. Major Płut, wypierając się polskości, przechwala się,
że jest „pierwszym mazurzystą”, lekko mazura tańczył Oniegin,
z „Wojny i pokoju” znamy kunszt w mazurze Denisowa.
W pieśni wyczuwamy nastrój specjalny, podniecenia i oczekiwania,
aktywności i zabawy. To moment przejścia od tańca do walki.
A do walki szło się właśnie „jak do tańca”. Analogia między tancerzem
i wojownikiem pojawia się wszędzie, na całym świecie. Rytualne tańce
w wielu kulturach miały i mają charakter wojenny. Możemy uznać,
że ten właśnie mazur jest swojego rodzaju polskim tańcem wojennym.
Szczególną biegłość w mazurze wykazywali przecież żołnierze,
oczywiście ułani, zwłaszcza młodzi oficerowie.
Przejściu tańca w walkę odpowiada przejście nocy w dzień. Ten
poranek świta. Poranek to tyle, co świt, mamy tu zatem niejako
podwójne świtanie, ale świtania nigdy dość. Świt łączy się z czymś
pięknym i pomyślnym, w metaforach świtają same dobre rzeczy. W tej
pieśni jeszcze trwa taniec, mało, właśnie nowy, jeszcze jeden, się
zaczyna – a poranek już świta, już mamy początek następnego dnia.
Za borem już wre potyczka. Słychać jednocześnie takty ostatniego
mazura i pierwsze strzały.
To, co piękne z wczoraj, i to, co piękne z dzisiaj, piękny taniec
i piękna walka, nakładają się na siebie i tworzą piękną całość.
173
Jeszcze poczekajmy, jeszcze się nie
śpieszmy
Bronisław Brok (1906–1975), tytuł piosenki
(1960)
„Jeszcze poczekajmy” to zdanie, które wypowiadały tysiące Polaków
od dawna, autorowi piosenek udało się sprawić, że przez wiele lat,
do dziś zresztą, liczni Polacy dodają zaraz „jeszcze się nie śpieszmy”.
Czy już zacząć, czy już przestać, czy jeszcze poczekać? Czy już, czy
jeszcze nie? Czy ten czas jest najbardziej odpowiedni? Tego nigdy nie
wiemy. Nie można się spóźnić, ale i za wcześnie coś zrobić nie jest
dobrze.
„Poczekać” zakłada, że nie będzie to długo. Można poczekać
kwadrans, można i parę dni, ale, gdy mówimy to serio, chodzi o czas
krótszy od tego, co ewentualnie mógłby wchodzić w rachubę. Nie tak
długo, trochę poczekamy. Przedrostek „po-” wskazuje, że o taką
trochę chodzi: „poczytam”, „porobię coś”, „poczekam”. Jeszcze trochę.
Wystarczyłoby powiedzieć „poczekajmy”, po co jeszcze „jeszcze”?
Kiedy mówimy „jeszcze”, mogłoby to wskazywać, że już czekaliśmy,
teraz będziemy dalej czekać. Ale niezupełnie, bo nawet jeśli do tej
pory nie czekaliśmy, to, nie chcąc, żebyśmy od razu coś robili,
możemy powiedzieć: „jeszcze poczekajmy”. I poczekać, czy też
jeszcze poczekać. Jeszcze się nie śpieszyć.
Teraz się robi nieco dziwnie. Możemy jeszcze, na razie, poczekać,
ale czy jeszcze możemy się nie śpieszyć? To zakłada, że potem,
na przykład gdy przestaniemy czekać, będziemy się śpieszyć. Trudno
sobie wyobrazić takie odroczenie pośpiechu. Można wyobrazić sobie,
że się oto nie śpieszymy i że się śpieszyć nie będziemy, ale
perspektywa śpieszenia się za chwilę wydaje się szczególna.
„Poczekajmy, nie śpieszmy się” – to brzmi naturalnie. Z „jeszcze”,
zwłaszcza z dwoma „jeszcze” – nieco mniej.
Tryb rozkazujący w pierwszej osobie liczby mnogiej zwraca się
do tych, z którymi tę liczbę mnogą tworzymy. Mogę powiedzieć:
„poczekaj, nie śpiesz się”, mogę, gdy nas więcej: „poczekajcie, nie
śpieszcie się”. Pierwsza osoba włącza mnie, choć przecież do samego
siebie ani rozkazu, ani prośby czy propozycji nie kieruję. Ale brzmi to
lepiej, z propozycją (bo tutaj to chyba właśnie propozycja lub apel)
łączy się moja deklaracja i podkreślenie, że jesteśmy razem. Ja się
śpieszyć nie chcę, chcę, żebyś ty także nie chciał.
W piosence, o ile pamiętam, chodziło o sprawy damsko-męskie
i pani śpiewała, żeby miłości jeszcze raz uwierzyć, czyli żeby się
na razie, jeszcze, nie rozstawać. Jak się mamy nie rozstawać, nawet
na razie, to lepiej byłoby nie wiedzieć, że to na razie, inaczej
przypomina to takie tymczasowe nieśpieszenie się, z odroczoną
perspektywą pośpiechu, pośpiechu w rozstawaniu się w tym
przypadku.
Ale o to mniejsza. Siła dobrego szlagwortu sprawiła, że choć treść
całej piosenki uległa już niejakiemu zapomnieniu, wciąż wielu z nas,
apelując, żeby jeszcze poczekać, dodaje, by się nie śpieszyć.
Jeszcze pododajemy.
174
Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy
Jozef Wybicki (1747–1822) „Pieśń legionów
polskich we Włoszech (1797)
Póki czy kiedy? Polski hymn państwowy obowiązujący od 1926 roku,
niezmieniony po wojnie i po różnych transformacjach, zwany trochę
zbyt może swobodnie „Mazurkiem Dąbrowskiego”, w oficjalnym
kształcie ma za pierwszą linijkę „Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my
żyjemy”. Znaczna część polskich obywateli jest przekonana, że nie
„kiedy”, tylko „póki”, a Wybicki pamiętnej nocy w namiocie i tak
napisał inaczej, mianowicie: „Jeszcze Polska nie umarła”.
Ważne teksty, co do których kształtu nikt nie powinien mieć
wątpliwości, jak do tekstu roty przysięgi czy liturgicznej modlitwy,
miewają jednak czasem historyczne warianty.
W każdym z tych wariantów początek naszego hymnu brzmi nieco
defetystycznie. Kiedy mówię, piszę czy śpiewam, że coś żyje, już przez
to samo podaje możliwość odmienną, mianowicie, że właśnie nie.
Jeżeli mówię (piszę itd.), że nie zginęło czy nie umarło, już tym
samym przywołuję wizję śmierci czy innej zatraty, której zaprzeczam –
sensownie tylko wtedy, gdy bardzo prawdopodobna. Używając przy
tym tak negatywnie pobudzających słów jak „umrzeć” czy „zginąć”.
Jeśli dodam do tego słowo „jeszcze”, wizję zagłady wręcz pokazuję,
odraczając tylko jej moment. Jeszcze nie.
Czy zginie, umrze, jak nas nie stanie? To nie jest oczywiste –
w tekście mówi się tylko tyle, że kiedy my jesteśmy, Polska żyje, a nie
mówi się wprost, że jak nas nie będzie, nie będzie i Polski – ale się
nasuwa. I tu pewna różnica: „kiedy” czy „póki”. Trochę dziwne jest
połączenie
czasownika
dokonanego
(„zginęła”,
„umarła”)
z niedokonanym („żyjemy”) przy „kiedy”. Normalne byłoby „żyje, kiedy
my żyjemy”. A jeszcze bardziej: „żyje, póki my żyjemy”. Jeśli „nie
zginęła”, mniej niezręczne i bardziej jednoznaczne jest „póki”.
„Póki” brzmi oryginalnie, lepiej znamy „dopóki”. Było jeszcze ładne
„dopokąd”. Dopóki ucho się nie urwie, dzban wodę nosi. „Póki”
przypomina zabawne pukanie, ale mimo to w hymnie nie razi. Wolę je
w każdym razie od banalnego, mniej gramatycznie i znaczeniowo
dopasowanego „kiedy”. Lepiej mi się też śpiewa „póki” niż „kiedy”.
I w końcu tak właśnie jest: „my” to przecież Polacy, a jak nas
Polaków nie będzie, to i Polski też. Tylko może dałoby się czymś
zastąpić to „jeszcze”? Bo w ten sposób i koniec Polski się wyraźnie
rysuje, i nasz też...
Zrozumiałe, że gdy Wybicki to pisał, negowanie śmierci Polski miało
sens, a deklarowanie wiary w jej życie i wiązanie go z własnym było
piękne, ważne i potrzebne. Wiemy, że jak przyznawał nawet Stalin,
gdy gorliwie chciano po wojnie hymn zmienić, „mazurka to ładna
piosenka”. Melodia, którą dzielimy z innymi Słowianami, jest dość
optymistyczna. Ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że inaczej byśmy
myśleli o Polsce, gdyby inny jakiś hymn nie podawał w wątpliwość
oczywistości jej dalszego istnienia.
175
Jeszcze
się
taki
nie
co by wszystkim dogodził
Przysłowie, odn. Mikołaj Rej (1545)
narodził,
Powtarzamy to od XVI wieku i ciągle nic. I ciągle mamy tę
świadomość, tę pewność, że się nie narodził. Najpierw częściej się
mówiło nie o „takim”, czyli o kimś, kto taką cechę czy zbiór cech ma,
tylko o „tym” („jeszcze się ten nie narodził”), czyli o jakimś jednym,
wyznaczonym, przeznaczonym do dogodzenia wszystkim. Albo
każdemu, bo czasem o każdym, nie o wszystkich, w tym przysłowiu
mówiono.
Kiedy mówimy, że jeszcze coś się nie stało, zwykle dajemy
do zrozumienia, że się stanie. Poczekamy, a doczekamy się. I będzie.
Narodzi się taki czy ten, co dogodzi. Ale przecież wiemy, że tak nie
będzie, nie może być. To początkowe „jeszcze”, które mogłoby
wyrażać nadzieję, jest ironiczne: wiemy, że się nie narodził i szans
na to nie ma. Jak myślisz inaczej, jesteś naiwny.
Rzymianie mówili o Jowiszu, że nawet on nie wszystkich zadowoli,
nie wiadomo, dlaczego zakładając, że Bóg po to też jest, żeby
zadowalał. Nasz anonimowy „taki” czy nawet „ten” ma więc jeszcze
mniejsze szanse. Za dużo tych, którym by trzeba dogodzić.
Jeśli się taki narodzić nie może, to i ja mam mizerne możliwości
dogodzenia wszystkim. Tym bardziej że czasownik „dogodzić” mówi
o wywoływaniu u kogoś stanu pełnej, trwałej i głębokiej satysfakcji.
Dogodzić to duża rzecz, a jak duża, to i, rzecz jasna, niełatwa.
A jak wszystkim nie można dogodzić, to czy warto w ogóle komuś?
I tak będą niezadowoleni. To może wcale nie ma się co starać?
W istocie chodzi tu o to, że ci niezadowoleni są, lub mogą być,
niezadowoleni w wyniku jakiegoś mojego działania. Nie dogodziłem
im, nie dogodzę. Nic dziwnego, wszystkim nie sposób.
Niestety, sprawa zwykle jest o tyle gorsza, że naprawdę to o nich
chodziło, o tych nieusatysfakcjonowanych. Powinienem był zrobić tak,
żeby im było dobrze, a oni niezadowoleni. Już, już bym się zmartwił,
ale przypominam sobie przysłowie i wiem, że wszystkich nie zadowolę.
To ich też nie muszę. Trudno. Nikt nie jest doskonały. Ludzie są tylko
ludźmi. Głową muru nie przebijesz.
Takie klisze językowe, a jest ich podejrzanie wiele, pozwalają nam
na lepsze samopoczucie. Załatwiają zmniejszenie wyrzutów sumienia,
osłabienie poczucia winy, wytłumaczenie się przed sobą samym
i przed innymi. Tłumaczą także innych, ale chyba rzadziej.
No i w sumie to po trosze wina tych, co to im nie dogodzono.
Człowiek się stara, chce dobrze, a jeśli nie wychodzi, to w mniejszym
stopniu za jego przyczyną. To oni są tacy wymagający. I niewdzięczni.
Gorzej bywa, kiedy nie tyle nie wszystkim dogodziliśmy, ile
wszystkim nie dogodziliśmy. Czyli nikomu nie dogodziliśmy. I niestety
przysłowie często taką właśnie sytuację opisuje.
176
Język kłamie głosowi, a głos myślom
kłamie
Adam Mickiewicz (1798–1855) „Dziady” cz. III
(1832)
Jeden z pierwszych wersów „Wielkiej Improwizacji”, w której Konrad
wadzi się z Bogiem, jest zdumiewająco niekonsekwentny wewnętrznie.
Takie przeświadczenie o kłamstwie języka wyrazić można tylko
w tymże języku, co przypomina paradoks Kreteńczyka mówiącego,
że Kreteńczycy kłamią. Jeśli to prawda, jest to kłamstwem, jeśli
kłamstwo, to właśnie prawda. To samo zdanie mówi prawdę tylko
wtedy, gdy kłamie. I kłamie wtedy, gdy jest prawdziwe.
Romantyczne, tak często wyrażane przez poetów, przeświadczenie
o nieadekwatności słów wobec rzeczy, o prymacie prawdy duszy nad
prawdą języka, ma tu postać bardziej jeszcze skomplikowaną. Mamy
nie tylko myśl i język, lecz także, między nimi, głos. Głos też kłamie
myślom, ale jest ich bliżej. Najpierw mamy myśl, potem głos, język
najdalej od tego, co w środku. Chciałbym, żeby Mickiewicz miał tu
na myśli prozodię, wymowę, intonację, akcenty, a także samo
brzmienie głosu. Istotnie, w głosie słyszymy więcej prawdy i łatwiej
możemy wytropić kłamstwo niż w słowach i zdaniach.
Słowa pochłaniają myśl, która się w nich łamie. Te metafory
wykazują dramatyczną niezgodę na to, że nie można językiem
naprawdę wyrazić siebie. Nie może tego także ten, który rymów nie
dobiera, głosek nie składa, wszystko tak pisze, jak gada, który tylko
w piersi uderza i wytryska z nich zdrój słów.
Język jest wspaniałym narzędziem, a może nawet częścią nas, ale
wiemy, że to, co mówimy, to nie całkiem to, co myślimy, a poza tym
pamiętamy, że język służy prawdzie równie gorliwie co kłamstwu.
Ponieważ językowi nie można w pełni zaufać, może w ogóle nie
można mu ufać? Jeśli wyznajemy zasadę „wszystko albo nic”, to taka
jest prosta konsekwencja. Także stąd bierze się przeciwstawienie słów
i czynów, które w odróżnieniu od słów kłamliwe przecież być nie
mogą. Konsekwencją tego przeciwstawienia jest uznawanie jednych
ludzi za ludzi czynu, a innych przeciwnie – za ludzi mówiących,
bezproduktywnych na ogół gadułów.
To nie tylko uproszczenie, to wręcz fałsz. Ludzie czynu bywają
wielkimi mówcami, mówcy także działają. Przy czym zabawnym
paradoksem jest to, że do czynu wzywa się słowami, z których
najklasyczniejsze to „czynów nam trzeba, nie słów!”. Liczni przywódcy
używają sloganów dyskredytujących slogany („prawda zamiast haseł”,
„żadnych haseł, tylko fakty”), wielosłownie potępia się puste
gadulstwo.
„Gdy dusza przemówi, przestaje być duszą” – pisał Schiller. Istotnie,
w mówieniu część myśli tracimy. Ale może inaczej: tylko część
wypowiadamy, reszty nie. Nie wszystko wysłowić możemy, część
przecież udaje nam się powiedzieć. Staranie się o najlepsze
wypowiedzenie tego, co myślimy i czujemy, przyczynia się też
do lepszego uświadomienia, co to jest rzeczywiście.
A przede wszystkim tylko dzięki językowi potrafimy się jakoś
dogadać z innymi.
177
Jutro będzie futro
Powiedzenie
Niektórzy, optymiści, uważają, że jutro będzie lepiej, i nawet
proponują, żebyśmy się z tego powodu uśmiechnęli. Inni obiecują
nam, że jutro zrobią coś, co wprawdzie powinni zrobić wcześniej, ale
jutro też nie będzie na to zbyt późno. A my, świadomi, że choć co się
odwlecze, to nie uciecze, to, gdy chodzi o nasze plany, to uciekać
może, mówimy wtedy, że jutro to będzie futro.
Futro dobra rzecz. To znamię bogactwa, luksusu. Dla kobiet takim
futrem obdarowanych to może być symbol miłości, a w każdym razie
docenienia, od biedy nawet bogactwa i hojności. Dla mężczyzn to
atawistyczny związek z praludzkim zdobywaniem na braciach
mniejszych, zwierzętach, dowodów przewagi nad nimi. Futro zdarte
z upolowanego zwierzęcia, futro zamówione u dobrego kuśnierza czy
kupione w eleganckim sklepie – to dowód dzielności, zamożności,
opiekuńczości, sukcesu.
Ale będzie jutro. A jutro co będzie, nie wiadomo. Może futro, może
nie. Co mam zrobić dzisiaj, powinienem zrobić właśnie dzisiaj, bez
odkładania na jakieś mniej określone jutro, bez dojutrkowania.
Fabiuszowi Maximusowi się udało, choć jego imię, Cunctator, zostało
pospolitym określeniem różnych dojutrków, ale nam się może nie
udać. Mało tego, być może już wiemy, że się nie uda, i innych,
a nawet samych siebie, oszukujemy, że jutro zrobimy to, co już
mogłoby być zrobione. Teraz, dziś. Wczoraj może.
Może nie robimy tego, co powinniśmy, z prostego, banalnego
lenistwa... „Morgen, morgen, nur nicht heute, sagen alle faulen
Leute”. „Zawtra, zawtra, nie siewodnia, tak leniwcy gawariat”. Może
akurat jesteśmy zajęci pilniejszymi sprawami i ważniejszymi. Ważne,
że tego akurat nie zrobiliśmy i nie robimy. I że nie powinniśmy
przynajmniej mówić, że jutro zrobimy, bo możemy usłyszeć, że jutro
to będzie futro. Że łatwo nam mówić o jutrze, ale będzie to i tak
potraktowane tylko jak łudząca obiecanka-cacanka, że będziemy
z gruntu niewiarygodni.
I dlatego nie tylko dzisiaj, teraz, powinienem zrobić to, co ma,
a właściwie już dawniej miało być zrobione. A nawet to, co mam
dopiero zrobić jutro, dobrze byłoby, gdybym zrobił dzisiaj. I byłoby
wtedy zrobione. Miałbym to zrobione.
Nasze perfekty, czyli czasy dokonane, nie chcą być ciągle uważane
za czasowe formy gramatyczne. Mamy „mamy zrobione”, „macie
przeczytane”, „mieliśmy skończone”, „będzie miał wykonane”, ale
mimo regularnego tu połączenia czasownika posiłkowego „mieć”,
odpowiadającego przecież „haben” i „to have”, z imiesłowem biernym,
takim jak „gemacht” czy „learned”, nie mamy tych form uznanych
za czasy. Może przeszkadza temu semantyczny ładunek satysfakcji,
z którą odhaczamy to, co już zostało za nami, jako wreszcie
zrobione...
I co z pewnością nie musi zostawać na jutro.
178
Już był w ogródku, już witał się z gąską
Adam Mickiewicz (1798–1855) „Lis i kozieł”
(1832)
Wiemy, że chodzi o lisa. Ale w tej bajce słowo „lis” pojawia się dopiero
w dziesiątym wersie! Prawda, wcześniej, w ósmym, mamy „lisie nogi”,
ale co nogi, to nie lis. Mamy lisa w tytule, ale razem z kozłem... To
dość oryginalny chwyt, pisać o kimś, unikając jego imienia czy nazwy.
Stosują go czasem lekko eksperymentujący powieściopisarze. Czy to
ważne kto? Może to być każdy, Jedermann, Everyman, Ktokolwiek. Tu
– lis. Jederfuchs. Everyfox.
I od razu ma kłopoty. Tym większe, że był tak bliski celu. Stracił
zapewne ostrożność, zbyt ufał sobie, to, czego chciał, było w jego
zasięgu...
Bajka ma na początku ciekawy suspens, coś w rodzaju „gdy wtem
nagle...”. Zwrot akcji, odmienność jej przebiegu od przewidywań,
rodzi naturalne fabularne napięcie i uplastycznia przesłanie. To, co się
dzieje nagle i nieoczekiwanie, zauważamy i zapamiętujemy, a może
nawet wyciągniemy z tego wnioski.
Do dziś, gdy chcemy wyrazić zawodną bliskość końcowego efektu,
kiedy żałujemy siebie lub innych w sytuacji braku osiągnięcia czegoś
już prawie osiągniętego lub gdy (niestety, częściej) wyrażamy nieco
przewrotną satysfakcję z tak przykrego (popatrz!) niepowodzenia –
przypomina nam się ten lis.
Cała bajka mówi przede wszystkim o radzeniu sobie w trudnej
sytuacji, o umiejętnej manipulacji innymi. Lis się nie załamuje, szuka
wyjścia z beczki, w końcu skutecznie prowokuje spragnionego kozła,
by stał mu się drabiną. Jest, jak to lis, przebiegły i godny podziwu.
Aż się cieszymy, że to wszystko robi lis, który jest określony jako „nasz
lis”, lis, w którego „położeniu” właśnie się zgodnie z sugestią poety
postawiliśmy.
Ale w cytacie został tylko ten lis z początku bajki. Ten, któremu się
najpierw bardzo i nieoczekiwanie nie udało, który już... już... Czyli
raczej ten, którego zamiast podziwiać, można raczej żałować czy,
przyznajmy to, wykpiwać.
Ta pierwsza część opowieści o lisie wydaje się moralistycznie
przestrzegać, by nie mówić „hop!”, zanim się nie przeskoczy.
Bo fortuna jest zdradliwa. Nigdy nie można być pewnym swego.
Przypominają się inne stare maksymy. Nie chwal dnia przed zachodem
słońca. Nie mów o nikim, że jest szczęśliwy, dopokąd nie umarł. To
wszystko jakoś tam prawda, ale po tych maksymach i cytatach widać,
jak się można zapędzić. Jeśli nie mogę kogoś uznać za szczęśliwego
za życia, to kiedy? Kiedy dzień chwalić, jak nie wtedy, gdy trwa? A jak
już przeskoczę, to po co mówić „hop”?
Metaforyka jest tu, trzeba przyznać, bardzo wymowna i nośna.
Widzimy to „bycie w ogródku”, którym bywają sprzyjające okoliczności
i pożądane sytuacje, widzimy tę gąskę jako już namacalny, apetyczny
cel. Dodajmy do tego to plastyczne, podwójnie przenośne „witanie
się”...
Widzimy wyraźnie w tej lisiej roli siebie, a jeszcze wyraźniej bliźnich.
179
Już miesiąc zaszedł, psy się uśpiły i coś
tam klaszcze za borem
Franciszek Karpiński (1741–1825) „Laura i Filon”
(1780)
Wiemy, że „miesiąc” to księżyc, tak było w literaturze dawnej
i w ludowej, a „Laura i Filon” dla nas to i dawna literatura, i ludowa
też. Nie dziwimy się, że ten księżyc zaszedł, chociaż rzadko mówimy,
że księżyc zachodzi. To słońce może wschodzić i zachodzić, a księżyc
się pokazuje, kiedy ciemno, od razu gdzieś na górze, nie chodzi sobie
po niebie jak słońce. Widać jak miesiąc, to może i wschodzić,
i zachodzić.
Ale na wszelki wypadek sprawdzamy u Karpińskiego i okazuje się,
że tam wcale miesiąc nie zaszedł, tylko zeszedł. No, myślimy sobie, to
pewnie jeszcze bardziej dawne i ludowe i można było powiedzieć
„zeszedł” zamiast „zaszedł”. Chociaż, jak się zastanowić, „zaszedł” to
forma
czasownika
dokonanego
„zajść”,
odpowiadająca
niedokonanemu „zachodzić”, a „zeszedł” to chyba jednak nie
od „zejść”, do którego pasuje „schodzić”. No nic, to pewnie jest tak,
że jak mamy gwarowe „weszedł” zamiast „wszedł”, to pewnie jest
i „zeszedł” zamiast „zszedł”. Czyli jednak znikł, zszedł z horyzontu.
Naprawdę jest jeszcze inaczej. Owszem, ten miesiąc zeszedł, ale to,
też po dawnemu i ludowemu, odpowiada dzisiejszemu „wzeszedł”. I to
dawne „schodzić” to było tyle, co „wschodzić”. I Karpiński napisał,
a Laura to widziała i śpiewała, że ten księżyc właśnie wzeszedł. Czyli
nie opuścił nieba, co by mogło znaczyć, że zbliża się świt, tylko wręcz
przeciwnie, pojawił się na nim. I zaczyna się noc.
Mamy jej dwa sygnały: jest już księżyc i psy się uśpiły. Zasnęły
po prostu, w każdym razie już nie szczekają. „Zejście”, czyli
„wzejście”, księżyca pokazywałoby, że to wczesna noc, ale z kolei
uśpienie się psów, które długo w noc szczekają, daje porę późniejszą.
W każdym razie ciemno.
Trzeci sygnał jest dość dziwny. Coś klaszcze za borem. Czyli
z drugiej strony boru. Jak ja to słyszę z tej strony, to ten bór niewielki
jakiś. Gdyby to był mały lasek, to byłoby słychać, co się dzieje
z drugiej strony, ale bór to wielki las, gęsty i stary, zwykle iglasty.
Chyba że to klaskanie jest wyjątkowo głośne.
Rzadko mówimy, że coś klaszcze. To jedna z czynności
przysługująca wyłącznie ludziom, o zwierzętach i przedmiotach
mówimy tak tylko w przenośni. A ludzie klaszczą, gdy im się coś
podoba, po to, żeby było słychać, żeby wszyscy słyszeli, więc
oczywiście głośno.
W tym przypadku to zapewne sygnał. Laura go rozpoznaje. Ale
dziwne to klaskanie jak na znak intymny skierowany do wybranej
osoby.
Nawet jeśli bór to lasek, jeśli „za borem” to w istocie „pod laskiem”,
raczej liściastym do tego, bo jawor to odmiana klonu, jeśli to „coś”,
co klaszcze, to „ktoś”, czyli pewnie miły Filon, i jeśli cicho klaszcze, to
wszystko to razem brzmi wyjątkowo dziwnie. Albo właśnie na sposób
dawny i ludowy, co wiele usprawiedliwia. I daje sygnał, żeby się
za bardzo w tekst nie wgryzać, bo wtedy mogą wyjść czasem
dziwaczne rzeczy.
180
Każdy kij ma dwa końce
Przysłowie, odn. Salomon Rysiński (1618)
Na tym właśnie polega dialektyka. Że jak jest tak, to zawsze przy tym
„tak” jest i „nie”. Każdy sąd ma swoją negację. Asercja pozytywna ma
jako konieczną logiczną odwrotność asercję negatywną. A do tego
o ile w sferze faktów można ustalić, co prawdziwe, i wiedzieć, jak
jest, to w sferze racji bywa niestety ambiwalentniej.
Retorsio argumenti to rodzaj argumentacji, w którym z przyjętej
przez kogoś i akceptowanej przez nas przesłanki wyciągamy zgoła
przeciwny niż on wniosek. „– Tyle już zrobiliśmy, możemy na tym
skończyć! – Skoro tyle już zrobiliśmy, zróbmy i to jeszcze...”. „–
Późno, chodźmy spać! – Właśnie, tak późno, że już nie warto spać...”.
Wszystko ma dwie strony. „Owszem, tak, ale znowu z drugiej
strony...”. Wiedział o tym Tewje Mleczarz z Anatewki. Każdy medal ma
swoją odwrotną stronę. I co gorsza, wcale nie wiemy, która to strona
jest ta, a która odwrotna. Co jest awersem, co rewersem. Orzeł
i reszka – te jeszcze jakoś rozpoznajemy, ale i tu bywają kłopoty...
Ten podstawowy dualizm każący odróżniać lewe od prawego, tył
od przodu, a górę od dołu jest z natury relatywny. Co dla mnie lewe,
dla ciebie prawe; jak coś jest z tyłu czegoś innego, to to drugie
z przodu pierwszego; jak stanę na głowie, dół będzie górą.
Zdarza się nam myśleć i mówić, że zawsze są dwa wyjścia. Ale nie
możemy być tego tacy pewni. Może bywa i tak, że jest tylko jedno.
Ale kij na pewno dwa końce ma.
Kij ma dwa końce, bo ze względu na swoją strukturę nie może mieć
jednego ani trzech. Kij to coś, co się trzyma w ręku. Za jeden koniec.
Tego jednego jesteśmy pewni. Trzymamy go często po to, by użyć
drugiego końca.
A dlaczego nie dwa początki? Dlaczego tak metaforyzując przestrzeń
do czasu, chwytamy ją właśnie za końce, nie zaś za początki? Bo to
nie tylko z kijem tak jest, i sznur tak ma, i stół, i ulica, i nawet duże
połacie ziemi: one to nawet wiele końców („ze wszystkich końców
kraju...”). Koniec to nie tylko zakończenie, finał, kres czasowy: to
także kraniec przestrzenny. Koniec jest w czasie i w przestrzeni,
początek właściwie tylko w czasie.
Kij ma dwa końce. A ty bierzesz pod uwagę jeden. Uważaj, bo są
dwa. I ten, którego nie widzisz, może cię dosięgnąć. I tak jest
z każdym kijem, a że tutaj kij to metafora każdej rzeczy,
wszystkiego, to wszystko ma dwa końce. Czasem jeden koniec jest
dobry, a ten drugi zły. I wtedy błędem jest cieszyć się na wyrost.
Czasem odwrotnie, wtedy świadomość istnienia tego drugiego dodaje
otuchy. Często nie chodzi o odróżnienie dobrego od złego, tylko
po prostu o inną perspektywę, o inny aspekt. O coś, czego
moglibyśmy nie wziąć pod uwagę.
A jest.
181
Każdy sobie rzepkę skrobie
Przysłowie, odn. Ambroży Grabowski (1840)
To późne przysłowie, XIX-wieczne. Żeby nie „Wesele”, może by się nie
upowszechniło, a tak, choć nie każdy wie, co to rzepka, to ją skrobie.
Sobie.
Manifestacja indywidualności za pomocą akurat skrobania rzepki
jest nieco dziwna, bo nie można powiedzieć, by rzepka była
warzywem szczególnie luksusowym, elitarnym, wymagającym
komfortu odosobnienia. Nie bardzo wiemy, jak się ją skrobie. Może
zastanawiać ten wybór.
Bo nawet i rym bezpośrednio nie usprawiedliwia użycia rzepki.
Co innego wtedy, gdyby taka rzepka wyrosła krzepka i można byłoby
ją schrupać z kawałkiem chlebka. Ale rzecz w tym, że rzepka jest
przaśna, polska, naturalna, a do tego zapewne (choć w tym względzie
pewności mieć nie można) nadaje się do skrobania, które z kolei jako
czasownik ma formę osobową dobrze się rymującą z ważnym tu
egoistycznym zaimkiem „sobie”. I przysłowiu nie wadzi dziwaczność
wyobrażenia sobie zbioru wielu, a choćby tylko kilku osób, z których
każda, osobno, na własną rękę, skrobie sobie swoją własną,
indywidualną rzepkę.
Każdy sobie, nie razem. Wśród wielu wartości mamy dwie ważne
i równie pożądane: niezależność i solidarność. Odwołują się
do zasadniczo odmiennych zespołów oczekiwań i zachowań.
Wprawdzie nie zawsze muszą być one w opozycji (pamiętamy pewien
niezależny, a nawet samorządny związek zawodowy, który wziął
nazwę od drugiej z tych wartości), często jednak są naturalnie
skonfliktowane. Albo każdy dla siebie, albo wespół w zespół.
Co lepsze? Oba, oczywiście, lepsze! A to przysłowie to może być
pochwała działań swobodnych, ukierunkowanych na indywidualne
osiągnięcia albo potępienie działań sobkowskich.
Trudno się oprzeć wrażeniu, że jednak częściej niesie za sobą
przesłanie bardziej kolektywistyczne. Skłonni jesteśmy słyszeć tu
raczej przyganę dla zachowań egoistycznych, takich, które nie
uwzględniają interesu zbiorowego. Skrobanie rzepek jest działaniem
przyziemnym, mało ambitnym, płaskim i prostackim, dalekim
od dawania poczucia satysfakcji. Zwłaszcza, oczywiście, satysfakcji
wyższego stopnia: zbiorowej. Możemy sobie skrobać, co chcemy, nic
z tego wielkiego nie wyjdzie. W „Weselu” to jeszcze nie w pełni
ukształtowane przysłowie służyło wprawdzie („wyście sobie, a my
sobie...”) jako deklaracja odrębności społecznej, ale tylko raczej
wewnątrz tekstu – poeta jej nie pochwalał.
Jak już mamy być osobno i czerpać z tego jakieś korzyści –
materialne czy duchowe – to przecież nie przez skrobanie rzepek.
I właśnie dlatego rzepka ma nam to obrzydzić.
Zwłaszcza żmudnie skrobana.
182
Kiedy ranne wstają zorze, Tobie ziemia,
Tobie morze, Tobie śpiewa żywioł wszelki
Franciszek
Karpiński
(1741–1825)
„Pieśń
poranna” (1792)
„Pieśń wieczorna” („Wszystkie nasze dzienne sprawy”) i ta „Pieśń
poranna” należały przez lata całe do spontanicznie śpiewanych
i nuconych modlitw Polaków. Na tę samą nutę, wszak Gwiazda
Poranna to też to samo co Gwiazda Wieczorna. „Kiedy ranne wstają
zorze” nucił Maciek Dobrzyński, krzątając się koło królików, do dziś
słyszeć to można nie tylko w kościele.
Pogodna to pieśń o śpiewaniu. Śpiewając o śpiewaniu, jak mówiąc
o mówieniu, a pisząc o pisaniu, mamy poczucie dodatkowej
prawdziwości. Kiedy mówię, że mówię, muszę mówić prawdę.
Autotematyzm jest często weryfikacją. Autoweryfikacją. Śpiewanie
o śpiewaniu także pomaga w śpiewaniu, dodatkowo je pobudza
i rytmizuje.
Pieśni pomaga także początek odwołujący się do czasu. „Kiedy
byłem małym chłopcem” – zaczynają się opowieści dziadka, „kiedy
będziesz już duży” – słyszy z nadzieją na przyszłe sprawy chłopiec,
„kiedy się wypełniły dni...” – zaczyna poeta wiersz.
Czas wskazuje i ogranicza. Mówiąc (śpiewając), że wszystko śpiewa
Bogu, kiedy wstają ranne zorze, mogę chcieć powiedzieć, że właśnie
wtedy, nie kiedy indziej. Takie ograniczenie nie byłoby pożądane i tu
właściwie nie występuje. Mówi się tu tylko tyle, że słyszę ten śpiew,
kiedy widzę wstające zorze.
W tym chórze śpiewającym na chwałę Boga jest ziemia i jest morze.
Potem mowa o „żywiole wszelkim”. Ziemia, woda, powietrze i ogień
stanowiły czwórkę „żywiołów”, cztery pierwiastki, elementy materii
tworzącej świat. Dziś używamy słowa „żywioł” nieco inaczej,
określamy nim najczęściej groźne, gwałtowne siły przyrody, jako
o żywiole myślimy o powodzi, tajfunie, trzęsieniu ziemi. Spokojny,
pierwiastkowy żywioł ustąpił niebezpiecznemu zagrażającemu
człowieczej egzystencji, nieopanowanemu zjawisku. Ogień daje
pożary, ziemia się porusza, woda zalewa, wiatr wszystko łamie. Takie
żywioły nie zdają się chwalić Pana. Mogą być odbierane jako przejaw
Jego gniewu.
Ten „wszelki żywioł”, który śpiewa w pieśni, to wielkie, ale stabilne
i sprzyjające człowiekowi części natury. Tu przyroda jest łagodna,
życzliwa, zarówno ziemia, jak morze i wszelki inny żywioł.
„Pieśń poranna” to afirmacja. Afirmacja Boga przez wszystko,
co jest, co na swój sposób żyje (stąd słowo „żywioł”), ale także
afirmacja człowieka dla całej przyrody, która, chwaląc Pana, także się
jakoś uczłowiecza.
To poniekąd panteistyczne widzenie świata, związane z pogodną
melodią, jest uspokajające. Właściwie rankiem powinniśmy się
aktywizować, budzić w sobie uśpione w nocy tygrysy, a tu takie
rozlewne uspokojenie. Rozumiemy tę melodię towarzyszącą
wieczornemu powierzaniu Bogu naszych wszystkich dziennych spraw,
ale rano?
Ale może tak i lepiej.
183
Kiedy wejdziesz między wrony, musisz
krakać jak i one
Przysłowie, odn. Grzegorz Knapski (1632)
Kiedyś lepiej się to rymowało, bo zamiast „one” mówiło się „ony”.
I wtedy wrony były bardziej zrozumiałe. Dziś może się wydawać mniej
jasne, dlaczego w tym zaleceniu przyjmowania prospołecznych postaw
czy, jak kto woli, dla tej pochwały konformizmu (albo przynajmniej dla
jego wytłumaczenia) znalazły się akurat te mało miłe ptaki.
Zawsze, oczywiście, znajdziemy uzasadnienie. Chodzi tu w końcu
także, a może przede wszystkim, o krakanie. Trudno o bardziej
jednoznaczne, głośne i identyfikacyjne zachowania ukazujące
jednomyślność z otoczeniem niż krakanie właśnie. Wrony, dziś nieco
rzadsze, postrzegamy lub przypominamy sobie w stadach, krążących
i kraczących. Wiele ich jest i wszystkie kraczą jednakowo.
Trochę cynicznie brzmi to przysłowie. Owszem, słusznie zachęca
do przestrzegania reguł społeczności, do której wchodzimy, ale
równocześnie usprawiedliwia nasze najbardziej oportunistyczne
zachowania. Jeżeli chcesz być między wronami, zachowuj się
odpowiednio. Musisz po prostu krakać, więc nie wydziwiaj, kracz i już.
Choćby ci się nie podobało. Zobaczysz, że w końcu ci się to opłaci.
Jest tu pewna ciekawa i przykra jednocześnie dwuaspektowość.
Wrony bardziej może wymagają zachowań zgodnych z regułami stada,
są postrzegane, zwłaszcza w zbiorowisku, jako agresywne,
niedopuszczające sprzeciwu wewnętrznego. A my, między nie
wchodząc, powinniśmy się do nich w znacznym stopniu dostosować,
a właściwie może i nie powinniśmy, tylko po prostu musimy.
Wrony są jednocześnie dosyć niesympatyczne. Trzeba mieć „gust
wypaczony”, jak Wojciech Młynarski, żeby je lubić. I dostosowanie
do nich bardziej jest chyba niemiłe niż upodobnienie się, powiedzmy,
do skowronków czy perkozów. A używając tego przysłowia, obojętne,
czy dla tłumaczenia własnych, czy cudzych zachowań, czy wreszcie dla
pokazywania konieczności, nie tylko zdajemy sprawę z niedogodności
i ze stopnia samozaparcia, ale przy tym jeszcze, w tym samym czasie,
wyrażamy się skrajnie niepochlebnie o tych, do których... itd.
Można byłoby, wyrażając konieczność dostosowania czy wręcz
konformizmu, sięgnąć po jakiegoś innego ptaka – a tu nie.
Wrony.
Być może dzisiaj, tłumacząc tak nasze kraczące zachowania,
jesteśmy dalej od sensu przysłowia, które dawniej raczej odradzało
nam w ogóle wchodzenie w nieodpowiednie towarzystwo... Kiedyś,
przewidując aż tak niemiłe konsekwencje, bylibyśmy być może
bardziej powściągliwi w poszukiwaniu otoczenia...
Dziś kraczemy.
184
Kobieta mnie bije
Juliusz Machulski, film „Seksmisja” (1984)
Skarga. Takie skargi składają dzieci, apelując do wyższych instancji:
do rodziców, do wychowawczyni. „Proszę pani, on się przezywa!”.
„Mamo, on mnie bije!”. Same nie poradzą, słabe są, potrzebują
pomocy. Ale też: nie potrafią stawić czoła przeciwnikowi, pokazują
słabość, żeby zdobyć przewagę w mniej godny sposób. Skarżą się
ludzie słabi, często tchórze. Skarżą się do kogoś, żeby uzyskać to,
o co im chodzi; skarżą się komuś, żeby im współczuł; skarżą się
na kogoś, żeby go spotkała kara.
Kiedy się skarżę, poddaję się. Wiem, że sam nie wygram. Może
wygra ten, do kogo się odwołuję. Zwycięstwa nie będzie, ale będzie
sprawiedliwość (a to ważne w ogóle) i będzie satysfakcja, może nawet
konkretna (a to ważne dla mnie samego). Ktoś coś zrobi za mnie, ale
będzie zrobione.
Ale mogę się skarżyć, zwracając się do kogoś, w czyją interwencję
nie bardzo wierzę, a w każdym razie nie spodziewam się jej od razu.
Do losu, do opatrzności, ogólnie do świata. Skarżyć się im, pokazując,
co się dzieje. Nie powinno tak być, zwłaszcza nie powinno być tak,
że mnie jest źle, a popatrzcie, właśnie jest. Czasem to prosta
informacja, niby skierowana w czyjąś stronę, czasem pełna
zadziwienia konstatacja dla samego siebie, czasem zrezygnowane
westchnienie.
„Bije mnie kobieta!”. Gdy kładziemy akcent na słowie „kobieta”,
zwykle stawiamy je na końcu. To ważne, może dziwne, może
charakterystyczne, w każdym razie godne podkreślenia, że właśnie
kobieta, nie kto inny. Czyli nie mężczyzna. Ale czasem rzeczy bardzo
charakterystyczne, dziwne i ważne stawiamy z akcentem na początku
zdania. Wtedy intonacja ma więcej do pokazania, ale też i tym
bardziej właśnie może to pokazać. „Kobieta mnie bije!”. Słyszymy
w tym okrzyku więcej zdziwienia i skargi na los, niż gdyby ta kobieta
była na końcu zdania. „Zagłobę gonisz!” woła Zagłoba do Burłaja
goniącego Zagłobę i niewiedzącego, że to Zagłobę goni. I Zagłoba
wie, że będzie dla Burłaja bardziej Zagłobą, gdy od Zagłoby ten
okrzyk się zacznie.
Ta skarga bitego przez kobietę bardzo męskiego bohatera filmowej
komedii jest żałosna i śmieszna. Te cechy często, niestety, towarzyszą
sobie, a my, dobrze jeśli trochę ze wstydem, ulegamy wtedy
rozbawieniu. Tym bardziej, im bardziej ta śmieszna żałosność
związana jest z jakimiś jeszcze cechami tej żałośnie śmiesznej postaci.
I jeśli te cechy stoją w śmiesznym kontraście.
Kobieta go bije. To przykre. Ale jego zdziwiony i w końcu mało
męski żal, jego zwrócony do ogólnego męskiego przecież świata apel
– jest zabawny choćby przez to, że ta męska szowinistyczna świnia
dopuszczałaby pewnie bicie przez mężczyznę, może też dopuszczałaby
bicie kobiety przez mężczyznę czy też przez inną kobietę, a bicia jego,
mężczyzny przecież, przez kobietę, znieść nie może. To śmieszne!
No, może trochę.
185
Kobyła ma mały bok
Polski klasyczny palindrom (XIX w.)
Palindromy bywają zazwyczaj bezsensowne. Jeżeli coś może być
czytane (i oczywiście pisane) tak samo i z tym samym znaczeniem
zarazem od lewej do prawej i od prawej do lewej, to trudno wymagać,
by miało jeszcze do tego głębszy sens. Ten palindrom jest szczególnie
bezsensowny, ale przy tym zabawny, więc go powtarzamy.
W palindromie jest coś tajemniczego, mistycznego. Starożytni
przypisywali mu diabelskość, ale w tylekroć interpretowanym na różne
sposoby palindromicznym ciągu „sator – arepo – tenet – opera –
rotas” upatrywano także boskości.
Często cieszy nas forma. Kiedy spotykamy nieoczekiwany kalambur,
kiedy coś się niechcący rymuje albo nagle spostrzeżemy, że dziesięć
kolejnych słów ma ten sam rytm – mamy poczucie co najmniej frajdy.
Z drugiej strony zabawa formą to wyzwanie. Ułożyć kalambur to
drobiazg, ale pobawić się w anagramy, a także spróbować zbudować
poprawny klasyczny limeryk – to już sztuka.
Tworzenie palindromów to wyższa szkoła jazdy. Przez całe lata
jedynym właściwie polskim palindromem zdaniowym, a tylko takie się
naprawdę liczą, była ta dziwna informacja o kobyle. Trochę
palindromów przysporzył polszczyźnie Tuwim. „Zakopane i cel
wieczoru urocze i w lecie na pokaz” to najbardziej z nich znany, choć
nieco kulawy z racji pisowni „cz”.
Mistrzem palindromu był Barańczak, który twórczo rozszerzył
boczną kobyłę aż do: „kobyła ma manny żywo je; żywiej zje i wyżej –
o, wyżynna! – ma mały bok” i stworzył wiele innych uroczo
nonsensownych palindromicznych ciągów, z których szczególnie
ciekawy wydaje mi się „i lali masoni wydrom w mordy wino, sami
lali!”. Wyobrażenie absurdalnego i bardzo kłopotliwego zajęcia
poważnych masonów jest dla mnie nieodparcie śmieszne.
A tu? Sama „kobyła” jest już jakoś zabawna. A przy tym... Kobyła to
duże zwierzę. Tak duże, że o czymś wielkim i przez to niezgrabnym
lub uciążliwie nudnym (na przykład o książce) mówimy, że to kobyła.
Jak to wielkie zwierzę może mieć mały bok? Pewnie jest on mały jak
na kobyłę, ale i tak to dziwne. I dość trudno sobie wyobrazić, że tylko
jeden jej bok jest mały. O drugim wprawdzie się tu nic nie mówi, ale
przypuścić należy, że jeśli tylko jednemu z boków przypisana jest
małość, to zapewne drugi jest w porządku, normalnych rozmiarów.
A jeszcze do tego w ogóle o boku raczej nie powiemy, że mały.
Chudy, wklęsły, brudny – owszem, ale mały? I jeden tylko? I kobyła?
Ta nasza swojska, stara, poczciwa kobyła jest też stara i poczciwa
jak na palindrom. Niezbyt kunsztowna, w miarę absurdalna, cieszy
umiarkowanie, ale już długo i wiele pokoleń. Mimo wymyślania
wszelkich nowych kunsztowności ona zapewne pozostanie jako
wzorzec polskiego palindromu.
186
Kocham pana, panie Sułku
Jacek Janczarski (1945–2000), kabaret radiowy
Jak strywializować najpiękniejsze i najprostsze wyznanie miłości?
„Kocham Cię”, „kocham Panią”, „kocham Pana”. To tak ładnie brzmi,
może nawet z tym państwem ładniej niż z tobą. A tu przyplątano
do tego nieszczęsnego pana Sułka i przynajmniej przez pewien czas,
przynajmniej niektórzy (chyba niemało ich było, a może się jeszcze
trafiają) kojarzyli go od razu cytatowo i nie mogli porządnie
powiedzieć ani usłyszeć tego, co takie ważne. Może przez to jakieś
miłosne wyznanie w ogóle paść nie mogło?
Pan Sułek, niemal nieletni obiekt miłości starszej już pani Elizy,
chamowaty i niezbyt rozgarnięty uczeń repetent, kwitował tę
powtarzającą się jak echo, wypowiadaną raz stanowczo, innym razem
beznadziejnie deklarację swojej adoratorki krótkim, wręcz brutalnym
uciszaniem: „cicho, wiem!”. To było w jego stylu, nie potrzebował
żadnych miłosnych wyrazów. Był pewny siebie i pewny swego, co tak
się podobało pani Elizie, tak dalece odmiennej od niego pod tym
względem, że pytała czasem: „nic nie rozumiem, prawda?”, niepewna
nawet tego, czy nie rozumie.
Pani Eliza nazywała pana Sułka „kochanym” i „najdroższym”, ale
cały czas była z nim na „pan”, a on z nią, oczywiście, na „pani”. Nie
wiem, czy mógłbym powiedzieć, że byli ze sobą na „państwo”. On
do niej mówił: „pani Elizo”, używając właściwego w tej funkcji
wołacza. Kto wie, czy gdyby mówił po imieniu, stosowałby wołacz tak
konsekwentnie i czy nie wymykałoby mu się „Eliza” zamiast „Elizo”.
Co świadczyłoby o większej jeszcze zażyłości.
A pani Eliza, skądinąd osoba o dużym, zapewne humanistycznym
wykształceniu, używa, zwracając się do swojego narzeczonego,
całkiem niewłaściwego i przez to zabawnego nazwiska w wołaczu.
W ogóle zwracanie się po nazwisku jest u nas rzadko stosowane
i stosowne, nawet z „pan”. Można czasem powiedzieć „panie
Kwiatkowski”, ale nie jest to specjalnie miłe i eleganckie. A „panie
Nowak” chyba jeszcze, o dziwo, mniej. U Kwiatkowskiego nie wiemy,
mianownik to czy wołacz, u Nowaka wiemy, że mianownik. Ale
wołaczem zwrócimy się do Nowaka już tylko żartem. Gdy ktoś
odezwie się do mnie „panie profesorze Bralczyk”, zdziwię się
niestosowności, gdy powie „panie profesorze Bralczyku”, najpierw
nasunie mi się myśl o żarcie.
Ale pani Eliza nie może mówić do pana Sułka „panie Sułek”. Relacja
nie ta. Nie może też mówić po imieniu, prawdopodobnie nie wie
nawet, jak i my nie wiemy, jak pan Sułek ma na imię, jeśli w ogóle
jakieś ma. A nie może też sobie odmówić użycia tak kochanego przez
siebie nazwiska. Dlatego też mówi „panie Sułku najsłodszy” i „panie
Sułku kochany”, co sprawia, że nazwisku jest przyjemniej. Ciekawe,
że raczej nie powinna też mówić (choć czasem jej się zdarzało)
„kochany panie Sułku”. Bo to znowu co innego i mogłoby być uznane
za przejaw protekcjonalności.
Panie Sułku.
187
Komu dzwonią, temu dzwonią
Początek biesiadnej piosenki (początek XX w.)
„Co ci powiem, to ci powiem”. „U nas, panie, na Syberii, powiadali,
że jak kto stoi, to stoi”. „Komu dzwonią, temu dzwonią”. Nie sposób
odmówić prawdy takim konstatacjom, ale ich wypowiadanie może
nasuwać myśl o nadmiernej oczywistości, by nie rzec wprost:
tautologii. Pamiętajmy jednak, że często zdania tautologiczne miewają
swoje przemyślane funkcje i nie są wypowiadane tylko z nadmiernej
świeżości umysłu.
Komu dzwonią? Temu, co umarł. Jagienka ze Zgorzelic jeszcze nie
wie, że opat umarł. Maćko z Bogdańca pyta: „A to nie słyszysz,
że dzwonią?” – i Jagienka już wie. Ale taki dzwon, zwłaszcza jeśli nie
jest wzięty bardzo dosłownie, nie bije tylko tym, co już umarli. Potrafi
on bić także tym, których śmierć w ten sposób zwiastuje. Hemingway
w najbardziej znanym tytule najbardziej znanej swojej książki cytuje
Johna Donne’a, który nie radził pytać, komu dzwon bije – bo zawsze
bije nam. Tym, którzy chcą właśnie zapytać. Tobie, nam. Tego
rodzaju uogólnioną prawdę, choć ponurą, jesteśmy w stanie przyjąć.
I to także, że wszystkich ona dotyczy.
Ale nie mnie przecież. Innym dzwonią, inni umierają lub są śmierci
przeznaczeni. My – nie. Mówi nam zresztą o tym nasze doświadczenie.
Doktor
Stanisław
Słonimski,
ojciec
Antoniego,
mawiał,
że doświadczenie pokazuje, że zawsze umiera ktoś inny. Nie my.
Czy o to nieodnoszenie śmierci do siebie chodzi niefrasobliwemu
pijakowi, gdy śpiewa „komu dzwonią, temu dzwonią, mnie nie dzwoni
żaden dzwon”? Niezupełnie. Za chwilę okazuje się, że to „dzwoni” to
nie jest czas taki zupełnie bardzo teraźniejszy, że to dzwonienie czy
raczej niedzwonienie jest ogólne, i wiąże się raczej z przyszłością –
albo z generalną zasadą stosującą się do takich pijaków jak śpiewak.
Innym to, owszem, dzwonią – mnie nie. Dlatego mianowicie dzwon
nie dzwoni, że po takim życiu jak jego, tego pijaka, ma nastąpić
podobny do tego życia zgon i co za tym idzie, że oprawa tego zgonu
będzie mało uroczysta, bez dzwonów. Dzwon nie zadzwoni, a ta
pewność jest podkreślona dodatkowo słowem „żaden”, choć i tak
wiadomo, że jeśli dzwon nie zadzwoni, to żaden.
Chodzi tu więc raczej o brak powagi śmierci, a nie o brak wiary
w to, że ona w ogóle nastąpi.
Dość oczywiste się wydaje, że takie lekko profanacyjne obśmianie
własnej śmierci wynika z chęci jej zneutralizowania, mamy z tym
przecież do czynienia także w wielu zabawnych powiedzonkach – tych
o kopaniu w kalendarz czy o wąchaniu kwiatków od spodu.
Ale to chyba nie wszystko.
Bo i ten pijak, i my, śpiewając nie tylko pod wpływem, możemy się
tak ze śmiercią bawić dlatego, że w nią, jako w naszą własną, nie
wierzymy tak naprawdę, do końca. Do naszego końca.
188
Komu w drogę, temu czas
Formuła zapowiadająca pożegnanie
Coś – komuś. Boskie – Bogu, cesarskie – cesarzowi. Każdemu swoje,
co
jego,
suum
cuique.
Takie
celownikowe
przypisania,
przyporządkowania, są dosyć sugestywne, wskazują na jakiś
porządek, konsekwencję. To działa nie tylko wtedy, gdy w ten sposób
przydziela się rzeczy czy właściwości – także, gdy chodzi
o zobowiązania.
Muszę iść, pójście jest moim obowiązkiem, powinnością. Nawet jeśli
tylko zamiarem, to zamiarem obowiązującym. Jest (komu?) mnie
przeznaczone. Jest mnie, jest mi. Jeśli komu, to mnie. Pisane mi jest
pójść, czyli ruszyć w drogę. Stąd już blisko do uznania, że jest mi
w drogę, czyli że „w drogę mi”. Jakkolwiek dziwnie by to brzmiało.
Zresztą „komu w drogę” wcale dziwnie nie brzmi, czy to jako zdanie
zależne, choć bez czasownika, czy też jako pytanie. „Komu w drogę? –
Mnie w drogę”. Nam.
Jeśli mi w drogę, to muszę iść. Mogę jeszcze trochę poczekać, ale
i tak pójdę. A właściwie to już by trzeba było się zbierać, bo zanim
tego, zanim co... Lepiej będzie, jak już zacznę. Bo ten, kto ma iść, ten,
komu w drogę, powinien się zbierać. Czas mu to każe.
Wśród wielu konstrukcji gramatycznych z czasem w głównej roli
na ważnym miejscu jest „czas na coś”. Czas na siew, zwany też
czasem czasem siewu, czas na budowanie, czas na odpoczynek i czas
na mnie. Czas na mnie to zwykle, niestety, nie moje pięć minut, tylko
czas na moje odejście stąd, gdzie jestem. Czasem zresztą odejście
ostateczne. Wtedy także zwie się to „moim czasem”. Mówienie,
że przyszedł czyjś czas, trochę tabuicznie osłabia mówienie o czyjejś
śmierci.
A kiedy czas na mnie, odchodzę. Przyszedł ten czas, czas rządzi,
z nim się nie dyskutuje, muszę iść. A ponieważ ten czas na mnie jest
też w pewnym sensie mój (choć niekoniecznie tak ostatecznie, jak
była mowa wyżej), to jest on też dany mnie właśnie, mnie
wyznaczony. On jest – mnie. On mi jest.
Jest mi czas, czas mi. Teraz akurat – mnie. Mnie, choćbym chciał
zostać, nie komu innemu, kto może sobie zostawać. I teraz, nie kiedy
indziej, choć może kiedy indziej bym wolał. Niestety, teraz właśnie
muszę i pora właśnie na mnie.
To bywa wytłumaczenie wobec tych, co zostają. Przepraszam,
muszę iść. Ale częściej chyba bywa to samoponagleniem. Muszę się
zbierać. I także wytłumaczeniem samemu sobie, że jak i tak muszę, to
już powinienem. To wskazujące na zależność zdanie podrzędnie
zbudowane jako dawany sobie samemu impuls często przyjmuje
piękną i silnie pobudzającą partykułę „no”. „No, komu w drogę...”.
Czasem nie kończymy. Niech inni skończą za nas. Jeśli to oni sobie
dopowiedzą, łatwiej uwierzą.
Albo w to, że naprawdę już musimy iść, albo w to, że sami siebie
właśnie do tego namawiamy.
189
Komu, komu, bo idę do domu!
Okrzyk handlowy
„Ludzie, ludzie, cuda w tej budzie!”. Takie okrzyki brzmią dość
infantylnie, ale o to chodzi. Żeby przypominały dziecięce rymowanki,
zabawnie magiczne powtórzenia, żeby dawały się potencjalnym
klientom
rozpoznać
jako
skrajnie
skonwencjonalizowane,
zrytualizowane handlowe zachęty. Tak, jestem handlowcem,
obserwuję tradycję, wołam staroświeckim starożytnym zaklęciem.
Inna rzecz, że ludzi do budy już się nie zachęca, a i pójściem
do domu rzadko się straszy. „Buda” dawniej bywała i atrakcyjna,
i przenośna, w obu sensach, bo i transportowalna, i metaforyczna,
dziś ma skojarzenia tylko z zaniedbaniem i prymitywem. Wołanie
na ludzi „ludzie”, zwłaszcza z takim powtórzeniem, wydaje się też
staroświecko prostackie. Cuda też się jakoś zdewaluowały, wiemy,
że nie są to takie znowu cuda, nie mówiąc już o tym, że nie są to
cudy, ze świętymi cudami nie mają wcale do czynienia, nawet je
obrażają słownym pokrewieństwem.
Okrzyk „komu, komu...” zapowiadający oddalenie się handlującego
w rejon zamieszkania jeszcze czasem jest przywoływany, częściej
poza pierwotną sytuacją. Może być pewnym uogólnieniem sytuacji
zachęty, owszem, w formule zapomnianej, ale także przez to
do pewnego stopnia klasycznej, prototypowej.
Działania promocyjne często odwołują się do coraz to
wymyślniejszego sugerowania najbardziej pożądanej cechy produktu:
bezpłatności. Dowiadujemy się, że to i to dostaniemy za nic, i choć
za nic nie chcemy w to uwierzyć, coś nam w głowie o okazyjności lub
wręcz o darmowości szepcze. A to nam gratulują, żeśmy wygrali,
dodając niestety, że do tego trzeba tylko..., a to gwarantują zerowe
coś tam, jednak w zamian za... W każdym razie gdzieś tam żarzy się
w nas komunistyczne marzenie o bezpieniężnym dostępie do dóbr.
W okrzyku „komu, komu, bo idę do domu” mieści się niejasna
zapowiedź taniości, a może nawet braku oczekiwań płatności. Sam
celownik zaimka „kto” silniej chyba łączy się w naszym umyśle
z dawaniem i dostawaniem niż ze sprzedawaniem i kupowaniem. A tu
jest jeszcze uzasadnienie jakiegoś zamiaru, choć niewyraźnie
wyrażonego, przesłanki, z konkluzją niesformułowaną. „Idę do domu”,
więc się nie targuję, zależy mi na szybkiej sprzedaży, cena nieważna.
Jak bardzo mi się śpieszy, mogę nic nie chcieć. No, może prawie nic.
W handlu „bo” jest istotne, bo może czynić wiarygodnym to,
co mogłoby się zdawać pustą obietnicą. A może też apelować małym
szantażykiem do naszej pazerności. Kup, bo jak nie kupisz, pójdę
do domu i nie kupisz. „Bo idę”. „Bo pójdę...”. Często tak mi grożono
i jeszcze często będę, mam nadzieję, to słyszeć. „Bo sobie pójdę...”
oznacza, że ten ktoś uważa, że mi na nim zależy, że nie chcę, żeby
sobie poszedł. Czy poszła. Zwykle ma rację, inaczej bym tego nie
słyszał. Taka groźba musi mieć uzasadnienie. Ale najważniejsze,
że kiedy ją słyszę, to wiem, że nie tylko mnie musi zależeć. Tej drugiej
stronie też.
Może bardziej.
190
Koniec i bomba, a kto czytał, ten trąba
Witold Gombrowicz (1904–1969) „Ferdydurke”
(1938)
Tę absurdalną końcową formułę Gombrowicz podobno zawdzięczał
służącej jego rodziny Anieli Brzozowskiej-Łukasiewiczowej, która tak
miała zareagować na zakończenie przez niego pisania książki. Ten
bezpretensjonalny cytat pasuje do oryginalnej książki właśnie dlatego,
że wcale do niej nie pasuje.
„Bomba” może się łączyć z końcem, ale i z kontynuacją – kiedyś
mówiono „et cetera bomba” w znaczeniu „i tak dalej”, żeby
wyliczaniem nie się męczyć i nie zanudzać innych. „Bomba” jest
groźna i zarazem zabawna, dzięki brzmieniu, dosyć swojskiemu, przy
całej naszej świadomości obcości słowa. „Bombę” albo wzięliśmy, jak
zwykle, z niemieckiego, albo też z francuskiego, ale w takiej samej
postaci jak w polskim jest we włoskim i w hiszpańskim. Łączy się ją
z łacińskim „bombus”, czyli „szum”, wziętym z greckiego „bombos”.
Z cukierkami z bombonierki ma tylko wspólny kształt.
„Bomba” to także określenie sensacyjnej wiadomości, która może
metaforycznie spowodować także metaforyczny wybuch. To słowo
służy także wyrażeniu najwyższego uznania, często z podkreśleniem
subiektywności odczucia: „dla mnie bomba!”. To podobno wymyślił
Jerzy Dobrowolski.
Wszystkie
te
odniesienia
mogą
tu
być
uruchomione,
a najważniejsze, że „bomba” rymuje się z „trąba”.
I bomba, i trąba mogą się odnosić do sfery militarnej. Takie
pojęciowe powinowactwo podnosi wagę rymu. Tam, gdzie trąby,
i bomby być mogą. Do tego i jedne, i drugie są głośne, nawet
ogłuszająco. To też nie szkodzi w tym zestawieniu. Trąba to jeszcze
oprócz tego silny wir powietrzny niszczący wszystko dookoła. Zupełnie
jak bomba. Są grube, mocne, głośne, groźne i wyraźne. Bomba
i trąba.
„Trąba” wygląda na jeszcze bardziej polską, ale oczywiście nie jest,
jest też z niemieckiego („Trumba”), a wcześniej z łaciny.
Ale „trąba” do tego wszystkiego to jeszcze nieco żartobliwe
określenie kogoś mało rozgarniętego, kogo łatwo można zrobić
w „trąbę” (dodatkowa odmiana znaczeniowa) lub już w nią zrobiono.
Kiedy na koniec czytania dumni z przeczytania dowiemy się, że to
czytanie świadczy o takim naszym trąbalstwie czy trąbowatości,
możemy czuć się dotknięci. Ale zestawienie z „bombą” odejmuje tej
„trąbie” odcień humorystycznie krytyczny, podsuwając znaczenie
absurdalne, które niektórzy biorą za brak znaczenia w ogóle.
Na koniec dobrze zaznaczyć, że to koniec. Daniel Charms do swoich
najkrótszych miniatur dodawał na końcu słowo „koniec”, przekonując
czasem słusznie nieufnych czytelników, że tak, że naprawdę to już
koniec. Czasem zresztą pisał tylko „już” i już. Gombrowicz też
widocznie chciał zamknąć jakimś wyraźnie zaznaczonym końcem
swoją pierwszą powieść.
I zamknął. I koniec.
191
Koń jaki jest, każdy widzi
Benedykt Chmielowski (1700–1763)
Ateny” (1746)
„Nowe
Ksiądz Chmielowski był i jest obiektem wielu żartów. Wykpiwano jego
obskurantyzm, śmieszności w postrzeganiu świata i głupstwa w jego
pokazywaniu. Nawet stylu się czepiano. „Nowe Ateny albo Akademija
wszelkich scyjencyj pełna, na różne tytuły jak na classes podzielona,
mądrym dla memoryjału, idyjotom dla nauki, politykom dla praktyki,
melankolikom dla rozrywki erygowana” w kulturze polskiej zostały
głównie jako tytuł i pojęcie. I symbol barokowego zacofania Polaków.
A z książki pozostał jeden fragment, jeden cytat, jedno hasło, bodaj
najkrótsze. Jednocześnie śmieszne dobroduszną oczywistością
i całkiem niegłupie rozsądną prostotą.
Mamy wiele rodzajów definicji, wśród nich i takie, które zwane są
ostensywnymi. W zasadzie trudno je uważać za definicje, bo i trudno
je wyjąć z kontekstu i włożyć do tekstu. Polegają na pokazaniu tego,
czego dotyczy definiowane pojęcie. Co to jest tekst? To jest właśnie
to, co ja teraz piszę, albo, z drugiej strony, to, co teraz właśnie
czytasz. Co to jest kot? O, to właśnie, to tam, widzisz, to jest kot.
Teraz przebiegł nam drogę.
Co to mleko? – pyta ślepiec. To biały płyn. Płyn rozumiem, co to
biały? To kolor piór łabędzia. Kolor, pióra, rozumiem, co to łabędź? To
ptak o zgiętej szyi. Ptak, szyja, rozumiem, co to zgięta? Teraz twoja
ręka jest wyprostowana, a teraz, czujesz, zgięta. Ach, już wiem, co to
mleko! To Brecht.
Definicje ostensywne bywają lepsze niż zastępowanie jednego
słowa wieloma słowami. Kiedy widzę, wiem. Czuję, że wiem.
Jak się już pisze o wszystkim, to trzeba i o koniu. Koń jest przecież
ważny, jak o nim nie pisać? Z drugiej strony, co tu pisać o koniu,
skoro każdy go zna...
To naturalny dylemat encyklopedysty i słownikarza. Trzeba
powiedzieć, co to dom i matka, co to dziecko, woda i ziemia. Będę
banalny, jeśli powiem to, co wszyscy wiedzą. Trochę głupio mówić
o oczywistości. Ale przecież nie mogę ani przemilczeć czegoś jednak
ważnego, ani też powiedzieć o tym czegoś oryginalnego, nowego,
niebanalnego.
Ale zawsze można się odwołać do czytelnika. W tej wyimaginowanej
rozmowie można znaleźć wytłumaczenie nawet tego, że się czegoś nie
tłumaczy. Wszyscy wiemy, jaki jest koń. Ale dobrze można
powiedzieć, metatekstowo (czyli tekstem o tekście), zamiast tego, jaki
jest, właśnie to, że wszyscy wiedzą, jaki jest. I że nie trzeba przez to
pisać, jaki jest. I nawet nie trzeba pisać, że nie trzeba tego pisać.
Koń księdza Chmielowskiego jest często cytowany. Ci, którzy piszą
słowniki i encyklopedie, na pewno czują podziw dla księdza. Sami
by często chcieli napisać, że przecież każdy wie, co to to czy owo.
Ale nie mają odwagi.
192
Koń ma cztery nogi i też się potknie
Przysłowie, odn. Grzegorz Knapski (1632)
W nieco wcześniejszej wersji koń „usterka się”, dziś „usterka” to już
tylko rzeczownik, a koń się od dawna potyka.
To jedna z najczęściej powtarzanych klisz językowych mająca, jak to
często bywa, usprawiedliwić nasze własne wady, niedociągnięcia i, jak
tutaj, potknięcia. Dwunożny człowiek jawi się tu jako mniej pewnie
stąpający po ziemi, a więc taki, któremu potknąć się łatwiej niż
czteronożnemu koniowi. Z innej strony można przecież uważać,
że cztery nogi raczej zwiększają możliwość potknięcia, co najwyżej
zmniejszają jego skutki – jedna z czterech nóg prędzej niż jedna
z dwóch się potknie, trzy nogi z kolei lepiej utrzymają tego, co się
potknął, niż jedna.
Potknięcie jako metafora błędu czy pomyłki jest bardzo stare, już
co najmniej xv-wieczne. Droga naszego życia jest wyboista, to się
i potykamy na niej. Kiedyś „potykanie się” było określeniem
specjalnego rodzaju spotykania się, raczej niebezpiecznego, takie
potykanie się to była przecież potyczka, dziś już się nie potykamy
z kimś, raczej o coś, przewracając się zaledwie. A nazwanie
niewłaściwego postępku potknięciem minimalizuje jego naganność:
potknięcie to doprawdy coś drobnego, a przy tym nie jest przez
potykającego się zawinione – winne wyboje, a on sam ponosi
konsekwencje. Potknąć się można nawet całkiem abstrakcyjnie,
choćby czytając tekst, na jakimś trudniejszym słowie.
A koń w przysłowiach często człowieka, powiedzmy, wyręcza.
Możemy na niego zrzucić jakieś problemy czy kłopoty. „Koń ma duży
łeb, niech się martwi”, ja nie będę. Jak na psa próbowaliśmy zrzucać
złe uroki, dodatkowo magicznie popluwając („tfu, tfu, na psa urok”),
tak na konia – zmartwienia. I dziś, chcąc swoje kłopoty uczynić
lżejszymi, mówimy o koniu, że za nas martwić się powinien, bo my
mamy za małe głowy. W końcu Jezus w „Kazaniu na górze” też
namawiał, by o jutro się nie troszczyć, bo „dość ma dzień swojej
biedy”. W ogóle czujemy, że nasze troszczenie się problemów nie
rozwiąże, zmartwienia tylko przyczyni.
Tylko poczucia humoru koń nie ma i możliwość śmiechu
przypisujemy mu dopiero przy naprawdę śmiesznej (częściej głupiej)
sytuacji czy wypowiedzi.
Potykający się czworonóg ma nas wytłumaczyć, a przynajmniej
zmniejszyć prawdopodobieństwo złej oceny przez innych i, co może
ważniejsze, niskiej samooceny. Popełniamy błędy, ale w końcu błądzić
jest rzeczą ludzką. Errare humanum... Nobody’s perfect. Tylko ten nie
błądzi, co nic nie robi. Można błądzić, nie powinno się tylko trwać
w błędach. Ileż tych formuł, tych klisz, które nam pomagają w dobrej
samoocenie. Nie tracimy rezonu, nawet jak nam coś ktoś zarzuca.
Mamy na taką okazję formuły i konie.
193
Kończ waść! Wstydu oszczędź!
Henryk Sienkiewicz (1846–1916) „Potop” (1886)
A raczej: „Kończ... waść!... wstydu... oszczędź!”. Kmicic tak woła
do Wołodyjowskiego w czasie pojedynku. Kmicica lubimy, choć
na razie gałgan, ale z fantazją. Porwał Oleńkę, to niedobrze, ale
dlatego, że kocha. Ale i Wołodyjowskiego lubimy, nawet powinniśmy
bardziej, bo poczciwy i teraz broni dobrej sprawy. Zwykle
w pojedynkach mamy jasność: jeden dobry, drugi zły, wiadomo, komu
kibicować. Tu – niezupełnie. Sympatie się wyrównują.
Najlepszy byłby remis, ale o to w pojedynku trudno.
Jeśli nie może być remisu, to może co innego sprawi, że nie będzie
absolutnego przegranego. Na przykład jakiś dobry tekst.
Kmicic zaraz zostanie sromotnie pokonany. Wołodyjowski się nim
już tylko bawi. Sytuacja dla Kmicica trudna, bo walczyć trzeba, a tu
coraz bardziej przeciwnik go ośmiesza. Ale przeciwnik to rycerz, choć
mały. Można zatem zaapelować do jego rycerskości. Wstyd gorszy jest
od śmierci, można prosić, by został oszczędzony.
Kmicic każde słowo mówi z trudem, robi przerwy. Kończ... waść...
wstydu... oszczędź... Słowa krótkie, ale trudne i godne. Trzeba wielu
różnych wysiłków, by je wypowiedzieć. Ale warto było, zostały do dziś.
Dziś wypowiadamy je jako cytat bez trudu i dosyć często. Czy to
znaczy, że mamy tak chwalebne poczucie wstydu i jednocześnie wyżej
sobie cenimy honor niż życie? Niezupełnie.
Kmicic apelował, żeby Wołodyjowski, kończąc, oszczędził wstydu,
którym on sam, Kmicic, wstydził się siebie i za siebie. Żeby mu
przeciwnik przerwał jego Kmicicowy wstyd. Gdy dziś to słyszymy czy
mówimy, najczęściej chodzi o to, żeby ten, co coś robi, skończył lub
przerwał to, co robi, bo sam sobie wstyd przynosi i my się za niego też
już zaczynamy wstydzić.
To także oczywiście chwalebne – czuć wstyd za kogoś. Ale
po prawdzie nie o to chodzi. W istocie właśnie takim tekstem dopiero
zawstydzamy, przywołujemy wstyd. „Powinieneś Pan się wstydzić!” –
wołamy. „Wstydź się Pan!”. A żeby się nie musieć wstydzić, skończ.
Bardzo często chcemy, żeby ktoś coś skończył. Czasem dlatego,
że sami chcemy zacząć. Nie wypada nam wprost apelować
o zakończenie, ale to poczucie niestosowności przełamiemy. Łatwiej je
przełamać cytatem, takim ogólnie znanym, archaicznym, z waścią,
z naszego wspólnego Sienkiewicza. I nam łatwiej to wykrzyknąć,
i jemu łatwiej może będzie przełknąć.
A inna sprawa, że skończyć bywa trudno. Już wiemy,
że powinniśmy, nawet dawno temu, a tu jakoś koniec nie przychodzi.
Męczymy się my i inni, już się i wstydzić pomału zaczynamy, że nie
kończymy.
To może i dobrze czasem usłyszeć taki cytat, pozwoli nam
przynajmniej na udawanie, że oszczędzamy tym skończeniem wstydu.
Sobie i innym.
194
Krew naszą długo leją katy
Bolesław Czerwieński (1851–1888) „Czerwony
sztandar” (1882)
Trzeba przyznać, że to wyrazisty początek wiersza, pieśni. Jeśli coś się
zaczyna od krwi, wymowa tego ma być rzeczywiście mocna.
A ta krew jest jeszcze nasza. I to nie „nasza krew”, ale „krew
nasza”. Jeśli przydawka jest po rzeczowniku, daje to albo znaczenie
terminologiczności („chmury kłębiaste” to co innego niż „kłębiaste
chmury”), albo patosu („rzecz ważna” jest ważniejsza niż „ważna
rzecz”). Tak jest zwłaszcza przy przydawce zaimkowej. „Sprawa ta”
różni się od „tej sprawy”, „partia nasza” od „naszej partii”, a „ojciec
mój” od „mojego ojca”.
Tę krew (krew tę) leją, czyli przelewają, ludzie nazwani „katami”. To
słowo częściej jest używane w bardzo wyrazistej, brutalnej metaforze
niż w dosłownym odniesieniu. Katem nazywamy kogoś, kogo
postrzegamy jako okrutnego wroga. Tu dodatkowo są już nie kaci,
lecz katy. Forma właściwa rodzajowi niemęskoosobowemu jeszcze
silniej brutalizuje. Katy są bardziej bestialscy niż kaci, a właściwie
bardziej bestialskie. I katy, i kaci leją krew, ale kaci lali, a katy lały.
Ta krew leje się długo. Wartości czasowe w tekstach
nakłaniających, a takim jest niewątpliwie „Czerwony sztandar”, są
bardzo często wykorzystywane do wywoływania silnego poczucia
wspólnoty, do aktywizowania, do podkreślania. Tu jest długo już
trwająca, głęboko w przeszłości zakorzeniona zła teraźniejszość. Krew
leją katy już długo, gorzkie łzy ludu płyną wciąż. Przyszłość jednak
nadejdzie i będzie dobra. Nadejdzie dzień zapłaty, a my wtedy
będziemy sędziami. Jak należy się domyślać, raczej mało
wyrozumiałymi.
Ta figura złej przeszłości i dobrej przyszłości jest częsta, często też
wiąże się je z naszymi dawnymi i obecnymi podporządkowaniami
i z planowanymi przewagami. „Jeszcze zobaczysz!” – wołamy jako
dziecko do kogoś, kto w naszym mniemaniu nas skrzywdził, „jeszcze ci
pokażę!”. „To się jeszcze okaże” – mówimy pokonywani w sporze,
„czas rozstrzygnie”. „Moje będzie za grobem zwycięstwo” –
przewidywał Słowacki. „Zima wasza” – przyznawali ci, którzy zaraz
dodawali, odgrażając się: „wiosna nasza”.
Krew często bywała zaczątkiem, nasieniem nowego. Imperium gdy
powstanie, to tylko z naszej krwi. Czerwony, bo na nim robotnicza
krew, sztandar rzuca przyszłości siew. To, co złe, stworzy szczęśliwą
przyszłość. To specyficzna dialektyka.
W wierszu są proste emocje. Mowa tu o gniewie, zemście. To
emocjonalne natężenie związane z plastycznym opisem prześladowań
i z zapowiedzią zapłaty może wywoływać entuzjazm i przerażenie.
Poeci to niekiedy potrafią. A to wszystko wyśpiewane z podniosłą
melodią (a na taką to śpiewano) mogło robić jeszcze silniejsze
wrażenie.
Katy powinny się bać.
195
Krew nie woda
Jan Kochanowski (1530–1584)
posłów greckich” (1578)
„Odprawa
To powiedzenie znano zapewne już wcześniej. Tego rodzaju
oczywistości nasuwają się nam czasem, gdy chcemy jakieś cechy nie
tyle wskazać, ile uwydatnić. „Małpa nie cielę, sobie poradzi”. „Robota
nie zając, nie ucieknie”. A krew – nie woda.
Czyli co? Dziś najczęściej tym banałem wskazujemy uzasadnienia
postaw i działań wynikających z temperamentu, głównie erotycznego.
Niektórzy pamiętają pastisz „Pana Tadeusza” dokonany przez
Orłowskiego, a nawet potrafią dodać do tego „majtki nie pokrzywy”,
trywializując dodatkowo tę i tak zbyt banalną konstatację.
Kiedyś odniesienia były głównie inne. Dla wielu to powiedzenie
wskazywało
na
żywość
relacji
rodzinnych.
Tak
było
u Kochanowskiego: „bo aczci to podobno nie darmo rzeczono: »krew
nie woda«, lecz u mnie pospolitej rzeczy powinowactwo więtsze”,
którymi to słowami Priam pokazuje silniejszą motywację dobrem
ojczyzny niż miłością do syna. I tak używano tego długo. Gorecki
w pierwszej połowie XIX wieku daje kontekst polityczny, wołając
do królów: „ach, krew nie woda, pomnijcie, mocarze”, Brodziński
w „Wiesławie” wskazuje, że „krew nie woda, ludźmi włada, bo któż
sercem rządzi? Człowiek pragnie i układa, a wszystko Bóg sądzi”.
Bykowski pod koniec XIX wieku ogranicza tę różnicę klasowo, pisząc:
„krew szlachecka nie woda”, a inni już całkiem abstrakcyjnie, choć,
rzecz jasna, słusznie zestawiają tę oczywistość z innymi – Przybylski
pisze: „krew nie woda, jajecznica nie twaróg”, a Lam: „grzmot nie
piorun, krew nie woda”.
Wiele można znaleźć zastosowań i rozwinięć tego zestawienia. Te
dwa życiodajne płyny, jeden ściśle wewnętrzny, drugi zewnętrzny,
należą do naszej fizjologicznej mitologii i do naszego najbliższego
symbolicznego otoczenia. Krwi i wody pełno w naszych porównaniach
i metaforach, w wyobrażeniach i w wezwaniach. Okrzyki: „wody!”
i „krwi!”, choć tak różne w zastosowaniu i w znaczeniu, bo pierwszy
jest wołaniem o podtrzymanie własnego życia, a drugi – przeciwnie,
wołaniem wspomagającym chęć zabrania cudzego życia, możemy
uważać za podstawowe.
Krew wodą z pewnością nie jest, choć, ściśle rzecz ujmując,
zapewne składa się głównie z wody. Gdy o kimś mówimy, że w jego
żyłach (ciekawe, że w większości mamy w naszych powiedzeniach
do czynienia z krwią żylną, nie zaś tętniczą) płynie woda zamiast
krwi, to odmawiamy mu nie tylko temperamentu, ale w ogóle
jakiejkolwiek żywotności. A z kolei wielu innym wybaczamy ich
spowodowane porywczością czyny, właśnie na tę niepodobną do wody
krew wskazując.
A zwłaszcza dla siebie możemy mieć takie usprawiedliwienie, taką
słowno–pojęciową kliszą tłumacząc własne wybryki.
Cóż, krew nie woda.
196
Krokodyla daj mi luby
Aleksander Fredro (1793–1876)
(1834)
„Zemsta”
Mogłoby się wydawać, że te słowa wypowiada bratanica Cześnika,
Klara. Ale ona tak się nie może zwracać do Papkina, jaki on tam jej
luby, a poza tym byłoby to zbyt wprost. Naprawdę tę frazę wygłasza
sam Papkin, do siebie zresztą – często on mówił sam do siebie, nie
znajdując u nikogo zrozumienia dla swoich pięknych oracji. Mówi to,
parafrazując Klarę, uogólniając przy tym, oburzając się i trochę kpiąc.
„Pannom w głowie krokodyle”, mówi, „bo dziś każda zgrozy szuka”,
słusznie dodając. Samo słowo „krokodyl” wypowiada z groźnym
przedłużeniem [r]. W jego wersji pełne zdanie typowej
we współczesnych mu strasznych czasach lubej do lubego brzmiałoby
„jeśli nie chcesz mojej zguby, krrokodyla daj mi luby”.
Dziś jeszcze czasem zdarza się to usłyszeć w funkcji powiedzenia
wyśmiewającego
fanaberie
rozkapryszonych
dziewcząt.
Na atrakcyjność tej frazy wpływa pewien kontrast słowny. Tuwim
kiedyś zachwycał się oryginalnością rymu „cielak – archipelag”,
w którym zestawienie dwóch kompletnie odmiennych bytów wywołuje
komiczne wrażenie. Tu mamy kontrasty na różnych poziomach:
„krokodyl” jest egzotyczny, „luby” – swojski, nawet nieco ludowo–
staropolski. „Krokodyl” jest formalnie, brzmieniowo i ortograficznie
skomplikowany, „luby” – krańcowo prosty. „Krokodyl” wreszcie
znaczeniowo przerażająco groźny, a także poczwarny, „luby” – miły
albo wręcz słodki, i oczywiście estetycznie atrakcyjny.
Takie żądanie jawi się jako absurdalne. W dawnych baśniach
wprawdzie kawalerowie dla swoich (jeszcze nie naprawdę swoich,
rzecz jasna) dziewic zdobywali z wielkim trudem i zagrożeniem bardzo
dziwne
i
magiczne
rzeczy,
ale
najczęściej
w
wyniku
zaprogramowanego przez ewentualnego teścia testu wstępnego
na zięcia. Papkin w swojej przynajmniej werbalnej donkiszoterii
powinien to zrozumieć, ale i on, przez chwilę łącząc wyobrażenia
z realnością, ma poczucie dziwności, które próbuje wytłumaczyć
zmianą obyczaju. Ktoś bardziej trzeźwo patrzący na tę krokodylą
sytuację czy w niej uczestniczący widziałby tu raczej jawną,
prowokacyjną absurdalność, w sumie dość taktownie pokazującą
stosunek wybranki do starającego się.
Nie powie mu ona przecież wprost, że go nie chce. Formułując
nierealne żądanie, pozwala mu nie czuć goryczy prostego odtrącenia,
za to wierzyć w jej wiarę w jego możliwości, co powinno mu w końcu
pochlebiać, nawet gdyby nie wziął tego całkiem serio.
Dziś do poziomu krokodyla można by sprowadzać (czy raczej
wznosić) to, co sami skłonni jesteśmy uznać za zbyt wygórowane
żądanie. Jeszcze czego! Ale wymagania! Inna rzecz, że tak właśnie,
cytując to krokodyle zdanie, można się zachowywać raczej wobec
tych, co i tak nie tyle stawiają warunki wstępnych kontaktów, ile
z istniejących już kontaktów wnioskują o możliwości stawiania
wymagań.
197
Krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje
Przysłowie, odn. Salomon Rysiński (1618)
Ta krowa „dużo” ryczy od końca XIX wieku, przedtem ryczała „bardzo”
(„barzo” też), „siła” ryczała, „głośno”, „wiele”, a także „często”
i „moc”. Dużo tych określeń krowiego ryku, odnoszą się do różnych
cech: ilości, częstości, natężenia, ale w końcu chodzi o to samo. Krowa
głośna została przeciwstawiona krowie mlecznej.
To częsta opozycja nie tylko wśród krów. Pies, który szczeka,
podobno nie gryzie. No, to może bardziej w porządku, przecież jedną
z funkcji psa, może nawet ważniejszą od gryzienia, jest ostrzegawcze
szczekanie. Co zaś do krowy, to trudno uznać jej ryczenie
za dostateczne usprawiedliwienie jej trzymania. Ale przesłanie jest
w końcu dość podobne i oczywiście, czy to krowy, czy psy, mowa tu
o nas, ludziach.
„Wiesz, dlaczego dzwon głośny? Bo wewnątrz jest próżny” – pisze
Krasicki i to też brzmi jak przysłowie. Głośny dzwon jest metaforą
krzykliwego głupca, którego przeciwstawieniem jest, rzecz jasna, cichy
i spokojny mędrzec. Cały czas przeciwstawiamy mówienie: głośne,
częste, zwracające uwagę – rozumowi, a częściej jeszcze czynowi,
wskazując na wyższość czynu. Efektowność przeciwstawiamy
efektywności. Sama ta opozycja wygląda dość efektownie.
U krowy wyraźny jest element pozytywnej autoprezentacji. Krowa
kreuje swój wizerunek przez działania foniczne, ryczeniem manifestuje
swoją wydajność. Fałszywie, jak się okazuje. Istotnie, krowa rykiem
daje znać, że jest pełna mleka, że powinno się ją wydoić. I dlatego
rozczarowanie pustą krową doprowadziło do przysłowia. Ale może
krowa ryczy też właśnie dlatego, że nie może dać mleka, choć tak
bardzo chce?
Głośni samochwalcy, którym tak w tej krowiej postaci przyganiamy,
też pewnie by bardzo chcieli. A że nie mogą, to przynajmniej sobie
trochę poryczą, albo nawet dużo. Będzie to dla nich rekompensatą.
I niech mają chociaż to. Mamy im trochę za złe, że próbują
wprowadzić nas w błąd co do tego, co zrobili lub mają zrobić. Ale
wiemy przecież dobrze, że to tylko takie gadanie.
Inna sprawa, że tak zupełnie nie można być tego pewnym. A jeżeli
rzeczywiście? Może naprawdę to mleko w środku jest, a ci głośni mają
się czym rzeczywiście chwalić? Bardziej niż my, bo są naprawdę
dobrzy, lepsi od nas? Taka możliwość w końcu istnieje! Owszem,
Münchhausen czy Papkin nie, pewnie Falstaff też nie za bardzo, ale
kto wie, czy Zagłoba nie zrobił naprawdę tego, co o sobie opowiadał?
Teodor Parnicki, wziąwszy serio jego przechwałki, zrobił z nich bodaj
najlepszą swoją powieść.
Ale jak sobie, słuchając tak zajmujących opowieści innych o nich
samych, przypomnimy krowę, lżej nam na sercu. Może tam i coś jest,
ale zasadniczo krowa rycząca mleka nie da.
Niech sobie ryczy.
198
Królowa Bona umarła
Powiedzenie (XVIII w.)
Królowa Bona umarła w 1557 roku. Powiedzenie o jej śmierci
odnotował Jan Stanisław Jabłonowski w roku 1715. Anglicy tak mówią
(mówili) o królowej Annie (która zmarła w 1714) co najmniej od 1738,
wtedy zapisał to Jonathan Swift.
Ma to oznaczać nieświeżość wiadomości. Gdyby serio potraktować
te pierwsze odnotowania, polskie było wcześniejsze o dwadzieścia
parę lat. Z drugiej strony sięgnęliśmy do wydarzenia znacznie
dawniejszego: królowa Bona czekała z wejściem do powiedzenia
prawie sto sześćdziesiąt lat, królowa Anna niespełna ćwierć wieku.
Tak czy tak, obie umarły i wiadomość o ich śmierci dotarła
do wszystkich, kto chciał i kto nie chciał. Ta wiedza stała się tak
powszechna, że śmieszne było sądzić, że ktoś mógł o tym nie
wiedzieć. Królowa Bona umarła tak dawno, że gdyby żyła, miałaby
w 1715 roku ponad dwieście lat, czyli, jak niektórzy mówią, i tak
by już nie żyła. Dziś miałaby jeszcze więcej.
Oczywistość
śmierci
kogoś
dawno
żyjącego
łączy
się
ze świadomością konieczności śmierci w ogóle. Królowa Bona musiała
umrzeć – głównym powodem jej śmierci było to, że żyła. Sokrates jest
człowiekiem, człowiek jest śmiertelny, zatem Sokrates jest śmiertelny
– powiada najbardziej znany sylogizm udowadniający temu, co wątpi
w śmiertelność Sokratesa, że Sokrates umrze. Trochę zresztą
niecelnie, bo jeśli ktoś wątpi w śmiertelność Sokratesa, tym samym
nie do końca wierzy w powszechność śmierci wszystkich ludzi. Ale
i Sokrates, nieśmiertelny w końcu filozof, i nasza włoska monarchini
umrzeć w końcu musieli i umarli.
Chcesz przekazać mi wiadomość, nowinę. „Nowina” to trochę
staroświeckie słowo, nowocześni mówią „nius”. Masz znaczy dla mnie
niusa (taki zapewne dopełniaczowy biernik nius już ma). Ale mylisz
się, uważając, że jestem gorzej poinformowany od ciebie. Ja już to
wiem, od dawna. I trochę mnie denerwuje, że tak o mnie myślisz. Tą
królową Boną cię pognębię, dokuczę ci. Też mi nowina. Nius znaczy.
Kiedyś sympatycznie przywoływaliśmy w takich sytuacjach wróble,
które jakoby świergotały od dawna o tym właśnie, na dachu zresztą.
Czasem bardziej romantycznie – wiatr. Bo to nieważne, skąd się
dowiedziałem, ważne, że wiem. Pewna tajemniczość źródła dodaje mi
powagi, a moje przeświadczenie, że wszyscy to wiedzą, czyni mnie
jeszcze lepiej poinformowanym.
Królowa Bona nie żyje. Musiała jednak jej śmierć być znacząca,
może ważniejsza od innych śmierci, skoro stała się przysłowiowa.
Może kiedyś bardziej na nią czekano, może mniej się spodziewano...
W każdym razie królowa Bona umarła bardziej niż wszystkie inne
królowe.
Może z wyjątkiem królowej Anny.
199
Kto chwyta dwie sroki za ogon, żadnej nie
złapie
Przysłowie, w tej wersji odnotował Samuel
Adalberg (1894)
Inne, starsze, nawet xviii-wieczne wersje tego powiedzenia jeszcze
wyraźniej wskazują, że mowa tu o jednym ogonie dwóch srok, a są
i takie warianty, które mówią o ogonie wspólnym nawet dla dziesięciu.
Tym powiedzeniem o sroczym ogonie krytykujemy tych, którzy chcą
za dużo i próbując osiągnąć za jednym zamachem dwie korzyści,
imają się jednocześnie dwóch spraw, „pieką dwie pieczenie na jednym
ogniu”. Ale o ile o takim pieczeniu mówimy jako o działaniu już
obserwowanym i dokonywanym z pewnym sukcesem, o tyle
ze srokami się nie powiedzie.
Normalne jest, naszym zdaniem, osiąganie za jednym razem
najwyżej jednego celu – dwa to za wiele. Ściśle rzecz biorąc, może się
to czasem nawet i udać, ale raczej niechcący, pod warunkiem że nie
stanie się to w wyniku działania zaplanowanego. Zatem, zabiegając
o coś, powinniśmy mieć wyraźną świadomość, o co konkretnie,
o co jednego zabiegamy, albo przynajmniej dobrze cele naszych
zabiegów porządkować, hierarchizować. I widzieć te sroki razem z ich
ogonami, za które mamy je łapać, w jakiejś odpowiedniej kolejności.
Ale tutaj trochę nieoczekiwanie mówi się nie o łapaniu srok za ich
ogony, nie o dwóch czy wielu ogonach, lecz o takich dziwnych
ptakach, które mają jeden ogon na dwa. A łapanie wtedy za jeden
ogon jest całkiem naturalne, a nawet, zważywszy na atrakcyjną
rzadkość tego zjawiska, wskazane. Trudno nie łapać. A sroki, choć
płochliwe, ogony mają długie, łatwe do uchwycenia. Może jednak uda
nam się złapać?
Tak czasem we frazeologii bywa: kilku ludzi może mieć coś
na swoich głowach, ale powiemy, że „mają to na głowie”, może każdy
z nich mieć szczęśliwą do czegoś rękę, przez co tych rąk będzie wiele,
ale mówimy o nich: „oni mają szczęśliwą rękę”, a nie „szczęśliwe
ręce”. Więc i z tych srok każda ma pewnie swój ogon i mimo to
mówimy o łapaniu ich za ogon, nie za ogony. Tylko że ta konkretna
liczba trochę przeszkadza i burzy nasze językowo już przyjęte
przyzwyczajenie.
Prawdę powiedziawszy, nie bardzo wiemy, po co nam ta sroka
w garści. Sroki nie należą do ptaków szczególnie cennych, choć one
same różne cenne błyskotki lubią. Sroki są niedobre nawet dla swoich
piskląt, po uwarzeniu kaszki niektórym z nich, jak pamiętamy
z wierszyka, urywają łebki, poza tym przykro skrzeczą, a ich
pstrokatość też nam się nie podoba.
Pogarda wobec nich sięga tak daleko, że o ludziach nic
nieznaczących możemy powiedzieć, że wypadli sroce spod ogona.
Na szczęście o wiele częściej mówimy, że ktoś sroce spod ogona nie
wypadł – to ma być taka wyrazista litota, czyli przewrotne
pomniejszenie retoryczne mające zwiększyć sugestywność pochwały.
Samym o sobie też nam się zdarza tak mówić.
I może możemy liczyć na złapanie tych srok?
200
Kto daje i odbiera, ten się w piekle
poniewiera
Przysłowie, odn. Oskar Kolberg (1884)
Skoro samo bycie w piekle jest już dość przykre, to poniewieranie się
tam pewnie musi być jeszcze dużo gorsze. Na taką poniewierkę to
porzekadło skazuje nie tych nawet, którzy zabierają rzeczy nigdy
do nich nienależące, czyli którzy coś komuś odebrali, lecz tych, którzy
właściwie przywracają stan sprzed własnego dobrego uczynku.
Kiedy odbierzemy coś, cośmy byli dali, to przecież będzie tak, jak
gdybyśmy byli nie dali – żeby to wyjaśnić z pomocą bardzo
przydatnego tu czasu zaprzeszłego. I chyba przesadą jest, że za taki
czyn mamy iść do piekła i tam się poniewierać...
Zdarza się nam żałować naszych złych uczynków, ale niestety
i dobrych też żałować możemy. Zwłaszcza tych, które może i są dobre
obiektywnie, albo są dobre dla innych – a dla nas samych jakby
w sumie mniej. Może wydały się nam dawniej dobre, ale teraz
zmieniliśmy zdanie i opinię o nich. Pewnie patrzymy z innej
perspektywy. Wtedy myśleliśmy na przykład o niewątpliwym pięknie
obdarowywania ludzi, teraz skłonni jesteśmy doceniać piękno
posiadania.
W istocie sam moment dawania jest wspaniały, zwłaszcza gdy
spotykamy się z należytą wdzięcznością. To bezwzględnie przyjemne,
taki moment chciałoby się przedłużyć. Ale to się kończy, obdarowany
wziął, cośmy dali, jak swoje, bo to i jego, miał rację, a my zostaliśmy
z pustymi rękami, co najwyżej z coraz bardziej odległymi
wspomnieniami szybko mijającej wdzięczności. Jak tu nie żałować?
A może dałoby się jednak mieć to z powrotem? Jakoś sprawić,
by do nas wróciło? Ale jak? No najprościej byłoby odebrać, ale tak
po prostu się nie da. Możemy też tak się zachować, żeby oddał –
zdaje nam się czasem, że potrafimy to elegancko i taktownie załatwić.
Sam odda i uzna to za właściwe. Ale niestety on i tak będzie wiedział,
że to odbieranie. I tak właśnie może nie tylko pomyśleć, ale nawet
powiedzieć.
O tym poniewieraniu się w piekle.
To powiedzonko miewało jednak zwykle zastosowanie żartobliwe,
a ewidentna nieadekwatność kary miała właśnie tę żartobliwość
podkreślać, podobnie zresztą jak wierszowana forma. Tak na przykład
mawiały czy właściwie częściej wołały lub wykrzykiwały dzieci, które
nie pozwalały odebrać sobie czegoś, co dostały, albo co tylko zdawało
im się, że dostały. I, recytując ten wierszyk, odczuwały pewien rodzaj
satysfakcji – bo najczęściej mówiły tak w reakcji nie na odebranie, nie
na odbieranie nawet, lecz na próby sugestii tego, który chciał
odzyskać to, co dał. I ten, kto coś dał czy jakoby dał, a teraz odebrać
chce, ma się wystraszyć srogiej kary i zrezygnować z odbierania. Albo
dać ponownie.
Albo po prostu właśnie wtedy dać.
201
Kto mnie wołał, czego chciał?
Stanisław Wyspiański (1869–1907) „Wesele”
(1901)
„Wołać” to głośno kogoś wzywać. Ale czasem nawet niekoniecznie
głośno, po prostu wzywać, przyzywać, przywoływać. Kiedy mówię:
„zawołaj Stefana”, nie musisz krzyczeć, możesz go poprosić. Można
wołać kogoś, ale można i do kogoś. Wtedy już trzeba głośno. Przy
takim wołaniu bywa, że towarzyszy nam silne przeżycie, bo i sytuacja
wtedy zazwyczaj jest ważna, podniosła i trudna. Wtedy wołamy
do kogoś o coś: o łaskę, o zmiłowanie, o czyny, jak znudzony pieśnią
lud u Norwida, a nawet o życie. W modlitwie wołamy z głębokości, „de
profundis”, do Boga. Skuteczność wołania zależy od miejsca. Głos
wołającego na puszczy pozostanie bez odzewu. Czasem przeciwnie,
chcielibyśmy wołającemu dać odzew, a tu nikt nie woła, jak w stepach
Akermanu.
Wołanie jest poważne, głębsze i dostojniejsze niż krzyk, przy tym
jest zawsze adresowane do kogoś.
Ten ktoś może odpowiedzieć, może się też pojawić. Pojawia się, gdy
wołanie jest przywoływaniem, wzywaniem. Zwykle spodziewamy się
go, jeśli serio go przywołujemy, wołamy. Ale czasem zwracamy się
do kogoś bez zamiaru przywołania go, ale w formule wołania:
z wołającym wołaczem, z trybem rozkazującym. Chochoł,
usłyszawszy: „Przyjdź, chochole, na wesele!”, mógł to słusznie
zinterpretować jako wołanie-wezwanie. I zebrał się w co tam miał,
i przyszedł.
Jak kto woła, pewnie czegoś chce. Rzadko się zdarza, żeby ktoś
wołał tak sobie, jak Rzędzian Czeremisa, żeby się jego urodzie
dziwować – zwykle o coś chodzi. Tak też myśli Chochoł, pytając
lapidarnie, czego chciał ten, co go wołał.
Pytanie rozpoczynane od „kto” wywołuje często emocje u tego, kto
się z tym kimś identyfikuje. Wyróżnia go z grupy. „Kto winien?”, „kto
to zrobił”, „kto się nie przygotował?” – od dzieciństwa skłonni
jesteśmy wiązać takie pytania raczej z sytuacjami mniej miłymi dla
tego kogoś. Potem, nawet kiedy pytają: „kto za, kto przeciw, a kto się
wstrzymał”, wstrzymujemy często oddech.
Jeśli do tego „kto?” dochodzi pytanie „co?”, sytuacja może być
jeszcze poważniejsza. „Czego chcesz?” może być propozycją
na przykład obdarowania kogoś zgodnie z jego życzeniami, ale
częściej bywa prostym aż do grubiaństwa pytaniem skierowanym
do kogoś, czyja obecność nie jest pożądana. W pytaniu Chochoła,
który nie wie kto, naturalne jest użycie trzeciej osoby wobec
nieokreślonego adresata: „czego chciał?”. Ale w tym zestawieniu dwa
te pytania jawią się jako tajemnicze i groźne.
Dziś bywają cytatowo używane w sytuacjach niepozbawionych
elementu zabawy. Odczarowujemy je, jak i inne liczne poważne,
tajemnicze i magiczne zawołania – i nie tylko zawołania. I „wszelki
duch”, i „ciemno wszędzie”, i „kto mnie wołał” – wszystko może służyć
zabawie.
Ale może trzeba by trochę zacząć uważać.
202
Kto nie ryzykuje, w kozie nie siedzi
Przysłowie, odn. Samuel Adalberg (1894)
Określanie czynów zasługujących na ukaranie uwięzieniem wyłącznie
ze względu na ich ryzykowność zdaje się niezupełnie etyczne, a także
w pewnym sensie samo jest dosyć ryzykowne. Czyżbyśmy dlatego
tylko nie mieli robić grożących kozą rzeczy, że ryzykujemy? I czy
dlatego mamy nie ryzykować, czy też w ten sposób ryzykować, żeby
w kozie nie siedzieć? Ta metaforyczna „koza” zresztą zdaje się trochę
osłabiać powagę konsekwencji ryzyka, to pewnie raczej areszt niż
więzienie. Nie bardzo przy tym wiadomo, dlaczego to słowo stało się
synonimem tych nieprzyjemnych słów. W tym powiedzeniu w różnych
miejscach i okresach zastępowano tę „kozę” „Chęcinami”,
„Pawiakiem”, „Brygidkami”, „Brześciem” i „Rawiczem” – pewnie
dlatego, żeby brzmiało to konkretniej i groźniej.
Powiedzenie nie wskazuje wprost, że kto ryzykuje, ten w kozie
siedzi. To byłaby przesada. Tu mówi się nie tyle o groźbie, ile
o zabezpieczeniu się przed nią – tak miało być prawdziwiej, a może
i skuteczniej. Ciekawe zresztą, że ma ono też wariant niejako
odwrotny, może po prostu przekorny, dość rozpowszechniony: „kto
ryzykuje, w kozie nie siedzi”, służący różnym ryzykantom
do uzasadniania własnych ryzyk. Dodajmy, że taka liczba mnoga nie
jest przez wszystkich akceptowana. Używają jej towarzystwa
ubezpieczeniowe, oczywiście, żeby pokazać różne odmiany ryzyka, ale
też pewnie i po to, żeby ta mnogość skłoniła nas do ubezpieczania się.
Większości jednak jedno ryzyko wystarcza.
Jest i inny wariant odporu dla tego tchórzliwego przysłowia, ostatnio
popularny: „kto nie ryzykuje, nie pije szampana”, z odmianą
przeznaczoną dla tych przyzwyczajonych do przysłowia o ryzykowaniu,
nie o nieryzykowaniu: „kto ryzykuje, ten pije szampana”. Ten szampan
łatwiejszy jest do wyobrażenia niż nieco już zamierzchła koza –
a w zasadzie od takich konstatacji zaczęły się te powiedzenia, znane
już w łacinie – najpierw mówiły wprost, że jak kto nie ryzykuje, to nic
nie ma.
Nasi ryzykanci mają jeszcze do dyspozycji dziwaczny rym
usprawiedliwiający ich drobniejsze nieprzemyślane przedsięwzięcia:
„ryzyk fizyk”. Ma to znaczyć z grubsza tyle, co: „a co tam”, i robią coś
na chybił trafił. Może ten trochę naukowy „fizyk” ma osłabić poczucie
ryzyka, a może, rymując się z nieistniejącym w końcu rzeczownikiem,
sprawić, że taki „ryzyk” będzie mądrzejszy – trudno powiedzieć.
W każdym razie nie jest zupełnie jasne, czy tym powiedzeniem,
w jego podstawowej, logicznej formie, czyli z „nieryzykowaniem”,
dostatecznie stanowczo mogliśmy odradzać komuś jego ryzykowne
(czy też może tak tylko przez nas oceniane) działania, skoro tyle jest
alternatywnych i przeciwstawnych propozycji.
I zwłaszcza: czy dziś możemy robić to skutecznie.
203
Kto pierwszy, ten lepszy
Przysłowie, odn. Salomon Rysiński (1618)
Ten, kto jest pierwszy na mecie, wygrywa. Był oczywiście najlepszy
w tym, co właśnie zrobił, z tych, którzy razem z nim to robili. W biegu.
To oczywiste, czas i przestrzeń nam takie pierwszeństwa wyraźnie
wyznacza, tym porządkowym liczebnikiem dobrze nam liczyć to,
co spostrzegamy najpierw, to, co w przestrzeni zajmuje krańcową
pozycję, co jest w tym miejscu, na które wzrok nasz się najpierw
kieruje. A takie liczenie, wyliczanie, takie czasowo-przestrzenne
porządkowanie jest dla nas oczywiste.
I z kolei takie uszeregowanie, w którym ten najlepszy stoi jako
pierwszy w szeregu, a ten najmniej od niego gorszy jako drugi,
a najgorszy jest ostatni, też wydaje się nam naturalne.
W ten sposób nie dziwi wcale nawet zastępowanie jednego słowa
drugim: ten, kto jest najlepszy w czymś, nazywany bywa pierwszym –
pierwszym w pracy, pierwszym w boju. A ten najgorszy – ostatnim. To
ostatnie pojawia się, nawiasem mówiąc, zazwyczaj z zaprzeczeniem:
„on nie jest taki ostatni” czy też: „nie jestem taki znowu ostatni” –
najczęściej z zaimkiem „taki” i z mniej zrozumiałą tu partykułą
„znowu” (bo przecież nie chodzi tu o żadną ponowność).
Ten, kto jako pierwszy się gdzieś pojawia, może nie być najlepszy
wśród innych, ale może liczyć na pewne przywileje: to on będzie mógł
wybrać spośród miejsc to najbardziej atrakcyjne, on zapewne otrzyma
to, czego może dla następnych nie starczyć. To jasne: lepiej być
pierwszym, bo kto pierwszy, ten jest lepszy.
Ale mówiąc „pierwszy lepszy”, tego pierwszego wyżej nie stawiamy.
Ktoś określany jako „pierwszy lepszy” to ten, kto się akurat nawinął,
pierwszy z jakiegoś, być może nawet nie najlepszego, brzegu,
ktokolwiek – wręcz byle kto, o którym dawniej się mówiło „lada kto”,
a jak bardzo „lada”, to i „lada co”, czyli po prostu „ladaco”.
Gdy wybieramy takiego pierwszego lepszego, uznając, że skoro już
akurat się trafił, to może i on ostatecznie (nie, nie ostatecznie!
od razu!) być, równie dobrze jak inny – to pewnie ten wybór nie był
taki ważny. To nawet nie był żaden wybór, nikt go nie wybierał,
wzięto go i już, było przecież wszystko jedno.
Czasem temu pierwszemu może się opłacić. Bycie pierwszym
z brzegu też może być korzystne. Pierwszy wtedy lepszy. Ale zwykle,
jak tak się bierze pierwszego, co się nasuwa, albo i nie nasuwa wcale,
tylko jest pod ręką, na podorędziu (cokolwiek znaczy takie słowo –
było na podorędziu, więc go użyłem), to o nic ważnego pewnie
chodzić nie może i żadnych profitów dla niego nie będzie.
A takie wzięcie może też być dla tego pierwszego wcale nie
najlepsze, tylko najgorsze. Czasem bywa i zgubne nawet.
204
Kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie
wpada
Przysłowie, odn. Biernat z Lublina (1522)
Już w Piśmie Świętym jest taki dół, do którego ma wpaść ten, kto go
kopie – ale nie mówi się tam wprost o dole „pod kimś”, o dole jako
o zastawianej na kogoś pułapce.
Trochę trudne do wyobrażenia jest takie fizyczne kopanie dołków
(i to wielu dołków, nie jednego) pod jakąś osobą, a jeszcze trudniejsze
– wpadnięcie do nich (też pod kimś? no, jakżeby inaczej...) czy raczej
wielokrotne wpadanie (znów z racji ich wielości). Ale powiedzeniowe
metafory nie zawsze muszą być przekładalne na realne doznania.
W tym przysłowiu warte odnotowania jest wskazanie
na identyczność stawianych przez nas pułapek z tymi, w których nam
może przyjść się znaleźć. I nawet nie o to tu chodzi, żebyśmy „nie
robili bliźniemu, co nam niemiłe”, że „jak ty komu, tak on tobie” czy
że „gwałt się gwałtem odciska”. Tutaj sami wpadamy w wykopane
przez nas dołki.
Podkopywanie innych (jak widać, ta przenośnia jest w języku
szerzej obecna) jest nie tylko wredne i paskudne, jest też, jak się
okazuje, ryzykowne i nieopłacalne. Można mieć wrażenie,
że reprezentowany jest tu punkt widzenia właśnie podkopywanych lub
tych, co obawiają się o grunt pod nogami. Że mogą go utracić.
Z drugiej strony zdrobnienie „dołu” do „dołka”, a także mnogość
tych dołków (przychodzi na myśl pole golfowe) czyni ten negatywny
proceder mniej szkodliwym, a ewentualność wpadnięcia też mniej
groźną. To nie prawdziwe doły, do których tak często wrzucano
wrogów i tych, których chciano zgubić, to nie miejsce beznadziejnego
końca. „Dół” brzmi niemiło, nawet przerażająco. W wyniku
powszechnej przestrzennej metaforyzacji to, co nisko, kojarzy się
z czymś złym. Dół jest na samym dole, dół jest najniżej, to jest to,
co właściwe wszystkim miejscom. Tak źle się kojarzy, że jak nam źle,
mówimy, że mamy dół czy zgoła doła.
Ale, po prawdzie, czasem też mówimy, że jesteśmy w dołku. Tylko
że z takiego dołka na pewno się wydostaniemy. Może to nie być
łatwe, takie dołki mogą nawet za nami chodzić, jak ten pamiętany
z „Kubusia Puchatka”, ale to nic strasznego.
I pewnie te dołki, które kopiemy pod bliźnimi, nie są takie
przerażające. Na takim dołku raczej się potknąć można, niż wpaść
do niego – i pewnie o takie potknięcie tu chodzi. W końcu czasem
mówimy, że wpadliśmy do kałuży czy do czegoś równie niegłębokiego.
Ale oczywiście szkoda wpaść, wpadać nie lubimy, jak wpadliśmy,
niedobrze z nami. Nawet jeśli to też zdrobniale brzmiąca wpadka, taka
wpadka, jakie się zalicza, to też niemiłe.
I uważajmy, żeby nie wpaść. I na wszelki wypadek nie kopmy
dołków pod bliźnimi, choćby dlatego, by w nie nie wpaść.
205
Kto powiedział A, musi powiedzieć B
Przysłowie, odn. Andrzej Cinciała (1888)
To jedna z wersji, inna mówi: „jak się powiedziało A, to trzeba
powiedzieć B”, wiążąc tę kolejność mówienia nie z jakąś osobą, ale
z sytuacją. W ten sposób łatwiej to odnieść do nas samych
i wytworzyć w sobie tę dyspozycję do mówienia, ten odruch po A. Jak
powiem A, wiem, że trzeba zaraz B, że kto A, to musi i B. I to zaraz.
A właściwie dlaczego? Kto powiedział, że musi, że trzeba? No tak,
przysłowie mówi. Wtedy mówi, kiedy ktoś się odwołuje do wartości
konsekwencji. Jak tak, to tak. Jak już, to już. Nie może być tak,
że najpierw, owszem, a potem znowu wcale. Albo na przykład
odwrotnie. Trzeba konsekwentnie.
Nam samym konsekwencja może się kalkulować i często kalkuluje
o tyle, że dokądś nią w końcu zajdziemy. Jak jesteśmy na dobrej
drodze, to do dobrego czegoś, ale jak na złej, to niestety do złego.
W każdym razie nie będzie tak, że ani tak, ani tak.
Dużo daje jednak nasza konsekwencja naszym bliźnim, tym, którzy
nas do niej namawiają. Jeśli nie jest ona oczywiście przeciw nim,
bo wtedy mają nam ją za złe i nazywają uporem. Ale zasadniczo jest
im potrzebna, bo dzięki niej my jesteśmy dla nich przewidywalni.
Wiadomo, czego po nas oczekiwać. Nasze działania są spójne,
nazywają je nawet logicznymi, w konsekwencji upatrując logiki.
Jak się już zrobiło krok w jakimś kierunku, trzeba by, jeśli to
rzeczywiście kierunek, zrobić jeszcze jeden krok, taki krok, który
można by wtedy nazwać drugim czy następnym, albo kolejnym,
pokazując przez to, że te kroki tworzą, w każdym razie zaczynają
tworzyć, ciąg. Potem będzie następny kolejny i kolejny następny. Ale
kierunek ciągu wyznacza ten pierwszy krok tylko dlatego, że sam krok
jest ukierunkowany: z punktu A do punktu B. Tak je najczęściej, te
punkty, nazywamy.
Tak jest z krokami, ale przecież nie każde nasze działanie jest tak
kierunkowe jak kroki. Nawet jeśli to działanie nazwiemy kolejnościowo
działaniem A.
A jak się powiedziało A, to jeszcze się z tego kierunku nie
da utworzyć. Dopiero B po A powie, że mamy do czynienia
z alfabetem, tą piękną kolejnością, piękniejszą od liczbowej przez
niepodważalnie samoistną konwencjonalność. A tych konwencji może
być wiele. Po alfie jest beta, jak B po A. Ale po B jest C, po becie
gamma, a po innym „be”, inaczej zapisywanym, zgoła „wu”,
zapisywane zresztą jako B.
Dla alfabetu łacińskiego po A jest B. No, nie wszędzie,
bo w polszczyźnie akurat Ą. Ale od tego żaden wyraz się nie zaczyna.
Nie mówimy też, że jak się powiedziało A, trzeba Ą powiedzieć. Nie
trzeba, trzeba B.
B.
206
Kto pyta, nie błądzi
Przysłowie, odn. Salomon Rysiński (1618)
Pismo mówi, że jeżeli będziemy szukali, znajdziemy, gdy poprosimy,
dostaniemy, a kiedy będziemy stukać, to nam się otworzy.
Optymistyczne to, budzi nadzieję.
I to budzi nadzieję podwójną, związaną z dwiema najważniejszymi
sferami. Można po pierwsze osiągnąć to, co się chce, i po drugie
można się z ludźmi porozumieć. W istocie w wyniku tego
porozumienia można osiągnąć cel. Świat jest życzliwy, a ludzie dobrzy.
Jak poprosimy, dadzą, jak zastukamy, otworzą. Wprawdzie Pismo
ujmuje to trochę bezosobowo, mówiąc, że nam się dostanie, że nam
się otworzy, no ale to przecież w końcu ludzie dają i otwierają, nie
od razu Pan.
Przysłowie jest podobnie pogodne. Błądzić jest rzeczą ludzką, ale
wolelibyśmy nie błądzić. I proszę, możemy tego uniknąć, pytając.
Ludzi oczywiście.
W istocie można tu mówić o dwóch możliwych znaczeniach.
Pierwsze wiązałoby się z tym, że ten, kto pyta, unika błądzenia,
bo w odpowiedzi dostanie wskazówkę. Drugie polegałoby
na przyznawaniu racji pytającym, że słusznie pytają. Jak ktoś pyta, nie
popełnia błędu, pytając, bo samo pytanie nie jest czynnością błędną.
Pewnie, że jeśli tak o procesie pytania myślimy, to głównie dlatego,
że w wyniku pytania czegoś się można dowiedzieć i nie błądzić, ale
można to rozdzielać.
Jeżeli ktoś pyta, dostaje odpowiedź. Nie jest to reguła absolutna,
ale w zasadzie tak jest, tak powinno być, na tym polega pytanie.
W każdym razie nie dostanie nikt odpowiedzi, jeśli nie zapyta. Nawet
jeśli coś podobnego dostanie, to nie będzie to prawdziwa odpowiedź,
jeśli pytania nie było (nie będzie?). Odpowiedź liczy się tylko przy
pytaniu. I możemy uznać, że często ta odpowiedź, o którą pytającemu
chodziło, pomoże mu w uniknięciu niepożądanego błądzenia.
Bywa różnie. Niektórzy obawiają się otrzymywania odpowiedzi
i mogą nawet czasem mieć rację. Nieraz całkiem niegłupio brzmi
ostrzeżenie: „uważaj, jak pytasz, bo jeśli ktoś pyta, to potem dostaje
odpowiedź”. I niewiedzą się potem nie wytłumaczysz, i dowiedzieć się
możesz czegoś przykrego, i w ogóle... może lepiej nie pytać?
Tak bywa czasem, ale choć powinniśmy mieć prawo do unikania
informacji, to zdecydowanie częściej zależy nam na wykorzystywaniu
naszego prawa do otrzymywania informacji.
A w nieogarnionym świecie, pełnym zasadzek i zakrętów, dobrze się
czymś kierować. Ale nawet najbardziej niezorientowani i zagubieni
mogą sobie pomyśleć, że w razie czego się dowiedzą. Koniec języka
za przewodnika. Zawsze można zapytać.
A nawet dostać odpowiedź.
207
Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje
Przysłowie, odn. Salomon Rysiński (1618)
Zazwyczaj, gdy używamy czasownika „dawać”, powinniśmy dodawać
do niego dopełnienie. Można dawać wiele rzeczy: przykład, spokój,
prezenty czy wnyki – ale coś dawać trzeba. Tutaj czasownik został
sam i nie wiemy, co też Pan Bóg w swojej dobroci może ofiarować
rano wstającemu. Będzie nam to dane, jak mówi bezbożny wariant
tego powiedzenia (też do rymu: „wstawaj rano, będzie ci dano”).
Jest tych wersji zresztą wyjątkowo dużo, widocznie potrzebne były,
żeby zachęcić do rannego wstawania. Chwytano się różnych
argumentów. Niektóre przysłowia wskazywały, że będziemy żałowali,
jak rano nie wstaniemy („nikt nie żałował, kto rano wstał” – Rysiński,
1618), inne tylko zgryźliwie dogadywały („było raniej wstać” –
Knapski, 1632), jeszcze inne groziły („nie ranoś wstał, nie będziesz
miał” – znów Rysiński).
Wszystkie stare, bo od bardzo dawna, pewnie od zawsze, wielu
z nas ma problemy z rannym wstawaniem, choć od zawsze wiemy,
że będzie się ono nam opłacało. Że coś stanie się dla nas dobrego
(Adalberg zanotował: „kto wstaje z rana, wyjdzie na pana”), że coś
zapewne dostaniemy, choć co, nie wiadomo dokładnie.
Ale wierzymy, że to coś dobrego. Inaczej jeszcze trudniej byłoby
nam uzasadnić to nie najbardziej przecież miłe ranne wstawanie.
Możemy sobie podśpiewywać, że, jak mówiła czy śpiewała piosenka,
dobrze jest wstać, skoro świt (autor tych słów podobno nigdy rano nie
wstawał), że dobrze byłoby na przykład, jak mówi dawniejsza pieśń,
rannym słonkiem wzlecieć sobie skowronkiem i tak dalej, ale pospać
rano jest dla większości z nas o wiele przyjemniej.
Ten skowronek bardzo się z porankiem kojarzy, wstaje tak
wcześnie, że jak ktoś z nas tak wstaje, bywa przez innych, zwykłych
do klasyfikowania ludzi, właśnie skowronkiem nazywany – skowronek
w sumie, choć rdzeń wyrazowy ma wspólny z wroną, jest
sympatyczniejszy od osowiałej sowy, do której porównywani są ci,
którzy nie chodzą spać z kurami. To typowy „ranny ptaszek” ten
skowronek. Ale jak o kimś powiemy, że jest rannym ptaszkiem,
słusznie może on podejrzewać w tym pewną ironię. Bo tak ranne
ptaszki rzadko mówią, nawet o sobie.
W każdym razie przysłowie obiecuje coś, jak to często bywa,
w imieniu Pana Boga. Skoro jednak można liczyć na nagrodę z nieba,
a przynajmniej na ogólną przychylność niebios, to już wstaniemy,
nawet bardzo rano. Tym bardziej że na pewno, gdy tak wstajemy, to
muszą być i są także jakieś inne po temu powody. W końcu sama
nieco abstrakcyjna perspektywa łaski Pańskiej nie mogłaby
wystarczyć.
Trzeba rano wstać, do roboty.
Byle nie lewą nogą.
208
Kto się lubi, ten się czubi
Przysłowie, odn. Aleksander Fredro (1827)
Fredro pisze: „kocha się, kto się kłóci – dawne to przysłowie”, ale
w polskich tekstach pojawia się ta zależność dość późno. Za to od razu
i u Fredry, i u Mickiewicza, który z kolei odsyła nas do ruskich
przysłów: „ruskie przysłowie mówi: kto się mocno lubi, ten, Panie
Podkomorzy, i mocno się czubi”. Dziś już się, poza tym przysłowiem,
nie czubimy, pewnie to słowo za mało wyraziste, zbyt przyjazne jak
na określenie kłótni, zwady czy bójki. A w przysłowiu zostało dla
rymu, który ma podkreślać prawdziwość zależności czy koincydencji.
Przysłowie znane w dwóch wersjach. „Kto się lubi, ten się czubi”
i „kto się czubi, ten się lubi”. W obu może się zdawać, że gramatyka
wskazuje na jakiegoś jednego kogoś. Gdyby tak było, przysłowie dość
dziwnie mówiłoby o jakimś narcyzie–masochiście, który się sam lubi
i czubi zarazem. Rozumiemy jednak, że chodzi o jakiś układ,
bo zaimek „kto” może i do liczby mnogiej się odnosić. „Ten”
wprawdzie mniej, ale tu pewnie ma znaczenie uogólniające, więc
w końcu ujdzie. Zatem: ci, co się lubią, to się czubią – tylko
że rytmicznie nie jest to tak doskonałe jak postać klasyczna.
Kto się lubi, ten się czubi – mówi o konsekwencji. Najpierw lubienie,
potem, z niego wynikające, czubienie. Jak się lubimy, będziemy się
czubić. Ale rzadko chyba w tę stronę przysłowie nas kieruje,
sugerując, że nasze wzajemne uczucia będą miały i takie mniej
przyjemne objawy.
Zazwyczaj, mówiąc tak, mamy na myśli, że właśnie zauważone
czubienie się dowodzi lubienia. Tylko że wtedy powinniśmy wybrać
wariant „kto się czubi, ten się lubi” wskazujący, że z obserwacji
czubienia wyprowadzamy wniosek o lubieniu. Jednak będziemy
wiarygodniejsi w tym wnioskowaniu, gdy odniesiemy się
do obiektywnej reguły, wyraźniejszej w wersji pierwszej, nawet jeśli
przytaczamy ją w związku z konkretną egzemplifikacją.
Ale czy to prawda? Dlaczego to niby tak ma być? Konflikt, nawet tak
sympatycznie nazwany, nie wskazuje przecież na pozytywne uczucia,
co to, to nie, przeciwnie wprost, jakby powiedzieli Tweedledee
i Tweedledum z „Alicji”, zresztą archetypy lubienia się i czubienia. Ale
od czego dialektyka: na zasadzie jedności przeciwieństw da się wiele
zbudować. Gdyby czubiącym się na sobie wzajemnie nie zależało, nie
byłoby mowy o emocjach. Skoro tak emocjonalnie się różnią, pewnie
muszą być dla siebie ważni, obchodzą się nawzajem, można nawet
posunąć się do tego, żeby powiedzieć, że się lubią. Trochę to
naciągane, ale przecież z doświadczenia wiemy, ile sporów
w kochających się rodzinach, ile ciszy między niechętnymi sobie
partnerami.
A można jeszcze bardziej sofistycznie: oni nie walczą, nie kłócą się
nawet. Oni się zaledwie po prostu czubią. A takie sympatyczne
w końcu czubienie, jeśli to naprawdę czubienie (a tego już
udowadniać nie musimy) – to nic innego, jak oznaka lubienia i już.
209
Kto się na gorącym sparzył, ten na zimne
dmucha
Przysłowie, odn. Adam Czarnkowski (II połowa
XVI w.)
Składnia to nieco niedzisiejsza: dziś mówimy raczej o parzeniu się
„czymś gorącym”, ogniem czy wrzątkiem, nie zaś „na czymś gorącym”.
„Na gorącym” mówimy o uczynku, na którym to złapać kogoś można.
Ale to „na” znalazło się w tym porzekadle według dawnych reguł
językowych, a pozostaje w nim prawdopodobnie dlatego, że dobrze
odpowiada drugiemu przyimkowi, którym wskazuje się tu kierunek
dmuchania czy też przedmiot odmuchiwany.
W każdym razie mówi się tu o ostrożności, może nawet nadmiernej
czy zbytecznej, przecież w końcu raczej chwalebnej, a wynikającej
z naszego doświadczenia. Uważamy teraz nawet na to, na co uważać
nie musimy, jeśli nie uważaliśmy wcześniej na to, na co powinniśmy
byli uważać. W jednej z wersji tego powiedzenia pojawiały się mleko
i woda – sparzony mlekiem dmuchał na wodę. O wodzie mówiły i inne
warianty, to na nią dmuchano – zwykle woda raczej z czymś zimnym
się kojarzyła.
Odróżnienie zimnego od gorącego nie zawsze jest łatwe. Wcześniej
gorące wzięliśmy za zimne, teraz nie zaryzykujemy. Najlepiej brać
gorące za gorące, zimne za zimne – ale lepiej jest wziąć zimne
za gorące niż gorące za zimne. Wtedy się przynajmniej nie sparzymy.
Łykanie zimnego może mieć, owszem, też przykre konsekwencje, ale
odroczone, a sparzenie się jest natychmiastowe.
W jednej z bajek Ezopa mowa jest o leśnym stworze, który przysiadł
się do ludzi przy ognisku. Zauważył, że ludzie, chcąc się rozgrzać,
chuchają w dłonie, a chcąc strawę ostudzić, dmuchają na nią. Tak go
to zbulwersowało, że uznał oddech ludzki za przeklęty, skoro ma te
dwie przeciwne przecież właściwości. My się z tego cieszymy, choć nie
każdy wie, dlaczego dmuchanie i chuchanie dają odmienne skutki.
A nawet zestawiamy je ze sobą jako dwa środki podobnie służące
dobrej opiece, kiedy to dmuchamy i chuchamy na coś, w trosce
zresztą przesadzając.
I gorąco nadmierne, i zimno bywają szkodliwe i nieprzyjemne.
Przyjemne są rzeczy ciepłe i chłodne. Ale w Piśmie Świętym mówi się
o przewadze i zimnego, i gorącego nad letnim, który zasługuje
na „wyrzucenie z ust” przez Pana : „bodajbyś był zimny albo gorący,
a iżeś jest letni, pocznę cię wyrzucać z ust moich” (dosłownie jest tam
trochę dosadniej). Dla nas, na co dzień, lepsze już byłoby takie letnie.
Dmuchanie na zimne bywa przywoływane bez przypominania
powodów, bez wskazywania na niedobre doświadczenia z gorącym.
Wtedy mowa o zbytniej ostrożności, o nieuzasadnionych obawach.
Mówi się tak nie dla wytłumaczenia czyichś powściągliwości, tylko
z przyganą. My byśmy nie dmuchali. Ale kto wie, czy to my właśnie
mamy rację. Czy nie chojraczymy i czy nie powinniśmy wziąć pod
uwagę doświadczenia innych.
Tych, którzy się na gorącym już raz sparzyli.
210
Kto ty jesteś? Polak mały
Władysław Bełza (1847–1913)
polskiego dziecka” (1906)
„Katechizm
To oczywiście dwa zdania, pytanie i odpowiedź, krótkie pytanie
i równie krótka odpowiedź. Taki ciąg, pytanie wraz z odpowiedzią,
trafia się w mowie, gdy pytanie jest retoryczne, lecz jakoś odpowiedzi
wymaga, pojawia się we wzorach rozmów w obcym języku, czyli
w sytuacjach dialogu pozorowanego. Dlaczego jazda litewska zwie się
lekką? Bo lekko ucieka – stoi w zawierającej „dziwne materii
pomieszanie” książeczce do nabożeństwa Podbipięty.
Gatunkiem, dla którego taki układ jest typowy, jest katechizm.
Dzięki katechizmowi uczymy się prawd wiary szybciej i łatwiej, choć
może nieco mechanicznie. Uwarunkowujemy się. Jak nas ktoś takim
pytaniem zapyta, zaraz, automatycznie, odpowiemy. Jak zapyta trochę
inaczej, mogą być kłopoty. Ustalony bodziec – ustalona reakcja.
Bodziec nietypowy daje inną reakcję.
Pytania katechizmu dotyczą spraw najważniejszych. Jest tam nawet
pytanie, kto to jest Bóg. Ale pytanie o własną tożsamość także należy
do najważniejszych. Można o nią zapytać w pierwszej osobie, sam się
siebie o to przecież często i poważnie pytam. Kto ja jestem? Kim
jestem? Takie pytania egzystencjalne, jak „skąd się wziąłem?”,
„dlaczego akurat tak?”, zadajemy sobie od wczesnego dzieciństwa,
blisko początku świadomości bycia w ogóle.
Czasem pytają nas inni. Albo mogą zapytać. Trzeba być
przygotowanym. Co powiem, gdy mnie ktoś zapyta, kim jestem? Albo
kto ja jestem?
Odpowiedź narzędnikowa inna jest od mianownikowej. Kim jestem?
Jestem nauczycielem, synem nauczyciela, mieszczaninem ze wsi,
grubasem, sangwinikiem, blondynem, brodaczem. Kiedy mówię
o sobie, że jestem grubasem, przypisuję sobie pewną cechę. Między
innymi taką cechę mam. Owszem, służy mi ona do identyfikacji, ale
tylko do jakiejś jej części, ważnej w momencie, gdy to mówię. Gdy
jednak mówię „jestem grubas”, mówię, kto ja jestem. Identyfikacja
jest pełniejsza. Tak siebie nazywam, to już jest nazwa. Inni mogą
mnie tak już nie tylko określić, lecz wręcz nazwać. Kto to jest? To
grubas.
Na pytanie „kto ty jesteś”, zadawane rzadziej niż „kim jesteś”,
odpowiadam najczęściej tym, co mnie najbardziej nazwowo
identyfikuje, imieniem i nazwiskiem. Czasem dodaję rolę, funkcję,
stanowisko, jeśli je akurat mam i wydaje mi się dla pytającego ważne.
Kto ty jesteś? Kto ja jestem? Jestem mały Polak. To dla pytanego
chłopca powinno być najważniejsze zdaniem Bełzy, i nie tylko jego,
wtedy, i nie tylko wtedy. Oczywiście, Polki też to dotyczy, ale jednak
Polak jest w tym modelu pytania, nie Polka, co nas nie dziwi. I to nie
tyle nawet mały Polak, ile Polak mały, miejsce przydawki
po rzeczowniku dodaje ważności. Owszem, mały, ale dumnie. Dumny,
że Polak, choć mały. Potem będę duży Polak. Polak duży.
To katechizm Polaka, łatwy do nauczenia. Ale uwaga: wciąga.
Najpierw rzeczy oczywiste: narodowość, godło. Potem, jako jakoby
tak samo oczywista, ideologia.
211
Kto z kim przestaje, takim się staje
Przysłowie, odn. Grzegorz z Żarnowca (1597)
Już w XVI wieku było „z jakim kto towarzyszy, takim też sam jest”,
potem mieliśmy dziś nieco dziwaczne „z jakim kto nakłada, takim się
stawa”, wreszcie pojawiło się przestawanie i stawanie, tak już zostało
i zapewne nieprędko przestanie.
„Przestawać” to ciekawy czasownik, ma pewne cechy antonimiczne.
Z jednej strony najczęściej używa się go przy określaniu czegoś, czego
zaraz nie będzie, co wygasa, przestaje być. Z drugiej strony, odrobinę
archaizując, przy nazywaniu pewnego stanu przedłużającego się,
permanentnego, bo jak z kimś przestajemy, to raczej długo.
Można też przestać z kimś przestawać, a żeby przestać przestawać,
trzeba najpierw zacząć przestawać z nim przestawać. Albo inaczej:
jeśli przestajemy z wieloma ludźmi, a pragniemy przestać, musimy
po kolei przestawać z nimi przestawać.
Przysłowie nie odwołuje się do językowych figli, tu nawet zależność
leksykalna między przestawaniem i stawaniem nie jest specjalnie
widoczna. Mówi o naszym upodobnianiu się do tych, z którymi długo
obcujemy. Nie jest szczególnie precyzyjne, ale przysłowie nie musi –
gdyby to musiało, brzmiałoby dość niezgrabnie jako „kto z kim
przestaje, takim jak on się staje”, a i tak nie byłoby pewności, kto to
ten on.
Nie wydaje się szczególnie odkrywcze. Naturalna mimetyczność,
wsparta równie naturalnymi skłonnościami naśladowczymi i także
zwyczajnym ogólnym konformizmem, normalnie powinna dać
upodobniający efekt. Ale przywołanie tej reguły, czy to jako
ostrzeżenia przed niebezpieczeństwami złego towarzystwa, czy to jako
wytłumaczenia niepożądanych zmian charakteru – przydaje się nam
często.
Trzeba przyznać, że znacznie rzadziej używa się tej formuły, żeby
pokazać pozytywny wpływ otoczenia na osobę. Jakoś nie odnosimy
tego do ludzi, z którymi kontakty zmieniają nas na lepsze. Ale gdzie
takich znaleźć? A wiadomo powszechnie, że my jesteśmy w porządku,
tylko towarzystwo naszego towarzystwa nas psuje.
Nie widać tu wiary w siłę osobowości, w to, że człowiek pozostanie
zawsze sobą, nawet że nasze charaktery krzepną z czasem. Nie widać
nawet decyzji o upodobnianiu się, jak w przysłowiu o wronach. Tu
po prostu ludzie są w pełni uzależnieni od tych, z którymi przebywają.
My też. Co ważne, rzadko tu chodzi o innych przestających z nami –
częściej o nas przestających z innymi.
Stajemy się takimi, jak ci, z którymi przestajemy, i jest to
nieuniknione. I właściwie dlatego właśnie, tak dla naszego ogólnego
bezpieczeństwa, jak i dla ocalenia nas samych w nas – powinniśmy jak
najszybciej przestać z nimi przestawać.
Albo najlepiej w ogóle nie zaczynać.
212
Kukułeczka kuka, chłopiec panny szuka
Mira
Zimińska-Sygietyńska
(1901–1997)
„Kukułeczka” (1953)
Dawna ludowa piosenka była przerobiona najpierw, pod koniec XIX
wieku, przez Marię Konopnicką i umieszczona w „Śpiewniku dla
dzieci”. Tam było „kukułeczka kuka, gniazdka sobie szuka”. Zapewne,
czego poetka już nie dopowiedziała, gniazdka do złożenia swojego
kukułczego jaja, z którego wylęgnie się wielkie, wredne, żarłoczne
pisklę, które potem wyrzuci z tego gniazdka inne, biedne, pisklęta.
Kukułka jest ambiwalentna. Z jednej strony taka złośliwa bestia,
która nie chce wychowywać dzieci, ale podrzuca je nieświadomym
niczego ptaszętom, na ich zgubę. Z drugiej – sympatyczny szary
ptaszek, zazula albo i gżegżółka, kukający nam najczęściej na dobrą
wróżbę. My też kukamy, jak żartobliwie ujawniamy się z kryjówki.
W tej piosence niedługo po tych słowach pojawia się kukający
refren, w którym powtarzanemu słowu „kuku” odpowiada zaraz „aaa”,
co wskazuje na pozytywną reakcję na kukającego.
„Chłopiec panny szuka” bardziej odpowiada sympatycznej stronie
kukułki, która wprawdzie, szukając cudzych gniazdek, wykazuje
przewrotność, także emocjonalno-uczuciową, ale jako wróżka może
być wiarygodna. Chłopiec panny nie szuka na chwilę, bo „wybira,
przebira”. Wprawdzie też „nosa zadzira”, ceniąc się jak się zdaje nieco
zbyt wysoko, ale w sumie takie poszukiwanie panny przy
akompaniamencie kukania kukułki pokazuje miłą, tradycyjną formę
zalotów.
Przyroda towarzyszy nam w naszych działaniach, zwłaszcza w tak
fundamentalnych jak te związane z miłością, a także z rodziną.
Śpiewające ptaszki, figlujące zajączki czy motylki częściej co prawda
pojawiają się w okazjonalnych miłosnych zachowaniach, ale tu chyba
chodzi o coś poważnego, skoro mamy dalej prezentację statusu
społecznego.
Chłopiec szuka panny. Panna to nie dziewczyna – pannę
charakteryzuje to, że ma przestać nią być. Czasem wprawdzie te
różnice są mniej istotne (Radost mówi do Gucia: „Panna nie panna,
któż wgląda tak ściśle”), ale tutaj chodzi właśnie o pannę w znaczeniu
społecznym, o pannę jako o kandydatkę na żonę.
„Kukułka” to słowo dźwiękonaśladowcze, choć nie tak bardzo jak
czasownik „kukać” czy zapis kukania „ku ku”. Ciekawe, że wiele
języków tak postrzega głos kukułki. Głosy psów, kogutów, a nawet
krów w różnych językach są różnie słyszane i oddawane, a kukułka
tak jednobrzmiąco kuka, że nawet jej nazwy są podobne: po łacinie to
„cucullus”, po niemiecku „Kuckuck”, po angielsku „cuckoo”. Zapisy
różne wprawdzie, ale nazwy brzmią zaskakująco blisko. Kiedyś polska
kukułka nazywana też była „kukawką”, a i dziś, gdyby ktoś tak
powiedział, byłby zrozumiany.
Kukułka dlatego kuka, że jest kukułką, a jest kukułką, bo kuka.
213
Kup pan cegłę!
Autor anonimowy (po II wojnie światowej)
I rzeczywiście, anonimowość wypowiadającego te słowa jest niemal
warunkiem podstawowym. To nie prośba, nie oferta, nie rada, nie
propozycja. To przymus. To rabunek.
Ale, trzeba przyznać, rabunek sympatyczniejszy od prostego żądania
„dawaj kasę”. W zasadzie każda konwencjonalizacja nieco osłabia
dotkliwość napadu. Dowcipnie metaforyczne „wyskakuj z ciuchów”,
klasycznie bandyckie „pieniądze albo życie!” z dziwnym i nieco
bezsensownym wariantem „śmierć albo pieniądze”, grzecznie
zakładające domyślność aluzyjne „która godzina?” – te wszystkie
formuły zdają się łagodzić sytuację. Dla bandytów wygoda, dla nas
satysfakcja z rozpoznania gatunku wypowiedzi i z obcowania z ludźmi
znającymi konwencję napadu, a więc w pewnym sensie dobrze
wychowanymi.
„Kup pan cegłę” ma grzeczną formułę „pan”, co także
dowartościowuje napastowanego, choć tu występuje z drugą osobą
liczby pojedynczej rozkaźnika. To niezupełnie poprawne (podobnie jak
„kupcie państwo” zamiast „niech państwo kupią”), ale czasem,
w mniej wysmakowanej polszczyźnie, stosowane. Bardziej poprawne,
ale chyba mniej skuteczne byłoby „niech pan kupi cegłę”. Druga
osoba liczby mnogiej zakładałaby słowo „pan” w wołaczu,
co nadawałoby tekstowi charakter pokornej prośby „kupcie, panie,
cegłę”. To oczywiście może także być skuteczne, gdy poparte
argumentami bezsłownymi, jednak tak daleko wyrafinowanie
językowe bandyty nie sięga, by przez elegancję czy przez pozór
uniżenia zwiększać sugestywność prośby.
Oferowanie cegły daje wrażenie transakcji. Dość żartobliwej przy
tym. W filmie „Ewa chce spać”, w „Złym” Tyrmanda sceny z cegłą
raczej humorystycznie pokazują przestępczą dobrą organizację,
profesjonalizm oferentów i zarazem ich pewną dobroduszność.
Kupujący są w tych scenach w sumie raczej ukontentowani.
Można sądzić, że bandyta przez takie postawienie kwestii sam siebie
może uważać za sprzedawcę, oczywiście nieco brutalnie
wymuszającego, ale czy liczni domokrążcy nie wywierają przykrej
presji na potencjalnych kupców?
A i obrabowywany może poczuć się mniej naruszony w swojej
godności. Przykre, że stracę pieniądze, ale przykre czasem bardziej,
że nadwerężona zostanie moja duma. W przypadku cegły, udając
także przed samym sobą kupca, napadnięty może udać, że się
targuje, może badać jakość towaru, co niewątpliwie podnosi
samoocenę. Tym bardziej że chodzi o wyliczoną kwotę, może
i niebagatelną, przecież nie o cały portfel.
Cegły bywały towarem deficytowym, pożądanym przez budujących
się. Cegłami nazywano czasami książki, wprawdzie wielkie, nudne
i mało wartościowe, ale jednak książki. Cegłą wreszcie można było,
zwłaszcza po odmowie zawarcia transakcji, oberwać.
Tak że w sumie warto było kupić taką cegłę.
214
Kurdesz nad kurdeszami!
Okrzyk biesiadny (XVIII w.)
Autorem tego zawołania (a może najpierw tylko powiedzenia) był
podobno warszawski xviii-wieczny kupiec i bankier Grzegorz
Łyszkiewicz. Spopularyzował je Franciszek Bohomolec w wierszu pod
tytułem „Kurdesz”. Refren tego wiersza, który stał się sugestywną
pieśnią, brzmi: „Kurdesz, kurdesz, nad kurdeszami!”.
Trudno powiedzieć, co to takiego ten kurdesz. Może to zawołanie,
może nazwa pieśni po prostu? Łyszkiewicz musiał trochę mieć
do czynienia z osmańską odmianą języka tureckiego, bo ten swojsko
brzmiący „kurdesz” jest podobno wzięty z tego języka. „Kardasz”,
„karymdasz” to dobry kompan, towarzysz, brat nawet, a właściwie
brat bliźniak, zrodzony z tego samego łona, co się zwało „karym”.
Potem chyba jednak z nazwą nawet najlepszego towarzysza
i kamrata tego słowa nie kojarzono. Niektórzy mogli myśleć o jakimś
rodzaju wina, wtedy byłoby uzasadnione takie emocjonalne
wyróżnienie: jeśli uznajemy coś nad czymś innym, musi to być
naprawdę wyjątkowe. A jeśli kurdesz, o którym mówimy, śpiewamy,
jest nad wszystkimi innymi kurdeszami, nad wszystkie inne kurdesze,
cóż to za kurdesz być musi!
Z tego, że nie wiemy, o który kurdesz chodzi, a właściwie nie mamy
pojęcia, co to w ogóle kurdesz i nawet co to wszystko znaczy, wynika
głębokie przekonanie, które w okrzyk wkładamy. Naprawdę, nad
kurdeszami jest ten kurdesz, i cieszy nas to, i biesiadę czyni weselszą.
Tym bardziej że przecież wszyscy razem tak uważamy, zupełnie
jakbyśmy kibicowali temu kurdeszowi, żeby nad innymi był, żeby inne
pokonywał i zwyciężał. To przyjemnie, to wspaniale mieć do czynienia
z czymś, co jest nad wszystkimi innymi. A my właśnie mamy!
Tak się tym kurdeszem cieszymy, że go nawet powtarzamy. Raz
mało, raz to go tylko przywołujemy. A potem – dowartościowujemy.
Kurdesz! Kurdesz – nad kurdeszami! I niech ktoś tylko spróbuje
myśleć, a zwłaszcza mówić, że może być inaczej!
A do tego samo słowo brzmi dobrze, zarazem fantazyjnie
i zadzierzyście. Twardo. To te właśnie, same te cechy fonetyczne
sprawiły, że nazwanie przedstawicielki jednej z dawniejszych profesji,
wzięte skądinąd z przekształconej nazwy drobiu, tak ochoczo bywa
używane dzisiaj jako najpospolitsze z wulgarnych przekleństw. Jeden
z eufemistycznych zastępników tego przekleństwa zresztą to słowo
równobrzmiące z początkiem naszego okrzyku.
Dobrze, że cały okrzyk i to jego osobliwe, wschodnie i nieco
tajemnicze jądro ocalały przed zagrożeniem wulgaryzacją i nikomu nie
przychodzi do głowy zakląć kurdeszem.
On pozostaje nad kurdeszami.
215
Lato, lato wszędzie
Aleksander Klepacz, zespół Formacja Nieżywych
Schabuff
Czas i przestrzeń zazębiają się, nakładają, mieszają. Wiemy, że ich nie
ma, że je sobie wymyślił Kant jako kategorie postrzegania, ale
czujemy, jak nas ogarniają i określają. Dlaczego nie mogę być tam,
gdzie chcę teraz być? Dlaczego ona jest tam, a ja tu? Dlaczego nie
wiem, gdzie to jest? Dlaczego po dzisiaj nie może być wczoraj?
Dlaczego nie mogę odmłodnieć?
Pytania o przestrzeń są mniej dotkliwe, z przestrzenią sobie jakoś
poradzę. Ludzie radzą sobie z nią coraz lepiej i tylko patrzeć, jak będę
tu, a zaraz tam, a może w ogóle tu i tam. Gorzej z czasem, i to
z czasem coraz z nim gorzej. Jakoś tak coraz go mniej. I im go mniej,
tym bardziej daje się we znaki. Już go prawie nie ma, a jak przytłacza.
Żaden pośpiech nie pomaga, im bardziej się śpieszę, goniąc czas, tym
bardziej on ucieka. I za chwilę patrzę do tyłu i okazuje się, że wcale
nie ucieka, że to on mnie goni. I wiem, że dogoni.
Ale teraz lato. I to wszędzie. Wszędzie wtorek. Wszędzie dziewiąta.
No, może nie wszędzie, tam akurat trzecia w nocy, ale ja wiem,
że naprawdę dziewiąta. Wszędzie. Czy czas jest wszędzie? Tak,
na pewno. To o wiele bardziej pewne niż to, że przestrzeń jest
zawsze. Jest czy była? Kiedyś pewnie jej nie było i może kiedyś nie
będzie. Co prawda wtedy może nie będzie i czasu, ale to jednak
będzie wtedy, nie tam. A teraz właśnie wszędzie pewien specjalny
czas, lato. Też wiemy, że na takiej Antarktydzie inaczej, że,
powiedzmy, w Argentynie też zapewne jakaś inna pora, ale mało nas
to teraz obchodzi. Tu wszędzie lato.
Gdzie spojrzeć (albo, jak wolicie, gdzie nie spojrzeć), to lato. Lato
oczywiście nie jest, nie może być zawsze. Tak jak, niestety, wiosna,
jak, dla niektórych na szczęście, zima, jak jesień. Jesień to nawet
szczególnie nie może, bo jak się zaczyna, to już sama poprzez się
mówi, że po to, żeby się skończyć czymś innym, jakimś końcem.
Jesień roku i jesień życia.
Lato, lato. Więcej go, gdy słowo powtórzymy. Daleko, daleko.
Ciepło, ciepło. A teraz jeszcze bardziej ciepło, bo lato wszędzie. Lato
miła rzecz. Wiosna też miła, może nawet milsza, ale czy nie dlatego,
że zapowiada właśnie lato, a lato już chyli się ku jesieni? Ale jednak,
kiedy jest lato, to jest, wszędzie. Gdy to prawdziwe lato, pełną gębą.
Nie ma zdrobnienia, jak wiosenka, choć w pewnym porzekadle tatka
czeka latka. Ironiczne to, żeby nie powiedzieć złośliwe, bo wiemy,
że nie doczeka: stąd może ta forma. A czy ma liczbę mnogą, jak
wiosny, jesienie i zimy? I w tym właśnie rzecz: ma, i to taką,
że udziela się na cały rok. Daje nazwę wielu rokom, tak że są już
niepotrzebne. Liczymy rok tymi jego porami, które lubimy najbardziej.
Kiedyś nie przepadałem za latem, teraz lubię je coraz bardziej.
Czekam na nie. Może lato bardziej niż inne pory daje poczucie środka
roku, jego centrum?
O, znowu miejsce.
216
Lepiej nie mówić
Powiedzenie
W starym anegdotycznym dialogu było: „Nie jesteś moim prawdziwym
przyjacielem, nigdy nie pytasz, co u mnie! – A co u ciebie? – Lepiej nie
pytaj”.
Jak ktoś pyta, dostaje odpowiedź. Może nam czasem być tak,
że na naszym pytaniu nam zależy, na odpowiedzi mniej. Wtedy może
jednak lepiej nie pytać w obawie usłyszenia czegoś, czego usłyszeć się
nie chce. A czego i odpowiadający może nie musieć chcieć mówić.
Mowa jest srebrem, milczenie złotem. Wprawdzie Bacon twierdził,
że milczenie jest cnotą głupich, ale był w tym sądzie dość
odosobniony. Lepiej byłoby mu milczeć. Milczenie przystoi
prawdziwym mędrcom, a także tym, którzy, jak mówi Boecjusz, gdyby
milczeli, pozostawaliby filozofami... Jeronimo, wódz Apaczów,
na pytania sądu odpowiadał „Apacz milczy”, czym potwierdzał
uznanie, którym się cieszył. Oczywiście milcząco, jak przystoi nie tylko
mędrcom, ale i prawdziwym, dzielnym mężom.
Jest wiele sytuacji i ról, w których milczenie jest wskazane. Jest,
owszem, wieloznaczne, ale to bywa zaletą. Może być wyrazem
wyniosłości i skromności, zgody i protestu. Biorąc wszystko pod
uwagę, częściej lepiej jest milczeć, niż coś mówić. „Wiesz-li co, to
zmilcz”, jak mówi szatan do Adriana Leverkuhna w „Doktorze
Faustusie”.
Ale milczenie to nie jest to samo, co zwykłe niemówienie. Kiedy
śpię, piszę, jem, kiedy jestem sam, nie mówię, ale nie nazwałbym
tego, nawet gdybym potem już mówił, milczeniem. Milczenie jest
poważniejsze, znaczące. Jest niemówieniem w sytuacji skłaniającej
raczej do mówienia.
Tu, w tym powiedzeniu, chodzi także o milczenie, ale nazwane tylko
niemówieniem. Lepiej nie mówić, niż powiedzieć to, co trzeba by było
powiedzieć, zwłaszcza gdyby się chciało powiedzieć prawdę.
„Powiedzieć prawdę? – Lepiej nie”. Lepiej nie mówić. Nic nie mówić.
Tak będzie dla nas obu lepiej, ja nie powiem, to ty nie usłyszysz.
Ale, oczywiście, mówienie o niemówieniu też jest mówieniem. To
z kolei przewaga mówienia, że o milczeniu i niemówieniu, żeby zostało
usłyszane, często trzeba powiedzieć. Można i milczeć o niemówieniu,
ale mało kto będzie wtedy wiedział, na jaki temat akurat wtedy się
milczy, bo to milczenie podobne jest do milczenia o wszystkim innym,
nawet o mówieniu.
Więc lepiej, na wszelki wypadek, powiedzieć, o czym się nie mówi,
a właściwie nie o tym, tylko o tym, że się o tym nie mówi. O tym,
o czym dzięki temu (nie przez to) nie będziesz nawet wiedział, co to
takiego, bo nie powiem, a nie powiem, bo lepiej nie mówić.
Tyle że z tego, że mówię, że lepiej nie mówić, wcale nie wynika,
że naprawdę nie powiem. Jak już tak zacząłem mówić, to zwykle
jednak zaraz powiem o tym, o czym lepiej nie mówić, o czym mówić
nie warto i nie trzeba.
Chociaż lepiej byłoby, gdybym nie mówił.
217
Lepiej z mądrym zgubić, niż z głupim
znaleźć
Przysłowie, odn. Samuel Bogumił Linde (1806)
Nieco kontrowersyjne, gdyby brać to dosłownie. Ale powtarzamy to
do dziś, w różnych okolicznościach. I ta paradoksalność zdaje się nam
wzmacniać mądrość tego przysłowia. W każdym razie głębokość,
często trafnie kojarzoną z pewną niejasnością.
Niektóre wersje tego przysłowia przywołują wprost niedogodności
znajdowania z głupim: mianowicie trudności czy też wręcz
niemożliwość podzielenia się. Możemy się domyślać, że prowadzi to
do sporów, komplikacji, które w sumie mogą być większe niż korzyść
ze znalezionego. W większości zastosowań nie wymaga się takiego
rozwinięcia, a sytuacja dzielenia się nie staje nam od razu przed oczy.
Najwłaściwsza i najciekawsza zarazem wydaje się interpretacja,
że ważniejsze od tego, co się czyni czy też co się z nami dzieje – jako
że trudno gubienie, a właściwie także i znajdowanie uznawać
za działania celowe – jest towarzystwo.
Inne przysłowia, podobne, mogą nas w tym utwierdzać. Z mądrym
lepiej wiele rzeczy: minąć się (niż z głupim spotkać) – to tak,
naturalnie; kozy paść (niż z głupim w karty grać) – też jasne; wypić
kwatereczkę (niż z głupim beczkę) – o, czyżby?; pieczeń obracać (niż
z głupim jeść); płakać (niż z głupim się śmiać); bić się (niż z głupim
w przyjaźni żyć); wreszcie lepiej z mądrym w piekle niż z głupim
w niebie. Chyba się trochę przysłowiodawcy zapędzili w tej eskalacji...
W tych ostatnich przykładach szacunek dla mądrości mądrość samą
chyba przytłumił.
Towarzystwo mądrego jest wartością samą w sobie. Inne rzeczy,
nasze przypadki czy działania, mogą mieć jakieś znaczenie, ale
okazuje się, że najbardziej się liczy, z kim. Chociaż czy przez to nie
powątpiewa się po części w naszą, niezależną, mądrość? Co prawda
dobrze przestawać z mędrcem, bo kto z kim przestaje, takim się staje,
ale może w końcu i my nie tak całkiem sroce spod ogona? A tu ten
przesadny snobizm...
Zauważmy też, jak nisko traktowane są różne nasze aktywności,
a także wewnętrzne stany ducha (wywołujące śmiech i płacz),
wreszcie nawet ostateczne pozaziemskie miejsce. Rdzenne zgubienie
i znalezienie jest w tym kontekście umiarkowane.
Niektórym może wreszcie przeszkadzać jeszcze jedna sprawa. Oto
nie ulega wątpliwości, że nasze cechy są często funkcją cech innych
ludzi i bywają przez te cechy relatywizowane. Bycie mądrym to może
być cecha niezależna, ale często ujawnia się w zestawieniu z mniejszą
mądrością, a najwyraźniej widać ją przy głupocie. Jakimi wydamy się
innym, a nawet sobie samym, pozostając tak konsekwentnie,
niezależnie od sytuacji w towarzystwie mądrych? Zapewne: dążącymi
do mądrości, ale czy tylko?
A w towarzystwie głupich...
218
Lepszy rydz niż nic
Przysłowie, odn. Gamius (1702)
Rydz bardzo smaczny grzyb, w „Panu Tadeuszu” wszyscy na niego
dybali, bo był najsmaczniejszy. A tu wchodzi w emulację z takim
przeciwnikiem! I znowu, jak to w przysłowiach, winien rym.
Porównując rzeczy ze sobą, zawsze możemy je i z niczym
porównać, co wcale nie znaczy, że wtedy z niczym nie porównujemy.
Owszem, z niczym, ale nie nie porównujemy, tylko przeciwnie:
porównujemy. Z niczym.
Ale jak się coś z niczym porównuje? Zapewne chodzi tu o jakiś brak,
a i kryterium porównania musi być specyficzne. Czy lepsza zła strawa,
czy pusta lodówka? Czy marny samochód, czy jego brak? Czy kiepska
praca, czy bezrobocie? Czasem dopiero przy takiej alternatywie
możemy się dopatrzyć jakichś zalet w tym, co mamy. I czasem robi się
nam od tego lepiej. No, ale to w sytuacji posiadania czegokolwiek,
choćby słabego.
Pewnie, nie zawsze tak jest. Zły sąsiad gorszy od braku sąsiada,
który to brak dla niektórych i od dobrego sąsiada lepszy. Zła żona,
bywa, gorsza od stanu kawalerskiego, a i staropanieństwo może być
lepsze od marnego ślubnego. I tak dalej, i tak dalej.
Ale ci, co mówią o rydzach, mają na myśli to, co lepiej, żeby
w ogóle było. Jakiekolwiek zdrowie, choćby najgorsze, od jego braku,
najmarniejsza nawet pogoda od braku pogody... Zaraz, chyba coś nie
tak. To może ogólniej: lepsze cokolwiek niż w ogóle nic. Tak, z tym
można by się zgodzić. Ogólne nic jest do niczego.
Przysłowia ostrzegają, radzą, zmuszają do zastanowienia, służą
za matryce do wyjaśniania zjawisk, nie tylko trudnych do wyjaśnienia.
I bywa, że pocieszają. To właśnie często służy jako pocieszenie. Mało?
Ale zawsze coś! Nie najlepsze? Ale przecież jest. To już lepiej tak niż
wcale.
Ten minimalizm ratuje z depresji i innych opresji, ale czasem może
i ograniczać. Jakoś w końcu leci, a mogłoby wcale nie lecieć – to już
lepiej niech leci, jak leci. Jaki jest, taki jest, byle był. Niechby bił, byle
był (tak o złym mężu mówiły dobre żony, zdaniem mężów). A niech
tam, niech będzie tak, jak jest, a w końcu jakoś jest.
Rydz jest lepszy, bo mogłoby nic nie być. A jak chcemy, żeby było
lepiej, może być od tego gorzej. Lepsze jest wrogiem dobrego – mówi
sąsiednie przysłowie. Z braku laku i kit dobry. Jak się nie ma, co się
lubi; na bezrybiu i rak ryba. I tak dalej. Całkiem pokaźny ten polski
zbiór minimaliów.
A z drugiej strony rydz wspaniały grzyb. Skoro, mając go,
zestawiamy go z niczym, to znaczy, że mamy nie lada jakie
wymagania. Inni pewnie cieszyliby się z rydza, uważali
za szczęśliwców, a my kręcimy nosem i łaskawie przyznajemy, że to
wprawdzie nie to, ale ostatecznie mogłoby być gorzej, i że dobrze,
że nie jest.
Pewnie, że dobrze.
219
Literaci do pióra! Studenci do nauki!
Hasło z wiecu w Fabryce Samochodów
Osobowych (marzec 1968)
Niech każdy robi, co do niego należy. Studenci niech się uczą, bo są
studentami, literaci niech piszą literaturę. Te dwa napisy pojawiły się
najpierw na Żeraniu, a potem także na innych transparentach
przedstawicieli klasy robotniczej demonstrujących przeciwko
demonstrującym przeciwko władzy ludowej w marcu 1968 studentom,
literatom i innym inteligentom. I niech nie zamącają spokoju.
Struktura perswazyjna sugestywna. Nec sutor ultra crepidem. Pilnuj,
szewcze, kopyta. Rób, co do ciebie należy. I mamy podany kierunek.
Do nauki! Ta konstrukcja przyimkowa, tu kierująca ograniczająco, jest
częsta w wezwaniach do aktywności. „Do dzieła!”, „do boju!”,
„do wotów!”. Trudno o bardziej wyraziste pobudzenia. „Do wioseł!”,
„do szabel!”, a w końcu: „do stołu!”, „do kielichów!”, „do mazura!”.
„Po szklaneczce do piosneczki!”. I w ogóle hejże ha!
Ale to wtedy, gdy my wszyscy razem. I albo nie mówimy (czy raczej
nie wykrzykujemy) wtedy, kto mianowicie, nie używamy żadnej
nazwy, albo używamy wspólnej nazwy dla nas wszystkich, tych, co to
do: „Polacy”, „waszmościowie”, „wiara”.
Ale gdy to nie my razem, takie ukierunkowanie przez „do”,
dopełnione dopełniaczem, częściej wysyła do działań mniej
atrakcyjnych lub wyznacza ścisłe sfery czy wreszcie nie zawsze
pożądane miejsca pobytu. „Irena, do domu!”, „Ludwiku, do rondla!”
są jeszcze względnie sympatyczne, ale inne bywają zbyt kategoryczne,
dominujące i sytuacyjnie mało atrakcyjne: „do apelu!”, „do garów!”,
„do budy!”.
Te buńczuczne i naiwne wysyłania inteligencji do jej obowiązków
i na właściwe jej miejsce spotkało się od razu z parodystycznymi
dowcipami. Ponieważ wrogiem groźniejszym od zrewoltowanej
młodzieży były określone środowiska, najpierw określane zresztą
beigrekowo jako „sjoniści”, żartobliwie wysyłano ich, już jako
poprawnych językowo syjonistów, do Syjamu (który przy sjonistach
nie miałby racji bytu). Obok tych haseł umieszczano, jako kontynuację
ciągu, „pasta do zębów”.
A „literaci do piór” mogłoby brzmieć tak pozytywnie aktywizująco!
Być może zresztą, że takie hasło pojawiało się w bardziej
prostodusznych latach pięćdziesiątych z dobrym odniesieniem. Potem,
z nie dla wszystkich czytelną aluzją, nawoływano w popularnej
rubryce: „czytelnicy, do piór”. I czytelnicy odpowiadali własną
twórczością.
Takie wysyłanie na właściwe miejsce i do właściwych zajęć może
dawać poczucie mocy. Można wtedy, zwłaszcza jeśli się działa
w gromadzie, swobodnie przekraczać granice głupoty, wysyłając
Żydów na Madagaskar czy posłów do rozrzucania gnoju.
A studenci, rzeczywiście, powinni się uczyć.
220
Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak
zdrowie...
Adam Mickiewicz (1798–1855) „Pan Tadeusz”
(1834)
To zdecydowanie najbardziej znany polski fragment literatury. Całego
„Pana Tadeusza” warto znać na pamięć, niektórzy znają – a ten cytat
trzeba absolutnie. Nie znam nikogo, kto go nie zna. Może nie każdy
wie do końca, o co w nim chodzi, ale znać musi.
I wiedzą wszyscy, skąd on jest i kto to napisał. „Ja wiem, że »Litwo,
ojczyzno moja« napisał Słowacki, ale zawsze wolę się upewnić” –
mówił podobno Grydzewski. Dla żartu zapewne, bo tu pomylić się nie
można. To bitwa pod Grunwaldem naszych cytatów.
Ale możemy mieć niejakie wątpliwości, czy w środku przecinki, czy
wykrzykniki. A może przecinek i wykrzyknik? Nie bardzo pamiętamy,
że na słowie „zdrowie” cały okres się nie kończy, że po zdrowiu jest
średnik. Że „ty”, choć podniosłe i po wykrzykniku, ma małe „t”.
I czasem mylimy się, nie wiedząc z pewnością, czy dalej jest „ile cię
trzeba cenić” czy „ile cię cenić trzeba”. Ale jesteśmy na ogół całkiem
pewni, że pierwszy wers musiał brzmieć tak zawsze, jak brzmi dziś.
Zdaje się wieczny, nienaruszalny.
Otóż nie musiał i nie brzmiał. W pierwszym autografie, w tym, gdzie
jeszcze Pan Tadeusz był Żegotą, było „ Ojczyzno Litwo moja”. Czyli
nie tyle to Litwa była ojczyzną Mickiewicza, ile obie, ojczyzna i Litwa
zarazem, były jego. Były nierozdzielne – w nazwach i funkcjach.
A potem było nie „ile cię trzeba cenić”, tylko „ileś sercu potrzebna”,
co zostało i w drugim autografie, gdzie już Litwa i ojczyzna zamieniły
się miejscami, ale „Litwo” nadal nie było oddzielone wykrzyknikiem ani
przecinkiem od pisanego wielką literą „Ojczyzno” .
Ten tylko się dowie, ile trzeba cenić ojczyznę (która jest jak
zdrowie), kto tę ojczyznę stracił. To rzeczywiście zupełnie tak samo,
jak właśnie ze szlachetnym zdrowiem. O zdrowiu też się nikt nie
dowie, jako smakuje. Aż się zepsuje.
Mamy tu piękną, lecz nieco dziwną u wieszcza zależność tekstową
od innego wieszcza. I to w inwokacji. I to w takiej inwokacji, że dziś
każdy Polak, który zna słowo „inwokacja”, wie, że nie tylko „Litwo...”
itd. to inwokacja, lecz także, że w ogóle inwokacja to „Litwo...” itd.
Ale to nam nie przeszkadza. Nawet jeśli dostrzegamy tę szlachetną
intertekstualną grę z Kochanowskim. Może to nam scala literacką
polską tradycję. To tym lepiej, bo tu największe arcydzieło narodowe,
a tu ta Litwa na początku. Znajdując ją niestosowną, czasem
w wypisach zastępowano ją Polską.
W latach trzydziestych pozaprzeszłego wieku pewien emigrant
z cesarstwa rosyjskiego, o którego narodowość spory wciąż się toczą,
napisał w stolicy Francji poemat o Białorusi, nazywając ją Litwą. Jak to
dobrze, że napisał go wierszem, i do tego po polsku.
221
Lotem bliżej
Hasło reklamowe (lata sześćdziesiąte XX w.)
Przestrzeń jest, spostrzegamy ją. O, stąd dotąd. Tam, dalej. Z czasem
jest trudniej. Przeszłości już nie ma, to jasne, przyszłości jeszcze. Jest
niby teraźniejszość, ale co to za czas, zwykłe zetknięcie nieistniejącej
przeszłości z nieistniejącą przyszłością. I jeszcze się ciągle przesuwa.
Ale choć bardziej jesteśmy pewni realnego istnienia przestrzeni niż
czasu, to z przestrzenią łatwiej nam jest walczyć, a nawet ją
pokonywać. A czasu się nie da. Nawet ci, co mówią o zarządzaniu
czasem, powinni zdawać sobie z tego sprawę. Czas jest nieubłagany
i albo ucieka przed nami, albo nas goni. Przestrzeń opanowujemy,
może być nasza, z czasem gorzej. Jak mamy swoje pięć minut, to
wszystko. I też mija, i okazuje się, że już za pięć dwunasta. Za nie
nasze pięć.
Walka z czasem jest śmiertelna. Gdy dopadniemy uciekający nam
czas i mamy go, możemy go sobie zabijać, czym tam chcemy.
Niestety, częściej to on nas dopada, kiedy goni. I, oczywiście, także
zabija.
Z przestrzenią walczymy inaczej. Nie o to chodzi, by ją zabijać, ona
sama też nie zabija nas. My możemy ją opanowywać lub, częściej,
pokonywać. Do opanowywania przestrzeni używamy oczywiście czasu.
Odległości pokonujemy w jakimś czasie, i im prędzej, tym bardziej
pokonujemy. Ten odcinek w dwie godziny. Sto metrów w dziesięć
sekund.
Przestrzeń jest realna i niezmienna. Rzeczy możemy przybliżać
do siebie i oddalać, częściej my sami możemy być bliżej lub dalej
od nich. Ale samej przestrzeni nie przesuniemy. Możemy wiele
zmieścić na hektarze ziemi, ale nie dwa hektary. Punktu oddalonego
o kilometr nie zbliżymy ani o milimetr, bo kilometra nie da się skrócić.
Nie zrobimy bliżej, ale możemy zrobić szybciej. Wykorzystujemy
czas, nierozciągliwy sam w sobie, i mieścimy w nim coraz więcej
przestrzeni. Już tysiąc kilometrów w jednej godzinie. Bo coraz
szybciej, tysiąc kilometrów na godzinę. Żartobliwe „sześćdziesiąt minut
na godzinę” dawało w pewnym czasie gwarancję tempa normalnego
w niezupełnie normalnych czasach.
W „Paragrafie 22” Hellera Dunbar żył powoli. Lubił wszystko, czego
nie lubił, bo go nudziło, więc miał subiektywne poczucie wolniej
upływającego czasu, więc czasu dłuższego. Można powiedzieć, choć
sam tak nie mówił, że próbował mieścić w godzinie parę godzin.
Nawet jeśli przez takie działania nie będziemy żyli długo, to będziemy
żyli dłużej. Bo możemy wolniej albo szybciej, a to podobne do dłużej
i krócej.
Bliżej nie będzie, ale może będzie szybciej. Szybciej to jakoś bliżej.
I samolotem jest szybciej niż, powiedzmy, na piechotę. I krócej
z punktu A do punktu B oddalonego od A o tysiąc kilometrów. I w ten
sposób B jest, jak się uprzemy tak mówić, bliżej A.
Lotem bliżej. Ale nie wiemy, od czego.
222
Ludzie ludziom zgotowali ten los
Zofia Nałkowska (1884–1954) „Medaliony”
(1946)
To motto wstrząsających opowieści o zbrodniach hitleryzmu jest
jednym z najbardziej znanych „szkolnych” cytatów, pamiętanych
zresztą długo później. Te szkolne cytaty trafnie, lapidarnie
i aforystycznie ujmują główne przesłanie literackiego utworu, za co im
chwała, ale często też tylko do takiego cytatu-aforyzmu sprowadza się
znajomość utworu, a całą wymowę utworu do wymowy cytatu się
ogranicza.
Tak jest akurat z Nałkowską. Polonistów długie lata prześladowały
wypracowaniowe „granice, których nie można przekroczyć” i „ludzie
ludziom”. Ale to była po części ich wina, bo te cytaty były na lekcjach
obracane. Trudno zresztą było inaczej.
Plaut pisał, że homo homini lupus est, że człowiek człowiekowi
wilkiem. Tak się składa, że w wielu aforyzmach człowiek sobie
dokucza, mówiąc, jaki to człowiek jest zły dla innego człowieka. Grecki
filozof Bias z Prieny nie wahał się stwierdzić wprost, że ludzie są
w większości źli. Skwapliwość w tworzeniu antyludzkich aforyzmów
poniekąd potwierdza nieżyczliwość człowieka dla człowieka. Przy
czym, kiedy dziwimy się aforystycznie takim człowieczym obyczajom,
sami stajemy się jakoś lepsi, bardziej ludzcy. A właściwie może
właśnie mniej.
Człowiek człowiekowi, ludzie ludziom. Jedni drugim, ale tak jak
gdyby sami sobie. Ten poliptoton, powtórzenie w innej formie tego
samego wyrazu, wskazuje na dziwność, paradoksalność ludzkiego
zachowania. I to, i to przecież ludzie. Istotą tego zdziwionego
paradoksu jest to, że ci pierwsi odmawiają człowieczeństwa tym
drugim, przez co my zaczynamy powątpiewać w człowieczość właśnie
pierwszych. Dziwimy się, jak można...
Ludzie ludziom zgotowali los. Rzadko używane słowo „zgotować”
wiąże się ze stosunkiem ludzi do siebie. Możemy komuś zgotować
niespodziankę, przyjęcie, kłopot. Dość często słowo to pojawia się
w towarzystwie rzeczownika „los”, co jest skądinąd dziwne, bo za los
skłonni jesteśmy uważać to, co od człowieka niezależne, podmiotowe.
Los tak chce, losu zrządzeniem dzieje się to, co się dzieje... O losie
mówimy, gdy jesteśmy albo na chwilę się stajemy deterministami. Tu
jednak jedni ludzie gotują los innym. Oni są sprawcami zła, nie
anonimowy nieludzki los.
Ten gorzki aforyzm jest mottem dla całego zbioru opowiadań. Daje
mu ramę fabularną i etyczną. Ale usamodzielnił się i funkcjonuje dziś
czasem w pełnej formie, a częściej bodaj z elipsą, ograniczony
do pierwszych dwu wyrazów, jako wyraz ponurej refleksji nad
światem.
I, jak to bywa z cytatami, które mają pewne tendencje do ironii,
czasem nawet przewrotnie antystroficznej, czyli z przestawionymi
znakami afirmacji (na tak) i negacji (na nie), nie zawsze tylko są
wyrazem ponurej refleksji.
Ludzie ludziom. Tak to bywa.
223
Ładną mamy pogodę
Formuła zagadnięcia
W innym wariancie: „ładna dziś pogoda”. Tak często taką pogodą
zagadywaliśmy, że stało się to prototypem początku rozmowy. I teraz
trudno jest nam, skoro to wiemy, tak właśnie zacząć. Musimy szukać
nowych formuł, banalność akurat tej dyskwalifikuje ją, sprawia,
że znika ona całkiem z rozmów. Ale kto wie, czy przez to nie stanie się
z czasem, jako szczególnie unikana, wyjątkowo oryginalna. Na razie
jest symbolem banału.
Bo i o czym tu mówić, kiedy nie ma o czym mówić? A mówić
trzeba, to tylko z najbliższymi, z bliską rodziną, z prawdziwymi
przyjaciółmi można sobie swobodnie pomilczeć, a jak jesteśmy
z innymi, trzeba mówić. I często wiemy, że to mówienie powinniśmy
zacząć właśnie my.
No to zaczynamy mówić, a najłatwiej mówić o tym, co widać.
I co się wiąże z tym, co najbardziej i zawsze wspólne rozmówcom,
choćby największymi wrogami byli: z czasem. Ta ładna pogoda jest
teraz, dotyczy nas, nas razem. Jeśli jesteśmy meteopatami, a takich
wśród nas podobno coraz więcej, to nawet bardzo dotyczy.
Oczywiście zła pogoda dotyczy nas znacznie bardziej, i też często
stanowi przedmiot rozmowy, i też jej początku, ale skarżenie się
na złą pogodę nie jest aż tak banalne, bo nie jest wymyślone
sztucznie, nie jest zagadywaniem dla zagadywania. O złych rzeczach
dobrze porozmawiać, wprawdzie ich nie zmienimy, ale wspólne
ponarzekanie może je znacznie złagodzić. A o ładnej pogodzie
mówimy już niemal jawnie bez myślenia o niej, tylko po to, żeby
zagadnąć, kiedy milczenie ciąży, albo kiedy bardzo nam chodzi
o kontakt.
I właściwie powinno to być przyjemne dla zagadywanego (czy,
często, zagadniętej), wskazuje mu (czy jej) przecież na to,
że zagadywającemu (rzadziej zagadywającej) zależy. I stąd ta
pogoda, jawny pretekst, ale przecież do pretekstu trzeba mieć dobry
i ważny powód. A jednak uznane powszechnie zostało za śmieszne,
godne wykpienia, bo jakoby nieudolne i naiwne.
A jest w tym parę smaczków. Po pierwsze, ta ekspozycja przydawki.
I na początku ta przydawka stoi, i oddzielona jest od swojego
rzeczownika. To i akcent zdaniowy mieć musi. Zaiste, ładna to musi
być pogoda. Po drugie, mamy tu to „mamy”, tę wspólnotową formę
czasownika posiadania. Jak coś wspólnego mamy, i to ładnego, to jak
nie mamy wspólnego tematu znaleźć do rozmowy? A zacznijmy
od tego, co przecież mamy. My mamy. Wprawdzie inni pewnie też ją
teraz, zwłaszcza tu, mają, ale my chyba szczególnie. I powinniśmy
o tym właśnie razem wiedzieć.
Pogoda jest zawsze, dobra czy zła. Ale kiedy jest dobra, możemy
nie mówić o tym, że dobra. Inna, niemeteorologiczna, za to
metaforyczna pogoda, pogoda ducha mianowicie, już musi być dobra,
żeby być. Zagadywanie ładną pogodą jest zazwyczaj pogodne,
świadczy o dobroduszności.
Jak się okazało, nadmiernej.
224
Łatwiej kijek zacienkować, niż go potem
pogrubasić
Aleksander Fredro (1793–1876) „Pan Jowialski”
(1832)
Pan Jowialski zna mnóstwo dykteryjek, rozrzutnie szafuje
powiedzonkami. Wymyśla na poczekaniu aforyzmy. Jego syn,
Szambelan, zazdrości mu tego. Chciałby też ułożyć jakieś przysłowie,
ale nie umie. Jedno, co umie robić, to klatki dla ptaków. Struga przy
tym kijki.
I próbuje sił w aforystyce. Najłatwiej mówić, pisać o tym, co akurat
robimy i widzimy. Na przykład o kijku. A i aforyzm można stworzyć
z doświadczenia praktycznego. Doświadczenie zresztą uczy,
że metaforze nie ma granic, i co wymyślę o konkrecie, łatwo się
da przełożyć na prawdę ogólną.
Wiele lat później takie głębokie prawdy wygłaszał Gardiner
z powieści Kosińskiego „Wystarczy być”. Proste sądy z dziedziny
ogrodnictwa były brane przez chętnych do znajdowania wszędzie
mądrości dygnitarzy za przenikliwe oceny i prognozy. „Na zimę drzewa
tracą liście – na wiosnę znów je dostają” – jakie to może być głębokie
dla tego, kto chce, żeby takim było! Ważne, żeby aforyzm był
prawdziwy, nawet prawdą La Palisse’a, który, jak pamiętamy,
na kwadrans przed śmiercią był jeszcze żywy.
Można zatem o kijku. Struganie kijka pokazuje, że można z grubego
zrobić cienki, odwrotnie się nie da. Ale tak też się nie da tego
powiedzieć, jeśli ma to udawać jakąś zasadę działania świata. Może
zatem ująć to w formułę zależności z porównaniem? Szambelan czuje,
że to byłoby dobre. Zna takie jak „lepiej z mądrym zgubić, niż
z głupim znaleźć” i inne tego typu.
Zacznijmy od „łatwiej”: „łatwiej kijek grubowego...”. Nie, tak się nie
da. Szambelan wymyśla kolejne warianty, a aforyzm nie może wyjść.
Ostateczną wersją zostaje „łatwiej kijek zacienkować, niż go potem
pogrubasić”. Pewnie, że łatwiej.
Szambelan chciał wymyślić aforyzm. Udało mu się raczej średnio.
Udało mu się za to co innego: wymyślił dwa potrzebne słowa,
i do tego zgodnie z zasadami polskiego słowotwórstwa. Czasowniki
kauzatywne, oznaczające sprawianie czegoś, na przykład sprawianie,
że coś zaczyna być jakieś, tworzy się dość regularnie. Chcemy, żeby
ktoś spał? Usypiamy go. Żeby był piękny? Upiększamy. Zawężamy,
by coś uczynić wąskim (choć możemy i zwężać), pomniejszamy,
by było mniejsze. Możemy zatem i pogrubasić, i zacienkować.
Tyle język. A rzeczywistość, że tylko zacienkować.
Aż dziwne, że te słowa nie weszły na stałe do polszczyzny. Może
dlatego, że Szambelan w swoim wymyślaniu aforyzmów i słów nie jest
specjalnie przekonujący? Może dlatego, że lepiej mieć te słowa
w absurdalnym cytacie?
A w slangu młodzieżowym początku XXI wieku pojawiło się słowo
„wygrubasić”, o znaczeniu dość przyjemnym, chociaż, jak to zwykle
bywa z młodzieżowym slangiem, trudnym do precyzyjnego określenia.
Doświadczenie Szambelana uczy, że czasem łatwiej wymyślać słowa
niż myśli.
225
Mam grać?
Olga Lipińska „Kabaret Olgi Lipińskiej”, TVP
Krótko, ale można jeszcze krócej – przecież wystarczy nawet samo
„grać?”. Ale i tak to jeden z najkrótszych cytatów. Jest konkretnie
lokalizowanym cytatem, choć na pewno wielu tak pytało i dawniej,
przed „Kabaretem Olgi Lipińskiej”. Cytatem stać się bowiem może
nawet powiedzenie dawno i naturalnie zidiomatyzowane, gdy zwiąże
się dla nas z konkretnym tekstem. „Mam grać” mogło się stać takim
cytatem, bo było powtarzane, bo przez tego samego Czesława
Majewskiego, bo zawsze z tą samą zabawną intonacją, z lekko
przedłużoną, nawet jak na pytanie, ostatnią sylabą bezokolicznika.
I powtarzamy to, pamiętając o tej sytuacji. Samemu słowu „grać”
trudniej pewnie byłoby się stać cytatem.
Czasem poszerzało się to o dodatkowe zdanie „to ja już nie wiem:
mam grać?”, pokazując dokładniej podstawowy stan intelektualnoemocjonalny charakterystyczny zazwyczaj dla sytuacji, w której trzeba
(lub wygodnie jest) zadać to pytanie.
Bo o to w gruncie rzeczy chodzi: nie wiem, co mam robić. Czego
ode mnie się oczekuje. Co powinienem. Co powinienem w każdym
razie (według mnie przynajmniej) zdaniem tego, kogo o to pytam. On
wie (powinien wiedzieć) i powie, a ja, jak trzeba, zagram. Albo nie
zagram, jak nie trzeba. Jak mam nie grać.
Pytanie proste i wskazujące na zależność pytającego od pytanego,
bo to pytany w końcu ma zadecydować, co pytający będzie robił. Ale
zależność to nie taka znów banalna. Gdyby pytany w pełni dominował,
pytający by nie mógł zapytać. I nie byłby wtedy, rzecz jasna,
pytającym. Stosowałby się do poleceń i raczej cicho siedział, a nie się
namolnie dopytywał.
Dopytuje się raczej, niż pyta, bo wszystko wskazuje na to,
że od pewnego już czasu sytuacja nie jest całkiem jasna i że gdyby
miał grać, to pewnie już dawno powinien był zacząć, a gdyby nie,
powinien to wiedzieć wcześniej. Może to nawet nie pierwsze pytanie.
On się dopytuje, bo ma do tego prawo i to prawo czuje. Już jest
nawet trochę zdenerwowany tym, że instrukcji nie dostaje, i to
zdenerwowanie ma też prawo pokazać. Widać, że jemu samemu mniej
zależy na działaniu, które ma (lub którego nie ma) wykonać.
Co do niego, to może grać, może nie grać, może mu nie do końca
wszystko jedno, ale nie jest tak, że sam musi lub nie może, pragnie
lub sobie nie życzy.
A pytany jest stawiany przed dylematem. Właściwie: jest zmuszany,
no, powiedzmy, nakłaniany do podjęcia decyzji. Ta decyzja poprzedzi
działanie
pytającego,
ze
wszystkimi
konsekwencjami.
I odpowiedzialność, oczywiście, spocznie nie na grającym (czy
niegrającym), lecz na tym, kto powiedział, że on ma grać.
Lub nie.
226
Mądrej głowie dość dwie słowie
Przysłowie, odn. „Monitor Warszawski” (1771)
„A ja tylko dwa słowa: bądź szczęśliwa i zdrowa”. „A tyś rzekł mi dwa
słowa, nie więcej: że kochasz mnie i wiatr”. „Benia, ja mam do ciebie
dwa słowa”. Popularny wpis do pamiętnika, słowa popularnej piosenki
sprzed kilkudziesięciu lat, dialog z „Opowiadań odeskich” Izaaka Babla.
Wszystkie te cytaty zastanawiały mnie jako człowieka bardzo młodego
i kazały wątpić w prawdziwość dwusłowowości. Nie ma czegoś takiego
jak dwa słowa. Dwa słowa to o wiele więcej niż dwa słowa. To
co najmniej cztery.
Lakoniczność jest zaletą. Jako lakoniczność, nie jako mrukliwość czy
milczkostwo.
Cezar
ze
swoim
trzyzdaniowo–trzysłowowym
komunikatem o tym, że przybył, zobaczył i zwyciężył, jest
niedoścignionym wzorem. Puszkin, jako carski urzędnik, musiał
napisać raport o skutkach plagi szarańczy. Napisał coś, co w dość
dokładnym przekładzie Tuwima wygląda tak: „Szarańcza leciała,
leciała i siadła. Siedziała, siedziała, wszystko zjadła i dalej poleciała”.
Puszkin zrobił sobie lakoniczny żart z żywiołowej klęski, Cezar raczej
nie, ale myślenie zdaje się podobne: po co się rozpisywać?
Pisząc różne podania, zastanawiałem się wielokrotnie, czym
wypełnić tę ćwiartkę papieru. I powtarzałem prośby, wywijając
sformułowaniami, i zaczynałem wymownie, i kończyłem. A może
wystarczyłoby parę słów. Na przykład: „proszę o urlop, bo mi się
należy”. A po co pisać, że się należy? To wiadomo! Więc: „proszę
o urlop”. Krócej to już tylko można by dopełniaczowo: „urlopu!”.
Nie, to chyba za krótko.
Przysłowie zdaje się mówić, że kiedy mówimy rozwlekle, kiedy
używamy większej niż dwa liczby słów, nie traktujemy adresata tych
słów jako głowy szczególnie mądrej. A co, jeśli ta mądra głowa
chciałaby sobie trochę poczytać albo posłuchać? A może lubi nas
słuchać?
Wiele mądrych głów uważa przy tym, że trzeba trochę popisać
i pogadać, bo tak wypada. Bo to niegrzeczne jest powiedzieć tylko to,
o co chodzi, i już. Bo zresztą chodzi często, zwykle, zawsze, o to, żeby
trochę ze sobą pobyć. A jak tu być bez mówienia?
I wiele, większość chyba, mądrych głów myśli, że wszyscy myślą
podobnie, a jak nie myślą tak, to myślą, że tak trzeba myśleć albo
że większość myśli, że tak trzeba myśleć. I że w związku z tym można
trochę nieuważnie i słuchać, i czytać, bo nie jest tak, że jeśli jakieś
słowo przegapimy, to stracimy cały sens. A gdyby tak było,
że mówimy tylko to, co ważne, toby tak było.
Ale naprawdę w przysłowiu chodzi o to, że jak ktoś mądry, to w lot
zrozumie. I dwa słowa mu wystarczą, a jak jeszcze mądrzejszy, to
może i jedno. I od razu będzie wiedział, o co chodzi. W każdym razie
– będzie mu dość. Co nie znaczy, że nie możemy sobie jeszcze trochę
pogadać.
A „dwie słowie”, a nie „dwa słowa”, bo to stara liczba podwójna.
Wtedy jeszcze bardziej słychać było i widać, także gramatycznie,
że dwa. Nie więcej.
227
Mądry Polak po szkodzie
Przysłowie, odn. Mikołaj Rej (1562)
Wcześniej mówiono i pisano ogólnie, bez polskiego akcentu, o takiej
spóźnionej mądrości, przypisując ją ludziom. Ale szczególnie
popularna jest u nas wersja z Polakiem, także z tym, co to i przed
szkodą, i po szkodzie głupi – jak pisał Kochanowski. Inne nacje mają
przysłowia analogiczne, nie jesteśmy tu samotni, choć do naszego
autostereotypu to pasuje. I powtarzaliśmy to chętnie przez wieki.
To częsty temat ironicznych powiedzeń, spóźniona mądrość. Mamy
„esprit d’escalier” podsuwający nam celne riposty już po rozmowie,
wielu generałów specjalizuje się w wygrywaniu dawno stoczonych
bitew i wojen, najczęściej przez nich przegranych. Po szkodzie,
po fakcie – każdy mądry. Tak jesteśmy mądrzy, że potrafimy sobie
wmówić, że przewidzieliśmy to, co złego się stało, nawet że „przecież
mówiliśmy” – tylko nie możemy powiedzieć, że zapobiegliśmy.
Żeby człowiek wiedział, że upadnie, toby usiadł. Gdybyśmy byli
wiedzieli, tak jak teraz wiemy... Taka mądrość po czasie bywa bardzo
denerwująca, a przy tym zbyteczna. Jak nie byliśmy mądrzy
zawczasu, to teraz nam mądrość na nic. Może lepiej byłoby bez niej.
A czy to polskie, trudno powiedzieć. Powtarzano to powiedzenie
czasem samokrytycznie, odnosząc do siebie i żałując, ale
i krytykowano nim innych współrodaków, piętnując ich za tę rzekomą
wadę narodową, nie bez pewnej satysfakcji. Tak bywa z narodowymi
negatywnymi autostereotypami – bardziej niż z pozytywnymi. A poza
tym w historii wiele można znaleźć poświadczeń dla racji takiego sądu
o później mądrości. W historii Polski na pewno, ale zapewne w historii
innych narodów też. Znalazłyby się i takie, w których znaleziono by ich
więcej.
Negatywne autostereotypy mogą mieć funkcję oczyszczającą – jak
coś takiego niedobrego powiemy o sobie, zaraz czujemy się lepsi.
Może to być też figura zwana w retoryce prolepsis – jeśli spodziewam
się jakiegoś zarzutu, wcześniej sam go sobie postawię. Gdy sam o tym
powiem, będę mógł ubrać to w lepsze słowa: tutaj nie ma mowy
o wcześniejszej głupocie – jest mowa o późnej mądrości, pewnie,
że za późnej, ale to nie to, co prosta konstatacja wcześniejszego
braku rozgarnięcia. Gdy sam się skrytykuję, pewnie nie stracę
przychylności innych, bo pokażę się jako zdolny do krytycznego
widzenia siebie, co samo w sobie jest zaletą. A co najważniejsze,
innym utrudnię lub nawet uniemożliwię podniesienie tego zarzutu
wobec mnie. Same korzyści.
Tylko istnieje możliwość, że nikt mi tego zarzutu nie postawi. To
po co sam o tym mówiłem? No ale istnieje ryzyko, że postawi... Wtedy
oczywiście lepiej byłoby... I tak dalej.
Polacy mają szczególnie dużo negatywnych autostereotypów. Ale
może to negatywny autostereotyp?
228
Mądry wybór, lepsze życie
Hasło wyborcze Unii Wolności (1997)
Hasło to miało różne interpunkcyjne warianty, subtelnie różnicujące
odcienie znaczeniowe: były z dwukropkiem, z myślnikiem,
z przecinkiem, bez niczego. Ale kształt słowny był zawsze ten sam.
Było to hasło przyjęte później, już w trakcie kampanii, po odrzuceniu
całkiem niefortunnego, przegadanego i wywołującego konsternację
i konfuzję hasła: „w lewo?, w prawo? zawsze do przodu!”, które nie
tylko językowo było niezdarne, a znaczeniowo rodziło poczucie
zagubienia i dezorientacji, ale jeszcze do tego dawało się łatwo
parafrazować, a w jednej z parafraz „przodu” było zastąpione przez
„żłobu”, co miało wydźwięk lekko dezawuujący.
To nowe hasło było oczywiście lepsze i mądrzejsze. Mądry był
wybór raczej tego hasła. Choć i ono mogło być lepsze.
Było zgodne ze spokojnym i ciągle niezrozumiale niepociągającym
wizerunkiem partii. Najpierw „siła spokoju” Tadeusza Mazowieckiego,
potem inne uczciwe, porządne i mało demagogiczne hasła. I efekt
zwykle mniej niż umiarkowany.
Tego hasła nie skandowano. Niby to trochej, miara rytmiczna dla
hasła typowa, sprawdzona, to ciąg dwusylabowców z akcentami
na co drugiej sylabie. Inne hasła, także reklamowe, z tej miary wiele
wyciągały. Tu skandowanie jest wykluczone, okrzyki niemożliwe, to
hasło raczej do spokojnego stwierdzenia, nawet do pomruczenia.
Jego mądra oczywistość jest porażająca. Zgadzamy się z nim
od razu. Nie ma tu co prawda prostego orzekania, nie ma czasownika
czy innego orzeczenia, ale w hasłach to normalne. Wiemy o tym
i zwykle łatwo potrafimy je uzupełnić. Tu mogłoby to być „mądry
wybór daje lepsze życie” albo, jeśli ktoś nie lubi w hasłach zbyt
klasycznie zbudowanych zdań, po prostu: „mądry wybór to lepsze
życie”.
Jeśli mamy w zwyczaju dokonywać mądrych wyborów, to życie
nasze jest lepsze. Jeśli teraz dokonamy wyboru mądrego, poprawimy
sobie życie. A już na pewno nie pogorszymy. I dlatego trzeba wybrać
mądrze. Chyba nie ma takiego, co by się z tym nie zgodził. Każda
partia, każde ugrupowanie, wszyscy powinni się pod tym podpisać.
Skoro to my namawiamy do mądrego wyboru, to należy
podejrzewać, że, dla nas przynajmniej, tylko wybór właśnie nas będzie
mądry. Wprost tego nie powiemy, ale w końcu mówimy do ludzi
mądrych, którzy zrozumieją, co to jest mądry wybór i kto jest mądry.
Oni już wiedzą. Moglibyśmy nawet nic im nie mówić, ale w końcu jak
kampania, to coś trzeba powiedzieć.
Więc jak trzeba, to proszę bardzo. Radzimy wam mądrze, żebyście
dokonali mądrego wyboru, bo on da wam, i nam da, i w ogóle
wszystkim – lepsze życie.
Taki wybór będzie, proszę was, najlepszy.
229
Mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy
Leszek Miller
Tak powiedział polityk i choć może też kogoś cytował, to potem, gdy
ktoś tak mówił, cytował właśnie jego. Zapamiętano mu to,
zapamiętano do końca. Nawet wtedy bardziej, choć kiedy kto
naprawdę kończy, nie wiadomo, i jakkolwiek nie sprawował, gdy to
pisałem, żadnej politycznej władzy, nigdy nic nie wiadomo. Nie
wiadomo, jak się to skończy.
W tym powiedzeniu, cytowanym wielokrotnie, była dostrzegana
pewna figlarna zdaniem niektórych, zapewne i autora, a niestosownie
wulgarna zdaniem innych, aluzja seksualna. Uznajmy za niestosowną
analizę tekstu w tych kategoriach, przyjmijmy taktownie, że aluzji nie
było. Taktownie jej nie dostrzegajmy. To już niemal dwutakt. Zresztą,
co nieprzyjemne, mówienie o takcie w ogóle nie jest taktowne. Aleśmy
poniezauważali!
Respice finem to stara rzymska zasada. Róbmy tak, by koniec nas
nie zaskoczył, żebyśmy byli z niego zadowoleni, choćbyśmy nie mieli
na to, co w końcu normalne, czasu. Na koniec go nie ma. Nie można
chwalić ludzi przed końcem tego, za co chwalić mamy, a i ganić też
nie możemy. Trzeba jeszcze poczekać, aż skończą. A potem czasem
nie ma już kogo chwalić.
Takie zdanie bywa często obroną. Ty mnie nie krytykuj, poczekaj,
aż skończę. Bywa pokazaniem wyższości końca, czyli efektu, nad
początkiem, który nie zawsze dobrze zapowiada ten efekt. Początek
bywa efektowny, koniec efektywny.
Poznajemy ludzi, są jacyś, coś robią. Ten moment poznania, to
początkowe rozpoznanie człowieka jako kogoś, potrafi na długo
zaważyć na naszym stosunku do niego. Widzimy od razu, jaki jest,
i trudno nam potem opinię zmieniać. Etykietkujemy go,
przyzwyczajamy się do własnego sądu o nim. A powinniśmy poczekać,
powziąć sąd bardziej wyważony, wnioskować z całego jego
postępowania. A najlepiej z jego efektów. Z tego, jak skończy.
A ten jakoś zaczyna. Oj, chyba niezbyt dobrze on zaczyna, jakoś
nieefektownie. Nie podoba mi się. Mógłbym powziąć wrażenie, że nie
potrafi, albo mu się nie udaje, albo działa nieracjonalnie, a może
w ogóle nie działa w dobrym interesie? I chciałbym już ocenić go
negatywnie, ale on mi mówi, żebym uważał i nie oceniał go po tym,
jak zaczyna, tylko po tym, jak skończy. Żebym wtedy go ocenił. Ma
nawet argument – zasadę. Ta zasada przypomina przysłowie i mówi
o mężczyźnie.
Mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy. A kobietę nie? Kobietę
po tym może, jak zaczyna? Skąd ta różnica? Rozumiemy, że zasada
jest wyrazistsza, gdy dotyczy jakiejś grupy ludzi, nie ludzi w ogóle.
Tak się poznaje mężczyznę, tak się w człowieku rozpoznaje
mężczyznę.
I pojawia się drugie, trochę śmieszne, ale pewnie jakoś właściwe
znaczenie: po tym, jak ktoś kończy, rozpoznaje się mężczyznę. Że to
był właśnie mężczyzna. Bo tak właśnie skończył. I wtedy szkoda, że to
koniec.
230
Miała baba koguta
Piosenka małopolska
Baba jest wdzięcznym tematem piosenek i wierszyków, ludowych
i dziecięcych. Same te wierszyki i co za tym idzie, rodzaje działań baby
bywają absurdalne: baba siaduje w nich na cmentarzu, trzymając nogi
w kałamarzu; strzela ni stąd, ni zowąd z łuku; sieje mak bez wiedzy
o sianiu; dziwnie operuje grabiami wobec swoich koleżanek; radzi
sobie z brakiem kłopotu przez nabywanie prosiąt.
Baba zdaje się pasować do różnych zdarzeń i do różnych tekstów
nastawionych na rytm, rym, nieoczekiwane formalne zabawy
i automatyczne skojarzenia. Samo słowo „baba” jest nie tylko proste
i łatwe do wymówienia, z serii dziecięcych sylabowych powtórzeń, jak
„mama”, „tata” i „dziadzia”, przez co pojawia się wcześnie w naszym
języku, ale przy tym jakoś zabawne.
„Baba” jest rzadkim przypadkiem słowa używanego niemal równie
chętnie z przeciwnymi nastawieniami. Baba bywa negatywna, a jej
babiość czy babowatość jest wtedy przedmiotem kpinek ze strony
dominującego (przez mówienie) mężczyzny. Baba jest wtedy trochę
śmieszna, sporo gorsza i jest to naturalnie umotywowane, bo baba.
Ale bywa i pozytywna, a przyznanie kobiecie statusu baby może się
wiązać z wysokim stopniem uznania ze strony chłopa. „Ale baba!”– to
podziw. W obu tych przypadkach może być prawdziwa. „Prawdziwa
baba...”. „Prawdziwa baba!”.
Ta baba miała koguta, co babie może się przecież przydarzyć.
Ważne, że akcent tego koguta przypada anapestycznie na ostatnią,
trzecią sylabę: baba miała koguta. To ostatnie słowo jest jeszcze
dwukrotnie powtórzone. „Koguta, koguta, koguta”. Wskazuje to
na przypadkowość stanu posiadania baby, uwarunkowanego rymem.
Tu – dziwnie i mało potrzebnie – męskim, bo w końcu na ostatniej
sylabie.
Dziwne jest babie postępowanie z kogutem, trudne, niemal
niemożliwe do wykonania. Wsadzanie koguta do buta może się dać
wytłumaczyć wyłącznie rymem. Wsadzenie indora do wora, które, jak
się potem okazuje, jest dalszym ciągiem działań baby, jest już
łatwiejsze technicznie i bardziej wytłumaczalne.
Pewne zrytualizowane początki opowieści odwołujących się
do dawnych czasów związane są z byciem („był sobie”, „żył kiedyś”),
inne są związane ze stanem posiadania („pewien rybak miał żonę”,
„miał król trzech synów”). Często przedmiotem tego posiadania jest
inwentarz żywy, w bajkach i piosenkach nadający się do wielorakiego
wykorzystania. Koty w butach, mądre psy, złotonośne kury są
w bajkach na miejscu. Koguty także miewają ciekawe miejsce
w baśniach, choćby ten z elementarzowej opowieści o kotku i kogutku
czy ten kosą straszący lisa.
Ten kogut jest wyłącznie obiektem działania, sam nic nie robi. Jest
wręcz pokorny, pozwalając się tak dziwacznie i okrutnie traktować
przez babę.
Całe szczęście, że to tylko dla rymu.
231
Miałeś, chamie, złoty róg...
Stanisław Wyspiański (1869–1907) „Wesele”
(1901)
Złoty róg ma starą, antyczną tradycję. Amaltea, koza karmicielka
Dzeusa, z rogu właśnie go karmiła. Był ten róg nie tylko złoty, lecz
i niewyczerpany, stąd zwano go rogiem obfitości i tak wszedł
do kultury śródziemnomorskiej. W naszej literaturze też był obiegowy,
w „Panu Tadeuszu”, „złoty róg Amaltei” Hrabia widzi w marchewce
ustami dziecka pożeranej chciwie. Ale ten „złoty róg” z tym
odniesieniem już dziś w potocznej świadomości niemal nie istnieje.
Róg obfitości, owszem, jeszcze, ale „złoty róg” to od stu lat dla
Polaków coś innego.
Ten chamski róg nie do jedzenia służy, tylko do grania, trąbienia.
Jeśli do innego europejskiego rogu go porównać, to do rogu Rolanda
wzywającego wojowników. Jaśko ma wezwać Polaków do walki. Ale
najbardziej ten złoty róg kojarzy się ze stratą. Róg zginął Jaśkowi,
kiedy się schylał po czapkę z pawich piór. A pod figurą ktosik stał.
I nie ma już ani rogu, ani czapki.
Jaśko jest nazwany przez Chochoła chamem, ale nie ma to nic
wspólnego z dzisiejszym pojęciem chamstwa. Stan chłopski szlachta
wywodziła od biblijnego syna Noego. „Prawda, że się wywodzim
wszyscy od Adama, alem słyszał, że chłopi pochodzą od Chama,
Żydowie od Jafeta, my szlachta od Sema, a więc górujem jako starsi
nad obiema” – wywodzi Gerwazy Rębajło. Chochoł, zawodząc smętną
pieśń w „Weselu”, nazywa tak Jaśka z przyganą wyraźną. Chamskie
pochodzenie wypominano zwykle wtedy, gdy chłop coś przeskrobał,
zawalił sprawę albo swojego miejsca nie znał. Jaśko nabroił
rzeczywiście, gubiąc złoty róg, który zesłał „jasny Bóg”. Kto wie, może
będzie „goreć w piekle poty”, jak sam wcześniej deklarował.
Mogło być inaczej, lepiej. Były takie możliwości. Magiczne niemal.
Przegapiłeś, straciłeś, zgubiłeś. Przegapiłem, straciłem, zgubiłem.
Samego siebie trzeba oskarżać, to tylko własna wina. I już się ta
możliwość nie powtórzy. Nie będzie drugiej szansy, okazji. Ta
nieodwracalność jest szczególnie dotkliwa.
Wiedzą o tym namawiacze, zachęcając okazjami. Jesteśmy otoczeni
niepowtarzalnymi szansami, różnymi wielkimi wygranymi w zasięgu
ręki, niebywałymi cenami i „promocjami”. Teraz możesz, potem będzie
za późno, stracisz okazję. Zobaczysz, będziesz żałował. Ponieważ
zewsząd to słychać, człowiek się uodparnia.
Częściej ten metaforyczny literacki złoty róg wypominamy, sobie
i komuś, po stracie własnych wyjątkowych możliwości. Możliwości
zaprzepaszczonych, choć już bliskich przekształcenia w realność. Taka
świadomość niepowetowanej straty z własnej winy może przygnębiać.
Pomocą w tej przykrej sytuacji może służyć tylko poczucie
wysokiego statusu wesołego utracjuszostwa. A co mi tam!
Straciłem, to straciłem!
Stać mnie na to.
232
Mieczów ci u nas dostatek, ale i te
przyjmuję jako wróżbę zwycięstwa
Król Władysław Jagiełło (1351–1434), przed
bitwą grunwaldzką (1410)
Jan Skarbek dorzucał pierścień do pełnego kosztowności skarbca króla
Henryka, żeby złoto szło do złota. Tu mamy sytuację odwrotną: to
polski król przyjmuje miecze od niemieckich rycerzy zakonnych. Ale
my, Polacy (a i spolszczeni nieco Litwini zapewne też), cenimy sobie
właśnie żelazo, nie złoto.
Wielki mistrz Ulrich von Jungingen przysyła miecze, żeby podnieść
męstwo Polaków, którego im widać brakuje, bo nie śpieszą się
do walki. Intencją daru jest więc drwina. Często tak bywało i jeszcze
wciąż bywa, że darem darczyńca stara się upokorzyć czy ośmieszyć
obdarowanego. Drwina pod Grunwaldem jest szczególnie symboliczna.
Miecze są nagie, gotowe do walki. Ich wręczeniu towarzyszy
deklaracja ustąpienia placu przyszłej bitwy.
Podjęcie bitwy może świadczyć o pewnym zbliżeniu sił. Gdy jestem
wyraźnie słabszy, walki mogę nie chcieć podjąć. Ale jeśli siły
nierówne, a walkę trzeba przeprowadzić, można próbować je
wyrównać. Rzecz jasna, taką ofertę może złożyć silniejszy, to on może
trochę ustąpić. Walczyć jedną ręką, z zasłoniętymi oczyma.
Wystartować pięć minut później i biec w ciężkich butach. Dać trzy
ruchy for. Brać na siebie utrudnienia lub dawać przywileje drugiemu.
Jeśli taka propozycja zostanie przyjęta, ten drugi będzie miał
sytuację korzystniejszą, ale przyzna się do tego, że jest słabszy. A to
samo z kolei pozycję osłabia. Oferowanie przywilejów może być
dobrym zabiegiem psychotechnicznym.
Angielskie słowo „handicap” jakoś nie mogło znaleźć polskiego
odpowiednika, nie tylko zresztą polskiego, i funkcjonuje w większości
języków w pierwotnej, angielskiej wersji. Ciekawe jednak,
że w polszczyźnie zdaje się mieć znaczenie przeciwne niż gdzie indziej.
Angielski handicap to swojego rodzaju upośledzenie, dodatkowe
utrudnienie, bycie w pewnym sensie poszkodowanym. Po szwedzku
na przykład „handicapade” to ludzie „sprawni inaczej”, inwalidzi,
kaleki. To zresztą dobre i taktowne określenie, wskazujące na to,
że z jakichś powodów szanse społeczne tych ludzi są mniejsze.
W Polsce z handicapem wiążemy coś korzystnego. Jeśli dostanę
handicap, mam większe przywileje. Mam łatwiej. Mam dzięki
handicapowi przewagę, którą zapewne wykorzystam. Dlatego warto
o taki handicap zabiegać. To tyle co fory.
Król Jagiełło został postawiony w trudnej sytuacji. Co odpowiedzieć
na hańbiącą ofertę? Zastosował manewr przewrotny. Najpierw
zapewnił o bezsensowności podejrzeń o słabość, następnie odmienił
symboliczne znaczenie gestu. Mistrz was przysyła z mieczami? Ale
przez wasze ręce Bóg mi je zsyła, sprawca wszystkiego, a ja je
przyjmuję jako wróżbę zwycięstwa. Mam prawo tak interpretować ten
dar w końcu od Boga.
Ważna jest intencja znaku, od niej zależy włożone weń znaczenie.
Ale ostatecznie interpretacja należy do odbiorcy znaku. On decyduje.
233
Miej serce i patrzaj w serce
Adam Mickiewicz (1798–1855) „Romantyczność”
(1822)
Częściej cytatami stają się początki tekstów niż zakończenia. Główne
myśli, sentencje, aforyzmy zdają się łatwiej rozpoczynać, niż kończyć.
Ale zdarza się nierzadko, że właśnie na końcu mamy podsumowanie,
wniosek, kwintesencję wymowy całości.
Tak jest w „Romantyczności”, wierszu o programowym tytule i nie
tylko tytule, wierszu, który zaczyna się innym, równie sławnym
zawołaniem często cytowanym. „Słuchaj, dzieweczko!”.
Sentencyjne zalecenie dotyczące serca wychodzi z ust poety, który
zarzuca starcowi znajomość tylko martwych prawd, „nieznanych dla
ludu”. Czyli co, powinien znać tylko te ludowi znane? Trochę to
dziwne, takie ograniczanie wiedzy. Zarzuca też naganne jego zdaniem
kierowanie się szkiełkiem, okiem i rozumem. A trzeba sercem i na tym
polega romantyczność. Na marginesie zauważyć można, że dla
Słowackiego i Odyńca romantyczność to było co innego, mianowicie
„nie wiadomo co”, a w wierszu „Nie wiadomo co, czyli romantyczność”
żartobliwie opisywali czarnego psa biegnącego drogą, którego sami
widzieli z trwogą.
Mickiewicz mówi o romantycznym sercu. Myśl ta, wielekroć
powtarzana z romantycznym zapałem, z sentymentalnym uczuciem,
ze społecznym przesłaniem itd., zawiera niezwykle rzadką formę
niezwykle częstego czasownika. „Mieć”, podobnie jak innojęzyczne
odpowiedniki tego słowa, ma znaczeń i zastosowań mnóstwo, w tym
także gramatyczne, trudno nawet krótki tekst stworzyć bez użycia
tego czasownika, ale w trybie rozkazującym raczej się nie pojawia.
Tak samo jest z innymi słowami modalnymi, jak „chcieć” (chciej?,
chcij?), móc (móż?), „musieć” (muś?, musiej?). Bo i co mogłyby
znaczyć takie formy?
Formy trybu rozkazującego mają czasem tzw. znaczenie optatywne,
życzące. Kiedy powiem „wygraj”, to raczej jest to życzenie, nie
polecenie. To samo jest z „bądź zdrów”, z „witaj” i z wieloma mniej
lub bardziej skonwencjonalizowanymi formami. Tu jednak to
optatywne znaczenie niezbyt pasuje.
Tutaj to przecież jednak raczej rodzaj zalecenia, prośby, instrukcji,
a najbardziej apelu, jak to bywa z sentencjami. Mamy przecież
w potocznym języku takie zwroty jak „miej cierpliwość”, „miej
wyrozumiałość”... Tak, istotnie, w tych połączeniach rozkaźnik
czasownika „mieć” wydaje się względnie naturalny. To tyle, co „bądź
cierpliwy, wyrozumiały”... „Miej serce”, kieruj się sercem, pamiętaj
o sercu. I patrz w nie. „Popatrz w swoje serce”, „zajrzyj do swojego
serca”...
Zachęcają nas do tego czasem poeci, czasem ci, którzy woleliby,
żebyśmy nie kierowali się rozumem, rozsądkiem, tylko sercem, także
wobec nich.
Ciekawe, dlaczego woleliby.
234
Mierz siły na zamiary, nie zamiar podług
sił
Adam Mickiewicz (1798–1855) „Pieśń filaretów”
(1820)
W tym samym grudniu 1820 roku, w którym powstała „Oda
do młodości” składająca się niemal w całości z późniejszych cytatów,
w tym wielu ambitnie powtarzanych apeli, młody Mickiewicz napisał
„Pieśń filaretów”. Tu także wzywał, bardzo sugestywnie, choć nie
zawsze zupełnie jasno, co widać na przykładzie tego właśnie
ciekawego wezwania, do mierzenia sił.
Jego abstrakcyjność, a zwłaszcza nietypowe użycie przyimków „na”
i „podług”, zawsze myliły mnie i wprowadzały w intelektualne
rozkojarzenie. Przy tym wstydziłem się tego niezrozumienia, co jeszcze
je potęgowało. Tym bardziej że przecież wyczuwałem, jak bardzo
atrakcyjne jest to, do czego młody filareta wzywa w pieśni
zaczynającej się od bezpretensjonalnych i niezmiernie pociągających
słów „hej, użyjmy żywota!”, które były rzetelnie uzasadnione dość
oczywistym stwierdzeniem, że „żyjem tylko raz”.
Mogę mierzyć siły, zestawiając je z siłami innych, ale czy mogę je
na coś mierzyć? Można mierzyć to, co się łatwo mierzyć daje, na miary
– na metry, kilogramy czy litry, ale co jest miarą siły? A i tak zapewne
nie o takie mierzenie tu chodzi, bo zamiary z pewnością nie są miarą,
choć brzmieniem ją przypominają. Już łatwiej coś mierzyć podług
czegoś innego, ale czy zamiar daje się mierzyć? Co zatem znaczy
mierzenie zamiaru podług sił?
Oczywiście zdałem sobie w końcu sprawę, o co chodzi w ogóle
w tym zdaniu, i uznałem jego romantyczną siłę przekonywania.
Przemawiało do mnie, żeby nie wzbudzać w sobie małodusznej obawy
przed trudnymi zamysłami, żeby podejmować szczytne cele, żeby
mierzyć wysoko. I żeby nie liczyć się z ograniczeniami. Ale to
rozumienie było niejako „obok” tekstu, nie tyle wynikało, jak to
zazwyczaj bywa, z rozumienia słów i ich połączeń – ale raczej
z ogólnego wyczuwania ducha całej pieśni filaretów. Tak czasem
bywa: nie całkiem rozumiem słowa i ich użycia, ale wiem, o co chodzi.
Doszło zatem do pewnego paradoksu: maksyma stanowiąca niejako
kwintesencję całego wywodu była zarazem mocna, sugestywna –
i niezrozumiała sama przez się.
Dziś wiem, że moje uporczywe niezrozumienie wynikało nie tyle
z nietypowego użycia przyimków, ile z innego użycia czasownika
„mierzyć”, które tutaj jest znaczeniowo bliskie czasownikowi „oceniać”.
Mickiewicz tak stosował to słowo („mierzyć dzieła na skalę dążenia”
itp.). Dziś rozumiem to wezwanie na obu poziomach – na poziomie
wymowy ogólnej i na poziomie słów.
Tyle tylko, że teraz takie wezwanie kompletnie przestało mi
odpowiadać i bardzo dokładnie obliczam swoje siły, a zamiary do nich
dostosowuję. A ponieważ słowo „rozumieć” też mogę różnie
rozumieć, to mogę powiedzieć, że rozumiałem to zdanie, gdy go nie
rozumiałem – gdy je zrozumiałem, już go niestety nie mogę
zrozumieć.
235
Milcz, serce!
Juliusz Słowacki
(1841)
(1809–1849)
„Beniowski”
„O głowo moja szalona!”, „języku mój, wyśpiewaj...”, „dłonie moje
spracowane” – tak się możemy zwracać do swoich części ciała,
apelując do nich, wyrażając wspólnotę, szukając towarzysza. Z tych
części dwie zdają się być, dość zasadnie zresztą, niemal nami samymi:
głowa i serce. Moja głowa to moje myślenie, świadomość, ja. Moje
serce to moje czucie, emocje, ja.
Ale choć to ja, mogę z nimi rozmawiać. Przecież ze sobą samym
w ogóle też mogę. I zazwyczaj się dogadam. Jeśli rozmawiam
z głową, odwołuję się do rozumu, rozsądku, wiedzy. Jeśli z sercem,
do wrażeń, do uczuć. Oczywiście w tych dialogach ja jako ja pełnię
rolę niejako przeciwną rozmówcy. Z rozumem jako serce mówię,
z sercem jestem rozumem.
Ta opozycja czasami jest dodatkowo komplikowana różnymi
rodzajami rozumu, rozsądku, duszy, krwi, serca. Ale to podstawowe
przeciwstawienie działa zawsze.
„Milcz, serce!”. Rozkaźnik może być wypowiedziany z różną
intonacją, można nim rozkazywać, ale i błagać. Przy tym czasowniku
rozkaz jest o wiele częstszy. „Milcz!” to zwykły rozkaz tych,
co rozkazywać mają prawo, skierowany do tych, którzy nie powinni
mieć głosu. „Milcz i koniec! Ani słowa!”. Ale serce nie sługa, nie zna,
co to pany. Ta serdeczna niezależność jest nam bliska i nawet się
z niej cieszymy. Jeśli jestem żywym człowiekiem, z krwi i kości, to nie
ograniczam się do poznawania świata okiem i rozumem
wzbogaconymi czasem o szkiełko, tylko czuję świat sercem. A jak
czuję, to i wyrazić bym chciał.
Moje serce nie może mówić do innych, ale do mnie mówi. „Serce mi
mówi” mówię i opisuję w ten sposób albo emocjonalne wrażenia, albo
przeczucia, albo to, co do opisania trudne. „Dlaczego to zrobiłeś?
Serce mi podpowiedziało”. Najczęściej zresztą serce ma rację,
powinniśmy go słuchać, powinniśmy iść za jego głosem.
Ale czasami chcemy, żeby umilkło. Żeby nie narzucało nam swoich
osądów i interpretacji, żeby nie zmuszało nas do działań
nieracjonalnych i żeby pozwoliło mówić rozumowi. Żeby to on
decydował. I wtedy serce uciszamy.
Tyle że kiedy mówimy: „milcz, serce”, to nie do serca przecież.
Mówimy właśnie innym, że oto własne serce uciszamy, że nie
będziemy się nim kierować. A przy okazji pokazujemy, że (zapewne),
gdybyśmy sercu ulegli, zrobilibyśmy inaczej, może lepiej, ale musimy
ulegać okolicznościom, liczyć się z warunkami i w ogóle uwzględniać
innych, nie siebie. Nie jesteśmy marzycielami. Chciałoby się, ale...
milcz, serce. Nie będziemy ulegać uczuciom, żalom, nie będziemy się
roztkliwiali.
Ale mówimy tak właśnie wtedy, kiedy się roztkliwiliśmy i ulegliśmy
uczuciom. Rozbudziliśmy swoje serce, ono zaczęło mówić, a my je
uciszamy tym brutalnym rozkaźnikiem. Zwykle nieskutecznie.
236
Miłe złego początki, lecz koniec żałosny
Ignacy Krasicki (1735–1801) „Woły krnąbrne”
(1779)
To przykład cytatu, który trudno zatrzymać. Od razu idziemy dalej: nie
chciały woły w jarzmie chodzić podczas wiosny, w lecie zboża nie
chciały zwozić do stodoły, w zimie chleba nie stało, zjadł gospodarz
woły.
Nie można się powstrzymać od przytoczenia całej bajki, tak jest
trafna w swojej zwięzłości. Krasicki był arcymistrzem jędrnej formuły,
w jego bajkach nie ma zbędnych słów, mówi to, co chce powiedzieć,
a chce dużo, w najkrótszy z możliwych sposobów.
Zaczyna się dobrze. Od miłego słowa „miłe”. Ale zaraz wiadomo,
że to początki złego. I od początku do końca droga krótka. Tak to
ze złem bywa. Tu to, co złe, ma początek i koniec, początek miły,
koniec tak niemiły, że żałosny.
Początki z końcami zestawiamy od początku świata i do końca
będziemy je zestawiać. Jak coś ma początek, będzie miało i koniec,
a jak jest czegoś koniec, to i początek musiał być. Początek się
czasem z końcem styka, bo nie tak łatwo odróżnić koniec początku
od początku końca, zwłaszcza gdy środka nie ma.
Zestawiając tak początki i końce, nie unikamy aksjologizacji,
przyporządkowywania jakichś dóbr i zeł tym dwom rzeczom,
zjawiskom, pojęciom.
I zazwyczaj okazuje się, że ważniejszy, piękniejszy, mądrzejszy,
lepszy bywa nie początek, lecz koniec. Jeśli koniec dobry, początek
może być przykry. Korzeń nauki gorzki, ale owoc słodki. Nieważne, jak
zaczynam, ważne, jak skończę. Po tym niektórzy poznają
prawdziwego mężczyznę.
Ta przewaga końca nad początkiem wydaje mi się dziwna i nieco
denerwująca. Koniec, już przez to samo, że koniec, nie jest wcale taki
dobry. Co z tego, że koniec będzie do niczego, jak go jeszcze nie ma?
I co z tego, że będzie dobry, jak to będzie koniec? Oczywiście tego
dobrego koniec, i w ogóle koniec, nic nie będzie, i co w tym dobrego?
A poza tym koniec i co dalej?
Bo ważne jest, żeby potem było dobrze. Teraz wiele zniosę, bylem
wiedział, że to się potem opłaci. Za rok, za dziesięć lat. Na koniec
życia. Po śmierci wreszcie. Zacząłem byle jak, ale jeszcze sporo przede
mną, a na końcu się okaże.
Pewnie, że u Krasickiego chodzi nie o zestawienie samego początku
z samym końcem, lecz o przeciwstawienie miłego początku złego
postępowania, działania z niedobremu końcowi, a niedobremu tu
akurat przez to, że szybkiemu. Uważaj, nie czyń źle, niech ci doraźna
przyjemność przyszłości nie zniszczy.
I patrzaj końca. Respice finem. Myśl o tym, jak się może skończyć
to, co robisz. I w ogóle to wszystko. Jak się może skończyć? Końcem,
oczywiście. Jak będzie koniec, to się skończy.
Nie mogę się oprzeć przekonaniu, że i te woły, i ten konik polny,
i wszyscy nie za bardzo i nie zawsze myślący o końcu, coś z tego życia
mieli.
237
Miło szaleć, kiedy czas po temu
Jan Kochanowski (1530–1584) „Pieśni” (wyd.
1585)
Szaleć miło chyba w ogóle, jeśli dobrze rozumiem, co tu znaczy szaleć.
Rzecz w tym, że tu nie tylko miło, lecz i względnie bezpiecznie,
i niezbyt nagannie. To chyba szalona przyjemność.
„Szalenie” jest całkiem dobrym rzeczownikiem od czasownika
„szaleć”, ale rzadko się go używa. Nie mówimy na ogół rzeczownikowo
o czynności szalenia, zapewne poniekąd dlatego, że nazbyt by to
stabilizowało i poważniło tę szaloną czynność, jeśli zresztą w ogóle
można ją nazwać czynnością. Jeśli szalejemy, to czasownikowo.
A „szalenie” to też (przede wszystkim, niemal wyłącznie)
przysłówek. I oznacza wcale nie poziom zwariowania, lecz
intensywność cechy, i to raczej miłej niż niemiłej. Szalenie ciekawe.
Tak bardzo i tak często to oznacza, że się szalenie
skonwencjonalizowało i kiedy słyszymy, że komuś na sam nasz widok
robi się szalenie przyjemnie, to nie traktujemy tego tak szalenie
dosłownie. Nie szaleje on z tej przyjemności, mało tego, może w ogóle
nawet się nie cieszy, tylko tak mówi. Albo tak samo mu się
powiedziało.
To część ogólnego zjawiska intensyfikacji środków wyrażania uczuć
i emocji. Bardzo to już nie bardzo mocno, wyjątkowo to wyjątkowo
słabo, szczególnie też jakoś nieszczególnie. Trzeba silniej: niezwykle,
niebywale, niesamowicie, czasem cudownie, czasem fascynująco,
a czasem nawet strasznie czy wręcz straszliwie. A jak trzeba bardziej
jeszcze, mamy obłęd: obłędnie, wariacko... Szalenie to jeszcze z tego
wszystkiego najspokojniej. I elegancko. Szalenie elegancko,
wytwornie. Szalenie mi miło.
Miłe takie szalenie, ale i szalenie szalejące jest miłe, choć podczas
samego szalenia trudno sobie z tego zdawać sprawę. Szalejąc, nie
myślimy o niczym abstrakcyjnym, nawet o tym, że właśnie szalejemy.
Ale potem może nam być nieswojo, bo takie szalenie nie bywa zwykle
społecznie akceptowane.
Chyba że właśnie czas po temu. Horacy pisał „nunc est bibendum!”
– czyli „teraz jest czas pijaństwa!”. Dziś co najwyżej mrukliwie
konstatujemy, że pora by wypić. I Horacy, i Kochanowski, i my w tych
właśnie sytuacjach odwołujemy się do idei czasu wyznaczonego,
przeznaczonego do jakiejś czynności, na jakąś aktywność, na coś
właśnie, na jakieś to, nie na co innego. Eklezjasta mówił, że jest czas
siewu i czas zbierania. Tak sobie myślimy czasem o czasie: że właśnie
czegoś czas. Czas na mycie zębów i na piwo. Czas wstawać i czas
na nas.
A jak tak pomyślimy, to i zrobić trzeba, jak na przykład czas
do roboty. Albo czasem można, jak czas na odpoczynek. Wtedy się
łatwo usprawiedliwić. Nunc est bibendum. A kiedy jest to nunc,
możemy sami zadecydować.
Z tego, że miło szaleć, kiedy po temu czas, wynikałoby, że kiedy nie
czas, to niemiło. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym szaleć, gdyby mi
było to niemiłe.
Może zawsze, kiedy szaleję, jest właśnie czas szaleć?
238
Miłość ci wszystko wybaczy
Julian Tuwim (1894–1953), piosenka z filmu
„Szpieg w masce” (1933)
Film „Szpieg w masce” mało kto pamięta, piosenkę, a przynajmniej jej
pierwsze słowa, chyba wszyscy. Trochę dlatego, że śpiewała ją Hanka
Ordonówna, trochę dlatego, że muzyka była Warsa, ale przede
wszystkim dlatego, że Tuwim, wyjątkowy intuicyjny znawca języka,
wiedział, jak zestawiać słowa. I jak z tak zgranego, choć pięknego,
zresztą dlatego zgranego, że pięknego, motywu jak miłość zrobić coś
nowego. O miłości wszystko już powiedziano, słowo „miłość”
wyświechtano na wszelkie sposoby. Może co najwyżej jakaś głęboka
refleksja się pojawić, ale fraza? I to bez sięgania po absurdalne
porównania w rodzaju cygańskich dzieci?
A ma to być nie byle jaka fraza, tylko szlagwort, słowa, które nas
uderzą i przyciągną, i które będziemy powtarzać, fałszywie nucąc,
w różnych sytuacjach, myśląc czasem, a częściej bezmyślnie.
Zacznijmy od samego słowa „miłość”. Ono dobrze lokuje
świadomość odbiorcy, wiemy, o czym będzie mowa. Gdy mówimy (lub
śpiewamy), zaraz po miłości robimy krótką przerwę, żeby tekst dobrze
„stematyzować”, żeby wszyscy pomyśleli. Ogary... poszły w las.
Ideał... sięgnął bruku.
Ale tekst dopiero się rodzi, jest jeszcze przed wypowiedzeniem.
Do miłości, użytej poważnie, bez obawy o banalność, w mianowniku,
dodajemy to, co ci, odbiorco, najbliższe, czyli ciebie. To o ciebie
chodzi. Prawda, już literatura, nadużywając drugiej osoby liczby
pojedynczej i wciąż się do ciebie zwracając, trochę tej formy nadużyła,
a agitacja i reklama dzieło to prowadzą nachalnie dalej, ale ciągle,
co ty, to ty. Ciebie dajemy już w rzadszym przypadku gramatycznym,
w celowniku, bardziej zwracającym uwagę niż zwykły dopełniacz czy
biernik, a jednocześnie krótszym niż niezręczny narzędnik. „Ci”.
Oczywiście, ze względów gramatycznych też.
Po tym tobie dajemy kwantyfikator ogólny, zwany także wielkim.
„Wszystko”. Wszyscy. Zawsze. Dobrze się to nadaje do aforyzmów,
a szlagwort może przypominać aforyzm, żeby go potem głęboko
cytować. To prawda ogólna, a jeśli nawet nie, to aforyzmowi wybacza
się wiele (żeby nie rzec: „wszystko”), szlagwortom jeszcze więcej.
I wiemy, że wielkie kwantyfikatory nigdy nie są zupełnie serio. Nigdy?
Co ci zrobi wszystko miłość? Tu także w wypowiadaniu, a na pewno
w śpiewaniu, robimy pauzę. I potem, silnie: „wybaaczy”. Z akcentem,
z przedłużonym „a”. A ty pomyśl: „miłość mi wszystko wybaczy”.
Zawsze będzie w porządku. Trzeba mi dużo wybaczać. Lubię czuć się
pewnie. A jak nie wybaczy, znaczy, nie była to prawdziwa miłość. A ta
miłość, mój miły, to ja. Taka metonimia, czyli tutaj akurat wyrażenie
cechy jako osoby, nie tylko uatrakcyjnia poetycko, ale wspaniale
uosabiając, emocjonalizuje przekaz.
A naprawdę przecież chodzi o wyrażenie myśli, że miłość jest ślepa,
czyli że zaślepia, co zauważono już dość dawno. Jest to już u Platona.
239
Misiek, chcesz cukerka?
Olga Lipińska, „Kabaret Olgi Lipińskiej”, TVP
Potrójna infantylizacja. Po pierwsze, że Misiek, po drugie, że cukierka,
po trzecie, że cukerka. A może i poczwórna, bo „chcesz?” też w końcu
jest prostacko dziecięce.
„Misiek” ma zdrabniający przyrostek, ale nie jest dalszym
zdrobnieniem,
spieszczeniem
„misia”.
Misiek
jest,
wbrew
słowotwórczym zasadom, pewnie większy od misia, mniej pewnie
puchaty i dobroduszny, a może nawet, strach powiedzieć, groźniejszy.
To zresztą nie sztuka, miś jest wyjątkowo mało groźny. „Misiu” mówiło
się często do kogoś, z kim było się blisko. Tak często, że Jerzy
Dobrowolski wyśmiewał się z tego w znakomitym powiedzeniu „biedny
miś”. Teraz chyba rzadziej się takiego misia używa. Żeby nie było zbyt
dobrodusznie, robiło się z tego misia miśka, przez co kontakt był mniej
czuły, stawał się luźniejszy, ale bardzo swobodny. Misiek. To mógł być
także pseudonim, jakaś ksywka kogoś, kto zapewne jest silny.
Zwracamy się do niego w mianowniku. Do misia mówimy raczej
„misiu” niż „miś”, ale do miśka „miśku” rzadko powiemy. Tu działa taki
luz, że wypada mówić „misiek”. I jak tak mówimy, czujemy,
że jesteśmy z miśkiem za pan brat, i wiemy, że warto.
Cukierek bywa metaforą oferowanych dóbr. To taka odmiana
marchewki, którą można kusić. Dostać cukierka, to dostać jakieś
niewielkie dobra, czasem w uznaniu niewielkich zasług, czasem
w dowód miłego traktowania, często na odczepnego. A ten, kto chce
dostać cukierka, a potem dostaje, jest trochę małoduszny. Ale
możemy tego cukierka oferować w dobrej wierze, do zyskania
sympatii albo z sympatii, albo też dla przeproszenia, albo wreszcie dla
wprowadzenia kogoś w dobry nastrój. „Chcesz cukierka?” może
pokazywać, że chcemy, żeby temu z cukierkiem było lepiej.
A „cukerek” jest gwarowy, warszawski, niedbały i dość prostacki.
I dziecinny. Bardziej pokazuje, że oferent nie ma nic złego
i skomplikowanego na myśli i w intencji, że po prostu z dobrego
prostego serca oferuje tego cukierka komuś, z chęcią podzielenia się
tym, co ma.
I wprost pyta: „chcesz?”, nie: „czy chcesz”, nie: „może się
poczęstujesz”, nie, on wie, że naprawdę chcemy albo nie, i to go
interesuje.
Ale misiek może czuć, że w ten sposób chce się go zagłaskać.
I że jeśli nawet wzbudza realny szacunek i podziw dla posiadacza
cukierków, to te uczucia nie są pokazywane w sposób należyty.
I cukierka nie chce.
Kiedy to cytujemy, nie wcielamy się w rolę dobrodusznych
cukierkodawców
chcących
obdarowywać
cukierkami
lubiane
i szanowane ważne miśki. Wręcz przeciwnie, pokazujemy, że ten,
komu to proponujemy, to dla nas zwykły misiek, bo to słowo może
czasem wyciągać na powierzchnię właśnie swobodę stosunku, która
czasem dość niesympatycznie może pokazywać coś przypominającego
lekceważenie.
240
Młodości! dodaj mi skrzydła!
Adam
Mickiewicz
(1798–1855)
do młodości” (1820)
„Oda
„Dodaj”, nie „podaj”, jak się większości dziś wydaje, co, gdyby było,
dziwnie sprowadzałoby młodość do roli rękodajnego. Choć właściwie
rękodajny powinien podawać rękę. „Młodzieńcze, bądź tak dobry
i podaj mi rękę, leży koło szafy” – żartował kiedyś Mrożek.
„Oda do młodości” należy do najbardziej cytatonośnych utworów
polskiej literatury. Najdziwniejsze rzeczy tam pomieszczone – i bryła
świata z posad (jakie są posady bryły?), i płaz w skorupie (żaden płaz
jako żywo skorupy nie ma), i wylatywanie nad poziomy (przecież to
niemożliwe, wszędzie jest jakiś poziom, choćby i najwyższy), i ludy
szkieletów, i potrząsanie kwiatem, i powiązane złotą nicią serca,
i myśli zestrzeliwane w ognisko – stały się szybko cytatami i przez
wiele dziesięcioleci były powtarzane z głębokim zapałem, choć nie
zawsze z równie głębokim zrozumieniem. Wszystko to zachwycało
i zdumiewało, bo Mickiewicz wielkim był poetą.
Z tych cytatów chyba to właśnie wezwanie do młodości, do której
zresztą jest cała oda, najłatwiej uznać za sztandarowe. I w sumie
zrozumiałe, bo metafora „skrzydlata” jest dość prosta. I na skrzydlate
słowa te słowa o skrzydłach szczególnie się nadają.
Dodaje się czasem coś, czasem czegoś. Gdy to abstrakcja, częściej
dodaje się czegoś: otuchy, nie otuchę. „Młodości, dodaj mi skrzydeł!”
– tak chyba byłoby właściwiej. Mickiewicz w autografie napisał „doday
mi skrzydło”. Jedno? No to może ta dzisiejsza wersja też mówi
o jednym skrzydle? I chodzi o dodanie jednego skrzydła? „Młodości,
dodaj mi skrzydła”. Nie je, nie te dwa skrzydła. I nie je, nie to jedno
skrzydło. I nie ich, rzecz jasna, tych skrzydeł. Dodaj mi go, tego
skrzydła, jak tej siły czy otuchy, albo jak tego ducha.
Chyba trochę rozdziwaczyłem te skrzydła. A myśl przecież prosta.
I powtarzana często, od Księgi Psalmów. Kochanowski dziwi się,
że skrzydła właśnie ma, w piosence dziewczę chce mieć skrzydłeczka
jak gąska. Chcemy latać, niekoniecznie w dziedzinę ułudy, kędy zapał
tworzy cudy.
Mickiewicz, kiedy to pisał, był młody niewątpliwie. To jego własna
młodość miała mu (i mogła) dodawać skrzydeł. Powtarzając cytat,
abstrahujemy często od wieku. Do młodości wołają więc i starsi
panowie; albo jej w sobie upatrując, wewnątrz gdzieś, albo z zewnątrz
jej wzywając jako czegoś, co pomóc może. Ta nasza młodość, ten
piękny czas, ta para skrzydeł zwiniętych w nas, jak przez lata
śpiewano w Piwnicy pod Baranami. Gdzieś przecież musi być.
U Mickiewicza młodość, jego własna, nie tylko skrzydeł dodaje. Jej
lotów potęga jest orla, a ramię jej jako piorun. Jest czymś wielkim
i potężnym, to ona pocznie na swoim łonie świat ducha. Ale kiedy
młodość wylatuje nad poziomy i przenika ludzkości całe ogromy, to
ona jest nim, a on nią.
Jak się jest młodym, to wszystko jedno.
241
Młoty w dłoń, kujmy broń!
Ignacy Rzońca (1878–1910) „Na barykady”
(koniec XIX w.)
Nie wiadomo, kto właściwie na te barykady wzywał, autorstwo Rzońcy
nie jest pewne, ale wezwanie do roboczego ludu powtarzano często,
głośno i z zapałem. Zwłaszcza krótkowersowy refren brzmiał mocno,
a zapowiedź miotania w dal iskier przez właśnie kutą stal miała też
wymiar metaforyczny, że przypomnę tu formułę Kwintusa Rufusa
o płomieniu z iskry, powtórzoną przez Odojewskiego na początku XIX
wieku, a potem użytą przez Lenina w wiadomym celu.
Młoty w dłoń. Liczby gramatyczne na ogół odpowiadają
rzeczywistości prosto. Jak czegoś wiele, to mnoga, jak jedno, to
pojedyncza. Ale czasem jest inaczej, pojedynczo nazwany wróg
na przykład może być naprawdę mnogi, a o jednym zamiarze da się
powiedzieć jako o zamiarach. Tu na pewno dłoń nie może być jedna,
nawet jednemu człowiekowi trudno jeden ciężki przecież młot jedną
chwycić dłonią. Co dopiero liczne młoty. W takich wezwaniach to
gramatycznie usprawiedliwione, nie możemy wzywać do chwytania
jednego młota przez lud roboczy, a dłonie z bronią się nie zrymują,
bo broń musi być gramatycznie pojedyncza.
Wśród wielu ideologicznych opozycji, takich jak: początek – koniec,
przeszłość – przyszłość, racje – emocje, słowa – czyny, mamy też
miecze i lemiesze. Nie pamiętamy dziś dobrze, że lemiesz to była
część pługa, a wielu nie pamięta nawet, co to był pług, ale wiemy,
że miecze to walka, a lemiesz to praca. Lemiesze przekuwało się
w razie potrzeby na miecze, co mamy już w proroctwie Izajasza,
a z pałaszy skrwawionych swobodni oracze mogli potem czynić
z powrotem lemiesze (jak pisał Romanowski), gdy pokój nastawał.
Czasem przetwarzanie narzędzia pracy w oręż było prostsze: kosy
osadzało się na sztorc. Ale i wtedy kuło się je, co malarze, jak choćby
Grottger, czynili atrakcyjnymi przedmiotami sztuki.
I do kucia kos, i do przekuwania lemieszy na miecze potrzebne były
inne narzędzia pracy, młoty mianowicie. Młot jest niejako
„metanarzędziem”, narzędziem przetwarzającym narzędzia. Jeszcze
nie walczymy, dopiero się do tego bierzemy. Ale serio, silnie i groźnie.
A młot sam w sobie jest groźny i przywołuje samą nazwą
wyobrażenie siły. Wezwanie „młoty w dłoń” może wroga przestraszyć
obrazem ogromnej siły i groźnego przedmiotu, którym i cisnąć,
i uderzyć można. Był młot przecież atrybutem najsilniejszych bogów,
jak Thora i Hefajstosa. Karol zwany Młotem był władcą silnym
i groźnym, pokonał arabskie zastępy. Skuteczne sposoby zwalczania
niebezpiecznych czarownic nazwano „Młotem na czarownice”. Młot
jest w rewolucyjnych działaniach dobrym symbolem, a w połączeniu
z sierpem raczej nie stracił wyrazistości.
W naszej potocznej polszczyźnie jednak nie z siłą się wiąże, lecz
z prymitywną tępotą. Używane jest wyzwisko „ty młocie”, głównie
przez młotów.
242
Momenty były?
Andrzej Zaorski, radiowy kabaret
Pewnie, że były, zawsze są. Wszystko się składa z momentów,
a większość momentów już była. Minęły, ale o nich pamiętamy. „Bo są
momenta, co się pamięta, choćby się żyło i tysiąc lat” – mówiła dawno
temu żartobliwa językowo piosenka. Momenty właśnie się pamięta, to
prawda. Memento ma coś wspólnego z momentem. Moment w łacinie
to ruch, poruszenie.
Dziś moment to chwila, krótka nawet jak na chwilę. Czasem nawet
są razem: „chwila moment”. To już naprawdę bardzo krótko. Jeśli coś
ma być za moment, to poczekamy. Jeśli sami chcemy zapewnić
o natychmiastowości, powiemy nawet, że wręcz w tym momencie.
Czyli już, teraz. „Momentalnie” to tyle, co od razu, inaczej niż
„chwilowo” wskazujące, że tylko na razie.
Ale tu chodzi o co innego. Nie o to, czy były jakieś krótkie odcinki
czasu (jak mogłoby nie być?), tylko o to, czy były pewne momenty
szczególne, których nazwać od razu nie wypada, a o które wiadomo,
że chodzi.
Wiadomo, że chodzi, rozumiemy się nawzajem, a powiedzieć nie
powiemy, nazwać momentów jakoś nie możemy ani ich bliżej określić.
Może dlatego, że i tak się rozumiemy? Może po trosze, ale głównie
z innych powodów.
Po pierwsze, nazywając, możemy być wulgarni. Albo jakoś inaczej
językowo niestosowni, odwołując się do tej delikatnej w końcu
materii, o której myślimy, a w pewnym sensie i mówimy. Po drugie,
gdybyśmy nazwali, jakkolwiek, to stracimy ten szczególny rodzaj
porozumienia, w którym to, co nie jest wysłowione, właśnie przez to
niewysłowienie (a raczej dzięki niemu) jakoś rozmówców może łączyć.
Te momenty są szczególnie atrakcyjne. Jeśli są, warto patrzeć,
słuchać, oglądać, czytać. Szuka się ich, czeka na nie. A może będą?
Na pewno tak. Gdyby miało nie być, gdybyśmy o tym wiedzieli, może
nasza uwaga byłaby inna, bardziej solenna, poważna, albo w każdym
razie zgodna z rozwojem czy budową tego, co oglądamy czy czytamy.
Ale może wcale byśmy nie czytali i nie słuchali.
A jeśli wiemy, że będą, wiele zniesiemy. Poczekamy. Będą.
Co z tego, że wiele po drodze piękna i trafności: za moment będę
momenty. Byle ich nie przegapić. Nawet jak będzie niewiele, nie
możemy ich przeoczyć, nie darowalibyśmy sobie.
Potem zdajemy sprawę z tego, cośmy widzieli. Skoro widzieliśmy,
szukamy potwierdzenia dla naszego wyboru oglądania. I, oczywiście,
momenty są dobrym usprawiedliwieniem naszej inwestycji czasowej.
Ten, komu opowiadamy, jeszcze nie wie, nie widział, nie czytał.
Zachęcimy go, najlepiej opowiadając o momentach, na które i on
przecież poluje. „Były momenty?” – pyta. A, jak bardziej napalony:
„Momenty były?”. „Jasne, że były”.
Chodzi oczywiście o seks.
243
Może by tak co zaorać...
Sławomir Mrożek (1930–2013) „Indyk” (1960)
Chłopów w „Indyku” ogarnęła indolencja. Wiedzą, że czegoś powinni
chcieć, a nawet coś robić, ale nie mogą. Z podstawowej przyzwoitości,
która wiąże się z poczuciem wstydu, próbują coś sobie samym
proponować, bez nadziei na powodzenie. A może by co zasiać, choćby
i zboże? A może co zaorać, na przykład pole? Albo co innego...
Ponieważ pytanie pozorne, to odpowiedź naturalna: iii..., eee... Tu jest
to takie lekceważące, że niefortunny propozycjodawca zaraz
wstydliwie się wycofuje, mówiąc, że on to tylko tak, że to nie
na poważnie.
A może by tak coś zrobić? Albo inaczej: zrobić by tak co...
Jeżeli są jakieś gramatyczne wykładniki, stałe formy, to trzeba
uznać, że istnieje jakaś językowa kategoria. Formę czasownika
zakończoną na „ć” uznajemy za bezokolicznik. Jeśli mamy cząstkę
„by”, która dodana do czasownika zmienia jego znaczenie, to
uznajemy, że mamy gramatyczny tryb warunkowy, zwany także
przypuszczającym. Ale czasami mamy takie podwójne formy:
na przykład „ć” razem z „by”. „Rzucić by to wszystko...”. Może można
by to uznać za osobny tryb, taki np. „imaginatywny”, czyli „marzący”?
Ech, uznać by to za tryb, i już...
Zaorać by tak coś... Jak tak mówię, wiem, że nic nie zaorzę, chociaż
chciałoby się... Czasem mogę też o coś takiego zapytać, a najlepiej
nadaje się do tego partykuła „może”: „a może by tak co zrobić?”.
Tak pytamy głównie po to, żeby o coś zapytać i żeby przed innymi,
a najbardziej przed sobą samym, móc uchodzić jeśli nie za człowieka
czynu, to przynajmniej za człowieka, który czyn sobie ceni,
a w każdym razie, jeśli i to nie, to za takiego, który wie, że czyn
należy cenić.
Chłopi sieją i orzą. Chłopi w „Indyku” (zresztą chyba nie tylko tu)
siedzą, piją piwo i leniwie rozmawiają. Ogólna niemożność, która ich
dopadła, nawet ich rozmowy czyni wyjątkowo rozleniwionymi. Ale
przecież czasem przychodzi im do głowy, że trzeba by coś zrobić.
Na przykład coś zaorać albo wziąć i zasiać coś. Albo co.
O, właśnie: „trzeba by”. „Wypadałoby”. „Dobrze byłoby”. Kiedy tak
mówimy, nasza dyspozycja etyczna zdaje się zastępować dyspozycję
działania. Wystarczy, że to wiemy, że to przyznamy – i jesteśmy jakoś
w porządku.
Cytujemy chłopów z „Indyka” żartobliwie, śmiejąc się z tych, co nie
mogą, a także z siebie, że nam się nie chce. Wiemy, że nam się nie
chce. Ale ci jesteśmy dopiero! W wesołej kompanii lenistwo dobrze
pasuje i wypada nawet być trochę leniwym.
Ale ma to czasem inny aspekt. Kiedy mówię: „może by tak
co zaorać...”, mogę zdawać sprawę z drzemiącej we mnie
niesprecyzowanej chęci zrobienia czegoś. Zaraz coś zrobię, tylko
jeszcze nie wiem co. Może coś zasieję?
Kto wie?
244
Mój ci jest!
Henryk Sienkiewicz
(1900)
(1846–1916)
„Krzyżacy”
Tak woła, jak pamiętamy, Danuśka, nakrywając nałęczką głowę
Zbyszka z Bogdańca i ratując go tym samym, zgodnie ze starym
zwyczajem, od katowskiego topora, ku radości widzów i oburzeniu
krzyżackiemu.
I jest jej, bo żeby łaska była skuteczna, muszą się pobrać. Anegdota
mówi, że jeden ze skazanych, zobaczywszy damę, która go tak
wyzwoliła, zwrócił się do kata: „Panie Jakubie, wieszaj waćpan!”.
Danuśka stosuje przyjętą formułę, która w swej językowej
strukturze nie odwołuje się do sprawstwa, na co mógłby na przykład
wskazywać rozkaźnik, nie mówi o przyszłości – nie, ona stwierdza,
że zaklęcie już zadziałało, że Zbyszko już jest jej. Można by było
sądzić, że właściwie dopiero się przecież staje, i żeby się stało, trzeba
formułę wypowiedzieć. Okazuje się, że ważniejszy jest magiczny gest
nakrycia głowy, a słowa są już tylko stwierdzeniem faktu.
Okrzyk jest krótki, zaczyna się od zaimka dzierżawczego pierwszej
osoby, tutaj najważniejszego. Można by właściwie do niego okrzyk
ograniczyć. Czasownik egzystencjalny „być” jest, owszem, ważny, ale
też często dla tej swojej ważności bywa opuszczany, bo sam przez się
się rozumie. Jest tu jeszcze ciekawy celownik zaimka drugiej osoby
liczby pojedynczej, używany dla wzmocnienia, tak zwany dativus
ethicus.
Takie „ci” jest charakterystyczne dla mowy emocjonalnej, wydaje
się przy tym wskazywać na funkcję fatyczną, czyli kontaktową. Kiedy
użyję tego „ci”, nawet bez odniesienia logicznego do słuchacza, mogę
wywołać jego większe zaangażowanie. „A to ci dopiero!” jest silniejsze
od „a to dopiero!” właśnie o to „ci”, a przy tym odbiorca („ty”) może
poczuć, że to się jakoś bardziej do niego odnosi. Kiedy mówię „masz ci
los”, to nie daję rozmówcy żadnego losu oczywiście, gdy mówię „to ci
kłopot”, nie wiążę naprawdę tego kłopotu z żadnym „tobą”. „Ale ci
było!” to wcale nie tobie musiało być. Kiedy takie „ci” dodaję, to może
się zdawać, jakbym dzielił się, przynajmniej formalnie, a przy tym
emocjonalnie, intuicyjnie, tym losem, tym kłopotem i tym, co było,
z kimś, kto mnie słucha.
Danuśka, wołając, że Zbyszko jest jej, dodawała to „ci” dla
wzmocnienia, ale też zwracając się do wszystkich słuchających,
do tych ważnych i do gawiedzi. Takie potoczno-ludowe „ci” pojawia
się i przy gdybaniu na temat skrzydłeczek jak gąska („gdybym ci ja
miała” – to też zresztą ta sama Danuśka), i przy Krakowiaczku, który
jest przez to bardziej sobą („Krakowiaczek ci ja”). Czasem skraca się
do samego „-ć” i łączy z innymi słowami, i mamy „bogać tam!”.
I on był ci jej, i wszyscy o tym się dowiedzieli. I od czasu do czasu
dzisiaj, gdy ktoś jest czyjś i gdy ten, czyj on jest, chciałby bardziej to
poczuć i mocniej stwierdzić, może sobie pomyśleć, jeśli nie
powiedzieć: „mój ci jest!”.
Ale tak może powiedzieć tylko kobieta o mężczyźnie. Ten przywilej
ratowania spod topora nie rozciągał się na niewiasty.
245
Mów do mnie jeszcze
Kazimierz
Przerwa-Tetmajer
„Preludium XXXV” (1894)
(1865–1940)
Ta prośba poety jest serio, jest poważna i głęboka. Za taką rozmową
tęsknił lata, a teraz ludzie nie słyszą, więc mów. Dwa ważne warunki:
tęsknota do rozmowy i jej prywatność, intymność, brak świadków.
Ale co to za rozmowa, kiedy jedno mówi do drugiego? Rozmowa
jest wtedy, kiedy najpierw mówi jedno, drugie słucha, potem
na odwrót, z mówienia wynika słuchanie, z tego słuchania mówienie,
i znowu... Rozmowa to wymiana.
A tutaj: „mów do mnie!”. Można sądzić, że nie o wymianę tu chodzi,
że satysfakcja płynie z dostawania, ze słuchania. Ty mów, ja będę
słuchać. W rozmowie często bywa tak, że jedno nastawione jest raczej
na mówienie, drugie na słuchanie. Gdy spotkają się dwie osoby
przygotowane do mówienia, bywa kłopot. Podobnie, gdy uczestnicy
rozmowy widzą się głównie w roli słuchaczy.
„Pozwól mi mówić!”, „dlaczego mnie nie słuchasz?”, „teraz może ja
coś wreszcie powiem”. Słyszymy to często, czasem mówimy. Cóż to
za rozmowa, w której czujemy się tylko biernymi słuchaczami. To
bywa bardzo przykre, niemal tak, jak słuchanie takich pretensji. Kiedy
ktoś dopomina się o możliwość mówienia, a my nie sądzimy, że ją
blokujemy, może się nam wydawać, że nasz partner nie rozmawiać
chce, tylko powiedzieć swoje. Jemu też się tak wydaje.
Zatem może właśnie zachęta do mówienia jest w rozmowie
pożądana? Niezupełnie. Kiedy słyszę coś takiego jak właśnie: „mów,
proszę!”, „a ty co masz do powiedzenia?”, „no, słucham, powiedz...”,
wcale się nie cieszę. Trochę jest to na zasadzie „ja już powiedziałem,
teraz ty wygłoś swoją kwestię”, albo „widzisz, jaki jestem uprzejmy,
proszę, pozwalam ci mówić”, albo „mów, mów, a ja cię posłucham”.
Niezbyt to wszystko sympatyczne.
Poniekąd dlatego, że w takiej rozmowie cenna jest spontaniczność.
Dobrze jest, kiedy rozmawiający nie ustalają ról, kolejności i zasad.
Kiedy mówi ten, kto bardziej musi, a ten słucha, kto akurat jest
ciekawy. Jeśli nie jest to oczywiste i czasem razem się mówi, a potem
chce słuchać, trudno, zawsze się jakoś dogadamy. Bez szczegółowego
planu.
Poeta chce słuchać. Czego chcemy słuchać? Ciekawych rzeczy,
zapewne. Rzeczy miłych, komplementów chociażby, to oczywiste.
Czasem czegoś, czego oczekujemy, co powinno być wypowiedziane.
A często po prostu chcemy słuchać, bo mówi ktoś, kogo słuchać
lubimy. Na przykład lubimy głos, intonację, sposób mówienia. „Mów
do mnie jeszcze...”. Mów cokolwiek, tak lubię cię słuchać... To może
być miłe, ale nieco denerwujące. Chcielibyśmy przecież, żeby nas
słuchano także dlatego, co mówimy, nie tylko jak.
A gdy poetę cytujemy, bywa niestety jeszcze gorzej. Naprawdę nie
jest ważne nie tylko to, co mówisz, ale nawet to, że w ogóle mówisz.
„Mów do mnie jeszcze...”, „mów sobie, mów”, „gadaj zdrów” (nie ma,
co ciekawe, „mów zdrów”). A ja i tak wiem swoje i swoje zrobię.
A ty sobie mów, proszę. Jeszcze.
246
Mów mi wuju!
Henryk Sienkiewicz (1846–1916) „Potop” (1886)
W „Potopie” są trzy krótkie zdania o wuju, wszystkie świetnie
nadające się do cytowania i istotnie cytowane. Dwa z nich wygłasza
znany z lapidarności pseudosiostrzeniec Zagłoby Roch Kowalski: „wuj
to wuj” i „wuj nie łże”, trzecim, stanowiącym o tej jakoby rodzinnej
relacji, jest właśnie to zaproszenie do nazewniczo scharakteryzowanej
komitywy.
Mamy tu dwa ciekawe zjawiska językowe. Po pierwsze,
pragmatyczne ustalenie relacji między rozmówcami, po drugie,
arbitralne, ale uprawnione rozszerzenie zakresu znaczeniowego
pewnej nazwy.
Ustalanie relacji między rozmówcami czasem ma charakter
werbalnej umowy. Ta umowa może mieć charakter rytualny:
najbardziej znaną jej postacią jest bruderszaft, na który oprócz słów
składają się pocałunki i wychylenie w odpowiedniej, dziwnej pozycji
naczynia z alkoholem. Ale i bez tego można się umówić
co do zwracania się do siebie, co nie musi być symetryczne.
Zachowała się umowa dwóch szlachciców, z której wynikało, że gdy
jeden drugiego będzie nazywał „Jaśnie Wielmożnym Panem”, ten
drugi będzie mu mówił „pan”, gdy jednak ten pierwszy będzie mówił
do drugiego „pan”, ten drugi będzie się doń zwracał per ty.
Najczęściej sami wiemy, jak się zwracać, czasem jednak potrzeba
propozycji z jednej strony. „Możesz do mnie mówić »Boże Ojcze«”
zaproponował Franc Fiszer komuś niepewnemu, jak go tytułować.
Zagłoba nie tylko dla uproszczenia skomplikowanych więzi rodzinnych
zaproponował „wuja”, zrobił to także dla uzyskania realnego wpływu
wujowskiego autorytetu na pożytecznego niby–siostrzeńca.
„Wuj” to słowo najprostsze wśród wszystkich odnoszących się
do pokrewieństwa i przez to najwygodniejsze. W niektórych
społecznościach, świadomych niepewności ojcostwa, ale świadomych
pewności macierzyństwa i braterstwa, słusznie wujowi przyznaje się
rodzinną władzę. Roch miał rację, mówiąc, że wuj to wuj. Ale najpierw
„wuj” wyparł całkiem „stryja”, a potem wujostwo, jak w „Potopie”,
zaczęło określać także inne męskie skoligacenia. Każdy starszy krewny
może być dziś nazywany „wujem”, tak jak młodszy „kuzynem”.
Z innych literatur przejęliśmy „wujaszka Wanię”, „wuja Toby’ego”
i „wuja Toma”; „wuj Sam” jest dla nas w sumie dość sympatyczną
personifikacją USA. Rozprzestrzeniła się też moda na nazywanie
„wujkiem” przyjaciół rodziców i zbliżanie w ten sposób więzi
przyjacielskich do rodzinnych.
Powiedzenie „mów mi wuju” miało też odgrywające niebagatelną
rolę wartości eufoniczne, dobrze się je wymawiało i dobrze brzmiało.
Mówiącemu
pozwalało
na
ustalenie
stosunków
nieco
paternalistycznych, dominacyjnych, ale przy tym było ciepłe i życzliwe,
więc trudno je było odrzucić. Aż szkoda, że nie przyjęło się jako
ogólna formuła „wujoszaftu”, mimo popularności literackiej.
Ale może właśnie przez nią.
247
Mówi się?
Dawne pytanie telefonistek
To pytanie o kontakt. Nie tego, kto pyta, tylko tego, kto jest pytany,
albo tych, co są pytani. Tak się mówi, a raczej mówiło, kiedy się
pytało, czy rozmowa telefonicznych partnerów trwa. Czy się odbywa.
Czy kontakt, czyli kontrakt z pocztą, która łączy swoimi łączami, jest
realizowany. Czy wszystko w porządku. Bo może się nie mówi, może
się nie zaczęło mówić albo się skończyło, albo, co byłoby bodaj
najgorsze, się przerwało. I tu to nie ci przerwali, co rozmawiali, tylko
się przerwało na łączach i rozmowa przerwana. I wtedy trzeba będzie
interweniować.
I pytało się tak bezosobowo, bo bardziej chodziło nie o to, żeby
konkretni ludzie rozmawiali, lecz o to, by sama rozmowa trwała,
toczyła się. W takich okolicznościach używamy „się”; mówi się
na przykład, że stąd tam idzie się dwie godziny i nieważne, kto idzie.
I o normach tak się mówi, na przykład, że tak się robi, a owak się nie
robi.
Panie telefonistki pytały tak bardzo bezosobowo, że nie ograniczały
tego do gramatyki, lecz nawet głos ustawiały do możliwej
bezbarwności, a pytanie redukowały intonacyjnie do czegoś w rodzaju
stwierdzenia, które przecież żadnym stwierdzeniem być nie mogło,
skoro zmierzało do stwierdzenia stanu faktycznego, bo po to było.
I odpowiadaliśmy, że się mówi. Oczywiście, gdy słyszeliśmy, bo gdy
nie słyszeliśmy, nie mogliśmy odpowiedzieć. A pytanie było między
innymi właśnie po to, żeby wyeliminować naszą niemożliwość jego
usłyszenia. Czyli w pewien sposób sensowniejsza, pożyteczniejsza
informacyjnie byłaby odpowiedź „nie mówi się”, mniej prawdopodobna
i czasem dość nonsensowna, podobnie jak pozytywna odpowiedź
na tak skądinąd częste pytanie „czy śpisz?”. Taką oczekiwaną
odpowiedzią było więc też, a może przede wszystkim, brak
jakiejkolwiek odpowiedzi.
Teraz, gdy łączymy się bezpośrednio, nie kręcąc już żadnymi
korbkami, niczym już nie kręcąc, lecz wystukując te wydłużające się
ciągi numerów, nie słyszymy głosu telefonistek. Rozmawiamy
bezpośrednio, sami. Wprawdzie jeszcze bywa, że uświadamiamy
sobie, że może niezupełnie, i choć nikt nam nie mówi „rozmowa
kontrolowana”, potrafimy przypomnieć sobie formułę „to nie jest
rozmowa na telefon”.
I jakoś się mówi, bez mówienia i myślenia, że się mówi.
A „mówi się” mówi się i przy innych okazjach, na przykład wtedy,
gdy mówimy, jakie mówienie jest poprawne. Czy mówi się „dwoma
kobietami” czy może „dwiema kobietami”. To właśnie to odwołanie
do norm, tutaj językowych.
I jeszcze mówi się tak, w konsekwencji, w powiedzeniach. Ciekawe,
choć nie najsympatyczniejsze, jest to, że najczęstszym z nich,
najbardziej chyba nieprzejrzystym znaczeniowo, jest „mówi się
trudno”. Łatwo nam się tak mówi.
Ale mówi się trudno, tak w języku bywa.
248
Murzynek Bambo w Afryce mieszka
Julian Tuwim (1894–1953) „Bambo” (1934)
Czarną ma skórę ten nasz koleżka. Pewnie, że czarną, skoro to
Murzyn. Murzyn jest czarny, Chińczyk jest żółty, Indianin czerwony.
Kiedyś świat był prosty, w prostych kolorach. Chińczyk to Azjata,
Murzyn mieszka w Afryce.
Chińczyk jest w porządku i Japończyk też. Indianin jak najbardziej,
choć rzadko go spotykamy. Ale Azjata – niekoniecznie. Murzyn,
niestety, też.
Alfred Korzybski, polski arystokrata, który był w latach
czterdziestych ubiegłego wieku najbardziej popularnym amerykańskim
filozofem, uważał, że nasze różne społeczne nieszczęścia, a nawet
choroby, wiążą się z niewłaściwym używaniem języka. Brał
za przykład właśnie słowo oznaczające Murzyna. Słowo „Murzyn”,
kiedy oznacza każdego Murzyna, a tak przecież jest, wywołuje
niesłuszną i szkodliwą identyfikację wszystkich Murzynów, co prowadzi
do najczęściej negatywnej stereotypizacji. Gdybyśmy rozróżniali
różnych Murzynów i na każdego z osobna mówili inaczej, a nawet tego
samego Murzyna w zależności od momentu jego życia inaczej
nazywali, świat byłby lepszy. Można to było odnieść do wszystkich
nazw, wszystkie przecież uogólniają, ale z Murzynem sprawa jest
wyrazistsza.
Mój przyjaciel Murzyn zapytał mnie kiedyś, czy mówienie na niego
„Murzyn” jest w porządku. „Jest w porządku”, odpowiedziałem,
„przecież jesteś Murzynem”. Odpowiedziałem tak od razu, ale
po chwili odczułem pewne zawahanie. Chciałbym, oczywiście, żeby
słowo „Murzyn” miało, jak każde słowo, swoją denotację, to znaczy
zakres znaczeniowy, i żeby się w tym zakresie ustabilizowało. Ale
słowa mają oprócz denotacji także konotacje, wywołują skojarzenia,
i kiedy te skojarzenia stają się coraz silniejsze, zaczynają przyćmiewać
denotacje. I dodaje się słowom nowe znaczenia i konteksty. Nie
zawsze, niestety, przychylne. I Cygan cygani, i wtedy potrzebny
„Rom”. I gdy murzyn pracuje na czarno, a zwłaszcza za kogoś, albo
w ogóle coś tam, potrzebny jest jakiś „Afropolak” na wzór
„Afroamerykanina”. Bo przecież nie „czarny” czy nie daj Boże
„czarnuch”. Może „ciemnoskóry” byłby najmniej obciążony, ale pewnie
też niedługo. Bo, niestety, to się zmienia, i to, co neutralne, łatwo
może się spejoratywizować...
Murzynek Bambo, chociaż uczył się pilnie przez całe ranki, a my
żałowaliśmy, że nie chodzi on razem z nami do szkoły, okazał się
politycznie niepoprawny i został usunięty z naszej polskiej pierwszej
czytanki. Trochę dlatego, że psocił i figlował, ale głównie ze względu
na swoją murzyńskość. Bo jakkolwiek bardzo lubimy Murzynów, to nie
bardzo możemy sobie z nimi językowo poradzić.
Niech ten Bambo już sobie lepiej w Afryce mieszka, gdzie będziemy
go mogli nazywać po prostu jak na razie neutralnym „Afrykaninem”,
tak jak siebie próbujemy nazywać skądinąd pozytywnymi
„Europejczykami”.
Inaczej, niestety, będzie Murzynem.
249
Muzyka łagodzi obyczaje
Jerzy Waldorff (1910–1999),
felietonów (1969)
tytuł
cyklu
To stare spostrzeżenie, już Arystoteles pisał o uszlachetniającej roli
muzyki, a w wielu kulturach pojęcie muzyki rozszerzano na obyczaje
i na ogół postępowania. W jednym z konfucjańskich dialogów Mistrz,
indagowany przez ucznia zdziwionego sposobem prowadzenia przezeń
konwersacji z Mistrzem Muzyki (polegała ona na taktownym
prezentowaniu pewnych oczywistych spostrzeżeń), odparł: „Tak, to
jest właśnie sposób rozmawiania z Mistrzem Muzyki”. Zarzut
banalności był oddalony przez pokazanie konwencji, w odniesieniu
do Mistrza Muzyki najwłaściwszej.
Obyczaje dzięki muzyce stają się łagodniejsze. To zapewne dobrze,
choć, przyznajmy, o surowych obyczajach więcej chyba powiedziano
i napisano dobrego niż o łagodnych. Łagodność obyczajów nie tylko
sugeruje chwalebną chęć zgody, otwartość i tolerancję, także zdaje się
obejmować nadmierną wyrozumiałość i pobłażanie dla mniej
wyrazistych występków. Człowieka o surowych obyczajach skłonni
jesteśmy obdarzać większym szacunkiem, cieszy się on zwykle
większym autorytetem. Uznajemy, że surowość stosuje on najpierw
wobec siebie, że od siebie wiele wymaga. Człowiek obyczajów
łagodnych miły jest zapewne i w towarzystwie przyjemniejszy, ale
na opiekuna spolegliwego – czyli w pełni godnego zaufania, na którym
można bezwzględnie polegać – nie wybralibyśmy go raczej. Nasz
stosunek do łagodności jest zatem raczej ambiwalentny.
A czy muzyka czyni nasze obyczaje przyjemniejszymi? Może. Nie
wydaje się jednak, że każda. Owszem, kołysanki mają tak złagodzić
nastrój, że łatwo będzie zasnąć. Pieśni biesiadne zapewne tak
socjalizują, jak mało co, wzbudzając ogólną przyjacielskość
i powszechne „kochajmy się”, co sprzyja chęci wybaczania,
znamionującej łagodność. Nokturny mają wywoływać spokojne
refleksje. Wiele rodzajów muzyki, także popularnej, dostarcza
przyjemnej rozrywki, a różne ballady na pewno wpływają jeśli nie
dźwiękiem, to słowem, na nasz pozytywny stosunek do świata. Przy
wielu rodzajach muzyki z pewnością łagodniejemy.
Ale nie przy wszystkich. Marsze i pieśni rewolucyjne aktywizowały
tłumy i nas w tych tłumach. Ileż razy się zdarzało, że potrafiły
wywołać żądzę krwi? Jest muzyka, która tak obyczaje zaostrza,
że trzeba się jej strzec.
I, jak się zdaje, duża część przyszłości należy do muzyki raczej
pobudzającej
niż
uspokajającej.
Nadmiar
głośnej
muzyki
w publicznych miejscach nie sprzyja pogodnej konwersacji,
co najwyżej powoduje wzajemne przekrzykiwanie się. Może się
wydawać, że niemożliwość prowadzenia rozmów jest na rękę tym,
co nie mając za bardzo o czym mówić, nie kompromitują się przez to.
I w ogóle – o czym tu gadać? Muzyka przecież może nas łatwiej
i bardziej zintegrować.
Ale czy łagodniej?
250
My jesteśmy tanie dranie
Jeremi Przybora (1915–2004) „Tanie dranie”
(1963)
Działania autoprezentacyjne rozpoczynamy od samookreśleń.
Najczęściej bywa to imię i nazwisko, często zawód, funkcja czy
stanowisko. Zdarza się, że stosunkowo wcześnie pojawia się
informacja ściśle handlowa, której używamy do reklamowania naszej
osoby lub usług.
W tekstach reklamowych odbiorca szuka informacji, nadawca zaś
operuje zachętami. O istocie produktu stanowią jego cechy, cechy są
wyrażane głównie przymiotnikami. Odbiorca szuka przymiotników
określających produkt rzetelnie, takich, które wskażą na cechy
szczególne, nadawca wprowadza przymiotniki zachwalające, ocenne,
wywołujące dobre skojarzenia.
Słowo „tani” określa cechę niewątpliwie pożądaną przez odbiorcę.
Ale to, że coś jest tanie, jest dobre tylko w momencie kupna, potem
zaraz się robi niedobre. I w ogóle nie jest to słowo szczególnie
przyjemne. Jego użycie metaforyczne wskazuje na silnie negatywne
konotacje. Tanie chwyty, tanie efekty – to rzeczy, których nie lubimy.
Badania nad frekwencją słów w reklamie pozwalają stwierdzić,
że „tani” to najczęściej spotykany tu przymiotnik. Wskazuje to na to,
że w reklamie nie tylko o efektowne użycia efektownych słów chodzi,
co poniekąd krzepi.
Dranie z „Kabaretu Starszych Panów” reklamują swoje specyficzne
usługi, jak osaczanie pary w trawie, obrzydzanie cynaderką
i dokuczanie radiem z góry, podkreślając niewygórowane oczekiwania
finansowe. Drań tanio pokala ręce za kogoś, kto własnych kalać nie
chce, a za robienie drobnych świństewek zapłacimy im dosłownie
grosze. To dranie nie tyle tanie, ile wręcz niesłychanie tanie. To
podkreślanie dostępności oferty wygląda nieco podejrzanie, i słusznie,
bo za chwilę zza maski drani wyjrzą inteligentne lica funkcjonariuszy
Milicji Obywatelskiej.
Mówiąc o draniach, mamy pewne wątpliwości gramatyczne. „Te
dranie” czy „ci dranie”? Podobnie jest z łobuzami, łotrami i w ogóle
z tego rodzaju towarzystwem. Są dosyć męscy zazwyczaj, ale nie
do tego stopnia, by mieć rodzaj męskoosobowy. Wiemy, oczywiście,
że nie „ci draniowie”, ale może jednak nie „te”, tylko „ci”? To nie brzmi
źle... Ale tu wątpliwości nie ma. Ci dranie byliby tani, te są tanie.
Gdyby byli tani, nie rymowaliby się tak dobrze. A tak – taniość
do drani jest świetnie i zabawnie dopasowana.
Tani drań jest na pewno bardziej plugawy od drania drogiego, ale
budzi coś w rodzaju przewrotnej sympatii. W ogóle słowo „drań”, tak
często emocjonalnie wykorzystywane do robienia wyrzutów bliskim
sercu mężczyznom przez rozgoryczone damy, ma w sobie coś
ponętnego. Bywa czasem okrutny, podły, bez skrupułów, ale może
być i słodki. Może nie jest niemiło takim być? W mniej męskich panach
tęsknota do bycia takim draniem może być nawet silna.
Ale, oczywiście, nigdy tanim.
251
Myślenie ma kolosalną przyszłość
Jerzy
Markuszewski
(1932–2007),
programu STS (1955)
tytuł
Program był wydarzeniem, zmieniała się epoka. Po pięćdziesięciu
latach na zaproszeniach wydrukowano „Myślenie ma kolosalną
przeszłość”. Tak wydrukowali drukarze, może przez pomyłkę, może
dowcipnie i głęboko.
Warto myśleć, myślę, że każdy, kto myśli, tak właśnie myśli. Tak
myślę jak najbardziej serio, choć jednocześnie wiem, że w takim
myśleniu gdzieś głęboko kryje się jakiś żart.
Nie można w ogóle nie myśleć. Szatan jako Doktor namawia
Kordiana do niemyślenia, a gdy Kordian słusznie mówi, że to
niemożliwe, przemyślnie dopowiada, żeby sposób niemyślenia
przemyślał. Bo myślenie prowadzić może do obłędu. A może, choć nie
myśleć nie można, można przynajmniej nie myśleć o tym, że się
myśli? Tak, lecz pod warunkiem, że tak nie pomyślimy.
Żartobliwie, gdy ktoś mówi, że coś o czymś myśli (tak się mówi
najczęściej o własnym myśleniu), możemy powiedzieć, żeby myślał
dalej, możemy też przypomnieć o indyku, który też myślał, mianowicie
o niedzieli, ale jej nie dożył, bo mu łeb ucięli, wreszcie możemy
przywołać ten prawdziwy aforyzm o przyszłości myślenia. Żartujemy
sobie, nieco ironicznie podważając sensowność tego właśnie myślenia,
o którym się dowiedzieliśmy.
Bo ten aforyzm jest tak prawdziwy, że aż podejrzany. No pewnie,
że ma przyszłość, trudno sobie wyobrazić przyszłość bez myślenia.
Myślimy, mamy nadzieję, że będzie się myślało wciąż więcej i więcej.
Więc to oczywiste, że myślenie ma przyszłość. Ale żeby kolosalną?
I co to takiego, taka kolosalna przyszłość?
Kiedy o czymś mówię, że ma przyszłość, w tym mówieniu jest coś
odrobinę profetycznego. Przepowiadam, że przed tym czymś jest
więcej, niż niektórzy skłonni byliby myśleć. Często mówimy tak
o ludziach. O, ten to ma przyszłość! Zwykle dodajemy tautologicznie,
że przed sobą, choć to przecież jasne, a co, za sobą ma mieć tę
przyszłość czy jak? Ma przed sobą przyszłość. To człowiek
z przyszłością. Dobra ona zapewne dla niego będzie, tak myślimy.
Dobrze się zapowiada.
O różnych rzeczach tak mogę mówić. O pomysłach, ideach,
przedsięwzięciach. Także o szczególnych cechach czy zachowaniach.
Albo działaniach. Tym wszystkim rzeczom mogę przypisywać
przyszłość, czyli przepowiadać, że będą. I to z powodzeniem.
Przedsiębiorczość
ma
przyszłość.
Zachowania
prospołeczne.
Sprawność komunikacyjna. I inne tam takie.
Jeżeli o czymś mówię, że ma przyszłość, zapewne myślę też,
że teraźniejszość tego nie jest jeszcze dostateczna. Nie przychodzi mi
do głowy, żeby o kimś czy o czymś z dobrą teraźniejszością mówić,
że ma przyszłość.
Myślenie ma przyszłość. Bo teraz to jeszcze nie tak bardzo. Ale już
niedługo... I to kolosalną. Aż tak?
Ciągle ją ma przed sobą.
252
Na bezrybiu i rak ryba
Przysłowie, odn. Michał Czajkowski (1839)
Stara opowieść prawnicza głosi, że jedna z ustaw, traktująca
o gospodarce wodnej, a w szczególności dotycząca ryb, zawierała
na końcu uwagę: „w rozumieniu niniejszej ustawy rak jest rybą”.
Chodziło oczywiście o to, żeby to, o czym było w ustawie,
a co odnosiło się do ryb, odnieść i do raków. Pewnie, można
by napisać tak właśnie, że to, co dotyczy ryb, dotyczy i raków, ale
prawnicy woleli inaczej. A że przy tym mogą, jak im się (czasem
niestety słusznie) zdaje, wpływać na znaczenie, a przynajmniej
na rozumienie słów, jeśli nie systemowe, to przynajmniej
okazjonalne, to cóż im szkodzi raka na potrzeby tej ustawy w rybę
zmienić.
W przysłowiu rak też się rybą staje, ale z przyczyn odmiennych.
Otóż ryb nie ma, a potrzebne. Można zatem, dla korzyści tej sytuacji,
uczynić z raka rybę albo przynajmniej coś, co można za rybę uważać,
a jak i to nie, to chociaż uznać. I taką oto mamy kolejność: „rak jest
rybą” – no nie, to nieprawda. Zatem: „raka będziemy uważać za rybę”
– nie, i to nie wchodzi w rachubę. A więc: „raka uznajmy za rybę” –
nad tym można się już zastanowić.
Mamy bowiem trzy płaszczyzny. Pierwsza to to, co jest. Rzeczy,
sprawy, byty. Ontologia. Jak coś jest, jest. Jak coś czymś jest, to jest.
Druga to to, co o tym myślimy. Epistemologia. Wiemy, że coś jest. Coś
uważamy za coś, dla nas to to jest tym. I trzecia – to, co mówimy, jak
to nazywamy. Język. To nazywa się tym. Pewnie, że o tym, co jest,
wiemy, i dlatego możemy powiedzieć, że jest i tak dalej, ale możemy
przyjąć, że te trzy warstwy istnieją. Tak uważamy. Więc tak możemy
powiedzieć.
Ryb nie ma, są raki. Tego się nie zmieni. Nie możemy nawet
uważać, że to ryby, te raki. Bo uważanie nie od nas zależy. Ale
jakbyśmy uznali? Uznanie to nie uważanie, o uznaniu możemy już
uznaniowo decydować. W każdym razie możemy uznać, że możemy
decydować. Więc uznać.
Raka w rybę nie zmienimy, nie da się. Ale ryb nie ma, mało, że nie
ma, nie ma i nie będzie, bo to bezrybie. Jak bezrybie, to jak mogą być
ryby? Jeżeli to prawdziwe bezrybie, to jednego możemy być pewni:
cokolwiek tu jest, nie jest rybą. Choćby miało wszystkie cechy ryby, to
to nie ryba, bo tu bezrybie. Ale ryb potrzeba. Wszystko jedno po co,
ale muszą być.
No, to trzeba użyć raka. Rak jest. I jest do tego gotowy, żeby być
rybą. Albo żeby go za rybę uważać czy w ostateczności uznać.
A sytuacja tego wymaga.
Rak zatem stanie się rybą. Jak się nie ma, co się lubi... Z braku
laku... Erzace... Kawa zbożowa... Etykiety zastępcze... Wyroby
czekoladopodobne... Skąd my to znamy?
Ale jest pewien kłopot. Jeżeli na bezrybiu raka zmienimy w rybę,
choćby tylko uznaniowo, to co to będzie za bezrybie? Już nie bezrybie!
A przecież rak jest rybą tylko na bezrybiu...
253
Na dwoje babka wróżyła
Przysłowie, odn. Wacław Potocki (1674)
Babka pojawiła się w tym przysłowiu trochę później, najpierw to była
wróżka, która „na dwoje szła”. Dziś byłoby to zrozumiałe raczej tylko
intuicyjnie. Ale i współcześnie nie jest to przysłowie szczególnie
przejrzyste. Zapomnieliśmy, że wróży się „na coś”, a i użycie formy
„dwoje” jest nieco dziwne. Skąd tu ten charakterystyczny rodzaj
gramatyczny? Może dla podkreślenia różnicy między jednym a drugim
z tych, na które babka wróżyła...
Bo istotnie, nie chodzi tu o to, że wróżąca babka przewiduje dwoje,
na przykład bliźnięta, tylko o to, że może być jedno, ale może być
i drugie, a to drugie to całkiem co innego niż to pierwsze.
Że może być tak, a może być inaczej. Tak albo nie. Tak albo tak. Te
formuły są różne, mogą się nawet wydawać przeciwstawne, ale tu
akurat chodzi o to samo, i to, że raz na to samo mówię „nie”, a raz
„tak”, albo raczej, że raz na coś różnego mówię „nie”, a raz „tak”, nie
przeszkadza.
Babka jako wróżka nie bardzo się sprawdza, jej pytyjskość może
być denerwująca, ale tu nie o nią chodzi. Naprawdę wcale jej nie
ma, to my próbujemy bawić się w przewidywanie przyszłości,
a właściwie stwierdzamy raczej mało odkrywczo, że różnie to może
być. Banał, a daje poczucie pewnej głębi, bo jest, jak to banały,
refleksyjny.
A do tego, choć wiemy, że zawsze może być różnie, tylko czasem
mamy takie wyraźne poczucie rozgraniczenia. Akcje mogą pójść
do góry albo spaść, jak twierdzą analitycy giełdy. Wiatr może być jutro
wschodni albo zachodni, tak przynajmniej mówią meteorologowie.
Albo rybka, albo akwarium, jak mówią dowcipni parafrazerzy.
I często to „tak” i „nie” z tego dwojga wiążą się z czymś dla nas
dobrym z jednej i złym z drugiej strony. Można wygrać, ale można
i przegrać, piłka jest bowiem okrągła. Mogę zyskać, ale mogę i stracić.
Wyzdrowieję albo mi się pogorszy. A bezradna babka widzi w tym
ambiwalencje losu i wróży na dwoje, na wszelki wypadek
i w świadomości niemożliwości rozeznania, co się stanie.
To „na dwoje” usamodzielniło się z czasem i funkcjonowało dla
określenia sytuacji krytycznej. „Już było ze mną na dwoje” znaczyło,
że mogłem równie dobrze umrzeć, jak i żyć dalej, i że to, że żyję, to
szczęście. Mogłem nie żyć. W rozwiniętym przysłowiu o babce, dziś już
nieprzytaczanym, może właśnie dlatego zresztą, też jest mowa
o śmierci: „na dwoje babka wróżyła, albo umrze, albo będzie żyła”. Tu
pojawia się dodatkowo uwiarygodniający rym i okazuje się, że babce
chodzi o nią samą.
Ta niepewność jest denerwująca, ale i krzepiąca. A poza tym, jeśli
chcemy znaleźć jakieś zupełnie pewne przewidywania, możemy
sięgnąć do dwualternatywności. „Jeśli na świętego Prota jest pogoda
albo słota, na świętego Hieronima deszczyk jest albo go nie ma”.
Ale wcale nie wiadomo, czy nam zależy na tej pewności przyszłości.
254
Na pochyłe drzewo i kozy skaczą
Przysłowie, odn. Jan Murmellius (1527)
Jest też wariant: „na pochyłe drzewo wszystkie kozy skaczą”. Oba
w wymiarze dosłownym dość nonsensowne. Pierwsze wskazuje,
że pochyłe drzewo jest tak dobrym miejscem do wskakiwania,
że nawet kozy, zwykle rzadko skaczące po drzewach, nie potrafią się
powstrzymać od skoczenia. Drugie zakłada jakieś dziwne przemiany
obyczaju u kóz, które, znalazłszy pochyłe drzewo, skaczą na nie,
wszystkie bez wyjątku. Pierwsze bardziej trzyma się rzeczywistości,
pokazując jednak pewną wyjątkowość koziego zachowania, drugie,
z oryginalnym założeniem, że i na inne drzewa, mniej pochyłe, też
skaczą kozy, a na pochyłe to już wszystkie, prezentuje rzeczywistość
nazbyt swoistą. Jest jeszcze odmiana tego drugiego, każąca traktować
kozy nie w zbiorze, lecz pojedynczo, ale także bezwyjątkowo:
„na pochyłe drzewo każda koza skacze”.
Jak zawsze chodzi o ludzi. Tu są pochyłymi drzewami, a i kozami
też. Pochyłość odpowiadać może przygnieceniu przez niepomyślny los,
a więc ubóstwu i ogólnemu nieszczęściu, może też oddawać
pochylenie charakterystyczne dla przyjmujących pokorną postawę.
I przysłowie to znaczy, że jak źle, to już źle. I coraz gorzej.
I wszystkie nieszczęścia do kupy, więc jak tu się nie poddać. A jak się
poddasz, to już w ogóle do niczego. I każdy wykorzysta i jeszcze
dokopie.
Ponure to przysłowie, deterministyczne i defetystyczne. Znajduje
dobre umocowania w księgach i doświadczeniu pokoleń. „Mającym
będzie dane, a niemającym odjęte”. Nie ma co się spodziewać
sprawiedliwości. Wprawdzie w innym miejscu mówi się,
że błogosławieni cisi, pokornego serca i ubodzy duchem, bo będą
pocieszeni, a w jeszcze innym, że jak prosimy, to się nam da – ale
częściej bliższa jest ta kozia perspektywa.
Przysłowie świadczy też o pewnej podłostkowatości ludzkiego
charakteru. Wiktymolodzy zgodni są co do tego, że ofiara może swoją
ofiarowatością prowokować do pogłębiania swojego statusu ofiary,
że pewien typ postawy ułatwia znęcanie się. Te kozy, nawet one, albo
wszystkie one czy też każda z nich, skaczą na nas, ale i my trochę
odpowiedzialności za to ponosimy. Dlaczegośmy tacy pochyli...
Mogłoby to przysłowie być wyrazem pognębiającego wszystkie
pochyłe drzewa przeświadczenia, że wyjścia nie ma, mogłoby być
wytłumaczeniem nieszczęść, zwykle naszych własnych, przed innymi
i nami samymi czy wreszcie mogłoby być manifestacją spokojnej
rezygnacji. Ale chyba bywa częściej ostrzeżeniem przed pochylaniem
się jako drzewo. I jako takie może być krzepiące. Wprawdzie
na pochyłe, owszem, kozy i różne nieszczęścia, ale my niekoniecznie
musimy się tak pochylać.
A samo wyobrażenie kozy wskakującej na drzewo, choćby i pochyłe,
a szczególnie gromady kóz – jest nieodparcie zabawne.
255
Na tapczanie siedzi leń
Jan Brzechwa (1898–1966) „Leń” (1955)
Wprawdzie lenistwo jest jednym z głównych grzechów (to, że jest ich
aż siedem, czyni je odrobinę mniej głównymi, przynajmniej dla tych,
co sądzą, że główny powinien być tylko jeden) – ale nie jest chyba tak
mocno i powszechnie potępiane jak na przykład pycha, chciwość czy
zazdrość. Dla leni, tym bardziej dla leniuchów, bywamy wyrozumiali,
sami zresztą znajdujemy zazwyczaj u siebie, i to bez szczególnego
wstrętu, oznaki lenistwa. Lenistwo bywa określane jako „słodkie”
(„dolce far niente”), kojarzy się z dość przyjemnie w młodości
przyjmowaną oceną „zdolny, ale leniwy”, a konteksty językowe
wskazują na sporą dozę sympatii dla tej, cokolwiek by tu powiedzieć,
przywary. Samo słowo „leniwy” skłonni jesteśmy wypowiadać
leniiiwie, z przeciągniętą głoską [i], a nawet sami nieco leniwie się
przeciągaając.
Nie każde nicnierobienie można określić jako lenistwo, tak samo jak
nie każde nicniemówienie jest milczeniem. Lenistwo zakłada myślenie
o nicnierobieniu, a w każdym razie świadomość nicnierobienia – przy
czym należy rozróżniać nicnierobienie i nierobienie niczego. To drugie
jest zwykłym nieróbstwem i nie ma tego wdzięku co lenistwo, czyli
nicnierobienie. Z takiego nicnierobienia można sobie nic nie robić,
nawet jeśli inni skłonni są je potępiać.
Leń Brzechwy jest leniem wzorcowym, choć sam nie ma poczucia
bycia leniem i odrzuca stosowanie wobec niego takiego określenia,
a nawet je sobie wyprasza, zabawnie przytaczając mnóstwo własnych
działań, które zgodnie oceniamy jako w najlepszym przypadku
pozorne.
A jednak coś w tym leniu świadczy o jego zatrzymaniu się na tej
pięknej drodze do lenistwa absolutnego. W tym rozpoczynającym
wiersz najbardziej chyba znanym zdaniu o leniach, zdaniu
przewijającym się przez cały ten wiersz, mowa jest mianowicie
o siedzeniu na tapczanie.
Lenie cenią sobie wygodę i minimalizację wysiłku. Wolą stać, niż iść;
siedzieć, niż stać; leżeć, niż siedzieć. Wygodne siedzenie kosztuje
zresztą mniej wysiłku niż leżenie połączone z niepełną wygodą. Ale
akurat na tapczanie wygodnie siedzieć się nie da. Ten coraz rzadziej
spotykany sprzęt nie ma wygodnych oparć ani w ogóle czegoś,
co można nazwać siedziskiem. Jego wałek przystosowany jest
do położenia głowy, nie daje wsparcia lędźwiom. Można wygodnie
siedzieć w fotelu, siedzieć czy półleżeć (nazywając to siedzeniem)
na kanapie, zdarzają się także wygodne krzesła, na których siedząc,
można czasem zapomnieć, że się siedzi. A na tapczanie – nie.
Leń Brzechwy nie tylko pił tran, mył uszy i pokazywał język. On,
niewygodnie, a przez to aktywnie, siedzi na tapczanie i wie o tym,
że siedzi. Wie, bo mówi. Nic dziwnego, że wie – siedząc na tapczanie,
nie sposób zapomnieć o tym, że się siedzi. Mógłby wybrać bardziej
leniwe miejsce do siedzenia, mógłby położyć się w końcu na tym
tapczanie, co sugerują niektórzy, nieświadomie parafrazując wiersz.
A on – siedzi.
256
Na upór nie ma lekarstwa
Przysłowie, odn. Sebastian Śleszkowski (1621)
Jeśli na coś lekarstwa brak, to może to być albo niezwykle groźna,
niebezpieczna choroba, albo też nie choroba wcale. Jak pisał
Mickiewicz, nawet w ludowej medycynie, która potrafi „i podagrze,
i chiragrze, i suchotom, i głuchotom, i głupotom radzić”, „nie masz
na upór lekarstwa”. Zatem jeśli dobrze rozpoznamy jednostkę
chorobową jako upór, nie ma co próbować szukać lekarstw.
Mogłoby to odbierać upartym nadzieję na wyleczenie, gdyby nie
chcieli być upartymi. Ale oni chcą, nie widząc w swoim uporze choroby
– i uparcie będą się tego trzymać. Chyba lubią swój upór.
Może upór być pożyteczny w działaniu, wtedy bywa określany także
jako wytrwałość. Z uporem dążąc do celu, nawet mało realny cel
możemy osiągnąć. Taki upór jest cnotą. Ale w tym powiedzeniu chodzi
raczej o upór inny, według nas naganny, polegający albo na trzymaniu
się własnego zdania wbrew naszym oczywistościom, albo
na postępowaniu z taką konsekwencją, która nas oburza lub
denerwuje.
Taki upór skłonni jesteśmy postrzegać jako jawnie wymierzony
przeciw nam. My przecież wiemy, jak jest i co jest właściwe – ci uparci
uparcie nie chcą się z nami zgodzić. A my z nimi przecież nie
powinniśmy, bo po pierwsze, mamy rację, a po drugie, upartym nie
należy ustępować.
A upór może dawać upartym pewność zwycięstwa. Nie tyle zresztą
oni sami wygrają – raczej wygra ich upór. Jeśli mimo wszystko
ulegamy, nasze uleganie upartym jest właściwie uleganiem ich
nieuleczalnemu uporowi, który, tak nazwany, da nam zresztą
możliwość ustąpienia z większym komfortem psychicznym, z mniejszą
dotkliwością przegranej. Z upartym przecież i tak nie wygramy,
upartego nie przekonamy. Z uporem się nie dyskutuje.
Czy na pewno na upór nie ma lekarstwa? Prostym lekarstwem
na upór jest inny upór, który można temu pierwszemu przeciwstawić.
Rzecz jednak w tym, że my uparci nie bywamy. Czasem może
jesteśmy zbyt stanowczy i konsekwentni, ale nie uparci. Choć czasem
i na naszą konsekwencję trudno innym znaleźć lekarstwo.
W innych porzekadłach wskazywano, że „najlepsze na upór
lekarstwo brzezina” – ale tu chodziło raczej o upór dziecięcy, wzięty
czasem z przekory, który to upór rzeczywiście może w wyniku chłosty
ustąpić.
Jest jednak inne lekarstwo, często niemal odruchowo stosowane. To
właśnie wypowiedzenie takiej formuły. Jeśli się ktoś upiera, możemy
ją przypomnieć. Wprawdzie nie sprawimy, że uparty przyjmie nasze
racje i argumenty i w wyniku tego ustąpi – ale samo nazwanie jego
uporu uporem powinno dać mu do zrozumienia, a jeżeli nie jemu, to
innym, którzy są tego świadkami, kto naprawdę rację ma.
To oczywiście my.
257
Na złodzieju czapka gore
Przysłowie, odn. Salomon Rysiński (1618)
Mało co jest tak widoczne, jak płonąca czapka. Samą czapkę też widzi
się dobrze, tym bardziej jak płonie, co zresztą trudne nieco
do wyobrażenia.
Znaczy to, że jak kto co ukradnie, widać to po nim od razu. I, żeby
metaforę ciągnąć dalej, jest on w niebezpieczeństwie. Nie tylko
dlatego, że go widać jako złodzieja, ale że płomień z czapki jest
zagrażający. Spali się złodziej razem z czapką.
Stereotypowy przedwojenny obraz złodzieja kazał widzieć go
skradającego się w nocy, przy księżycu, z pękiem wytrychów w ręce,
z workiem na plecach, w masce na twarzy, właściwie na oczach.
Na głowie złodziej obowiązkowo miał czapkę typu kaszkiet. Pewnie
dlatego, żeby trochę twarz zasłaniała, ale można było sobie naiwnie
wyobrazić także, że po to, by co się miało palić, jakby co.
Przysłowie zakładało pewną poczciwość ludzkiej natury. Nie
potrafimy udawać, oj, nie potrafimy. Jak coś ukradniemy, zaraz po nas
widać, zaraz czapka gore. A z drugiej strony przenikliwość. Tacy
jesteśmy, że przed nami nic się nie ukryje. Jak coś ukradniesz, zaraz
zobaczymy płonącą czapkę. Poczciwe było to przysłowie i nie
wydawało się grzeszyć przenikliwością.
Ale pouczało. Jak już tak jest, że ukryć trudno, a zobaczyć łatwo,
nie powinniśmy ryzykować złymi uczynkami. Cokolwiek zrobimy, nie
da się przed ludźmi ukryć. Cokolwiek zrobisz złego, licz się z tym,
że zobaczymy to i tak.
Przysłowia, porzekadła zdają się zyskiwać na dawnej formie. Jak coś
brzmi staroświecko, znaczy to, że było prawdziwe już bardzo dawno
temu. „Gore” to rzadko dziś spotykany czasownik. Ja gorę, on gore –
to sobie wyobrażamy. Ty zapewne gorzesz, a my gorzemy – to już
znacznie gorzej. A oni? Gorą czy gorzeją? Gorzeją, zapewne, ale to
w ogóle inny czasownik, bo i ja gorzeję, i ty gorzejesz, i on gorzeje
też. „Gorzeć” ma wszystkie formy, „goreć” już pewnie tylko dwie,
utrzymywane też ledwo, ledwo, pierwsza osoba, „ja gorę”, przez
opowieść o panu Pogorzelskim, a trzecia osoba dzięki tej czapce,
oprócz której nic już dziś więcej nie gore.
Ale czapka tak.
Ta osobliwość, a jednocześnie ta optymistyczna naiwność każąca
wyrzekać się kradzieży, wydają się tak niedzisiejsze i mało
realistyczne, że pojawiły się liczne parafrazy. Złodziejowi zakładano
w tych nowszych, teraz już z kolei cynicznych przysłowiach czapkę
futrzaną, szczególnie z karakułów, co miało znaczyć, że owszem,
złodziejstwo się opłaca i wykrywane bywa rzadko. Ale mody się
zmieniają, karakuły stały się niezbyt częstym materiałem na czapkę
i te parafrazy zaczęły także brzmieć archaicznie i przez to
dobrodusznie. Tyle że także przez zbytnią, a więc również naiwną
oczywistość stwierdzenia opłacalności i bezkarności kradzieży.
Lepsza już ta pierwsza naiwność.
258
Najbardziej mi żal kolorowych jarmarków
Ryszard Ulicki „Kolorowe jarmarki”, wyk. Janusz
Laskowski
Jak to mierzyć, czego najbardziej żal? O czymkolwiek pomyślę, tego
żal, a tego, o czym właśnie myślę, właśnie najbardziej. I to,
oczywiście, prawda, bo żal to uczucie nie tylko subiektywne, ale też
chwilowe, mijające, raz jest, raz go nie ma, teraz go czuję, za chwilę
przestanę. O, teraz właśnie mi żal.
Choć można myśleć i o żalu jako o czymś trwałym. Może naprawdę
jest tak, że cały czas mi czegoś żal, nie tylko wtedy, kiedy o tym
czymś myślę? Może to tak jak z lubieniem: przecież jak coś czy kogoś
lubię, to cały czas, nie tylko przy pomyśleniach. Gdyby żal był
uczuciem związanym z aktualnym myśleniem, trudno by mi było
powiedzieć, czego mi najbardziej żal. Trudno żałować wielu rzeczy
naraz, trzeba po kolei. Pomyślę o balonikach na druciku, to mi ich żal,
pomyślę o konikach bujanych, też żal. Osobno.
No, ale oczywiście rzeczy mogą być większe. Takie na przykład,
żeby mogły obejmować i koniki, i baloniki, a nawet cukrową watę
i z piernika chatę. Zwłaszcza jeśli to rzeczy do połączenia, razem
występujące, wobec których coś czuję podobnego i do nich razem też
coś takiego właśnie.
A to są kolorowe jarmarki. Jarmark to instytucja, wobec której
mamy kulturowo ambiwalentny stosunek. We frazeologii dominują
konotacje negatywne: literatura jarmarczna ma niskie loty, jarmarczne
gusta nie są wyrafinowane, hałas jak na jarmarku drażni
nieprzyjemnie nasze uszy. Istny jarmark. Kicz i tyle. Z kolei to,
co kolorowe, przywabia oko. Kolorowe może być przesadnie,
nadmiernie, wtedy bywa pstre – ale zazwyczaj kolory ubarwiają życie.
Jak kolorowe, pewnie nie szare i oczywiście z całą pewnością nie
czarne. To zresztą ciekawe, przecież czarny i szary to też kolory, jak
najbardziej. Ale nie myślimy tak o nich. Kolorowe to zresztą nie mogą
być jednokolorowe, tu kolorów musi być więcej.
Te jarmarki, których mi żal, są kolorowe. A raczej były, bo jeśli
ciągle są, to jak mi może być żal. Albo może i jarmarki są, ale nie
kolorowe. A jeśli kolorowe, to pewnie nie te kolory mają, co kiedyś.
Tamte kolory są w mojej pamięci. Dla mnie było to kolorowe także
ze względu na inne możliwości percepcyjne mojego zmysłu wzroku.
Przecież każdy powie, że wtedy było szaro i buro, że dopiero teraz jest
naprawdę kolorowo. Dla niektórych aż za bardzo. Dla mnie zresztą
też.
Niby prawda, ale i tak kolorowych, choć kolorów naprawdę nie było,
i jarmarków, choć niezbyt godne one sympatii i uwagi, żal. A jednak
mi żal, wsio taki żal, jak śpiewał Okudżawa.
Pewnie bardziej siebie niż tych jarmarków, blaszanych zegarków,
motyli drewnianych i całego tego kiczu, który kiedyś się nim nie
wydawał, bo to estetyczne pojęcie dla mnie nie istniało. Pewnie,
że tak, żal mnie staremu mnie młodego i tyle.
Ale i jarmarków samych jakoś, panie dzieju, też.
259
Najlepsze kasztany są na placu Pigalle
Andrzej Szypulski i Zbigniew Safjan „Stawka
większa niż życie” (1969)
„Zuzanna lubi je tylko jesienią”. To chyba najbardziej znane hasło
z odzewem w polskiej kulturze. Może jeszcze „Upsala” i „korona”
tworzą równie zapamiętaną parę. A chyba najdziwniejsze hasło, już
poza naszą literaturą zresztą, wystąpiło w „zaproszeniu na egzekucję”
Nabokova, gdzie było nim milczenie – Cincinatus znał to hasło
i strażnik z więzienia go wypuścił.
Hasło i odzew jako sposoby rozpoznania partnerów, jawnych dla
nich, a tajnych dla innych, powinny być dobrze charakteryzujące, czyli
charakterystyczne. Nie mogą być zbyt prawdopodobne, bo wtedy
może zadziałać przypadek. Ale z drugiej strony to, że są umówione,
żeby być rozpoznanymi przez do tego powołanych, wskazuje, że może
się zdarzyć, że zostaną wygłoszone wobec niepowołanych, więc źle
by było, gdyby były zupełnie nieprawdopodobne w danych
okolicznościach. Do tego jakaś logika czy konsekwencja skłania
do zawierania w nich jakiejś sensowności odniesień, jak choćby
w haśle i odzewie tych szwedzkich straży pod Częstochową.
Idealna sytuacja to taka, w której hasło jest rozpoznane, odzew
znany, zastosowany i też rozpoznany. Inaczej – lepiej, gdyby hasło
wyglądało na zwykłe zagadnięcie. To zdanie o kasztanach można
wpleść w rozmowę, ale gdyby było wypowiedziane ni stąd, ni zowąd,
mogłoby interlokutora zdziwić. Wówczas dialog mógłby brzmieć
następująco: „ Najlepsze kasztany są na placu Pigalle. – Słucham? –
Mówię, że najlepsze kasztany są na placu Pigalle. – I co z tego? – No,
nic... – To dlaczego pan o tym mówi? – Tak sobie...”.
Zazwyczaj zakładamy u naszych rozmówców życzliwość,
a w każdym razie co najmniej celową sensowność. Tutaj to
oczekiwanie byłoby zawiedzione.
Ciekawa jest sytuacja, jeśli ktoś, kto hasła nie zna, bo jest
niepowołany, rozpozna je jednak jako hasło, co w okolicznościach
wojennych byłoby dość naturalne. Rozpoznał i wie, że powinien
zareagować, nie wie jak. W „Rozmowach kontrolowanych” może
po prostu sprowokować konspiratorki do podsunięcia mu tego
odzewu, ale zwykle lepiej tego nie stosować. Skuteczniejsze może być
wywołanie jakiegoś zdarzenia, rozgardiaszu czy czegoś odwracającego
uwagę.
W umówionych bodźcach i reakcjach jest coś magicznego,
dodatkowo uwiarygodniającego, bardziej przekonującego niż słowa.
Smierdiakow umówił się ze starym Karamazowem, że kiedy Gruszeńka
przyjdzie, lokaj specjalnym pukaniem da panu sygnał. Okno jest
otwarte, sygnału nie trzeba dawać, Smierdiakow mówi, że przyszła,
nawet ją próbuje pokazać. Stary słusznie nie wierzy, wtedy lokaj
zaczyna stukać. Karamazow od razu uwierzył, wychylił się z okna i tak
zginął.
Kasztany z placu Pigalle są dla nas nieco zabawne, ale wierzymy,
że Zuzanna ma rację, lubiąc je tylko jesienią.
260
Nam strzelać nie kazano
Adam Mickiewicz (1798–1855) „Reduta Ordona”
(1833)
Od krótkiego zdania dobrze zacząć. Od razu definiujemy sytuację,
lapidarnie pokazujemy początek wszystkiego. Był sad. Ogary poszły
w las. Świtało. I dobrze zacząć od osób. Ja. My. Nam. Co do nas, to.
„Reduta Ordona” ma podtytuł „opowiadanie adiutanta”. I właśnie
tak zaczyna swoje opowiadanie adiutant generała, usprawiedliwiając
się zapewne po trosze. Ciekawe, komu „nam”. Jemu i generałowi? Tak
można by sądzić, bo razem stoją i patrzą. Ale kto by się ośmielał
rozkazywać generałowi? A z drugiej strony: co to znaczy „nie kazano”?
Czy kazano, żeby nie strzelać, czyli zakazano strzelania, czy tylko nie
kazano strzelać, czyli nie było żadnego nakazywania ani zakazywania
strzelania? Trochę to niejasne, ale trudno, niech będzie, że owszem,
chciałby, ale nie pozwolono. Jakimś im, może wszystkim adiutantom
na przykład albo jakiejś grupie. Nie wiadomo właściwie dlaczego, ale
już się nie czepiajmy.
A potem mówi, że wstąpił na działo. Jak się wstępuje na działo?
Działo to taka armata, koła, lufa, służy do strzelania. Komu
by do głowy przyszło, żeby się na coś takiego wspinać? No dobrze,
pewnie chodzi tu o jakieś stanowisko działa. I co, to było takie działo,
z którego nie miało się strzelać? To po co tam w ogóle stało?
Do wstępowania adiutantów?
Dziwne to wszystko, ale pewnie jakieś uzasadnienie by się znalazło,
zresztą nie o to przecież chodzi.
Dziś mówi się „nam strzelać nie kazano” częściej w związku
z niekazaniem niż strzelaniem. Tak się mówi, żeby wytłumaczyć się
z bezczynności cytatem. Nie zrobiłem, bo nie miałem zrobić. Nawet
bym i zrobił, ale mówili, żeby nie robić. Albo nie mówili, żeby robić. No
to nie zrobiłem. Nie kazano zrobić. W każdym razie nie mnie. Mnie
nie. Mnie nie kazano. Nam strzelać nie kazano. To nie.
Gdyby adiutant był w wirze walki, nie widziałby tego wszystkiego
tak dokładnie, nie mógłby nam opowiedzieć i nie dowiedzielibyśmy
się, jak bohatersko zginął Juliusz Konstanty Ordon na pięćdziesiątej
czwartej reducie między Wolą a Szczęśliwicami 6 września 1831. I ta
wspaniała śmierć we wspaniale przegranej bitwie nie krzepiłaby
naszych serc.
Adiutant widział dobrze, miał młody wzrok lepszy od szkieł
generalskiej lunety wspartej na jego adiutanckim ramieniu, znał
Ordona, który tam stał zawsze – a jednak pokręcił. Ordon wcale się
nie wysadził, po swojej bohaterskiej śmierci żył jeszcze pięćdziesiąt
pięć lat. I bardzo dobrze, brał zresztą chwalebny udział w walkach
o wolność. I choć nie został patronem szańców, co mu adiutant
wróżył, to i tak go kochamy. Stacja kolejki WKD nazywa się do dzisiaj
„Reduta Ordona”.
A w miejscu pięćdziesiątego czwartego ziemnego fortu stoi dzisiaj
supermarket, który nazywa się „Reduta”. Tylko „Reduta”.
261
Naprawdę jaka jesteś, nie wie nikt
Jonasz Kofta (1942–1988) „Jej portret”, wyk.
Bogusław Mec
Jaki ja jestem, też nikt nie wie, i nikt się nie dowie. Sam ledwo wiem,
choć na sobie znam się najlepiej ja sam. Lech Wałęsa powiedział
kiedyś zadziwiająco jak na siebie skromnie, że na wielu rzeczach się
nie zna, ale jest na pewno najlepszym wałęsologiem. I zapewne tak
jest, znamy się dobrze, ale jakoś tak od środka. A dla innych jesteśmy
z wierzchu. „Popatrz na te ryby igrające w wodzie: na tym polega
radość ryb” – mówi jeden Chińczyk do drugiego na moście. „Skądże
ty, który nie jesteś rybą, wiesz, na czym polega radość ryb?” – pyta
drugi. „A skądże ty, który nie jesteś mną, wiesz, że ja nie wiem?” –
pyta pierwszy i jego na wierzchu.
Może w ogóle znamy tylko siebie, a reszta, którą wydaje się nam,
że znamy, to po prostu nasze odbicie tego, co zdaje się nam,
że wiemy, czyli też jakaś część nas? Może i tak, ale w końcu
co za różnica...
Owszem, różnica, między poznaniem i bytem. Wierzymy, że to,
o czym myślimy, że naprawdę jest, jest naprawdę, i to naprawdę
takie, jak myślimy, że jest. Naprawdę.
Na przykład Ty. Mam pewne kłopoty z tą Tobą, bo tak naprawdę
nie wiem, jaka naprawdę jesteś. Naprawdę jaka jesteś. I męczę się
tym, że nie wiem i że trudno mi się dowiedzieć. Może będę się mniej
męczył, jeśli uznam, że i tak nigdy się nie dowiem. Zwłaszcza jeśli
do tego uznam jeszcze, że to dlatego, że nie mogę się dowiedzieć.
Może nawet obiektywnie. A będzie tak tym bardziej wtedy, gdy
w ogóle tego dowiedzieć się nie można. Nie można i już. I nie tylko ja
nie wiem, i nie tylko ja nie mogę, ale w ogóle wszyscy i ktokolwiek.
Nikt nie wie i zapewne się nie dowie. A już zupełnie w porządku
będzie, jeśli ten stan będzie potwierdzony przez to, że i ty nie będziesz
wiedziała, jaka jesteś naprawdę.
A nawet jak się komuś będzie zdawało, że wie, jaka jesteś, choćby
i Tobie samej, to skąd może on (czy wreszcie Ty sama) wiedzieć,
że taka właśnie jesteś naprawdę?
Ja też nie wiem. Ale ja akurat mogę Ci to powiedzieć. Co może
czasem sugerować, że jednak jakoś wiem, bo inaczej bym w ogóle
o tym nie mówił. A na pewno pokazuje to, że wiem, że jesteś trudna
do poznania, nieodgadniona i tajemnicza.
Trudno o większy komplement. Kiedy mi ktoś mówi, że nie wie, jaki
ja naprawdę jestem, czuję się interesująco skomplikowany. Wiem
wprawdzie, że to takie mówienie i że naprawdę jeśli nawet ktoś nie
wie, jaki naprawdę jestem, to zapewne dlatego, że się nad tym nie
miał potrzeby zastanawiać, ale jakoś mi przyjemnie. Taki jestem,
prawda, Sfinks. Patrzcie państwo. Skłonny też jestem od razu polubić
kogoś takiego, kto mówi, że nie wie, jaki naprawdę jestem. A gdyby
powiedział, albo może powiedziała, że nikt nie wie – jeszcze bardziej.
Choć tych, co zadają sobie trud, żeby wiedzieć, lubię najbardziej.
262
Naprawdę nie dzieje się nic
Mikołaj Zabłocki, wyk. Grzegorz Turnau
No pewnie, jak się może dziać nic? Jak nic, to się dziać nie może i nie
dzieje. Niektórym ta podwójność naszej negacji wydaje się dziwna,
inni widzą w tym żelazną logikę. Dzieje się coś, nic natomiast się nie
dzieje. Coś się nie może nie dziać, nic dziać.
Tylko że to właśnie przeciwieństwo. Jak się coś dzieje, to nic nie
może się nie tylko dziać, ale i nie dziać. Jak się nic nie dzieje, to i coś
dziać się nie może. Albo się coś dzieje i wtedy o niczym nic się nie
da powiedzieć, bo ani się dzieje, ani nie dzieje, albo też nic się nie
dzieje i nie ma wtedy żadnego czegoś, co by się działo albo i nie
działo.
A jak się coś dzieje, dzieje się naprawdę. A jak nie naprawdę, to się
przecież nie dzieje. I podobnie, jeśli się nic nie dzieje, to albo to jest
naprawdę, albo jest to nieprawda i nie jest tak, że się nic nie dzieje,
czyli że jednak coś się dzieje. Naprawdę. Ale oprócz tego,
co naprawdę, jest jeszcze inne naprawdę. Tak naprawdę całkiem
odmienne.
Wiemy, że językowo, zwłaszcza, prawda, w języku mówionym, jest,
prawda, tak, że taka wtrącona prawda, prawda, może być
funkcjonalnie bardzo bliska, nieprawda, takiej właśnie, nieprawda,
wtrąconej nieprawdzie, a właściwie, nieprawda, słowu „nieprawda”.
Prawda? Nieprawda? Tak naprawdę używamy tych dwóch słów
zamiennie, a ostatnio panoszy się jeszcze do tego, prawda, takie,
nieprawda, trochę dziwne „tak naprawdę”. Naprawdę.
Kiedy mówię „tak naprawdę”, zdaję sprawę z konwencjonalności
postrzegania istoty rzeczy. Bo nawet jak coś jest jakieś, to naprawdę
jakie to jest, nie wiemy, i tak naprawdę to może wcale tego czegoś
nie ma, przynajmniej jako tego, czym się dla nas wydawało. Byłem
tam, ale tak naprawdę to wcale mnie tam nie było. To wielki śpiewak,
ale tak naprawdę wcale nie. I w ogóle nie śpiewak, tak naprawdę. Ale
to jest odwracalne i może właśnie tak naprawdę – tak, a jakże.
Co się dzieje? Jak się dzieje, to coś. Coś się dzieje. Ale tak
naprawdę, czy to naprawdę coś? A, to już ode mnie zależy. Z jednej
strony, owszem, coś, ale z drugiej znowu nic takiego. Nic takiego
znowu, żeby myśleć o tym jako o czymś naprawdę. Takie nic
właściwie. I ponieważ to ode mnie zależy, to jak będę chciał,
o wszystkim właściwie będę mógł powiedzieć, że to nic takiego.
I o tym, co się dzieje, też. Dzieje się? Może się i dzieje, ale co to tam
takiego, takie nic. Tak jakby nic się nie działo. Naprawdę nic się nie
dzieje, tak naprawdę w każdym razie.
A z drugiej strony: czy to, co się dzieje, jeśli nawet się dzieje, dzieje
się naprawdę? I skąd ja mam niby wiedzieć, że to się naprawdę
dzieje, to coś, co ja myślę, że się dzieje?
To już lepiej przyjąć, że to nic takiego albo nie naprawdę.
Że naprawdę nie dzieje się nic. Tak naprawdę.
263
Narodziła się nowa świecka tradycja
Stanisław Bareja (1929–1987), Stanisław Tym,
film „Miś”
Językowe sprzeczności czasem mogą przyjmować kształt prostych
oksymoronów polegających na tym, że sens przydawki zaprzecza
sensowi rzeczownika („hałaśliwa cisza”, „spokojna awantura”),
a czasem mogą sięgać głębiej i ujawniać się (i to niechętnie) dopiero
przy głębszej analizie. A i to nie dla wszystkich.
Tradycja, to bardzo dobrze. Dobrze mieć korzenie, tradycje,
umieszczenie w kulturze. Jestem tubylcem, gdy groby moich dziadków
są tu, gdzie mieszkam. Kultywuję obrządki, przestrzegam zasad,
strzegę tradycji. Od kiedy ta tradycja? O, od dawna, ludzie nie
pamiętają. Gdyby pamiętali, tradycja byłaby jakoś mniejsza. „Ta
tradycja datuje się od połowy piętnastego wieku”. No, to jeszcze może
być. „To dawna tradycja, ludzie nie pamiętają skąd”. Można się
dopatrzyć w tym czegoś dawno tajemniczego, może naturalnego.
Kiedy myślimy, że ktoś świadomie stworzył tradycję, a nie daj Bóg
jeszcze z intencją taką, żeby to od tej pory tradycja właśnie była, to
już gorzej. I im młodsza taka tradycja, tym mniej jest tradycją.
Bo tradycja, żeby być tradycją, musi być stara.
A z drugiej strony: dobrze byłoby czasem mieć jakąś określoną,
potrzebną tradycję i czerpać z niej (z tradycji się czerpie), i korzystać.
I jak jej nie ma, może by się dało ją stworzyć?
I w tym rzecz, że nie można. Że nie można tradycji stworzyć tak
sobie, ad hoc, na łapu-capu. Jeśli jednak jesteśmy w układzie
reglamentacyjnym, jeśli wiemy, że dobra różne ma się z przydziału,
jeśli wiemy też, że rzeczywistość jest w znacznej mierze kreowana,
i że to od nas zależy, jaki jest jej wymiar i znaczenie, a przynajmniej,
że to my ustalamy, co za co uchodzi i jak co jest traktowane, a jeśli
nawet nie my naprawdę o tym decydujemy, to możemy w każdym
razie decydować, jak co zostanie podane do wiadomości, opisane
i ustalone – wtedy możemy sobie w swoim zadufaniu pomyśleć,
że i tradycja może być w naszych rękach.
Skądinąd wiemy, że tradycja ma wymiar sakralny. I że dużo coś tej
religijnej tradycji, sprzecznej przecież z naukowym światopoglądem.
Dobrze byłoby, gdyby było też trochę świeckiej, naukowej tradycji.
I wiemy jeszcze, że co nowe, to dobre. Bardziej postępowe, bo nowe.
A co stare, to bywa reakcyjne.
I stąd tylko krok do próby utworzenia nowej świeckiej tradycji.
Najlepiej zresztą, żeby jej nie tworzyć, żeby sama się narodziła. My
co najwyżej możemy odnotować te jej narodziny. I to jak najszybciej,
bo trzeba od razu zauważyć to ważne, co się właśnie dzieje.
Ideologizować można przeszłość. Rocznicami wyznaczać jej
ważność, dopatrywać się w tym, co było, korzeni tego, co jest,
zwłaszcza tego, co jest słuszne. Przyszłość też możemy ideologizować,
ją jeszcze bardziej. A najlepiej by było, gdybyśmy
wykorzystywać ideologicznie też i to, co przyszłość
z przeszłością, czyli tradycję. Najlepiej nową i świecką.
mogli
łączy
264
Nasza wola – Polska gola!
Hasło kibiców (lata siedemdziesiąte XX w.)
Dopełniaczowe okrzyki są klasyczną formą żądań zbiorowych.
Krzyczące zbiorowości domagają się wielu rzeczy: chleba, pracy,
igrzysk. Ta akurat zbiorowość, aktywna jak mało która, aktywna
zresztą nie tylko werbalnie, żąda strzelenia bramki przez polską
reprezentację piłki nożnej. Zapewne chodzi o ostateczne zwycięstwo,
ale do tego zwycięstwa prowadzą zdobyte bramki. Czyli gole. Nie
da się ukryć, że o golach lepiej krzyczeć.
„Polska gola!” to okrzyk podstawowy, krótki i bezwzględny. Bywa
rozbudowywany. W popularnej pieśni kibiców, przez którą, razem
śpiewaną, łatwiej nawet wywoływać jedność tłumu niż przez
skandowanie, śpiewano „Polska gola, Polska gola, taka jest kibiców
wola”. Na transparentach z lat siedemdziesiątych widniał napis
czterowyrazowy: „nasza wola – Polska gola!”, tak też wtedy wołano.
Struktura prosta, analogiczna. Cztery dwusylabowe wyrazy, więc
trochej, czyli na przemian sylaba akcentowana i nieakcentowana.
Dobre do krzyczenia, do powtarzania.
Prawda, że wyraz „wola” pojawił się tutaj dla rymu z „gola”, co,
choć po „wola” następuje, jest dla hasła podstawowe. Ale też użycie
tego wyrazu daje całemu napisowi czy też okrzykowi interesującą
perspektywę. Otóż okazuje się, że strzelenie gola ma być realizacją
woli kibiców.
Chęć, pragnienie, ochota, zamiar, decyzja, postanowienie –
wszystkie te pojęcia coś łączy. W jednych dominuje emocja, w innych
nastawienie na realizację. Pragnienie może obyć się bez działania,
postanowienie powinno wcielać się w życie. „Wola” to słowo silne,
zdecydowane. Często formalnie i sprawczo zapowiadające czynności,
a właściwie czyny. Żeby czyn powołał coś do życia, musi być wola.
Taka wola powinna być silna. Jeśli ktoś taką wolę wyrazi, powinien
mieć do tego wyrażania prawo, i na tym się skończyć nie może. Za tak
wyrażaną wolą musi iść działanie: tego, kto wyraża, lub innych, odeń
zależnych. „Taka jest moja wola” – to może powiedzieć tylko nie byle
kto. Władca, sprawca, decydent. Właściwie jak tak powie, to już jest
pewne, że ta wola będzie zrealizowana. Nie można dopuścić, żeby nie.
Kibice wyrażają oto wolę, żeby był gol. „Taka jest nasza wola”
mówią, a właściwie wołają, a naprawdę jeszcze krócej, „nasza wola” –
a lapidarność zazwyczaj zwiększa kategoryczność. To wola
zbiorowości, ważnej, decydującej o wielu sprawach. Emocjonalnie
zaangażowanej.
Trudno się takiej woli przeciwstawić, trudno sobie wyobrazić, by nie
została spełniona.
Wyrażanie pragnienia jako pragnienia rzadziej prowadzi
bezpośrednio do jego realizacji. Jeśli pragnienie zostanie określone
jako wola, szanse realizacji zdają się nieporównanie wyższe.
Zwłaszcza jeśli ta wola będzie wykrzyczana tysiącem gardeł.
265
Niby nic, a tak to się zaczęło
Jan
Tadeusz
Stanisławski
(1936–2007)
„Orkiestry dęte”, wyk. Halina Kunicka
Co się zaczęło? A, to wszystko. To wszystko, co trwa, albo co tak
długo trwało. Taki był początek, tego początek.
Wydawało się na początku, że to nic takiego. Nawet nie można
powiedzieć, że na początku, bo jeszcze nie wiadomo było, że to jakiś
początek. Ot, zdarzenie jakieś i tyle.
Wiemy, że zdarzenia mają swoje konsekwencje. Wystarczyły zresztą
same konsekwencje, wiadomo przecież, że swoje, innych
konsekwencji zdarzenia mieć nie mogą, jeśli mają, to swoje. Ale tak
mówimy, żeby jeszcze bardziej było wiadomo, czego to konsekwencje.
Na początku jednak tego jeszcze nie widzimy. Dziś dziwnym się nam
wydaje na przykład, że, choć były dwie wojny światowe, pierwsza
i druga, to o drugiej wiedziano od początku, że druga, a o pierwszej
nie. I pierwszą stała się dopiero, gdy zaczęła się druga, a może nawet
trochę później. A przez długi czas mówiło się o niej tylko jako o wojnie
światowej. A i to nie od razu, bo że światowa, okazało się po jakimś
czasie. I dziś mówimy, że była pierwsza i światowa, i że zaczęła się
wtedy, gdy Gawriło Princip strzelił do arcyksięcia Franciszka
Ferdynanda.
I tak to się zaczęło.
W tym przypadku zaczęła się wojna, o której potem się okazało,
że światowa, a jeszcze później, że pierwsza. A dziś mówimy, że tak się
zaczęła pierwsza wojna światowa. A może w ogóle światowe wojny.
A tu, w tej piosence, zaczęło się coś innego. Jedna miłość, druga,
szereg miłości rodzinnych. Babcia zakochała się w dziadku, dziadek
w babci, potem mama i tata... Tak się zaczęło, od huknięcia puzonem,
jednym i drugim. Raz się zaczęło, potem jeszcze raz, niby co innego,
ale w istocie to samo, czyli można zaczynać wiele razy.
A jak się skończyło? Jak się to wszystko skończy? Pewnie się nie
skończyło i nie skończy, bo skąd mamy wiedzieć, kiedy i jak się coś
kończy. Czy w ogóle mamy świadomość, że coś się kończy? Pewnie
bardziej niż świadomość, że się zaczyna, ale też w ograniczonym
stopniu.
Zaczęło się jakoś tak samo z siebie. Niby nic, a tak to się zaczęło.
Niby nic. Czyli jednak coś. Jeśli niby, to wcale nie. Takie „niby” mówi
o pozorze. A pozór mówi, że naprawdę go nie ma. Gdyby istniał, nie
byłby pozorem. Ale gdy go nie ma, też nie istnieje. Ciekawa rzecz, ten
pozór, który ma dwa rodzaje nieistnienia: kiedy go nie ma i kiedy jest.
A istnienia pozór nie ma wcale.
Można by powiedzieć, że pozór jest na niby. Ale i to wcale nie,
bo jak jest coś na niby, to też tego nie ma. Jest tylko na niby, czyli nie
jest.
A jeśli na niby jest nic? O, wtedy właśnie coś jest! Na niby niczego
nie ma, to znaczy owszem, różne rzeczy są na niby, ale jak są
na niby, to ich właśnie nie ma – ale jak na niby jest nic, to jest coś.
Niby nic, a jednak coś.
Nawet nie można powiedzieć, że jednak.
266
Nic dwa razy się nie zdarza
Wisława Szymborska (1923–2012)
do Yeti” (1957)
„Wołanie
Dla pewności i dla poszerzenia tego sądu mamy zaraz dodane,
że „i nie zdarzy”. Oczywiście, że nie.
Stary Ben Akiba, który zyskał sobie czasową popularność
twierdzeniem, że wszystko już było, mógł tę swoją przewrotną prawdę
traktować jako logiczny pewnik, pod warunkiem że tylko temu, co już
było, co przeminęło, możemy zasadnie jakąś egzystencję przypisać.
I istotnie: to, czego nie ma, na pewno nie było, a to, co jest, jest, pod
warunkiem że już przed chwilą, choć niewielką, było, na tyle
przynajmniej, byśmy to zauważyli. Jeśli zaś rozumiemy ten sąd jako
stwierdzenie, że nic nowego się zdarzyć nie może, że „nihil novi sub
sole”, to tylko przy dobrej wierze i swobodzie myślowego skrótu
możemy mu jakąś mniej lub bardziej metaforyczną prawdę przypisać.
A naprawdę przecież wiemy, że cokolwiek się dzieje, dzieje się
po raz pierwszy. Że tego, co zaraz zacznie być, jeszcze nigdy nie było.
Były rzeczy podobne, ale tej nie było.
Bo nic się nie może zdarzyć dwa razy.
A właściwie, to jak myślę, że nic dwa razy się nie zdarza, to mogę
pomyśleć, że takie „nic” to nie tylko dwa razy, ale nawet i raz się
zdarzyć nie może. Że zdarzyć się może najwyżej coś, a nie nic. A „nic”
jest właśnie od tego, żeby się nie mogło zdarzyć. „Niczego” nie może
być, nie możemy przecież niczego ani usłyszeć, ani zobaczyć.
W innych językach mówi się, że „nic” jest. W naszym „niczego” być
nie może. Alicja mówi do Króla „I see nobody on the road” (co
tłumacz zręcznie przekłada, żeby ten paradoks oddać, na: „Czy widzę
kogoś na tym moście? Nikogo”), na co Król całkiem trzeźwo
odpowiada, że jego wzrok pozwala na widzenie tylko tych, co istnieją.
Ponieważ u nas nie ma nic, nie może się też nic zdarzyć. Ani dwa
razy, ani raz. A nawet gdyby się zdarzyło, nie moglibyśmy tego
doświadczyć, bo niczego doświadczyć nie można.
I tu wpadamy w pułapkę, bo te zdania zdają się potwierdzać tezę
Gorgiasza, że nie ma nic, co miało według niego podawać w wątpienie
istnienie czegokolwiek. Zatem jak jest: jest nic czy też nie ma? Wiemy,
oczywiście, że kiedy mówimy, że niczego nie ma, to myślimy o tym,
że nie ma czegoś takiego, o czym można powiedzieć, że to coś. Ale
nie mówimy, że nie ma żadnego (jakiegokolwiek) czegoś, tylko że nie
ma niczego albo nic.
Nic się nie zdarza, jeśli nie zdarza się żadne coś. Ale jeżeli się jakieś
coś zdarzy, to potem się już zdarzyć nie może. Jeśli się nawet zdarzy
coś, o czym moglibyśmy pomyśleć, że się już zdarzyło, to w istocie
jest to coś innego, nie to samo coś. Bo żadne coś nie zdarza się dwa
razy. Jeśli nawet tak, to co to „żadne”? Może więc: „każde coś (albo
wszystko) zdarza się tylko raz”. A co to „tylko”? Dobrze, nic dwa razy
się nie zdarza. I nie zdarzy. Na pewno.
267
Nic nie może przecież wiecznie trwać
Andrzej Mogielnicki, wyk. Anna Jantar
Wiadomo, że nic nie może w ogóle trwać, co dopiero wiecznie, ale tu
nie o to chodzi. Raczej o to, że wszystko się kończy. To znaczy nie
chodzi o to znowu, że teraz się właśnie wszystko kończy, tylko
że wszystko ma swój koniec. Pewnie, że swój, cudzego nie może
mieć. Czyli że nie jest tak, że coś, cokolwiek, może trwać wiecznie,
bez końca.
I to ma nas pocieszyć wtedy, gdy jakiś koniec akurat widzimy czy
przewidujemy. Już, już moglibyśmy się zacząć martwić – a tu
dowiadujemy się, że wszystko się musi skończyć, i przestajemy.
A pociesza nas norma. Znaczy nie nam tylko coś się takiego
przytrafia, taki koniec na przykład, to wszyscy tak mają. Gdyby to
dotyczyło tylko mnie, musiałbym się uznać za pechowca, a tak to
wszystko w normie. Może nie w najlepszej normie, to prawda, ale
jakoś normalnie.
A my tę normę znamy i jako normę właśnie akceptujemy. To też
normalne, żeby godzić się z normą. Teraz akurat norma dotyczy
obligatoryjnych końców wszystkich rzeczy.
Ale kiedy nawet to wiemy, możemy się dalej zastanawiać, dlaczego
właśnie teraz ma się to kończyć, co kończy. Zgoda, wiecznie nie może,
ale dlaczego już? I znów odpowiadają nam, że się kończy, bo wiecznie
trwać nie może. Tylko że teraz ta odpowiedź mniej jakoś nas
zadowala.
Może nam wtedy jeszcze pomóc małe słówko „przecież”. Takie
„przecież” pokazuje przecież, że to, że nie może się nie skończyć to,
co się zaczęło, jest oczywiste i że ja to sam wiem. Wiem przecież,
tylko akurat na chwilę zapomniałem i zdawało mi się jakoś, że może
nie musi się skończyć. I przez to „przecież” trochę zapominam o tym,
że przecież chodziło mi nie tylko o to, że w ogóle coś nie powinno się
kończyć, tylko że dlaczego właśnie teraz. Przecież nie może trwać
wiecznie, no to się kończy i już. Teraz, bo dlaczego nie teraz?
Przywołuję tę konieczność końca, gdy chcę, żeby to, co się kończy,
ale wciąż trwa, potrwało jeszcze. Gdybym chciał, co też przecież
częste, a może nawet częstsze, żeby coś się już wreszcie skończyło, ta
konieczność byłaby jeszcze bardziej pocieszająca. Ale wtedy pytam
sam siebie: „czy to się nigdy nie skończy?” i, jakkolwiek znam
odpowiedź, że owszem, skończy się, denerwuję się odwlekaniem tego
końca. „Niech się to już wreszcie skończy!” – myślę sobie i dodaję
jeszcze w myślach dziwne tu w końcu słowo „raz”: „niech się to
wreszcie raz skończy!”.
A ile razy miałoby się kończyć? Jak się skończy, a skończy się,
bo musi, bo wiecznie trwać nie będzie, bo nic nie może przecież
wiecznie trwać, to oczywiście, że raz i już.
I będzie jakieś inne coś, bo przecież nie może być też tak, żeby
czegoś nie było.
268
Nic to
Henryk
Sienkiewicz
Wołodyjowski” (1888)
(1846–1916)
„Pan
Najkrótsze z polskich wielkich zdań. Ale zdanie, mamy tu
zdaniotwórcze „to”. I to zdanie z rozpoznawalnym pochodzeniem;
wyraźnie słyszymy Wołodyjowskiego, który mówi to do żony. Zdanie
z wyraźnym literackim nadawcą i z wyraźnym odbiorcą, bo tylko
do żony tak Wołodyjowski mówił.
Gdyby mówił „to nic”, trudno byłoby nam uznać to za cytat. Zwykłe,
częste połączenie słów. Może co najwyżej pewien skrót dający idiom.
„To nic” to jak „nic nie szkodzi”, „nie martw się”, „nic takiego się nie
stało”. Ale nie mówimy tego wszystkiego, wystarczy „to nic”. Bywa
łagodzące, serdeczne. Zmienia sens, gdy dodamy „jeszcze”. Zdanie
„to jeszcze nic” przebija inne zdania i zdarzenia. Komuś się coś
wydarzyło lub udało, ale my mieliśmy lepiej albo o czymś wiemy
znaczniejszym. „To jeszcze nic, mnie posłuchaj”. Czasami tak
przebijamy samych siebie.
Ale „to nic” jest miłe. Nawet jeśli może nam się wydawać, że przez
takie „to nic” ktoś nie docenia naszych obaw czy zmartwień, na ogół
słyszymy to dość chętnie, widząc w tym wyraz życzliwości lub troski,
najczęściej obu.
„Nic to” daje jeszcze więcej. Wyraża poczucie odpowiedzialności
za słowo. Jak ktoś tak mówi, to wie, co mówi. Daje to poczucie
odniesienia do rzeczy ważniejszych, wobec których to „to” to
rzeczywiście nic. Mało znaczy i już. Sugestywność takiego szyku jest
wielka, a zastosowana tu miara – niepodważalna.
Przy „to nic” nie mamy takich odniesień. Po prostu to nie takie
ważne. Przy „nic to” możemy zacząć się wstydzić, że te nasze sprawy,
spraweczki, wydawać nam się mogły istotne. „Nic to” wobec Ojczyzny,
Boga, Sprawy jakiejś wielkiej. Pamiętaj, Baśka: „nic to”. Jak ktoś ma
coś pamiętać, to wiadomo, że przyjąć to wcześniej musiał bez
zastrzeżeń. To było oczywiste i pewne, teraz chodzi o to, by o tej
oczywistości pamiętać.
Łatwo to przyjąć, gdy chodzi o rozstanie, o poświęcenie się służbie
i inne takie utrudniające życie rzeczy. Ale dla Wołodyjowskiego nawet
i utrata życia „nic to”. Pewnie, że dla żołnierza oddać życie dla
Ojczyzny to normalne. Ale żeby aż „nic to”? Chyba Wołodyjowski
trochę przesadza.
Możemy swoim czynom nadawać wymiar heroiczny, ale możemy też
pokazywać je jako naturalne. Możemy stratom z tym związanym
dodawać wartości, przez co ofiara staje się ważniejsza. Ale możemy
też te straty minimalizować. Zwłaszcza kiedy chodzi o to, że straty nie
do uniknięcia, a żałujących bardzo żałujemy. Nie chcemy, żeby
żałowali. Nic to w końcu nie pomoże, a jak przykro pomyśleć, jak im
będzie przykro.
Wołodyjowski mówi to do Baśki, bo ją kocha i nie chce, żeby jej
było źle, kiedy jego już nie będzie. I tak ją właśnie przewrotnie trochę
pociesza. Ale czujemy, że jest sugestywny także względem siebie
i że sam w to wierzy.
Może rzeczywiście „nic to”.
269
Nic w przyrodzie nie ginie
Przysłowie, odn. Łukasz Górnicki (1593)
Górnicki zapisał, że chodzi o świat, i użył czasu przyszłego: „nic
na świecie nie zginie”. Potem czasem pisano o świecie już
w panchronicznie użytym czasie teraźniejszym, potem górę wzięła
natura i to w niej nic miało nie ginąć, wreszcie w XX wieku znalazła się
w tym porzekadle bardziej jednoznaczna od „natury” „przyroda”.
I mało którą konstatację postrzegamy jako mniej wzbudzającą
wątpliwości.
Kiedy, prostaczkowie, próbujemy sobie wyobrazić cały świat jako
całość i jako wszystko, co jest, co na tym świecie jest, to może nas
ogarniać przerażenie. Nie możemy pomyśleć, że wszechświat jest
nieskończony, ale jego skończoność jest jeszcze trudniejsza
do pomyślenia. Wyobrażenie stałości elementów świata, brak
możliwości pojawienia się nowych spoza niego i znikania gdzieś poza
nim (niby gdzie?) tych, co już są, jest z jednej strony naturalne –
z drugiej, gdy to sobie uświadomimy, nie do zniesienia.
Nic nie ginie i nic nowego się nie pojawia. Wszystko, co jest,
zmienia się, rozwija, przekształca, mutuje, wyrodnieje – ale nie ginie.
My też. Może będziemy żyć w kłosach zbóż, jak chciała nieco
grafomańska piosenka, może będziemy kolejnymi pastwami różnych
żyjątek – ale nie zginiemy. Bo nic w przyrodzie, nic na świecie – nie
ginie.
Kiedy pojawiła się w tym powiedzeniu przyroda, wiarygodność
zyskała inny wymiar – to stwierdzenie stało się dzięki temu niemal
naukowe, a w każdym razie bardziej solenne.
Zdanie to mniej jednak dotyczy eschatologii, bardziej naszych
codziennych zgub. Coś, co się zawieruszyło, pocieszmy się, jest.
Gdzieś jest. Nie może ani nigdzie nie być, ani tym bardziej nigdzie być.
Nigdzie nie ma tylko tego, czego nie było. I nie bardzo wiadomo,
o czym tu teraz mówimy. To, że nie zginęło, ma nas pocieszyć. Ale czy
naprawdę możemy się czuć pocieszeni, jeżeli coś zgubiliśmy i nigdzie,
ale to nigdzie nie możemy tego znaleźć? Jeśli tego po prostu nigdzie
nie ma i już?
Czasami żartobliwie dodaje się, że to, co wydaje się nam,
że zginęło, w istocie tylko mogło zmienić właściciela. To nie jest tak,
że tego nie ma, to tylko ja tego nie mam. Bardziej subtelna dawna
ortografia odróżniała pisane łącznie „niema”, przeciwieństwo
egzystencjalnego „jest”, od „nie ma”, przeciwieństwa „ma”,
właściwego właścicielowi. „On tego nie ma” od „tego tu niema”. Dziś
tej różnicy nie mamy. Nie ma jej nikt u nas. Nie ma jej. Ale i tak wielu
się dziwi, że w opozycji do „jest” nie ma zwykłego „nie jest” zamiast
dziwnego „nie ma”.
Oczywiście nie ucieszy nas to, że to nie jest tak, że tego nie ma,
tylko że to tylko my tego nie mamy, a ktoś inny ma, ale ta ogólna
perspektywa braku możliwości niezaistnienia czegoś ukazana przez
wskazanie na zmianę posiadacza tego na tego, co to teraz to ma, ma
nas raczej rozbawić, niż przestraszyć...
270
Nicea albo śmierć
Hasło polityczne, Jacek Saryusz-Wolski (2004)
Nie wiadomo, jak długo pozostanie w pamięci Polaków to hasło, dość
oryginalnie zawierające nazwę francuskiego miasta. Było silnie
związane z okolicznościami i głosiło przymus bronienia pewnych
unijnych rozwiązań europejskich dających Polakom określone
przywileje (mniejsza już o to, jakie i czy realne), a zapisanych właśnie
w Nicei. Ale wyszło poza te okoliczności, będąc przedmiotem gorącego
sporu politycznego.
W większości zgadzano się, że to bardzo dobre hasło. Zwięzłe,
wyraziste. Każdy, kto usłyszał, wiedział, o co chodzi, i zapamiętywał.
Brzmiało po męsku, stanowczo. Choć egzotycznie brzmiące, było
patriotyczne, więc mogło liczyć na dobre przyjęcie jako broniące
polskich interesów. I jednocześnie ogromna część polityków uznawała,
że to hasło niedobre, antagonizujące nas z pozostałymi członkami
Unii. Że demagogiczne, wywołujące napięcie także wewnętrzne.
Posuwano się do wyśmiewania szczególnie głośno prezentującego to
hasło polityka Platformy Obywatelskiej Jana Marii Rokity. Imputowano
całej tej partii, że chętnie wycofałaby się ze stanowiska, zwłaszcza tak
ostro wyrażanego. Istotnie, jak się coś mocno wyrazi, o odwrót
trudno, nawet gdyby się chciało. A tu nie wiadomo, czy chcieć,
bo hasło dobre. Nawet przeciwnicy widzieli w nim dobre hasło. Dobre,
choć oczywiście beznadziejne i w ogóle głupie. Głupie, ale dobre.
Takie dobre, że nie mogło być oryginalne. I nie było, w każdym
razie jeśli chodzi o strukturę i drugi człon alternatywy, bardzo
rozłącznej. Ze śmiercią zestawiano wiele wartości, co w końcu
sytuację raczej ułatwiało. Mało kto, mając wybór między śmiercią
a czymkolwiek, wybierze śmierć, co dopiero gdy drugim członem,
wobec śmierci alternatywnym, jest ojczyzna, wolność czy coś
podobnie wartościowego. Toteż wybierano te wartości, a najbardziej
znaną spośród nich był socjalizm, zestawiany ze śmiercią nie przez
kogo innego jak Fidela Castro, co wiarygodności oczywiście dodawało.
U Kościuszki była alternatywa: „śmierć albo zwycięstwo”.
W klasycznym bandyckim zestawieniu „śmierć albo pieniądze” śmierć
także lokowała się na początku, co mogło być tłumaczone możliwością
sprawnie wywołanego szoku. W innych zestawieniach mamy
oczywiście do czynienia ze skrótem myślowym, zestawiającym
na przykład socjalizm albo ustalenia unijne po jednej, a kompletną
katastrofę, śmiercią nazywaną, po drugiej stronie. Czyli, inaczej
mówiąc: jak nie będzie socjalizmu albo Nicei, to w ogóle śmierć. Albo
może inaczej: bronić socjalizmu (Nicei) aż do śmierci. Albo wreszcie:
mam wybór – albo obronię Niceę (ustalenia itd.) czy też socjalizm,
albo umrę. To znaczy, po prostu, że będę bronił socjalizmu albo też
Nicei do śmierci.
No, oczywiście, niezbyt mądre to wszystko. Ale wyraziste. A ci,
którzy skłonni są widzieć w tej wyrazistości znamię funkcjonalności
hasła, pokazują jednocześnie świadomość konwencji.
271
Nie brak świadków na tym świecie
Aleksander Fredro (1793–1876) „Zemsta”
(1834)
Podobno dreszcze przechodziły, gdy mówił to stary Leszczyński jako
Rejent Milczek. Istotnie, mocne to stwierdzenie i jako aforyzm dobrze,
choć w złym świetle, pokazuje ludzką moralność. Pamiętamy, jak pan
Pickwick dziwił się naiwnie, stwierdziwszy, że istnieją dżentelmeni,
którzy za pieniądze skłonni są poświadczać nieprawdę, i jak pan
Parker dziwił się z kolei jego zdziwieniu. Rejent wzdycha na temat
obfitości świadków, ale wie, że to świadectwo ludzkiej niemoralności
z pewnością da się wykorzystać.
Świadkowie
świadczą
i
dają
świadectwo,
oświadczają
i poświadczają. W języku prawnym nie mówi się o kłamstwie czy
kłamaniu, mówi się o świadomym poświadczeniu nieprawdy, nadając
w ten sposób oficjalny charakter różnym łgarstwom. Dopiero za to
można ukarać. Jest jakaś nieprawda, różna od prawdy, a ten, który tę
nieprawdę wypowiada, poświadcza ją – to znaczy nie samo jej
istnienie, lecz jej zgodność z rzeczywistością.
Jeden z filozofów greckich paradoksalnie twierdził, że kłamstwa nie
ma, bo sąd wypowiedziany, a właściwie nawet pomyślany, choć
niezgodny z prawdą, nadaje jakąś formę istnienia temu, co głosi czy
stwierdza. To, co jest stwierdzane, już wtedy jakoś jest, w każdym
razie zaczyna jakoś być, a jakoś będąc, jest w jakiś sposób prawdziwe.
Ale to sofistyczne wykręty. Wiemy, co jest, a co nie, co prawdziwe,
co fałszywe. W większości przypadków to, co prawdziwe, daje się
udowodnić.
Najczęściej – przez naoczne stwierdzenie. Jeśli nie przez nas, to
przez wiarygodnych świadków. Częsta obecność tego przymiotnika
przy słowie „świadek” wskazuje na to, że w ślad za Rejentem nie
całkiem ufamy wszystkim jak leci. Dodatkowo pokazuje,
że wiarygodność nie jest oczywista.
Świadkowie bywają przypisywani obronie i oskarżeniu. Kiedyś
jednym ze znaczeń słowa „świadczyć” było „czynić komuś coś
dobrego”, i dziś także zresztą językowe połączenia „świadczenia”
i „wyświadczania” są pozytywne: świadczy się usługi, wyświadcza zaś
przysługi i łaski, a nie coś niedobrego i przykrego. Samo „świadczenie”
jest jednak już ambiwalentne: można świadczyć na korzyść, ale coraz
częściej, gdy myślimy czy mówimy o tym, że są czegoś świadkowie,
wiążemy to z niezbyt pożądaną czyjąś obecnością. Lepiej bez
świadków.
Świadków nie brak na tym świecie. Na tamtym pewnie będzie
inaczej, bardziej sprawiedliwie, ale na tym tak to już jest. „Tak to jest
na tym świecie” – mówimy, pokazując tym samym akceptację takiego
porządku świata, nie sprzeciwiając się jego niedoskonałościom. Tak to
już jest i musimy się z tym pogodzić. My wprawdzie jesteśmy
w porządku, ale ludzie nie są i trzeba z tym jakoś żyć. Na tym świecie
nie brak też świadków, którzy nie będąc świadkami czegoś,
poświadczą i oświadczą, co trzeba.
Na nasze szczęście też.
272
Nie było nas, był las, nie będzie nas,
będzie las
Przysłowie, odn. Józef Ignacy Kraszewski (1860)
To powiedzenie tak podobno denerwowało Franca Fiszera, że wyciął
swój cały las w Łomżyńskiem, żeby ten las go nie przeżył. Wobec lasu
miał postawę jakby nieco konkurencyjną.
Ale inni powtarzają tę katarynkową rymowankę z męskimi rymami
bez takiego zaangażowania – przeciwnie, wpisana jest w nią pewnego
rodzaju raczej dezaktywizująca rezygnacja.
Większość z tak powtarzających to zdanie skłonna jest rozumieć to
powiedzenie tak, że cokolwiek zrobimy, las przetrwa – więc nie ma się
co nim, ale i innymi rzeczami także, przejmować.
Choć przecież mogłoby to nas pobudzić do działania, bo można
by też było pomyśleć w pewnym sensie przeciwnie, na odwrót –
że może właśnie dbać powinniśmy o to, co może pozostać po nas,
co pozostanie nawet wtedy, gdy nas już nie będzie. Choćby po to,
żeby zostawić po sobie jakiś dobry ślad. Albo żeby złego śladu nie
pozostawić.
Czy można mówić to o racjach jednych i drugich? Mają powody,
żeby tak myśleć. Las jest tu raczej i tak metaforyczny, a to
powiedzenie jest najprostszą z możliwych refleksji o naszym
przemijaniu w trwającym wciąż, choć zmieniającym się świecie.
W którym dobrze by jednak było, gdyby pozostało coś, co teraz jest,
i co było dawniej, zwłaszcza może nawet wtedy, kiedy nas jeszcze nie
było.
Jedni z nas próbują się czasem pocieszać, a inni znów zamartwiają
się tym, że jak nas nie będzie, to nic nie będzie, albo będzie tak, jakby
nic nie było. Są tacy, którzy deklarują, że im wszystko jedno i że potop
może wszystkie lasy zlikwidować. I w ogóle wszystko. I co nas to
w końcu obchodzi, skoro nie będzie to nas obchodziło wtedy, gdy się
stanie – a nie będzie, bo i nas już przecież nie będzie.
Każda z tych postaw wobec lasu jest, jakby zresztą powiedział sam
Franc Fiszer, intelektualnie bardzo atrakcyjna i wymagająca, ale za to
kompletnie jałowa.
Na pewno jednak wypada zgodzić się z pierwszą częścią tego
powiedzenia. Las był, kiedy nas jeszcze nie było. A czy będzie zawsze?
Kiedy nas nie będzie?
Przecież było go dużo więcej, zanim przyszliśmy. Wcale nie jest
pewne, czy długo pozostanie – wielu obawia się, że zniszczymy
wszystkie lasy, dżungle, puszcze i nawet zagajniki, jak zniszczyliśmy
już wiele z nich. W różnych ponurych antyutopiach, w wieszczących
stechnicyzowaną przyszłość esefach pełno jest bezleśnych światów
przyszłości.
I ma to nas raczej wystraszyć, niż pocieszyć większą odpornością
człowieka niż lasu. Zresztą tymi ludźmi i tak nie będziemy my. Tak jak
kiedyś nas nie było, i potem nie będzie.
273
Nie chce mi się z tobą gadać
Władysław Pasikowski, film „Psy”
Nie tyle ja sam nie chcę, ile mnie się nie chce. Gdybym to ja nie
chciał, byłby to w końcu aktywny stosunek, przejaw mojej woli z tobą
związanej. Pewnie, byłoby nieżyczliwie, ale widać by było jakąś tam
twoją ważność. Pokazywałbym niechęć, coś poważnego.
Tu nawet tego nie ma. Nie chce mi się i tyle. Ten celownik zdejmuje
zwykle ze mnie odpowiedzialność, informuje, że to, co czuję, nie jest
przejawem mojej woli, mojego chcenia, że jest w pewien sposób
zewnętrzne, że sam temu podlegam. Wcale nie chcę jeść, to mnie się
chce. Chce mi się. Nie chcę spać, chce mi się. Albo mi się nie chce
i już. Nie zmuszę się, mogę sam nawet próbować chcieć, ale to
przecież trudno chcieć, jak się nie chce. Mi. Mnie. Nie chce mi się
z tobą gadać. Jakoś mi się nie chce i nawet nie chce mi się
zastanawiać dlaczego. Jakbym sam nie chciał, wiedziałbym dlaczego.
Ale tu – nie chce mi się.
Odmowa kontaktu jest sporą przykrością. Już lepsza bywa
manifestowana niechęć. A odmowa kontaktu dlatego, że mi się nie
chce, może być przykra specjalnie. Wiesz, nie mam nic do ciebie, ale
nie widzę powodu, żeby się z tobą spotykać. Ani rozmawiać.
Nie chce mi się rozmawiać, to nie rozmawiam. Ale kiedy nie
rozmawiam, ten, z kim nie rozmawiam, może nie wiedzieć, że nie
rozmawiam, a zwłaszcza że nie rozmawiam dlatego, że nie chcę czy
też dlatego, że mi się nie chce. A czasem jest tak, że, owszem, nie
chce mi się rozmawiać, ale chciałbym, żeby ten, z kim rozmawiać mi
się nie chce, wiedział, że mi się nie chce. Że właśnie dlatego nie
rozmawiam, że mi się nie chce, a nie dlatego, że nie chcę czy
że po prostu nie rozmawiam, bo przecież nie mogę ciągle rozmawiać
i rozmawiać.
I wtedy trzeba mu to powiedzieć.
I tak to jest, że o mówieniu mówimy i o niemówieniu też mówimy.
Kiedy mówimy, że mówimy (a mówimy o tym często, zwłaszcza kiedy
zaczynamy mówić), jesteśmy bardzo wiarygodni, bo mówimy,
że mówimy, i właśnie mówimy, widać i słychać, że mówimy. Znaczy
mówimy prawdę.
Kiedy mówimy, że nie mówimy, sytuacja jest trochę paradoksalna.
Kiedy na przykład powiem: „już nie mówię o tym, że tyle razy ci to
mówiłem”, to jednak o tym mówię. Mamy tu praeteritio, szczególnie
perfidną figurę retoryczną. Mówię, ale mówię, że nie mówię.
Kiedy obrażam się na kogoś, i to tak, że nie chcę się do niego
odzywać, to muszę mu to powiedzieć, żeby wiedział. I odzywam się
do niego, żeby powiedzieć, że się nie odzywam. W gruncie rzeczy
zwykle wiem wtedy, a i ten ktoś wie też, że takie odezwanie osłabia
trochę nieodzywanie się. Czasem można nawet długo mówić, że się
nie będzie mówić.
A jak się naprawdę nie chce z kimś gadać, to pewnie nie będzie się
nawet chciało powiedzieć mu o tym.
274
Niech zstąpi duch Twój i odnowi oblicze
ziemi. Tej ziemi
Jan Paweł II (1920–2005), homilia na placu
Zwycięstwa (1979)
Pierwsze zdanie to oczywiście cytat z „Psalmów” (Ps. 104, 1.24.29–
31.34), ale drugie, dodane po chwili milczenia, wypowiedziane
ze szczególnym naciskiem, to już papież Jan Paweł II, to Karol
Wojtyła.
Dobre zacytowanie w odpowiednim czasie może nawet być
istotniejsze od pierwszego użycia, źródła. I może być długo pamiętane
jako coś szczególnie istotnego. Parafraza sformułowania, czyli cytat
świadomie niedokładny, może być ważniejsza od tego, co zostało
sformułowane najpierw, co sparafrazowano. A bywa i tak,
że integralny cytat zostanie wzbogacony, powiększony przez coś
dodatkowego, co skoncentruje na sobie uwagę.
Tu mamy klasyczny cytat z Pisma, normalny w kazaniach,
w homiliach. I, także dość normalne w tych okolicznościach,
rozwinięcie. W tym przypadku: konkretyzację. Duch Boży ma zstąpić,
by odnowić oblicze ziemi. Ten topos, odnowienia świata przez
zstąpienie wysłannika Stwórcy czy samego Stwórcę w swojej
emanacji, jest znany i zrozumiały. Tu ważne, co zostało
dopowiedziane.
Owszem, chodzi o odnowienie oblicza ziemi całej, ziemi. Tak jak
chciał psalmista. Ale chodzi też, a społecznie, politycznie, ideologicznie
– przede wszystkim, o to, żeby odnowiona została ta właśnie ziemia,
oblicze tego właśnie konkretnego kraju. Polski.
Bo ludzie czekają, owszem, na przyjazd papieża, Naszego Ojca
Świętego itd., czekają, że będzie – ale też czekają na to, co powie.
Że coś powie. Jest 1979 rok, napięcie społeczne rośnie. Potrzeba
impulsu, żeby coś się stało. Żeby jakoś się stało. I papież mówi. Każde
słowo jest ważne, wartość zwykłego, nawet przypadkowego
sformułowania może się okazać większa od zamierzonej. Na te słowa
się czeka.
Karol Wojtyła był mistrzem w organizowaniu świadomości i emocji
zbiorowej. Miał doświadczenie sceniczne, znakomity głos i, co tu dużo
mówić, charyzmę. Co powiedział, zostało usłyszane. I był najwyższym
kapłanem powszechnego (czyli katolickiego) Kościoła, papieżem,
i do tego Polakiem. Wypowiedziane przez niego cokolwiek to było
COŚ.
Konkretyzacja ziemi w ogóle do „tej ziemi”, rozumianej
jednoznacznie wtedy i potem jako ta ziemia, na której stanął, którą
ucałował, czyli polska ziemia, czyli ziemia polska, czyli Polska, była
potem uznana za jeden z najważniejszych symbolicznych
stymulatorów niewiele późniejszego ruchu „Solidarności”. Ta odnowa
oblicza tej ziemi była i jest do dziś postrzegana jako metafora
świadoma, użyta z rozmysłem i z powagą.
Może to był impuls – jeśli tak to ujmujemy, wierzymy w moc
jednostki i jej działań symbolicznych. Może to była zapowiedź – wtedy
wierzymy w jasność widzenia i dociekania przyszłości. Może to było
proroctwo – wtedy wierzymy w profetyczne objawienia.
W każdym razie, jak się zdaje, duch zstąpił.
275
Nie chcem, ale muszem
Lech Wałęsa
Tak właśnie, z rozszczepionymi nosówkami na końcu. Jedni przesadnie
mówią „ą, ę”, inni eliminują nosowość i mówią, że mówio, jak chco,
inni rozszczepiajom. Nosowość wtedy jest osobna od samogłoski.
„Chcem”. „Muszem”.
Wałęsie często zarzucano polszczyznę mało klasyczną. Niespecjalnie
się tym przejmował. Uważał, że ważniejsza treść od formy, a jeszcze
ważniejsze działanie. „Szłem czy szedłem, ale doszedłem” – mówił,
pokazując, o co szło naprawdę i o co chodzi w ogóle.
Swoistość końcówek podkreśla wyrazistość tego krótkiego zdania.
I daje mu cytatowość, bo przecież o połączeniu niechcenia
z muszeniem mówi się od dawna.
A właściwie czy to jest połączenie? Czy nie są to dwie strony tego
samego zjawiska, a może wręcz dwie nazwy na to samo? Przecież jak
coś muszę, to znaczy, że nie chcę. Jeżeli coś muszę zrobić, to zrobię
to, bo muszę, nie dlatego, że chcę. Dla wielu z nas przymus wyklucza
wolę, a wola nie łączy się z przymusem. Jeśli coś robię, bo chcę, to
przymusu nie ma.
Choć z drugiej strony: czy nie może być tak, że muszę zrobić coś,
co i tak zrobić chcę? Albo też tak, że bardzo chcę zrobić to, co i tak
muszę?
Chcenie jest moje, przymus z zewnątrz, choć mogę go sam czuć.
Nie muszą zatem być zgodne, ale i nie muszą stać w sprzeczności.
Mogą się zgadzać, choćby przypadkiem. A można sobie wyobrazić
i takiego służbistę, dla którego to, że musi, jest dostateczną racją
do tego, żeby od razu chciał.
Najczęściej jednak myślimy o tych dwóch stymulatorach naszego
postępowania w kategoriach konfliktu. A świadomość tego, że coś
musimy, w sposób istotny osłabia naszą ewentualną skłonność
wewnętrzną do tego, żeby to zrobić. Ale i tak zrobimy, bo musimy.
W tym zdaniu nie chodzi o proste zestawienie braku chęci
ze świadomością determinacji. To deklaracja, że coś się zrobi. Wałęsa
mówi, że nie chce kandydować na prezydenta, ale kandyduje. Bo musi
kandydować i wie, że musi.
Ubieganie się o stanowisko, chęć bycia kimś, na przykład
prezydentem, wydają się koniecznymi, a przynajmniej bardzo
pożądanymi warunkami kandydowania. Dziś trudno nam sobie
wyobrazić kandydatów, którzy z wyraźną niechęcią, pod wielkim
przymusem, godziliby się na ubieganie się o ten urząd. Być może tacy
są, zmuszani do kandydowania, ale ci pewnie nie wygrają. Ale jeszcze
niedawno takie głośne chcenie nie było szczególnie stosowne. Jeżeli
ktoś czegoś tak bardzo chciał, dawał nam powód, żeby mu tego nie
ułatwiać. Skoro tak bardzo chce, to może niech sobie jeszcze pochce?
Co innego, jak musi. Trudno, jak musi, a nie chce, zagłosujemy
na niego.
Musimy.
276
Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy
Juliusz Słowacki (1809–1949) „Lilla Weneda”
(1840)
Róża piękna rzecz. Właśnie piękna, gdyby była osobą, można
by powiedzieć, że uosabia piękno. „Sadźmy, przyjacielu, róże” – to
Seweryn Goszczyński. „Róża to róża to róża” – to Gertruda Stein.
Wprawdzie pod inną nazwą równie pięknie by pachniała (to Szekspir),
ale lepiej, że nazywa się różą. W zestawieniu ze słowikiem daje
wspaniałą orientalną diadę, w zestawieniu z pierścieniem
arystokratyzuje się jeszcze bardziej. Kwintesencja piękna i już.
Niby ma kolce, ale jest delikatna. Trzeba ją chronić, wiedział o tym
Mały Książę. Nie chcemy, żeby jej się stało coś złego. Kiedy więdnie,
kiedy umiera, żałujemy jej. Żałujemy róży.
Ale nie zawsze jest czas na piękno. Kiedy coś nam zagraża, kiedy
niszczeją zbiory, kiedy pożar, róża schodzi na dalszy plan. I tak już
jest. Róża piękna rzecz, ale nieduża. A na przykład las to las. Duża
rzecz. W lesie jest tyle drzew, róże zresztą też mogą być. Jak las się
pali, przestajemy myśleć o różach. Co dopiero, gdy to lasy! To
oczywiste. Wiemy o tym, godzimy się z tym. Do tego stopnia, że z tej
zgody może wyrosnąć dobra metafora. A metafora daje się dobrze
użyć. I to my decydujemy, jak jej użyjemy.
I dlatego to od nas zależy, co jest w danej sytuacji lasem, co różą.
Czego żałować, czego nie. Co ważniejsze, co mniej ważne. Czym się
w ogóle nie przejmować w danej poważnej sytuacji.
Trochę mi to przypomina uświęcanie środków przez cel. Jak cel
piękny, wzniosły i szczytny, to z niegodziwostkami środków trzeba
by się pogodzić. Większość z nas chyba przynajmniej czasami tak
myśli, choć niektórzy, jak choćby Themerson, w szlachetności środków
skłonni są upatrywać ostatecznego, najwyższego celu.
Zawsze możemy powiedzieć, że nie czas żałować róż. I uznać
za różę to właśnie, czego akurat nie chcemy w danym momencie
żałować. A za lasy? Tu nawet nie mamy obowiązku ustalania, co jest
akurat lasami i co to za pożar. Tak zwana ogólna sytuacja dostarcza
nam zawsze w tym względzie wygodnych usprawiedliwień. Przecież
wszyscy widzą, jak się rzeczy mają. Źle bardzo.
I w takiej sytuacji jak tu żałować tego czy owego? Takich, nie
przymierzając, róż?
Zdefiniowanie sytuacji należy do nas. Jeśli ustalimy hierarchię
ważności, obiegowa metafora, najlepiej zakorzeniona w jakimś
znakomitym i pięknym cytacie, może nam pomóc w przekonaniu
innych. Taka językowa klisza sprawia, że argumenty są niepotrzebne.
Powiemy, że tylko krowa nie zmienia poglądów, i nasza zmiana
poglądu jest w pełni wytłumaczona. Powiemy, że koń ma cztery nogi
i też się potknie, i natychmiast możemy się potknąć, jeśli tego przed
cytatem jeszcze nie zrobiliśmy.
Róż nie czas żałować, gdy lasy płoną. Całe szczęście, że kiedyś
przestaną. I wtedy będzie czas.
277
Nie kładź palca między drzwi
Przysłowie, odn. Szymon Budny (1580)
„Drzwi” to jeden z rzeczowników bez liczby pojedynczej. Nie wiadomo
nawet, jak mogłaby ta liczba wyglądać. „Jedno drzwio?”. Nonsens.
Inne wyjścia jawią się nam jako jeszcze bardziej absurdalne. Nie ma
niczego takiego pojedynczego. Drzwi są tylko mnogie, bardziej nawet
niż spodnie, bo spodzień sobie jakoś wyobrażamy, bardziej chyba niż
nożyce nawet.
I jeżeli jest coś między drzwiami, to między jednymi drzwiami
i drugimi drzwiami. Jak się bardzo uprzemy, możemy i jedne, i drugie
nazwać parą drzwi, i wtedy będzie to między dwiema parami drzwi.
Ale to chyba będzie bardziej dziwne i może przywołać na myśli cztery
drzwi (cztery pary drzwi? Idź precz, szatanie!).
Między jednymi drzwiami i drugimi drzwiami może być trochę
miejsca, na przykład jakieś pomieszczenie. Pokój, powiedzmy.
Z jednej strony jedne drzwi, z drugiej drugie. Pokój pośrodku. Między.
Stosunkowo sporo miejsca między takimi drzwiami.
I na nic byłoby ostrzeżenie dotyczące kładzenia czy niekładzenia,
a nawet (bo i tak bywa w innych wersjach tego przysłowia) pchania
czy niepchania palca między tak usytuowane drzwi.
I dlatego, zapewne, na okazję tego przysłowia wyobrażamy sobie
pojedyncze drzwi (jeśli ktoś już bardzo chce, to parę drzwi), i to
jeszcze właśnie domykające się, i palec między tym, co nazywamy
drzwiami (jeśli nie określamy tym mianem całego układu wraz
z futrynami, czyli ten drewniany najczęściej ruchomy prostokąt –
a jeśli takie dwa są, bywają nazywane skrzydłami) a futryną.
Drzwi się właśnie zamykają. To też, ściśle rzecz biorąc, jakiś absurd,
bo to przecież nie drzwi są otwarte ani zamknięte (choć tak uważał
Marivaux, mówiąc, także zresztą niesłusznie, że drzwi muszą być albo
otwarte, albo zamknięte), tylko pomieszczenie, do którego te drzwi
prowadzą. Albo z którego wyprowadzają.
No dobrze, powiedzmy, że drzwi się zamykają. To znaczy, że ta
prostokątna drewniana (choć może być na przykład częściowo
szklana) część zbliża się do takiego obramowania (zwanego czasem
futryną, a dawniej obrazowo i pięknie uszakami). I wtedy właśnie nie
powinniśmy tam kłaść palca. Jak już drzwi bliskie zamknięcia. A jak
bardzo bliskie, to nie możemy tam palca pchać.
I jest to tak oczywiste, że aż dziwne, że trzeba nas o tym pouczać.
Ale to, rzecz jasna, metafora, i chodzi o to, żebyśmy w konfliktach
starali się nie brać udziału, bo to tak, jakbyśmy tak właśnie, między
drzwi, cokolwiek by to znaczyć mogło, palec wtykali, wsadzali czy
wręcz pchali. Bo nam przytrzasną i wtedy będzie nam już wszystko
jedno, jak nazwać to, co z nim właśnie byliśmy zrobili.
278
Nie ma przegranych ani wygranych
Mieczysław
Jagielski
(1924–1997),
przed
podpisaniem
porozumienia
gdańskiego
(31.08.1981)
Tak powiedział przedstawiciel strony rządowej przed podpisaniem
porozumień z Międzyzakładowym Komitetem Strajkowym. Lech
Wałęsa, przedstawiciel tego komitetu, powiedział, że dogadali się jak
Polak z Polakiem. Obie te wypowiedzi są ważne, i to nie tylko w myśl
zasady, że cokolwiek się w ważnych chwilach powie, staje się ważne.
Przedstawiciel strony rządowej, czyli władz partyjno-państwowych,
a więc tej strony, która z natury rzeczy i – jak się zdawało – z prawa
wygrać musiała, powiedział, że nikt nie wygrał, nikt nie przegrał. Tak
się czasem dzieje i co za tym idzie, można tak właśnie rzetelnie opisać
to, co się stało. Ale rzadko tak bywa. Zazwyczaj wtedy, gdy nie było
sporu, a wtedy mało komu przychodzi do głowy, by mówić
o wygranych i przegranych. Czasem można powiedzieć, że obie strony
przegrały, gdy w wyniku sporu sytuacja obu stron się pogorszyła, lub,
chyba naprawdę rzadko, że obie wygrały.
Że nie ma przegranych i wygranych, owszem, słyszymy, ale głównie
z ust tych, którzy w ten sposób chcą już nie tyle ocalić czy ustalić
zwycięstwo, ile dopuścić możliwość nieuznania się (a zwłaszcza przez
innych) za pokonanych. Ja nie wygrałem, ale on też nie. On nie
przegrał, to prawda, ale i ja też. Zazwyczaj tylko pierwsze człony tych
zdań są prawdziwe.
Bezosobowa forma, wskazująca nie tyle na nasz brak wygranej czy
porażki, ile na brak przegranych i wygranych, zdaje się
obiektywizować stwierdzenie. Bo po prostu nie ma ich: tych,
co wygrali, i tych, co przegrali. Wygranych i przegranych.
W sumie dość jasne jest, kto tak może powiedzieć. I dlaczego tak
mówi. Nie po to zazwyczaj, by odebrać wygranym zwycięstwo czy
jego poczucie, tylko żeby zachować twarz. I można mu na to w końcu
pozwolić. Tym bardziej że, choć przegrał, zachował przecież prawo
do powiedzenia, kto wygrał czy nie wygrał, i to do powiedzenia
w sumie wiążącego. I mógłby przecież się upierać, że to on wygrał,
i wtedy faktyczne zwycięstwo zupełnie już pozbawione byłoby smaku.
I trzeba by jeszcze walczyć o uznanie zwycięstwa. I wygrać.
Władza musiała ustąpić, zrobić to, czego nie chciała, uznać, co było
dla niej trudne do uznania. Ale władza była wciąż władzą, miała prawo
do oświadczania, co się w istocie stało, do swojego definiowania
rzeczywistości. Na razie, na tym etapie, i tak zachowała się
koncyliacyjnie, nie tylko realnie ustępując, ale też proponując formułę,
w której przegranych nie ma.
A przy tym może to jeszcze znaczyć, że konfliktu nie ma, i to jest
ważne. Że oto Polak z Polakiem się dogadali, bo rozmawiali po polsku
o wspólnych polskich sprawach.
I to bardzo dobrze. Niech już będzie, że nikt nie przegrał. Że ty,
owszem, lepszy, ale i ja lepszy.
Tylko dlaczego nie ma wygranych?
279
Nie ma tego złego, co by na dobre nie
wyszło
Przysłowie, odn. Andrzej Maksymilian Fredro
(1658)
Dialektyka pokazuje, że w rzeczach zawiera się ich przeciwieństwo.
Pokój jest przygotowaniem do wojny, w kryzysie jest przesłanka
do wyjścia z niego. Prawdziwe szczęście może więc jest na samym
dnie, skoro stamtąd tylko do góry piąć się można. I nie ma złego bez
dobrego.
Wiele złego może nas spotkać. Gdy nam dobrze, zło zapewne już
czyha. Ale kiedy sytuacja marna, pewnie się poprawi, bo nie zawsze
się jest pod wozem. Zmienność jest regułą najbardziej stałą. Ważne
tylko, z której strony patrzymy i co ustalamy za koniec, kres, cel
naszych działań i naszych przygód z życiem. Dobrze jest wcześniej
ustalić – jako zakończenia takich jednostek zdarzeń – pozytywne
rozwiązania. To, co potem, to nowe rozdanie. Ono się także skończy.
I jeśli dobrze to zorganizujemy, choćby tylko w naszej świadomości –
dobrze się skończy. W tym, co złe, zobaczmy więc dobry koniec.
Nawet z racjonalizacją: na błędach się uczymy, opresje nas hartują,
pozwalają zdobyć doświadczenie, dystans, mądrość nawet. A zawsze –
są przesłanką do zmiany sytuacji, zmiany tym radykalniejszej, im
gorsze zło.
Ale kiedy się zastanowimy, to co to było za zło? Jeżeli się skończyło
dobrze, to może żadnym złem nie było. Przecież „wszystko dobre,
co się dobrze kończy” – mówi inne popularne powiedzenie, więc jeśli
się coś dobrze skończyło, było dobre. I jeżeli tylko efekty działania
mamy na względzie, to zapewne tak. Było dobre, bo dobrze trwało.
Było udane, bo dawało nam sporo satysfakcji samym swoim
trwaniem.
A może trwa i nie wiemy, jak się skończy – ale wiadomo, że jest
dobre. Albo złe. Patrzeć zawsze tylko z perspektywy końca chyba nie
można. Choć wiemy, że, jak nam jeszcze do tego mówią, „wszystko
ma swój koniec”. Cóż za ponura refleksja! Ale i cóż za optymistyczna
konstatacja! Wszystko zależy od tego, czy to, o czego końcu mówimy,
jest dla nas dobre, czy złe. To, co złe, skończy się na pewno i wtedy
musi być lepiej. To, co dobre, też niestety będzie miało swój koniec,
a szkoda. Z innej strony, jak się powiedziało, dialektycznie rzecz
ujmując, to, co dobre, zawierając w sobie nieuchronny pierwiastek
zakończenia, daje perspektywę czemuś złemu – z tym, co złe, jest
na szczęście tak samo.
Bezpośrednio to powiedzenie wskazuje nie tylko na to, że cokolwiek
istnieje, ma jakiś koniec, ale też że ma koniec swój. Własny, do siebie
się odnoszący. Możemy z doświadczenia własnego, a jeszcze bardziej
z logiki, stwierdzić tak samo, że wszystko ma początek, do tego swój
początek, swój własny. Cokolwiek jest, ma początek. Często zresztą
zastanawiamy się jaki. To potrzeba poznania. I zastanawiamy się, jaki
ma koniec. To już nie tylko ta szlachetna żądza wiedzy. Dodajmy
do tego konieczne rozwinięcie tych myśli: cokolwiek ma początek, ma
też koniec.
Tylko skąd tu ten czas teraźniejszy?
280
Nie ma wolności bez „Solidarności”
Hasło „solidarnościowe” z okresu
wojennego (1982)
stanu
Nie ma dymu bez ognia, a bez pracy kołaczy. Jak jedno z drugim jest
nierozerwalne, to bez pierwszego nie ma drugiego, a bez drugiego
pierwszego. Czasem rzecz w tym, co pierwsze.
Jak powiem, że nie ma dymu bez ognia, mówię, że coś w tym jest.
Są oznaki, muszą być oznakami czegoś. Tego właśnie. Nie ma
skutków bez przyczyny. Musiał być jakiś powód. Nie jestem
szczególnie odkrywczy, przeciwnie, sadzę banały, ale widocznie trzeba
je przypomnieć, bo jakoś sobie z nich nie zdajesz sprawy.
Gdybym powiedział (a mogę przecież), że nie ma ognia bez dymu,
mówiłbym, że gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. Jeżeli wszedłeś
między wrony, to kracz. Jak jest przyczyna, to skutku nie może nie
być, i z obecności czegoś, co mogę uznać za przyczynę, wnioskować
pewnie mogę o konieczności czegoś, co skutkiem tej przyczyny jest
lub będzie. Choć, oczywiście, jeśli mówię o skutku przyczyny,
podobnie zresztą jak wtedy, gdy mówię o przyczynie skutku,
popełniam błąd tautologii.
A bywa jeszcze inaczej i może być tak, że jedno z drugim są
po prostu połączone. Czasem tak bardzo, że to jedno to prawie część
drugiego. Albo drugie pierwszego. Jeśli nie wiadomo, co czego, to
po prostu są nierozerwalne i nie może być tak, że jedno jest,
a drugiego nie ma. I odwrotnie też.
Nie ma wolności, jeśli nie ma solidarności. Te dwie wartości
powinny być blisko, nie są wszelako od siebie koniecznie zależne.
Można sobie wyobrazić wolność społeczeństwa, w którym solidarności,
a w każdym razie jej objawów, nie spotyka się zbyt często – jak też
solidarne, a przecież zniewolone społeczeństwo.
Tu jednak chodzi o „Solidarność”, zalegalizowany związek
zawodowy, niezależny i samorządny, bez którego, nawet jeśli będą
nam to silnie w głowy kładli, wolności sobie nie wyobrazimy. A jak nie
wyobrazimy, to nie będzie, bo przecież naprawdę wolność jest stanem
postrzeganym subiektywnie, i jeśli postrzeganym nie jest, to go nie
ma i już.
To hasło było jednym z najczęściej, najbardziej konsekwentnie
powtarzanych w okresie stanu wojennego, a i potem. Władze
zapewniały, że Polacy żyją w wolnym państwie, a odpowiedź była
ciągle taka sama. Jak nie zalegalizujecie „Solidarności”, to nie mówcie
o wolności, bo jej nie będzie. Bez „Solidarności”.
Oczywiście wcale przez to nie mówimy, że jak będzie
„Solidarność”, to od razu uznamy, że wolność też już jest. Istnienie
„Solidarności”, legalne oczywiście, bo naprawdę i tak „Solidarność”
żyje, jak wiemy, jest warunkiem koniecznym, ale wcale nie jest
powiedziane, że wystarczającym do istnienia wolności.
Ale najpierw ją zalegalizujcie, a potem zobaczymy.
281
Nie matura, lecz chęć szczera zrobi
z ciebie oficera
Hasło werbunkowe, Henryk Sperber (1944)
Jak coś do rymu, to prawdziwsze. Także i dlatego ta chęć taka
szczera. Inna by nie dawała oficera. A tak – jest optymistycznie
i wiarygodnie. Tak werbowano do Wojska Polskiego.
Rzecz jasna, chodzi o szczerą chęć kandydatów na oficera, chęć,
by być oficerami. Kiedyś status oficera był bardzo wysoki, oficerowie
to była przed wojną elita. Wprawdzie, choć tak się wysoko nosili,
wojny nie wygrali, ale co stereotyp, to stereotyp. Zostaje dłużej. Tak
że oficer to bardzo dobrze.
Żeby nim być, potrzebny jeszcze status wykształcenia. Matura to
duża rzecz, daje szansę. Ale jak tu ją szybko zdobyć? I okazuje się,
że mamy alternatywę. To szczera chęć.
Jak nie wolno, ale bardzo się chce, to można – mówi jakże
realistycznie Szwejk. Istotnie, przy wielkiej chęci tak bardzo milkną
reguły, że dobrze jest z tego milknięcia regułę uczynić. Bo nawet jak
jej nie będzie, będziemy z nią w zgodzie postępować.
I ta szczera chęć ma siłę sprawczą. Pewnie, sama nie wystarczy, ale
wiele przeszkód pozwoli pokonać. Zwłaszcza jakiś brak formalności.
Formalność, wiadomo, jest z natury swojej zbyteczna. I za taką
formalność może tu być uznana matura. Masz ją czy nie masz, różnica
w istocie formalna. A przecież istnieje kryterium o wiele bardziej
naturalne, czyli prawdziwe, takie, które bardziej czujesz, które
w dobrym znaczeniu od ciebie właśnie i tylko od ciebie na dobrą
sprawę zależy.
To szczere chęci. Ale nie ma łatwo, muszą być naprawdę szczere.
Tyle że stopień szczerości sam oceniasz. Wiesz, że dobrymi chęciami
piekło jest wybrukowane, i dlatego nie o dobre chęci tu chodzi. To
idealistyczne fanaberie. Tu chodzi o prawdziwą, naturalną, ludową
chęć. Szczerą.
Sama chęć pewnie nie wystarczy. Ale ona jest najważniejsza. Jeśli
jest naprawdę szczera, pozwoli pokonać inne trudności. Jej szczerość
będzie kryterium skuteczności. Jeśli mimo chęci oficerem nie
zostaniesz, będzie to znaczyć, że chęć nie była zupełnie szczera.
Inaczej byłbyś już oficerem, a jakże.
Zestawianie zewnętrznie w końcu, z pewnymi pretensjami
do obiektywizmu, przyznawanej matury z wyłącznie wewnętrznie
weryfikowaną szczerą chęcią zdaje się wyrażać zaufanie do człowieka,
przynajmniej w aspekcie samooceny. Istotnie, któż zna mnie lepiej niż
ja sam? Kto może wiedzieć równie dobrze, na co zasługuję, do czego
się nadaję? Czy dobry byłby ze mnie oficer?
Jeśli zdamy się na dobrodziejstwa samooceny, jeśli chęci szczere
wystarczą do uczynienia chętnych oficerami, świat stanie się
piękniejszy. Nikt nam nie będzie mógł być przeszkodą i wreszcie
będziemy mogli robić to, na co naprawdę zasługujemy.
Kłopot tylko, że wszyscy inni też.
282
Nie miała baba kłopotu, kupiła sobie
prosię
Przysłowie, odn. Salomon Rysiński (1618)
Przysłowie wzięło się z łańcuszkowej opowieści o babie, która kupiła
sobie prosię i ten zakup spowodował nie jeden, ale cały szereg
kłopotów, bo likwidowanie każdego z następujących po sobie
kłopotów powodowało następny, jeszcze większy. I tak się baba
męczyła.
Ale najpierw kłopotu żadnego nie miała. Tylko że o tym pewnie nie
wiedziała. Kiedy nie mamy kłopotu, zwykle nie wiemy, że go nie
mamy. Co innego, kiedy go przestajemy mieć. Wtedy odczuwamy jego
brak. To znaczy, wcale nam go nie brak, tego kłopotu, tylko czujemy,
że go nie mamy, i o to nam chodzi. O to nam chodziło, wtedy, kiedy
go mieliśmy – żeby go nie mieć. Wniosek stąd, że aby naprawdę nie
mieć kłopotu, trzeba go najpierw mieć. Inaczej nie w pełni nie
będziemy go mieć.
Baba z opowiastki kłopotu czy serii kłopotów w końcu się pozbyła.
Musiała być bardzo szczęśliwa, ta baba. Potem. Ale przysłowie łapie ją
w środku opowieści, wtedy, gdy ten kłopot ma, duży i dość świeży,
bo mowa tu o zapewne całkiem niedawnym sprawieniu sobie
pierwszego kłopotu: o kupnie prosięcia. I dziwimy się jej, dlaczego ten
brak kłopotu (nieuświadamiany, ale tego sobie nie uświadamiamy)
baba zechciała, nieopatrznie i lekkomyślnie, na kłopot zamienić.
Przypominamy sobie tę babę i jej prosię, gdy ktoś (nas samych nie
wyłączając) nagle staje w obliczu kłopotu w konsekwencji własnej
decyzji, najczęściej oczywiście podjętej w intencji poprawy losu,
statusu czy samopoczucia chociażby. Coś sobie na przykład kupujemy.
Nie było nam to konieczne, i bez tego nie było tak źle. A teraz to
mamy, co kupiliśmy, i okazuje się, że wcale lepiej nie jest, a jeśli
nawet pod jakimś względem jest, to pod innym dużo gorzej,
bo kłopot, tak że per saldo się nie opłaciło.
Nie zawsze zresztą chodzi o kupno, bo z przysłowia dzisiaj cytowana
jest właściwie najczęściej sama pierwsza część.
Nie miała baba kłopotu... I potem już nic dopowiadać nie trzeba.
Wszyscy zrozumieją. Formalnie z tego czasu przeszłego nie musi
wynikać wprost, że teraz już go ma, ten kłopot, ale na mocy
implikatury tak to sobie właśnie wyobrażamy. „Nie byłem żonaty
do trzydziestki” – mówiąc tak, niby nie mówię jednoznacznie,
że po trzydziestce się ożeniłem, bo formalnie niewykluczone,
że mogłem i potem być kawalerem, a jednak wszyscy usłyszą w tym
zdaniu informację o moim ślubie koło trzydziestki. I w przysłowiu
o babie usłyszą informację o aktualności jej kłopotu. Tak, teraz kłopot
jest.
A mogła baba go nie mieć. Sama sobie winna. Lepsze jest wrogiem
dobrego, a baba nie pamiętała o tym i prosię sobie kupiła. I my sami
mówimy tak często o sobie. I tak mówiąc, dziwimy się po trosze,
co nam do głowy przyszło. Po co nam to było.
Pamiętajmy jednak, że dopiero jak kłopot minie, naprawdę go nie
będzie!
283
Nie mów hop, póki nie przeskoczysz
Przysłowie, odn. Mikołaj Rej (1549)
Albo „zanim przeskoczysz”, albo „zanim nie przeskoczysz”. To takie
wyjątkowe przypadki, gdzie „tak” i „nie” to wszystko jedno. Ale „póki”
tylko z „nie”. „Póki”, „dopóki”, „zanim” – wszystkie te dziwne słowa
mówią o jakiejś granicy czasowej, do której coś się dzieje albo ma
dziać. „Póki żyję, działam”. To samo znaczy „póki nie umrę, działam”.
Tu negacja ma jasną funkcję. „Póki”, „dopóki” są z czasownikami
niedokonanymi. Póki okręt walczył, Słowacki siedział na maszcie. Jak
mówimy o końcu, w końcu dokonanym, pojawia się „nie”. „Zanim”
dajemy częściej, gdy przed jakąś granicą jest czy ma być jakaś
czynność dokonana. „Zrób to, zanim wyjdziesz”. I to logiczne. „Zanim
nie” stosowane jest wtedy, gdy przeczenie odnosi się do tego,
co przedtem, i wtedy, gdy to, co przedtem, jest niedokonane. „Nie
zrobię tego, zanim mnie nie poprosisz”. „Siedzę, zanim mnie nie
wyrzucą”. Ale i bez negacji można: „siedzę, zanim mnie wyrzucą”.
Tu nam się radzi – bo przysłowie ma charakter radzącoostrzegający – żebyśmy nie mówili, póki nie przeskoczymy. Czyli
zanim nie przeskoczymy. Czyli zanim przeskoczymy. Krótko mówiąc,
przed przeskoczeniem.
Przeskoczenie jest dokonane. Przeskoczyłem, przeskoczę. Czasu
teraźniejszego brak. Jest „przeskakuję”, ale to o przeskakiwaniu, nie
o przeskoczeniu. Czyli zgodnie z przysłowiem mógłbym powiedzieć
„hop” dopiero wtedy, gdy przeskoczę. Po przeskoczeniu.
Dziwnie by chyba brzmiało takie „hop” po wszystkim. To „hop”
zwyczajowo wiąże się ze skakaniem, jest jakby jakimś jego słownym
odpowiednikiem. Albo i wręcz nazwą. A często to zachęta
do skoczenia. „No, hop!”, „skacz!”. I ktoś wtedy skacze. Albo nie.
Mógłbym tak siebie zachęcać, gdybym chciał skoczyć, ale się
na przykład bał. Ale chyba bym nie zastosował takiego wykrzyknika
już po swoim – a także cudzym – skoku. Chyba żebym opowiadał
o jakimś dawnym skakaniu i użył tego „hop” jako nazwy czynności.
„I ja wtedy hop, i byłem po drugiej stronie muru”.
To jasne, nie powinniśmy mówić, że coś było, jak jeszcze się nie
stało. Choć czasem tak próbujemy rzeczywistość zaklinać. Ale z takimi
skokami, z działaniami ryzykownymi, bywa tak, że potrzebujemy
otuchy do nich i zachęty. Takiego właśnie „hop”, żeby ktoś nam
powiedział, żeby skoczyć i kiedy skoczyć. I jak nikt nie chce, sami
sobie „hop” wołamy.
Tym bardziej że nie do końca ustalone jest tego znaczenie. Bo jest
jeszcze i leśne nawołujące „hop, hop!”, i mitygujące „hop, hop, nie
zapędzaj się!”, i w innych okazjach też można jakoś to zastosować...
Byłbym za tym, żebyśmy sobie takiego „hop”, w dowolnych
znaczeniach, mogli używać, a ponieważ to sobie, to niekoniecznie
głośno. A innych „hopem” zachęcajmy.
A po przeskoczeniu mówić „hop” w ogóle nie warto.
284
Nie o to chodzi, by złowić króliczka, ale
by gonić go
Agnieszka Osiecka (1936–1997), „Króliczek”
(1967)
„O co chodzi?”, „o co idzie?”, „o co biega?”. Te ruchliwe metafory
pokazują wątpliwości wynikłe z dezorientacji, najczęściej na szczęście
czasowej. Nie wiemy, w czym rzecz, ale jak zapytamy, może się
dowiemy. Czasem pytanie jest bardziej szczegółowe lub
zmodyfikowane. „O co tu w tym wszystkim właściwie chodzi?”. Nie
mam jasności, ale coś podejrzewam. Albo: „o co ci chodzi?”. Chodzi
mi na przykład o to, aby język giętki...
To, o co chodzi, jest ważne, to dlatego o to chodzi. Jest istotą
sprawy. Kiedy mówię, o co chodzi, mówię, jaki jest sens, jakie
znaczenie, jaki cel. To, o co mi chodzi, to, co chcę, żeby było.
Do czego zmierzam.
Czasem, żeby pokazać, o co chodzi, trzeba przezwyciężyć mylne
przeświadczenia i powiedzieć, o co nie chodzi. „Nie chodzi mi o to,
żeby pana urazić, ale mógłby pan zrobić to lepiej”. Bywa i tak, że o to,
o co nie chodzi, jednak właściwie chodzi, ale że są też inne, jeszcze
ważniejsze rzeczy, o które chodzi bardziej. „I już nawet nie chodzi
o to, że nic nie robi, ale że ma do innych pretensje” – mówimy, żeby
spotęgować krytykę.
Cytat z króliczkiem jest jednym z moich ulubionych. Mówi
o autotelizacji działania. Kiedy dążymy do celu, cel musi być ważny.
Ale czasem ważniejszy jest cel, a czasem ważniejsze samo dążenie.
Jasne, niemal zawsze towarzyszy nam chęć osiągnięcia czegoś, ale
w trakcie tego łapiemy się na tym, że lepiej dalej gonić, co umożliwia
jeszcze dalsze gonienie, niż złapać, co sprawi, że gonić przestaniemy.
Ten króliczek jako przykład jest trochę denerwujący, ale trafny. Te
wszystkie myszy, zające i strusie gonione w animowanych filmach
przez koty, wilki i szakale dobrze wiedzą, że nie zostaną złapane.
Króliczek jest jednym z takich uciekających zwierzątek, przy tym jest
uosobieniem niewinności, łagodności i bezbronności. Niektórych tym
właśnie drażni. To właśnie skłoniło żartobliwych twórców do czynienia
z króliczka potwora pożerającego rycerzy lub złośliwego osobnika
wykorzystującego cynicznie otoczenie.
Nie o to więc chodzi, żeby go złapać, za dobrze się go goni. I tak
jest z wieloma rzeczami. Choćby z rozmową. Gdy się zorientuję,
że chodzi w niej o jakiś cel, a, co gorsza, że jest on bliski, może się
zrobić mniej przyjemnie. Realizacja celu kończy wszystkie środki.
Kiedy
kolekcjoner
wszystko
skolekcjonuje,
przestaje
być
kolekcjonerem. Cel to koniec.
Ale z drugiej strony bezcelowe działanie rodzi pretensje innych
i własne poczucie winy. Wszystko powinno do czegoś prowadzić.
Od lat prowadzę wykłady, które pewnie powinny prowadzić
do jakiegoś celu. Ale czasem cel się oddala, a wykładanie trwa. Kiedy,
co zdarza się nierzadko, mówię długo o czymś, ale do celu się nie
przybliżam, lubię sobie pomyśleć o tym króliczku jako
o usprawiedliwieniu. I mogę o nim powiedzieć.
I o to chodzi.
285
Nie oddamy nawet guzika
Edward
Śmigły-Rydz
(1886–1941),
przemówienie w Krakowie (1939)
Marszałek Śmigły-Rydz powiedział pod kopcem Piłsudskiego: „Nie
tylko nie damy całej sukni, ale nawet guzika nie damy” na dwadzieścia
pięć dni przed wybuchem wojny i na mniej więcej dwa miesiące przed
oddaniem całej sukni.
Nie on pierwszy użył tego guzikowego porównania, ale chyba
ze względu na wyrazistość sytuacji i na wyjątkowo spektakularne
niespełnienie obietnicy to z nim właśnie ten cytat, nieco
przekształcony, wiąże się najbardziej.
Tu użyty guzik jest mocno przyszyty do metaforycznego płaszcza,
stąd widzimy raczej całość przenośni: wojskowy szynel, na nim wiele
guzików, nieoddanie choćby jednego obrazuje determinację i zdaje
sprawę z siły kogoś, kto napastnika chcącego zabrać płaszcz wcale się
nie boi. Płaszcz jest zresztą w metaforze dobrze zadomowiony
co najmniej od czasu „Kazania na górze”, w którym trzeba było
co prawda płaszcz oddać, jako nawet niewymagany dodatek
do oddawanej szaty.
Ale z drugiej strony taki guzik dobrze funkcjonuje samoistnie, jako
synonim czegoś niedużego, mało wartościowego. Zyskanie guzika nie
jest powodem do triumfu, jeżeli z czegoś wychodzi guzik, to nie
wychodzi nic. Czasem się staramy i mamy z tego guzik. Czyli nic. To
naturalna przenośnia, dobrze zrozumiała, bo choć kiedyś guzy złote
czy srebrne były cenionymi prezentami (pamiętamy z „Trylogii”
obdarowanie niepokornego szlachcica takim guzem przez Radziwiłła),
dziś guziki raczej nie są cenne. Nawet z pętelką.
A jeszcze bardziej zrozumiałe wyda się nam używanie guzika jako
niczego, gdy zwrócimy uwagę na fonetykę, nie na słowo pisane.
Pierwsza sylaba słowa „guzik” może równie dobrze zapowiadać inne
słowo, mniej przyzwoite, ale naturalniejsze jako określenie niczego.
Słowa marszałka były powtarzane potem z gorzką ironią, jako
przejaw nieuzasadnionej, bezpodstawnej chełpliwości. W sytuacjach
dramatycznych takie zapewnienia o sile mogą być uznawane
za konieczne wzmocnienia, za dodawanie otuchy, potrzebne nawet
w sytuacjach beznadziejnych. Toteż nie samo sianie optymizmu miano
mu za złe, lecz poziom zapewnień sięgający fanfaronady. Zapowiedź
nieoddania płaszcza w pełni by wystarczyła, z guzikiem już jednak
przeholował.
Użyta tu liczba mnoga wydaje się naturalna i oczywista, ale może
być różnie rozumiana. My wszyscy, Polacy, czyli w ogóle Polska, czy
też my, polscy żołnierze, polskie wojsko? Czy to zatem obietnica, czy
deklaracja wspólna marszałkowi i tym, którzy go słuchają? Czy nie
mogło to być euforyczne, wynikające z nastroju chwili, stwierdzenie
wspólnej mocy? Odczytano to raczej jako zapewnienie o sile wojska,
nie o determinacji narodu, może sprawił to jeszcze ten płaszcz.
Buńczuczne zapowiedzi i srogi zawód. Choć być może wielu tak
właśnie myślało, zawiedli ci, co mówili.
286
Nie pieprz, Pietrze, pieprzem wieprza
Jan Brzechwa (1898–1966) „Nie pieprz, Pietrze”
(1938)
Od Brzechwy to znamy, ale wygląda na to, że Brzechwa wykorzystał
dawne powiedzenie, tak jak wykorzystał brzmiącego chrząszcza,
lokując go w Szczebrzeszynie. Tego Piotra też nam dokładnie opisał,
wyposażył w żonę i teściową, a całą anegdotę rozbudował, zbliżając
trochę do Mickiewiczowskiego „Golono, strzyżono”.
Interesujące, że przyprawianie przyprawami tak jest metaforycznie
związane z nieprzyzwoitymi określeniami różnych mniej lub bardziej
przyzwoitych czynności, w tym mówienia. Chrzanimy, gdy ględzimy
bez sensu lub nieudolnie kłamiemy; podobnie jest z pieprzeniem.
Dowcipy bywają nazywane pieprznymi i słonymi, gdy są
nieprzyzwoite. Pieprzenie bywa bardziej bezsensowne, gdy jest
w bambus. Wtedy też odwołuje się do innej czynności, także pieprznie
pieprzeniem zwanej, czyli do działań o charakterze seksualnym –
w przywołaniu bambusa należy upatrywać zwrócenia uwagi
na bezpłodność takich zachowań. W seksualnych kontekstach mamy
zresztą i formę zwrotną czasownika „pieprzyć”, która z kolei
w rozkaźniku wyraża niechęć do dalszych kontaktów, już nawet wcale
nieseksualnych. Dalej: czasownik ten, podobnie jak inne prymarnie
nieprzyzwoite czy też nieprzyzwoite przez użycie metaforyczne, bywa
rozwijany przedrostkami, takimi jak: „od-”, „roz-”, „wy-”, „prze-”
i jeszcze innymi, wyrażając wiele różnych czynności i zjawisk, nieraz
trudnych do nazwania bez uciekania się do takich właśnie
uniwersalnych słów. Pewna interpretacja wiąże skłonność do używania
czasownika „pieprzyć” i jego pochodnych z podobieństwem
fonetycznym i graficznym pierwszej sylaby tego czasownika z pierwszą
sylabą innego czasownika, zdecydowanie już nieprzyzwoitego, choć
także wcześniej oznaczającego gadanie bez sensu niż czynności
seksualne.
Pieprzenie Piotra, owszem, gdzieś aluzyjnie może wywoływać
skojarzenia seksualne, naprawdę jednak nasuwa myśl o mówieniu bez
sensu, tym bardziej że i ten sens jest tu poniekąd ukryty, choć nie
nazbyt głęboko. Ukonkretnienie pieprzenia przez przywołanie wieprza,
tautologiczne w istocie dopowiedzenie, czym mianowicie Piotr ma (czy
raczej nie ma) wieprza pieprzyć, zdaje się sugerować znaczenie
przyprawowe, niemniej jednak ta ostentacyjność zwracania uwagi
w
stronę
kulinariów,
przyprawiona
nadmiarem
trudnych
do wymówienia grup spółgłoskowych, właśnie, przewrotnie, sprawia,
że nie możemy nie myśleć o znaczeniu przenośnym, przynajmniej
pierwszej warstwy.
Właściwie takie interpretacyjne wywody, których tu dokonuję,
próbując zastosować wyszukany opis do prostych w istocie zjawisk,
także mogłyby się doczekać opisanej powyżej językowej kwalifikacji.
Nie mogłem się jednak powstrzymać od wykorzystania tak rzadkiej
okazji do homologizacji tekstu, czyli upodobnienia jego formy
do treści.
287
Nie rusz, Andziu, tego kwiatka
Stanisław Jachowicz (1796–1857) „Powiastki
i bajki” (1842)
Jeden z podstawowych, pierwszych zakazów. Nie rusz, nie dotykaj, nie
bierz do ręki. To nie dla ciebie. Uważaj. Ileż rzeczy zdobywało ponęty
dzięki takiemu niepozwalaniu, które bywało a to ostrzeżeniem, a to
pouczeniem, a to zabronieniem.
Ze wszystkich drzew jedzcie owoce, ale z tego jednego nie. Wolno
ci kochać wszystkie dziewczyny, ale nie tę od Kapuletów. Patrz, gdzie
chcesz, byle nie za siebie. Tabu rodzi ochotę, a ochota przymus.
I czasem już wyjścia nie ma.
Rzadko która Anna lubi zdrobnienie „Andzia”. Może być Anka, Ania,
Aneczka, Hanka od biedy – ale nie Andzia. Czy nawet Ańdzia, bo takie
zmiękczenie
jeszcze
bardziej
naszą
Annę
prowincjalizuje
i zestaroświeccza. To już jawna kpina. Kto wie, może ta córeczka
z jednego z najkrótszych wierszy Jachowicza ma w tym swój udział?
Lapidarność tej opowiastki jest niezrównana. Sekwencyjne
pokazanie zdarzeń zawiera jakąś magiczną nieuchronność. Matka
poucza i prosi, jasno mówi, że róża kole, ale Andzia nie słucha, kłuje
się i płacze. Matka rzekła, Andzia nie słuchała i ma za swoje. Proste
i oczywiste, i tak właśnie jest. Matka jest od ostrzegania, córka
od niesłuchania, a kara za to pewna. Jachowicz niby poucza, ale też
pokazuje, że wie, że takie pouczanie nic nie daje, i że to już trudno.
Andzia musi się ukłuć, a kózka musi złamać nogę, żeby wiedzieć,
że skakać nie należy.
Ten niemal wzorcowy wywód znamy prawie wszyscy. To archetyp
wierszowanej umoralniającej opowiastki. Kiedy Tuwim chciał pokazać
różne maniery stylistyczne, za podstawę swoich świetnych parodii
wziął właśnie Jachowiczową „Andzię”, pokazując, jak mogliby to,
co napisał Jachowicz, napisać inni poeci. Wyszło, oczywiście, na to,
że byliby nieznośnie i śmiesznie manieryczni, i w tym towarzystwie
nader bezpretensjonalny Jachowicz okazał się klasycznie i wspaniale
prosty.
Rymy o Andzi nie są głębokie. Opowiastka jawi się jako banalna. Ale
co by państwo powiedzieli, gdyby się okazało, że jest drugie dno?
Róże bywają metaforyczne i symboliczne. Gdyby jacyś Jungowie
czytali Jachowicza, mogliby z niego wysnuć więcej niż z „Czerwonego
Kapturka”, a ukłucie kolcami i płacz przetworzyliby w inne zgoła
czynności. Nie łudźmy się jednak: dla pokoleń Polaków Andzia i jej
róża pozostają w tej opowieści w warstwie dosłownej.
Ale z opowieści przeszły łatwo do cytatu i gdy zakazuje nam się albo
gdy my zakazujemy dotykania czegoś – bo przecież zepsuć łatwo,
a potem się nie naprawi, bo jeszcze upuścisz i co, bo znowu sobie coś
zrobisz – przypomina się ta nieposłuszna dziewczynka.
Która zapewne od tej pory będzie już bardziej posłuszna.
288
Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród
Maria Konopnicka (1842–1910) „Rota” (1908)
Śpiewamy tę dziwną deklarację od lat, niezwykle podniośle
zapewniając, że nie rzucimy ziemi. Tej ziemi. Czyli że nie wyjedziemy
i ziemi nie zostawimy. My, cały naród. Na pewno nie rzucimy.
A jak byśmy to niby mieli zrobić? Zostawić to wszystko i wyjechać
gdzieś? Uciec z tej ziemi? Przecież „rzucić” ma takie właśnie znaczenie.
A z drugiej strony chyba nikt, śpiewając, tak o tym nie myśli, to
przecież byłby nonsens. Toż nie może chodzić o to, że w ten sposób
deklarujemy, że mimo wszystko, choćby tam nie wiem co, zostaniemy.
Dalszy ciąg jest mocny, ale łatwiej zrozumiały. Mowy nie damy
pogrześć i nie pozwolimy, żeby Niemiec nam pluł (Słonimski cynicznie
twierdził, że to program minimum, bo pokazuje, że inni mogą,
a nawet Niemiec może, byle nie w twarz). Ducha będziemy bronić
do krwi ostatniej kropli z żył – ten frazeologiczny węzeł wskazuje
na siłę determinacji – aż krzyżacka zawierucha rozpadnie się w proch
i pył. Ciekawy obraz: zawierucha rozpadająca się w pył.
Patos nie sprzyja sensowi. Znaczenia przenoszą się ze słów i ich
połączeń w sferę emocji i logika swoiście wielowartościowa
usprawiedliwia to, co w zimnej dwuwartościowej byłoby nonsensem
w najlepszym przypadku oksymoronicznym.
Nie rzucim, nie nie rzucimy. Jak w „Mazurku” krótka forma
czasownika niesie ze sobą ludowo-archaiczną wzniosłość. Ziemi, skąd
pochodzimy, skąd wiedzie się nasz ród. Jesteśmy polskim narodem,
polskim ludem. Nie ma tu wprost odniesienia do tego, czyśmy chłopy,
czy szlachta, ale to zestawienie pojęć ludu, rodu i narodu daje
poczucie symbolicznej pełni. Z szlachtą polską polski lud – jak pisał
kilkadziesiąt lat wcześniej pewien arystokrata.
„Rota” miała być hymnem. Podniosłość sprzyjałaby temu. Ten pełen
godności i wewnętrznego napięcia wiersz, wyposażony potem
w niezwykle uroczystą melodię Nowowiejskiego, daje się do dziś
powtarzać jako protest prawdziwych patriotów przeciw próbom
sprzedania Polski obcym siłom. Oświadczenie o pozostaniu na tej
ziemi jest jednoznacznie rozumiane jako zapowiedź nieoddania ani
jednej jej piędzi (ciekawe, czy ktoś wie, ile to jest jedna piędź) obcym.
Pierwszy raz „Rota” była opublikowana w piśmie „Przodownica”
w 1908 roku, ale zaznaczono tam, że przeznaczona była dla „Gwiazdki
Cieszyńskiej”, żeby podnieść polskiego ducha narodowego na Śląsku.
W „Gwiazdce” wydrukowano „Rotę” w 1910 roku, z zaznaczeniem,
że to wiersz napisany dla Wielkopolski. W 1910 roku odśpiewano ją
w Krakowie jako „Hymn grunwaldzki”, noszący zresztą tytuł „Hasło”.
W tym samym roku wysłała „Rotę” Konopnicka do chicagowskiej
„Gazety Polskiej”, zaopatrując ją tytułem „Na rok grunwaldzki”.
Rota to tekst przysięgi. Słowo „rota” dla Polaków to tytuł tego
wiersza.
289
Nie spoczniemy, nim dojdziemy
Agnieszka Osiecka (1936–1997), wyk. Seweryn
Krajewski
To poważna deklaracja. Ciekawe, że akurat ten derywat od słowa
„począć” ma takie podniosłe znaczenie. Samo „począć” też zresztą jest
trochę archaicznie uroczyste. Poczynamy, gdy zaczynamy coś
naprawdę ważnego. I na przykład w imię boże. Albo gdy (gdyśmy
kobietą) poczyna się w nas nowe życie. Albo gdy zastanawiamy się,
cóż poczniemy... Odpoczywamy spokojnie, bez stresów, normalnie.
Wypoczywamy intensywniej, bo musimy wypocząć, ale cóż począć,
trzeba. I to też w końcu przyjemnie i na luzie, powinno być
przynajmniej. A spocząć możemy, niestety, w mogile. Na wieki.
Normalnie nie możemy spocząć.
Ale możemy za to nie spocząć. Nie spocząć, aż. Nie spocząć, nim.
Nie zaznać spoczynku, nie móc się oddać odpoczynkowi (bo
spoczynkowi nie możemy się oddawać, możemy co najwyżej
przechodzić w jego stan).
Więc: nie spoczniemy, nim. Nim dojdziemy.
I to brzmi jak bezwzględne zapewnienie, że dojdziemy. Dojdziemy
i już, cokolwiek by się stało. Nie możemy nie dojść. Dojdziemy.
To zapewnienie powtarzaliśmy za piosenką, uroczą nad wyraz
i melodyjną. Być może w oryginalnej wersji było nie „dojdziemy”, tylko
„zajdziemy”, co otwierałoby jeszcze zabawniejsze frazeologiczne
dywagacje, w istocie bez zmiany istoty rzeczy, o którą chodzi, ale ja
i wielu pamiętamy dochodzenie. Dalej jest mowa o tym, gdzie
mianowicie dojdziemy (czy może zajdziemy), ale, jak to bywa,
informacji z tego żadnej powziąć nie można, bo to jakiś siódmy las czy
coś równie metaforycznie absurdalnego, w najlepszym wypadku.
Ale i ogólnie, nawet metafizycznie, myślimy o punkcie dojścia.
Dokąd to wszystko zmierza? Dokąd to prowadzi? Dokąd zmierzamy,
idziemy, dążymy? Dokąd? Dokąd chcemy dojść? I gdzie, jeśli
dojdziemy, będziemy wiedzieli, że doszliśmy, gdzieśmy chcieli? Czy
dokądeśmy chcieli, co jest i bardziej, i mniej zarazem językowo
poprawne?
Nie spoczniemy, nim dojdziemy. Nim osiągniemy cel. Taka myśl
z jednej strony krzepi, że tacyśmy zdecydowani, mocni i stanowczy,
z drugiej strony czyni cel, jakikolwiek jest, bardziej osiągalnym.
Musimy go osiągnąć, skoro zanim go osiągniemy, nie możemy
spocząć.
Ciekawe, co będzie potem, kiedy już dojdziemy. Z sensu deklaracji,
a ważny to sens, bo inaczej nie byłby tak silnym stymulatorem
dochodzenia, wynika, że wtedy mianowicie spoczniemy.
I co? I będziemy sobie spoczywać? Niezupełnie, obietnica
niespoczywania przed osiągnięciem celu nie zapowiada spoczywania
po jego osiągnięciu. W ogóle negacja nie jest tu symetryczna
do asercji pozytywnej. Z tego, że ktoś nie nie spoczywa, nie wynika,
że spoczywa.
Właściwie całkiem na odwrót.
290
Nie śmiej się, dziadku, z cudzego upadku
Przysłowie, odn. Bartosz Paprocki (1576)
To jedno z przysłów wywołujących interesującą wizualizację.
Wyobrażamy sobie obserwującego czyjś upadek i zaśmiewającego się
z tego powodu dziadka. Zresztą, przez pewne symetryzujące
przeniesienie ten upadający też jest leciwy, przez co cała sytuacja
staje się jeszcze śmieszniejsza. Sami się z niej śmiejemy. A czyjś
dosłowny, fizyczny upadek, na przykład przez pośliźnięcie się,
powiedzmy na skórce od banana, był jednym z najczęściej
wykorzystywanych gagów filmowych. Co innego, gdyby chodziło
o upadek moralny, ale w przypadku upadku dziadka... Też jakoś, nie
wiemy czemu, rozweselające...
Nawoływanie do syntonii, do empatii, do wczucia się w rolę
upadającego brzmi w tym przysłowiu prosto i wiarygodnie. Śmiech
w takiej sytuacji jest objawem wrogości, nagannego odczuwania
satysfakcji z tego, że kogoś spotkało coś nieprzyjemnego.
Współczucie w dawnej polszczyźnie miało różną składnię.
Współczuło się komuś, tak jak i dzisiaj, ale także współczuło się
z kimś, co logiczniej nieco wiąże się z pierwszym członem czasownika
– „współ-” w końcu wskazuje na jakieś bycie razem z kimś. Dziś
współczujemy „komuś”, używając celownika. Wprawdzie lepszy on niż
biernik, zupełnie już przedmiotowo traktujący nazwany nim obiekt,
także żywotny, a nawet ludzki – ale też nie w pełni satysfakcjonujący
humanistycznie. „Komuś” coś dajemy, ofiarowujemy, ale też
zazdrościmy i dokuczamy. Nazywa on beneficjenta, otrzymywacza, ale
nie tylko dobrych naszych działań i uczuć. Ten dawniejszy narzędnik
towarzystwa wraz z solidarnym przyimkiem „z” lepiej chyba o nas
mógł świadczyć.
Rozwinięcie przysłowia odwołuje się do argumentacji dość
przyziemnej, mało szlachetnej. Dlatego nie powinniśmy się śmiać
z upadków, że i nam się mogą, nawet w najbliższej przyszłości,
przygodzić. Dziś mnie, jutro tobie. Poczekaj, zobaczysz. Tak
pomyślawszy, rzeczywiście dobry humor, wywołany cudzymi
niepowodzeniami, możemy utracić.
Przysłowie jest wypowiadane raczej z pozycji dziadka upadającego
niż dziadka oczekującego na swoją kolejkę do upadku. Albo
przynajmniej z pozycji obserwatora potępiającego dziadka wesołego.
Ale może być i autorefleksją kogoś, kogo czyjeś kłopoty raczej bawią,
niż smucą. Kogoś, kto w ten sposób się uszlachetnia.
Bo i istotnie, z czego tu się śmiać? Nam nie polepszy się
od pogorszenia sytuacji innych. A jak nam by się coś stało, pomyślmy,
jak cudzy śmiech by nam dokuczył. To może lepiej się nie śmiać.
Tylko z drugiej strony, jak tu się nie śmiać. I w ogóle przecież lepiej
być wesołym. Przyjemniej. Ten upadający też to w końcu zrozumie.
Może pośmieje się potem z nas. A jeśli naprawdę ma poczucie
humoru, to teraz, horyzontalnie, pośmieje się razem z nami.
Empatycznie.
291
Nie święci garnki lepią
Przysłowie, odn. Jacek Przybylski (1819)
W potocznym przekonaniu garnki w ogóle z lepieniem nie mają nic
wspólnego. Nawet nie wiadomo, czy garnki jeszcze istnieją, a lepienie
też ma jakiś wątpliwy status. Jeszcze niedawno, owszem, były garnki,
rondle, nawet saganki – metalowe, okrągłe pojemniki, w których coś
się pichciło, gotowało. Lepić ich oczywiście nie można było. Teraz, jak
się wydaje, garnki pozostały w jakichś przenośniach, a naprawdę
mamy nowoczesne naczynia kuchenne. Pewnie to z powodu
niedobrych skojarzeń, które garnki wiązały z obligatoryjną pracą
w kuchni, gotowaniem, zmywaniem i w ogóle.
Lepienie jako czynność kojarzy się dzisiaj głównie, jeśli nie
wyłącznie, z dwoma typami działań: z artystyczną lub paraartystyczną
twórczością (rzadziej) oraz z dość żmudnym scalaniem czegoś, co nie
daje się dopasować, na przykład jakiegoś programu czy budżetu
(częściej). Z garnkami wcale.
W przysłowiu są jeszcze święci. Owszem, używano czasem tego
słowa w sensie pozasakralnym, nieco przenośnie, z myślą o ludziach
szczególnie dobrych, zwłaszcza cierpliwych i wyrozumiałych, ale
główne znaczenie pozostało: to ci, których jakiś Kościół (zwłaszcza
rzymskokatolicki) wyniósł na ołtarze, uznał godnymi czci liturgicznej.
Wydawałoby się, że z trzech słów przysłowia właśnie „święci”
najbardziej narażeni byli na anachronizację i archaizację, a tu masz,
wcale. Za to codzienny rzeczownik „garnki” i nazywający zwykłą
czynność czasownik „lepią” zarchaizowały się z kretesem.
Garnki dawniej się lepiło z gliny. Głównie robili to garncarze. Dziś
też różne konfekcyjne naczynka z gliny i innych glinek powstają, ale
jeśli ktoś je nazywa garnkami, to przenośnie, ludowo lub staropolsko.
Czynność lepienia takich garnków nie była zapewne całkiem łatwa, ale
uważana była za jakoś dostępną nawet amatorom. Przysłowie głosi,
że tak jak do wytwarzania z gliny, czyli lepienia, naczyń, zwanych
garnkami, nie trzeba szczególnego kunsztu, tak i do tego, o czym
aktualnie mowa, może się wziąć ten nawet, kto nie jest specjalnie
przygotowany. Spróbujmy, nie święci garnki lepią. To nie takie znów
trudne. I my się do tego nadajemy. I ty, i ja także...
To nie tyle deprecjacja zajęcia czy wytwarzanych dóbr, ile wiara
w ludzkie możliwości. Gdyby tylko święci mieli patent na lepienie
garnków, garnków nie byłoby wiele, a są. Inna rzecz, że święci mało
się kojarzą z profesjonalizmem, do tego garncarskim.
Pewnie, że możliwa byłaby i inna interpretacja: że oto święci
garnków nie lepią, lepią je inni, którzy, nie mając cechy świętości,
zapewne mają cechy inne, bardziej predysponujące ich do lepienia.
A święci nie, pewnie nie umieją. I dlatego może jeszcze trudniej je
lepić.
Ale wiemy, że to pogodne, pełne wiary w ludzkie możliwości
przysłowie. I że jeśli przyszłoby jakiś garnek ulepić, możemy śmiało
próbować.
292
Nie wychylać się
Napis ostrzegawczy (XX w.)
Żartownisie utrzymywali, że w latach dwudziestych ubiegłego wieku
pod oknami wagonów kolejowych w Palestynie był umieszczony napis:
„Wyglądaj, wyglądaj, ładnie będziesz wyglądał!”. Wskazywałby on
na ciekawą, zabawną i w sumie miłą grę komunikacyjną, możliwą
tylko w warunkach silnej wspólnoty językowej. I wieloznaczność
czasownika, i ironiczna zachęta w miejsce ostrzeżenia – sam
chciałbym, żeby instytucje tak ze mną rozmawiały.
Napis o wychylaniu się jest prosty i jednoznaczny. Jest przy oknie,
z którego wychylanie się jest ryzykowne. Jest w bezokoliczniku, który
jest bardziej oficjalny niż rozkaźnik i zwiększa bezosobową
kategoryczność. Brzmi nie jak rada, ale jak surowy zakaz.
Zakazy nieczęsto są interpretowane jako wyrazy troski o dobro
tego, komu się zakazuje. Mam tego nie robić i już, nikt nie mówi, że to
dla mojego dobra. Słyszę w tym zapowiedź konsekwencji: jeśli zrobię
coś zakazanego, spotka mnie kara. Częściej myślę wtedy o ponoszeniu
odpowiedzialności niż o moim bezpieczeństwie. Zapinam pas,
by uniknąć nie tyle obrażeń w wypadku, ile mandatu, przez ulicę nie
przechodzę na czerwonym, bo policja.
Wychylanie się, podobnie jak silniejsze znaczeniowo wyłamywanie
się, odnosi się metaforycznie do zachowań nonkonformistycznych,
nawet społecznie ryzykownych. Jeśli się wyłamuję z grupy, nie mogę
liczyć na jej solidarność, a w końcu mogę się spodziewać ostracyzmu.
Jeśli się wychylam...
Wychylanie się nie jest bezpieczne także w tym przenośnym
znaczeniu. Brak określenia, z czego mianowicie, trochę uabstrakcyjnia
odniesienie, czyniąc z wychylania stałą cechę zachowania, z jednej
strony może i godnego podziwu, jako znamię odwagi cywilnej,
z drugiej wskazującego na niedostatek rozwagi, a może i umiejętności
przewidywania.
„Nie wychylać się” używane bywało często dość ironicznie raczej
przez tych, którzy piętnowali w ten sposób zbytni konformizm. Oni też
byli autorami również złośliwej formuły „BMW” („bierni, mierni, ale
wierni”). Wierność, lojalność – to poważne wartości, wszelako nie
absolutne, i ich ocena zależy od obiektów (a może podmiotów?).
Zależy komu wierzymy. Posłuszeństwo już w ogóle słabo pretenduje
do bycia wartością.
Naruszanie zakazów samo w sobie może być przedmiotem podziwu
tylko w mało rozwiniętych społecznościach. Ale skłonność
do posłuszeństwa, nawet jeśli bywa uznawana za cnotę, to raczej nie
bywa
jako
cnota
szczególnie
eksponowana.
Tendencja
do niewychylania się znamionuje jednostki pokorne, tchórzliwe,
przeciętne, w ogóle mało jednostkowe. I prostackich cwaniaków.
Nie powinniśmy się wychylać dla samego wychylania. Także nie
na przekór, tylko dlatego, że to zakazane. Ale sam zakaz nie powinien
nas powstrzymywać od wychylania się.
Nie powinniśmy nie wychylać się tylko dlatego, że nam zakazano.
293
Nie ze mną te numery, Brunner
„Stawka większa niż życie”, serial telewizyjny
(1969)
Autorami scenariusza „Stawki” byli Andrzej Szypulski i Zbigniew
Safjan, pracujący pod pseudonimem Andrzej Zbych. Trudno ich jednak
uznać za autorów tego zdania, bo, jak się zdaje, nigdzie w serialu ono
nie pada. Ale z drugiej strony jest dla niego charakterystyczne.
Znakomicie oddaje postawę mówiącego i, co oczywiście ważniejsze,
jest przez setki tysięcy, jeśli nie miliony, widzów rozpoznawane jako
najważniejszy bodaj cytat ze „Stawki”.
Relacja między mówiącym te słowa Hansem Klossem, idolem
Polaków w stopniu kapitana Abwehry, granym przez Stanisława
Mikulskiego, a funkcjonariuszem Gestapo Brunnerem, granym przez
Emila Karewicza, jest złożona. Pozornie się lubią, prezentują wobec
siebie coś w rodzaju męskiej przyjaźni, naprawdę są wrogami. Kloss
przede wszystkim jako polski szpieg wobec gestapowca, Brunner jako
konkurent do sukcesów w prowadzeniu śledztw, ale także jako
podejrzliwy niemiecki oficer. Ale pod tą wrogością jest jeszcze jedna
warstwa, szczególnej męskiej relacji, która upodabnia wrogość
do pewnej odmiany przyjaźni.
Starych i poważnych wrogów – Sherlocka Holmesa i Moriarty’ego,
Kmicica i księcia Bogusława, Kwintę i Kramera – coś łączy poza
wrogością. Nie to, że się lubią czy choćby szanują, nie to, że sobie
dobrze życzą: będą walczyć przecież na śmierć i życie. Ale znają się
dobrze. Coś w tym jest. Twarda, porządna, męska wrogość. Dla nas
jeden jest w porządku, drugi skończony łajdak. Tak tworzone pary są
atrakcyjne i utrwalane w kulturze cytatami.
Kloss i Brunner walczą ze sobą na różnych poziomach. To walka
bezpardonowa, także, a może nawet przede wszystkim,
na przebiegłość. Kloss jest mądry i znakomicie wyszkolony,
inteligentny i uczciwy. Brunner jest sprytny i świetnie wyszkolony,
przebiegły i perfidny. Jeden drugiego łapie w pułapki i nie daje się
w nie złapać. Stosują, oczywiście, różne sztuczki i właściwe tajnym
służbom, a dla widzów atrakcyjne, numery.
To rzeczy poważne, chodzi w nich o życie i losy wojny, ale są to też
„numery”, które, jak wiadomo, się odstawia. Tak w ogóle i komuś.
Jeśli komuś, to przeciw niemu. Nazwanie perfidnej i zgubnej
w zamyśle pułapki „numerem” jest przywilejem tego, komu się go
robi. Jeśli nazwę czyjś zamach na moje życie numerem, pokażę dwie
rzeczy: swoją dzielność i jego nieskuteczność. Nie ze mną taki numer.
Kiedy użyję liczby mnogiej, wskazując na to, że to kolejny już raz,
dodatkowo zlekceważę przeciwnika. Nie ze mną te numery.
Być może w odniesieniu do kogoś innego taki numer by zadziałał.
Ale do mnie? Z czym do gościa? Kogo chcesz oszukać, pokonać?
Mnie? W moich rodzinnych stronach pytano w takiej sytuacji:
„kogooo?” z silnym akcentem na pierwsze „o” i z przedłużonym „o”
drugim. Pomyliłeś się, koleś.
Brunner, próbując pokonać Klossa, próbuje go oszukać. Jeśli ktoś
nas próbuje oszukać, a my o tym wiemy, to już nie oszuka. Nie z nami
te numery.
294
Niech prawo zawsze prawo znaczy,
a sprawiedliwość – sprawiedliwość
Julian Tuwim (1894–1953) „Kwiaty polskie”
(1944)
Mądre, piękne, słuszne, głębokie słowa – tak wszyscy uważają, a jak
te słowa podniośle wypowiadają, czują się też mądrze, pięknie,
słusznie i głęboko. Wszystko to jest takie wzniosłe, bo mowa tu
o wartościach nadrzędnych, takich jak prawo i sprawiedliwość, a także
o tym, co one znaczą. I że mają znaczyć to, co znaczą. Och.
Jeśli chcemy, by jakieś słowa znaczyły mądrze, wzniośle
i prawdziwie, to tak będzie. I tu tak najczęściej jest. Ale w gruncie
rzeczy...
Słowa czasem wymagają obrony, zwłaszcza gdy są nadużywane.
Tak bywa z nazwami wartości, takimi jak: „wolność”, „prawda” czy
„piękno”. Używa się ich instrumentalnie, nagina ich znaczenia,
manipuluje się ludźmi za ich pośrednictwem. Czasem wystarczy
do słowa dodać przymiotnik „prawdziwy”, żeby je zmienić w coś
dziwacznego. Co to jest „prawdziwa demokracja”? Albo „prawdziwa
miłość”?
Jak bronić słów? Może przez ustalanie znaczenia, przez
uprecyzyjnienie i sprawienie, że wreszcie dla wszystkich będą one
wspólne i jasne zarazem?
Jeżeli chcę zadbać o znaczenia słów, także takich ważnych, mogę
próbować je definiować. To trudne, czasem przecież możliwe. Mogę
od definicji odstąpić, uznając, że wszyscy wiedzą, jaki jest koń
na przykład. Mogę też próbować z tautologią i powiedzieć,
że na wojnie jak na wojnie, cham chamem, a róża to róża. Z różą
i z chamem to się może udać, ale czy wystarczy, kiedy powiem,
że wolność to wolność i już? Czy zabezpieczę to piękne słowo przed
nadużyciami chytrych krętaczy?
Obawiam się, że nie. W ramach jednego języka nie da się tak zakląć
słów, żeby nie można było nimi kłamać. Może i dobrze,
bo zabezpiecza to nas przed zniewoleniem przez język. A tak zawsze
możemy powiedzieć coś na odwrót.
I tak jest też z Ważnymi Słowami. Kiedy mówię, że Prawo ma
zawsze znaczyć Prawo i już, to to Prawo jest tym, co ja sobie o prawie
myślę. Jeśli jestem chytrym krętaczem, też mogę grzmieć,
że Sprawiedliwość to jest właśnie tylko Sprawiedliwość i nic więcej, ale
co to jest ta Sprawiedliwość, sam właśnie ustaliłem. A jeśli jestem
partią, mogę się sam nazwać Prawem i Sprawiedliwością i nikomu nic
do tego.
Zaklęciową formułą z „niechem” mogę magicznie sprawić, że coś się
stanie. I że od tej pory prawo będzie prawem, a nie jego naciąganiem
czy łamaniem. I będzie wspaniale. Że wreszcie sprawiedliwością
wszyscy będą nazywali to, co sprawiedliwością jest naprawdę. A co to
jest „naprawdę”? I dla kogo?
Bardzo bym chciał, żeby prawo było prawem, a sprawiedliwość
sprawiedliwością. Ale znowu nie chciałbym, żeby ktokolwiek, ja też,
mógł tak sobie powiedzieć, że te słowa mają znaczyć to, co znaczą.
Węszę w tym pewną uzurpację, choć czasem może to tylko naiwność.
295
Niech się dzieje wola nieba, z nią się
zawsze zgadzać trzeba
Aleksander Fredro (1793–1876) „Zemsta”
(1834)
To maksyma Rejenta Milczka, którego mądrość niepokojąco
przypomina cynizm. Jego zgoda na to, co się dzieje, ma charakter tak
oczywisty, że zaczynamy węszyć w tym pozorność. Spośród postaci
„Zemsty” on w największym stopniu może być uznany
za kształtującego rzeczywistość, co niektórzy nieżyczliwi mogą nawet
czasem wziąć za intrygi. Jego pełen nabożności stosunek do świata,
do boskich wyroków i do bliźnich może być interpretowany jako
przejaw postawy deterministycznej. Jest tak, jak jest, inaczej nie
będzie, musimy się na to zgodzić. Albo inaczej: to, że jest tak, jak
jest, to przejaw woli boskiej, woli nieba, i wszyscy musimy się z tym,
czyli z boską wolą, zgodzić.
Tu jest to wyrażone nieco inaczej – i te małe różnice są istotne.
Najpierw: wyrażenie zgody ma charakter pozornie sprawczy.
Słowem „niech”, które zwykle stanowi część formy trybu
rozkazującego, a czasem życzącego, wyrażamy stosunek aktywny.
Nawet w aspekcie sprawczo-magicznym. Przez „niech się stanie” stało
się wszystko, co się stało, przez „niech żyje” ktoś będzie może żył,
a przez „niech spoczywa w spokoju” może spocznie w spokoju.
Wprawdzie, godząc się słowami „niech się dzieje, co chce”, wyrażamy
coś w rodzaju rezygnacji z działania, ale jednak zostawiamy sobie
prawo do ostatniego słowa na ten temat. Na wolę nieba wpływu nie
mamy, ale dodaje nam otuchy myśl, że jednak wyrażamy tym
„niechem” jakiś rodzaj zgody.
Z wolą nieba się zawsze zgadzać trzeba. To nie okazjonalna
zgoda, to sformułowana zasada. Wielki kwantyfikator „zawsze” daje
poczucie bezwyjątkowości, tak ważne i cenne w świecie zasad. Ważne
też, że chodzi nie o zgodę, dokonaną i jednorazową, lecz
o niedokonane, trwające i wielokrotne zgadzanie się. Zawsze trzeba
się zgadzać. A przywilej formułowania zasady daje nam także prawo
do poczucia aktywności.
Kiedy już tak sformułujemy swój bardzo pozornie aktywny stosunek,
przez formę niby sprawczą i przez przedstawienie zasady, w pełni
świadomi tej pozorności, nawet ją do pewnego stopnia eksponując,
czyli pokazując w istocie pełną pokory zależność od wyroków nieba,
i w ten sposób rekomendując taką postawę bliźnim, przez co ich
postawa i zachowanie nie będzie nam sprawiać kłopotów, kiedy już to
wszystko zrobimy, możemy zacząć kształtować rzeczywistość
na własną rękę, a także modłę, które to słowo wyjątkowo dobrze tu
pasuje.
I zrobimy tak, jak chcemy, udając, że taka właśnie była wola nieba,
a my tylko pokornie się z nią godzimy, nie mając innego wyjścia, tak
jak wszyscy inni zresztą.
A najzabawniejsze, że to przecież święta prawda, bo gdyby nie wola
nieba, wcale by tego być nie mogło.
296
Niech to piorun strzeli!
Przekleństwo
„Bogdaj mnie jasny piorun ubił, jeśli nieprawda, żem cię, dalbóg,
bardzo lubił, czy kochał” – mówi Tadeusz do Telimeny, zaklinając ją
w ten sposób, żeby mu uwierzyła. Bodaj go piorun ubił.
Wiele wariantów ma to powiedzenie wyrażające raz nieprzeparte
dążenie do wiarygodności, gdy odnosi się do mówiącego, raz
niechętny stosunek do zdarzeń, gdy do nich. Ostatnio częściej
spotykany jest drugi wariant. Jeszcze czasem usłyszymy „niech mnie
piorun strzeli, jeśli nie”, ale częściej mamy odniesienie
do rzeczywistości: „niech to grom spali”, „żeby to piorun spalił”, „niech
to grom strzeli”. Pioruny i gromy mają palić, co bardziej zrozumiałe,
lub strzelać, co gramatycznie jest bardziej wątpliwe, ma jednak
pewien wzorzec w języku myśliwców, którzy „strzelają zwierzynę”.
Strzela się jeszcze byki, błądząc, ale to już inna, frazeologiczna
sprawa. Rzadziej namawia się te zjawiska atmosferyczne, żeby
trafiały, a bywa, że ich domyślności zostawiamy, co zrobić mają:
mówimy „niech to jasny grom...” i urywamy.
Czasem mamy tu pośredni rozkaźnik z „niech”, czasem dość bliskie
znaczeniowo podrzędne zdanie celowe z „żeby”. Oczywiście te formy
są częste i w innych przeklinających powiedzeniach. „Żeby go
pokręciło”, „niech cię drzwi ścisną”, „żeby to diabli wzięli”, „niech to
diabli porwą”... Tak sobie mniej lub bardziej wyrafinowanie
przeklinamy, często nie życząc nikomu i niczemu niczego naprawdę
złego.
Gromy i pioruny to może być interwencja z góry, znak czuwania nie
tyle opatrzności, ile surowego sędziego. Gromowładnego Zeusa,
Jowisza, Thora czy Peruna. Gromy możemy metaforycznie rzucać
i ciskać, ale skądinąd raczej do zmysłu słuchu się one odnoszą. Gromy
raczej słychać, niż widać, one grzmią, choć bywają jasne. Pioruny
widzimy i oczywiście słyszymy także, to całość wyładowania. Widzimy
ich blask, słyszymy ich huk. Błyskawice natomiast, też w przenośni
ciskane, raczej tylko widzimy.
Groźne pioruny etymologicznie mają coś wspólnego z łagodnym
praniem. Wydaje się nam dziś, że „pranie” jako bicie, uderzanie, jest
metaforycznie wtórne, że najpierw miało znaczenie „czyszczenia”. Jest
nieco inaczej – najpierw było jednak uderzanie, a to „pralnicze”
znaczenie wzięło się ze sposobu czyszczenia materiałów na mokro:
przez bicie kijankami i czym tam popadło i niejako wytłukiwanie w ten
sposób brudu.
Dzisiejsze bijące, uderzające pioruny i gromy z praniem się
oczywiście nie wiążą, za to przypominają konotacyjnie rozgniewanych
gromowładnych bogów, z zapomnianym nieco litewsko-słowiańskim
Perunem, który od pioruna wziął nazwę.
Pioruny rzadko dziś w nas godzą. To iskry tylko. A piorunochronem
od posądzenia nas o kłamstwo czy nierzetelność może być
przywołanie takiego gromu, żeby w nas strzelił, gdy kłamiemy.
297
Niech żyje nam!
Okrzyk, życzenie
„Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam!” – to już śpiew. „Niech nam
żyje” – to początek życzeń, zaraz będzie nie tylko wskazanie, lecz
najczęściej i opis tego, kto ma żyć. A takie „niech żyje nam” bywa
oczywiście fragmentem życzeń, okrzyków i śpiewów, nieraz długich
i rozbudowywanych, jak choćby: „łubudubu, łubudubu, niech nam
żyje prezes naszego klubu, niech żyje nam!”, ale bywa i samoistne,
jako reakcja na widok czyjejś postaci lub brzmienie czyjegoś nazwiska.
Reakcja zbiorowa. Ktoś daje sygnał, woła wielu. Może zgoła wszyscy,
z wyjątkiem tego, co to właśnie ma żyć.
To najprostsze, podstawowe wysławianie kogoś, rzecz jasna kogoś,
kto żyje. Towarzyszy ono uroczystościom, toastom, wystąpieniom.
Jest jednym z podstawowych życzeń wyrażonym konwencjonalnie
i standardowo, ale przy tym w ważny i nawet dość wzniosły sposób.
Przy bezpośrednim zwracaniu się do tego, komu życzymy, mówiono
(wołano, śpiewano) też w drugiej osobie, czyli: „Żyj nam!”. I ta druga
osoba, i ta trzecia, z „niechem”, nie mogła być znaczeniowo zwykłym
rozkazującym trybem, tylko trybem życzeniowym, odpowiadała
formułom z partykułą „oby” – trudno nam przecież w końcu
świadomie, celowo i skutecznie dostosowywać się do tak wyrażonych
nakłonień. Żyć będę sobie żył, ale nie wskutek rozkaźnikowego
namawiania czy proszenia. Podobnie z innymi życzeniami, jak choćby
„bądź zdrów”.
Może się wydawać, że dosyć skromne jest to życzenie. Czy
naprawdę życzymy komuś, kogo wysławiać w ten sposób chcemy,
zaledwie tego, co i tak ma miejsce? I nawet nie dodajemy, że chodzi
o to, żeby długo żył, na przykład sto lat, albo żeby jakoś szczególnie
szczęśliwie. To znaczy możemy dodawać, ale okrzyk się w ten sposób
zepsuje i będzie z tego coś innego. Ale chyba nie o zwykłe
przedłużanie życia tu chodzi. Może jest tam gdzieś ukryte, lecz
założone milcząco, długie życie w pamięci, może mamy tu
do czynienia z odniesieniem do jakiegoś specjalnego, pełnego
i prawdziwego życia...
W każdym razie, w tej przynajmniej wersji, jest to życie, z którym
i my, okrzykujący, mamy coś wspólnego. Wskazuje na to całkiem
nieoczywisty gramatycznie celownik zaimka osobowego „my”. Ten, kto
żyje i ma żyć, ma żyć nam. Pewnie, sobie też, ale to nie jest i nie
będzie egoistyczne życie dla siebie, żadne tam życie sobie, a nie
trzeba dodawać, że oczywiście nie może to być takie sobie życie. To
będzie życie dla nas, życie, z którego i my, a może przede wszystkim
my, będziemy mogli, czy wręcz mamy, wyciągać korzyści.
Taki celownik pierwszej osoby, częściej w liczbie pojedynczej, bywa
stosowany, gdy chcemy podkreślić więzi łączące nas z tymi,
do których i o których mówimy. Apelujemy zatem z troską: „tylko mi
się nie przezięb” albo kategorycznie zakazujemy: „żebyś mi się nie
ważył!”. Takie rzeczy masz robić, czy też nie robić, jakoś też mnie, dla
mnie. Ważne to dla mnie.
A nam – niech żyje.
298
Niechaj mnie Zośka o wiersze nie prosi
Juliusz Słowacki (1809–1849) „W pamiętniku
Zofii Bobrówny” (1844)
Zośka pewnie prosiła o wiersz, a poeta wpisał do pamiętnika wiersz
zaczynający się od prośby, żeby nie prosiła o wiersz. Można sobie
zresztą wyobrazić, że ta prośba poety o to, żeby go nie prosić, nie
była poprzedzona wcześniejszą prośbą, że poeta od razu, nieproszony,
taką figurę zastosował. Ale chyba jednak prośba o wiersz była
naprawdę.
Jeśli ktoś prosi, żeby go o coś nie prosić, to albo właśnie w ten
sposób daje się prosić, wiedząc, że i tak ulegnie, ale woli ulec
po dłuższych prośbach, albo też rzeczywiście nie chce czy nie może
zrobić tego, o co jest proszony. Tutaj mamy do czynienia z sytuacją
szczególną: prośba o to, żeby nie być proszonym, wraz z dokładnym
i przekonującym uzasadnieniem, dlaczego prosić nie trzeba, jest
zarazem spełnieniem prośby.
Ponieważ zakładamy normalnie, że prośba o zaniechanie proszenia
wiąże się z niespełnieniem prośby, mamy poczucie dziwności. Ten
rodzaj dziwności to odmiana pięknej i przewrotnej figury retorycznej,
zwanej praeteritio. Polega ona na tym, że mówimy o tym, że nie
mówimy o tym, o czym właśnie mówimy. „Już ci nie będę
przypominał, że mi jesteś winien pieniądze”. „Kto inny wciąż by o tym
opowiadał”. Właśnie przypomniałem i opowiedziałem. Taka figura
może załatwiać dwie rzeczy naraz: pożądane przeze mnie mówienie
i pożądane przez innych niemówienie.
Ten wiersz pamiętamy ze szkoły. Był napisany przez wielkiego
wieszcza, a jednocześnie był do jakiejś Zośki i traktował między
innymi o kwiatkach i gwiazdkach, a nawet o gwiazdeczkach. „Zośka”
to zdrobnienie miłe i familiarne, ale trochę szorstkie. To nie „Zosia”
czy „Zosieńka”. Być może kiedyś ta forma nie była obciążona
nadmierną swobodą stosunku, dziś tak jest. Może dlatego, że graliśmy
„w zośkę”.
Zośka jest tu nazwana „dzieciną”, ale dorosły, trzydziestopięcioletni
poeta nie zwraca się do niej „nie proś mnie, Zośka”, tylko w trzeciej
osobie. I to nawet nie per „niech Zośka”, tylko stosując dłuższą,
elegancką, a czasem podniosłą formę „niechaj”. To „niechaj”, potem
krótkie „niech”, wzięło się z „niechania”, „zaniechiwania”. „Niechaj”,
czyli „odpuść”, „zostaw”. Potem zyskało moc sprawczą: „niech się tak
stanie” i zostało formą prośby: „niech pan...”.
„Niechaj mnie Zośka nie prosi” – wpisuje poeta do sztambucha
i Zośka na pewno jest uradowana. Dostała wpis poety, piękny wiersz
do siebie skierowany, dobrze też powinna wiedzieć, że przez to
dostanie się do historii literatury polskiej. Będzie zapamiętana długo
jako dziecina, która umożliwiła powstanie jednego z ładniejszych
wyrazów tęsknoty za krajem lat dziecinnych.
12 marca 1844 roku w Paryżu Słowacki wpisał się w pamiętniku
Zofii Bobrówny i nie dał wierszowi tytułu, przez co imię z nazwiskiem
do tytułu weszło i tam już zostało. Za dwa dni wpisze się jej siostrze
Ludwice, czyli Lolce, nazajutrz jeszcze raz – ale o tym już nie
pamiętamy. I dobrze.
299
Niedaleko pada jabłko od jabłoni
Przysłowie, odn. Erazm Gliczner (1558)
Prawda to oczywista, bardzo blisko pada. Ale nie zawsze mamy
gotowość do zauważania nawet oczywistych rzeczy. Newtonowi
padające jabłko podsunęło zasadę grawitacji, a innym doświadczonym
ludziom jabłko podsunęło prazasady genetyki. Bo wiemy, że „jaka
marchew, taka nać, taka córka, jaka mać”, „jaki bochen, taka skórka,
jaka matka, taka córka”, „jaka woda, taki młyn, jaki ojciec, taki syn” –
wiele takich rymów w przysłowiach znajdziemy. I że „nie urodzi sowa
sokoła”... A jabłko pada blisko jabłoni. No, wprawdzie czasem góry
rodzą myszy, a z dużych chmur mały deszczyk spada, ale to
wyjątkowe sytuacje.
Przywołując takie powiedzenia o podobieństwie dzieci do rodziców,
zwykle niestety mamy na myśli dziedziczenie cech negatywnych. Sowa
może sobie być symbolem mądrości, atrybutem Minerwy – ale tu jest
pokazana jako niezdolna do urodzenia dzielnego sokoła, prawie orła.
A sugeruje się tu, że pewnie by chciała. Można mieć za złe
powiedzeniu, że wyżej stawia sokolą dzielność i szybkość niż sowią
mądrość. Przecież nie tylko sowa sokoła, ale i sokół sowy nie urodzi,
a jednak kierunek jest w tym powiedzeniu pokazany wyraźnie.
To jabłkowe spostrzeżenie też skłonni jesteśmy odnosić częściej
do różnych niecnot niż do spadkobierców wielkich talentów i zalet.
Rzadziej chyba uznajemy w ten sposób naturalność dziedziczenia cech
pozytywnych, natomiast częściej okazujemy tak brak zdziwienia,
że ktoś jest łobuzem czy utracjuszem, gdy, znając jabłoń, co go
zrodziła, nazywamy go takim jabłkiem. W końcu jabłko pada,
a padanie też nieczęsto się z czymś dobrym łączy. I w ogóle zdajemy
się skłonniejsi do wytykania ludziom przywar niż do wyrażania
uznania. Przysłowia o tym świadczą.
Jabłoń jest w naszej literaturze, pieśni, podaniu i wyobrażeniu
zawsze piękna i przynosi wspaniałe owoce, to tutaj akurat nie musimy
widzieć w niej zbyt wiele dobrego. Może właśnie przez porównania
do jabłoni i jabłek łagodzimy nasze myślenie o grzechach
i niezawinionych, bo odziedziczonych preferencjach i predylekcjach,
a może to tylko zwykła i przez to bardzo niesympatyczna ironia?
A może z drugiej strony jest tu jakieś biblijne odwołanie i obarczanie
jabłoni winą za ten owoc, który był początkiem pierwszego,
pierworodnego grzechu? Co prawda, pewnie w oryginale nie była to
jabłoń, ale dla nas – tak. A po łacinie jabłko i zło brzmią prawie tak
samo. Malum – różnica tylko w długości sylab. W każdym razie nasz
stosunek do pięknej jabłoni jest nieoczekiwanie co najmniej
ambiwalentny.
Niezależnie, czy chwalimy, czy ganimy, wyrażamy w ten sposób
pewien determinizm. Takie jabłko własnej woli nie ma, zresztą nie ma
jej też i jabłoń. W jajku sowy żaden inny ptak się nie znajdzie, choćby
gorąco pragnęła. Tak będzie i już.
300
Nierządem Polska stoi
Anonimowe (pierwsza połowa XVII w.)
W zapisanych tekstach wielkich siedemnastowiecznych obywateli,
w satyrach Opalińskiego, w maksymach Maksymiliana Fredry, mamy
już polemikę z tym powiedzeniem. Ktoś tak powiedział, ale nie miał
racji, bo Polska nierządem zginie. Kto tak mówi, sam ma w głowie
nierząd.
To zatem bzdura, ale przetrwała. Bardziej niż jakiekolwiek
fragmenty starszego z Opalińskich czy starszego z Fredrów. Polska
nierządem stoi.
Te polemiki świadczą, co to powiedzenie znaczyło, albo
przynajmniej jak było rozumiane. Stoi nierządem, czyli jak nierządu
nie będzie, upadnie. Dlatego właśnie trwa, że jest nierząd. Uważajmy,
nie naprawiajmy, nie wprowadzajmy rządu, bo upadnie. Swobody
szlacheckie, liberum veto i tak dalej, to Rzeczypospolitej
fundamentum. A szlachcic na zagrodzie.
Bo moglibyśmy myśleć, że chodziło o coś innego. Nie musimy
przecież dokładnie wiedzieć, że to, że coś czymś stoi, znaczy,
że na tym czymś polega. Mogłoby przecież znaczyć, że to, czym coś
stoi, jest po prostu tam bardzo rozpanoszone albo coś w tym rodzaju.
I że na przykład znaczy to, że nierząd wszędzie w Polsce panuje
i że to niedobrze.
Ale, jak się zdaje, nasi przodkowie skłonni byli w tym nierządzie
dość magicznie upatrywać gwarancji stabilności.
Nierządem Polska stoi. Ten nierząd to przeciwieństwo rządu, czyli,
z grubsza rzecz biorąc, porządku. Nie ma praw, nie ma uregulowań,
administracja nie administruje. Żyje się swobodnie i bez ograniczeń.
Panuje nierząd.
Dziś już słowo „rząd” znaczy coś innego i z porządkiem nie musi się
tak wyraźnie kojarzyć, choć z rządzeniem powinno, i nierząd całkiem
inny mamy, bardzo konkretnie rozumiany i nawet porządnie
zorganizowany, jakkolwiek nazwa miejsca uprawiania takiego nierządu
służy wciąż za synonim określeń bezładu i nieporządku.
Ale o tamtym nierządzie pamiętamy i czasem przywołujemy jeszcze
to dawne określenie, rozumiejąc je jednak jako użyte ironicznie lub
z potępieniem i przez to dobrze, jak się zdaje, definiujące różne
polskie sytuacje. Bo to przecież byłby nonsens, gdyby ktoś myślał,
że istotnie bałagan, nieład i bezhołowie mogą stanowić o istnieniu
państwa.
No i tak też coraz bardziej rozumiały to różne coraz bardziej
oświecone umysły, które wiedziały, że z tym nieładem trzeba walczyć,
że temu nierządowi trzeba się przeciwstawiać, że trzeba wprowadzać
rządność i ład, że Polska powinna stać się przykładem państwa
uporządkowanego i porządnego, z dobrymi prawami i dobrym rządem.
I tak to czyniono, aż wreszcie uchwalono najbardziej porządną
i demokratyczną konstytucję, która stanowiła wzór dla innych i do dziś
wspominana jest z dumą.
I tylko trochę przeszkadza to, że właśnie wtedy Polska upadła.
301
Nieszczęścia chodzą parami
Przysłowie, odn. Tadeusz Jaroszyński (1908)
Stare powiedzenie, znane już w Rzymie, o tym, że co złe, nie
występuje samotnie, znane u nas co najmniej od XVII wieku,
„sparował” najpierw w połowie XIX wieku Michał Czajkowski
(„nieszczęścia w parze chodzą”), a ostateczny kształt, zręczny i łatwy
do pesymistycznego powtarzania, pojawił się gdzieś sto lat temu.
Liczba mnoga rzeczownika „szczęście” jest rzadko używana, chyba
tylko wtedy, gdy zastanawiamy się nad różnymi odmianami szczęścia,
a trudno uznać, że dzieje się to codziennie. Tymczasem „nieszczęście”
w mnogości jest dość częste. Bierze się to oczywiście stąd,
że „szczęście” jest niemal wyłącznie (poza uczuciowymi metaforami
typu „szczęście ty moje!”) abstrakcyjne i nawet jeśli nas spotyka
i udziela swej łaski, myślimy o nim jako o czymś dużym. Nieszczęście
jest raczej konkretne. Może, owszem, ogarniać całe życie, ale chcąc
wprowadzić antonim tak pojętego szczęścia, zbyt niestety rzadko
używanemu wyrażeniu „mam szczęście” przeciwstawiamy częstsze
„mam pecha”.
Miewamy udział w wielkim szczęściu – i spotykamy wiele różnego
rodzaju nieszczęść, a raczej to one nas spotykają. Spotykają nas,
bo chodzą, krążą i nas szukają – „jako ten lew ryczący, szukając, kogo
by pożarł”. Przypomnijmy, że i „wypadki”, oznaczające tu częściej
niepomyślne zdarzenia, też „chodzą po ludziach”, a mówi się tak
i o „przypadkach”, które częściej nas „spotykają”. Pewnie jednak
chodząc. „Przypadki” i nawet „wypadki” wskazują na istotną tu
przypadkowość, obejmując także, choć rzadko, zdarzenia pozytywne.
W każdym razie zawsze należy spodziewać się niespodzianek.
Kiedy my chodzimy po ludziach, to albo z samotniczej
towarzyskości, albo w jakichś swoich sprawach – czasem łączy się to
dość nieprzyjemnie z podstawowymi potrzebami, pieniędzy
na przykład, a ci ludzie, po których chodzimy, bywają przypadkowi.
Kiedy wypadki chodzą po ludziach, łatwo mogą trafić na nas. I takim
wypadkom, nieoczekiwanym, jak to one, dziwić się nie można,
bo takie właśnie te wypadki są, że chodzą po ludziach, po nas.
Powinniśmy je przewidzieć. Albo chociaż spodziewać się takich
niespodzianek.
A jeśli chodzi o nieszczęścia, to skłonni jesteśmy wierzyć, że nie
lubią samotności i dlatego chodzą parami. Można uważać, że każe
nam tak mówić albo nasza ponura determinacja, albo nasze poczucie
łatwo tłumaczącego nasz brak sukcesów pecha, albo wreszcie – być
może – nasza nadzieja odwrócenia nieszczęścia, gdy się je prowokuje.
Możliwe jest i to, że w ten sposób naiwnie próbujemy limitować liczbę
nieszczęść, magicznie sprowadzając ją do pary, czyli do dwóch
zaledwie.
Dobrze by było istotnie, gdyby nie było ich więcej – choć
pamiętajmy, że dawniejsze wersje tego powiedzenia przede wszystkim
na taką właśnie możliwość, niestety, wskazywały...
302
Niewidzialna ręka rynku okazała się ręką
aferzysty
Jan Olszewski w Sejmie (luty 1992)
Premier Olszewski powiedział dokładnie: „ta niewidzialna ręka rynku,
niestety, okazała się ręką aferzysty sięgającego do kasy skarbowej
po państwowe pieniądze”. Mimo że wiele tu atrakcyjnych
sformułowań: i „sięganie do kasy”, i „sięganie po pieniądze”, i „kasa
skarbowa”, i „państwowe pieniądze”, w cytacie została tylko
niewidzialna ręka rynku, która okazała się ręką aferzysty. I cytat stał
się łatwym, choć nieco populistycznym sposobem odreagowania
ekonomicznej traumy kapitalistycznych przekształceń. Okazuje się,
że ten cały wolny rynek to aferzyści i tyle. A jak się kto bogaci, to
rzecz jasna nieuczciwie. Dopisanie do tego jeszcze sięgania
po państwowe pieniądze trochę nazbyt by skomplikowało definicję
sytuacji.
Niewidzialna ręka, to bardzo dobrze. Z dzieciństwa pamiętam takie
pomocowe (wtedy nie było jeszcze tego dziwnego przymiotnika)
akcje, w których młodzi harcerze obdarowywali pomocą
potrzebujących, nie pytając nawet, czy potrzebują, i zostawiali ślad
ręki, żeby było wiadomo, że zrobił to ktoś niewidzialny. Ten
niewidzialny miał się nie dać zobaczyć, żeby było jeszcze szlachetniej,
ale ręka była widzialna i pokazywała, że to ci z tej akcji. Kojarzyła się
ta ręka tak dobrze, że aż zaczęto dobrodusznie z niej żartować.
„Niewidzialna ręka rynku” to był niezły pomysł frazeologiczny.
Mieliśmy sądzić, że prawa rynku, działając niewidocznie, jak tamta
ręka, pomogą potrzebującym, zadziałają same i wszystko z czasem
uporządkują, aż będzie tak, jak być ma. Może trochę przeszkadzała
tylko eufonia, czyli niekoniecznie tu pożądana zbieżność w wymowie
sąsiadujących rzeczowników. Jak kto z Krakowa, czuł to jeszcze
bardziej.
Ale ta ręka miała działać, myślano, od razu. Od razu miało być
lepiej. A tu nic, albo jeszcze gorzej. Nie tak miało być. Czy ten
Balcerowicz wyciął nam numer? To po to Lechu skakał przez płot?
I mamy odpowiedź. Ta cała ręka rynku to ręka aferzysty. Tak się
okazało, i teraz wiemy. Jak się coś okazało, to znaczy, że jest
prawdziwe. Prawda wyszła na jaw. Już wiemy, o co w tym chodziło.
Aferzysta to mocne słowo. Jeszcze nie jest oskarżeniem wprost,
za afery aferzystów się nie wsadza, za nazywanie kogoś aferzystą też.
Aferzysta, wiemy, że niedobry, krętacz, nieuczciwy, choćbyśmy nie
mogli mu przypisać niczego konkretnie określonego. Taki aferzysta.
Jakieś przekręty robi.
Coś, co miało być dobre, okazało się złe. To dlatego,
że rzeczywistość nas oszukuje, bo przecież nie może to polegać
na tym, że to my myśleliśmy życzeniowo. Nie, znowu jesteśmy
w dołku.
I, co gorsza, zaczyna się to niedobrze kojarzyć z tą sympatyczną
niegdyś niewidzialną ręką. Jeszcze większa szkoda. Językowa. Pewnie
odtąd przestaniemy wierzyć w niewidzialną rękę we wszystkich
kontekstach.
Jak w świętego Mikołaja.
303
Nim słońce wzejdzie, rosa oczy wyje
Przysłowie, odn. Wacław Potocki (1696)
To jedno z najdziwniejszych dla mnie przysłów, a raczej: jedno
z najdziwniej wyrażonych. Były warianty z wyżeraniem oczu przez
rosę, ale zazwyczaj zdanie nadrzędne miało tę właśnie postać,
z dziwacznie tu wyglądającym czasownikiem w czasie przyszłym, który
przypominał formę czasu teraźniejszego innego czasownika. Może ta
rosa wyje do słońca? Wyjąca rosa jest trudna do wyobrażenia, tutaj
zresztą niegramatyczna, ale rosy wyjadającej oczy też sobie nie
wyobrażamy.
Wiadomo z grubsza, o co chodzi: zanim stanie się to, czego
wypatrujemy, możemy już przestać móc się z tego cieszyć. Będzie
za późno. Czekamy na to tak długo, że pewnie już na próżno.
Metafora bezpośrednio da się tłumaczyć w ten sposób: zanim słońce
wzejdzie, tak, żebyśmy mogli je zobaczyć, my nie będziemy już mieli
czym go zobaczyć – nie będziemy mieli oczu, bo rosa nam je wyje.
Przesłanie zrozumiałe. To częsta w przysłowiach pesymistyczna,
ponura konstatacja. Ma ona nas albo oswoić z tym niedobrym, co nas
czeka, albo jednak spróbować je odwrócić, bo i taką rolę odgrywają
przysłowia wieszczące niedobre rzeczy.
Ale wciąż nie możemy zrozumieć, dlaczego akurat rosa ma wyjadać
oczy. Nie ma wątpliwości, komu je wyje – nam, którzy czekamy
na wschód słońca. Być może jest to skrócony wątek jakiejś starej
opowieści, która to wszystko wyjaśniłaby, może według jakichś podań
czy przesądów poranna rosa zwykła wyjadać oczy, przez co może nie
powinniśmy ulegać pokusie przemywania ich nią?
Zazwyczaj rosa wydaje się nam bardziej oczom przychylna niż
słońce. Słońce często nas razi w oczy, nawet może nas oślepić –
a rosą, i to właśnie o poranku, przemyć oczy to przecież sama
przyjemność, to chłodna rozkosz. Rosa jest w ogóle miła człowiekowi,
i poranna, i wieczorna. I po nocnej rosie głos wdzięczniej płynie...
Rosa wiąże się w naszej świadomości językowej z najprzyjemniejszymi
rzeczami: ze świeżością, naturalnością, czystością, roślinnością.
Innego wytłumaczenia dostarczałoby nam uznanie, że ta rosa to łzy,
i to te łzy, którymi wypłaczemy oczy, zanim wschodzące czy wzeszłe
słońce lepszą nam przyszłość przyniesie...
Czyżby te dwie tak odległe przenośnie miały się spotkać w tym
dziwnym przysłowiu? Wykluczyć się tego nie da. A z drugiej strony czy
przypadkiem to właśnie, że przysłowie brzmi tak dziwacznie, nie
wzmaga poczucia jego prawdziwości? Może to wskazywać
na dawność, a im dawniejsze powiedzenie, tym pewnie prawdziwsze.
A to, że nie rozumiemy znaczenia zdania czy użycia jakiegoś słowa,
nie oznacza, że nie wiemy, o co chodzi. Wiemy.
Albo przynajmniej tak nam się zdaje.
304
No to Frugo
Hasło
reklamowe,
Kot
dziewięćdziesiąte XX w.)
Przybora
(lata
„Frugo” jest nazwą napoju owocowego, który wszedł na rynek
z wyrazistą, nawet miejscami agresywną, ale i zabawną kampanią
reklamową, z tym właśnie hasłem. „Frugo”, bo ma się kojarzyć
z owocami, a każdy odniesie początek nazwy („fru-”) do owoców:
„frukta”, „fruit” itp.
Ale jednocześnie „fru!” to onomatopeja fruwania. Jak ktoś czy coś
frunie, to robi fru! Albo frruu! A jeśli ma pofrunąć, to znaczy, że ma
tego tu nie być. „Fruwaj stąd!” to mało grzeczna zachęta do oddalenia
się. I jeśli brak grzeczności jeszcze wzmóc lapidarnością chcemy, to
będzie „fru!”. Bywa też, że z własnej woli ten, kogo się chcemy
pozbyć, nie oddali się. Albo że w ogóle nie będziemy do niego
adresowali żadnych apeli, bo tego na przykład niegodzien.
Że będziemy się go chcieli pozbyć wbrew jego woli, nawet może
z zastosowaniem pewnego przymusu. Że go po prostu będziemy
chcieli wyrzucić, nakłaniając do tego aktu innych. Wyrzucić go. Wy...
go. Sprawić, że on fru! Wyleci. My go po prostu fru! Stąd. Fru! go.
Frugo! Jak się to odpowiednio powie, staje się jasne.
I w haśle mówiło się to dosyć odpowiednio.
Bo wiele rzeczy może nas integrować, ale wyrzucanie kogoś poza
nasze towarzystwo – szczególnie. Klipy reklamowe początkowej
kampanii, pokazujące wyjątkowo niesympatycznych zgredów
próbujących narzucić młodym własny stosunek do owoców,
usprawiedliwiały w całej rozciągłości nawet bardziej brutalne
nawoływania niż fru! go.
Ale żeby sukces był pewny, trzeba stworzyć dobre warunki
do przyjęcia tego apelu. Językowo możemy próbować pobudzić przez
różne rozkaźniki, okrzyki i tak dalej. Ale dobrze też sięgnąć
po wypróbowaną partykułę, która jak mało co potrafi stworzyć
warunki zachęty. Czyli „no”.
Tak pobudzamy innych do działania, wspólnego z nami najczęściej.
„No, chodźmy wreszcie!”. „No, zróbmy coś!”. Mało tego, samych
siebie tak pobudzamy: „no, muszę iść”; „no, trzeba się zbierać”. Jak
powiem takie „no”, sam poczuję, że to właśnie pora, że trzeba,
że inaczej się nie da.
I można dodać jeszcze reaktywne „to”. Jak coś się dzieje, my
reagujemy. Dzieje się – to reagujemy. „Jak tak, no to tak” – jak
powiedział jeden z kandydatów na premiera, kiedy się dowiedział,
że właśnie nim został.
„No to Frugo!” – to znakomicie, agresywnie skonstruowane hasło
miało ogromny potencjał pobudzający i integrujący. „No to cyk!” –
wołali i wołają do dziś ci, co chcą się napić. „No to już!”. Zapowiedź
„no to” i kadencyjne „już”. Albo „fru go”. Mamy wrażenie,
że naturalnie reagujemy na to, na co trzeba naturalnie reagować,
że pobudzamy się wzajemnie i czujemy się pobudzeni, że integrujemy
się wobec kogoś, kogo usuwamy, i czegoś, co jest dla nas właśnie.
Bo my też, cokolwiek by to znaczyło, fru! ten napój też. Wypijemy.
Fru. No.
305
O cześć wam, panowie magnaci, za naszą
niewolę, kajdany
Anonim (II połowa XIX w.)
W 1938 roku Gustaw Ehrenberg, naturalny syn cara Aleksandra I,
zresztą króla Polski, więc poniekąd polski królewicz, polski poeta
rewolucyjny i też rewolucyjny działacz, napisał wiersz „Szlachta w roku
1831”, szerzej znany jako „Gdy naród do boju” (choć cały wiersz
zaczyna się od „gdy naród na pole wystąpił z orężem”) lub właśnie
jako „O cześć wam panowie, magnaci”, jak się zaczyna refren,
dopisany później, nie wiemy, przez kogo. Ten wiersz raczej się
śpiewało, niż mówiło, co oczywiście sprzyjało różnym modyfikacjom.
A śpiewa się go, ostatnio zresztą jakby nieco rzadziej, na nutę ludową,
zaczerpniętą z wariacji Szopena na temat z opery Mozarta. Podobno
do tej melodii został w ogóle napisany.
Tekst Ehrenberga był serio. Naród walczy, panowie w stolicy radzą.
Wiara zdobywa czarnymi od pługa rękami armaty, panowie kurzą
cygara. Refren, bez którego dziś sobie tej pieśni nie wyobrażamy, jest
ironiczny. „O cześć wam, panowie, magnaci, za naszą niewolę,
kajdany!”.
Dziś używamy słowa „cześć” głównie jako pozdrowienia. Wiemy
jednak, że ten rzeczownik oznacza głęboki szacunek lub też hołd
w wyniku tego szacunku składany, że się trochę dziwnie odmienia:
„czci”, „czcią” i wiąże z czczeniem. Stąd zresztą to pozdrowienie, choć
dziś potoczne, podobnie jak „szacunek” czy młodzieżowy „respekt”.
Cześć żywi się, rzecz jasna, za coś, ale rzadko się tak o tym mówi.
„Cześć za to czy za tamto” brzmi gramatycznie dziwnie bez
czasownika. Ale w końcu można sobie wyobrazić hołd składany tak
właśnie, słowami: „cześć wam za wasze czyny” czy jakimiś
podobnymi. Ironiczne wyrażanie czci za niewolę i kajdany brzmi tu
bardziej radykalnie niż protest wprost.
Melodia sprawia, że nie czujemy między tymi słowami interpunkcji.
Wykrzyknik po „wam” znika, raczej słyszymy coś o panach magnatach
niż o panach i magnatach. A wzięte niewątpliwie z tej pieśni
połączenie „panowie magnaci” żartobliwie było przez dziesięciolecia
stosowane jako rozwinięcie nieco zbyt banalnych „panów”, zwłaszcza
w młodzieżowych kontaktach towarzyskich. W sytuacjach pozdrowień,
kiedy po „cześć” trzeba było coś powiedzieć, dodawało się właśnie
najpierw „was”, potem „panów”, wreszcie, żeby było jeszcze trochę
dłużej, i „magnatów”. To już było coś, pozdrowienie robiło się śliczne
i długie.
I tak z niezwykle mocnego, nawet przerysowanego tekstu,
w którym wyliczeni skrupulatnie hrabiowie, książęta i prałaci obarczani
byli odpowiedzialnością za zbryzganie kraju bratnią krwią, wyjęliśmy
żartobliwie coś w rodzaju wesołego, koleżeńskiego pozdrowienia.
Ironia odbiła się tu wtórną ironią. Krwawy hymn został
potraktowany ironicznie i zrobiono z niego żartobliwe powiedzonko.
Ponieważ ma w tym udział automatyzm frazeologii, można uznać to
za ironię języka.
306
O czym tu dumać na paryskim bruku
Adam Mickiewicz (1798–1855) „Pan Tadeusz”
(1834)
O czem-że dumać, o czem że dumać, o czym-że dumać, o czym
że dumać, o czem tu dumać, o czym tu dumać, o tem-że dumać,
o tem że dumać, o tym-że dumać, o tym że dumać. Na paryskim
bruku.
To chyba wszystkie możliwości i bodaj wszystkie zostały
wykorzystane. Mickiewicz napisał „o czem-że”, a potem przekreślił
i napisał „o tem-że” i tego nie przekreślił. Najpierw wydrukowano
„o czem tu”, ale to i tak było długo po pierwszym wydaniu i po śmierci
Mickiewicza. I wtedy to, co tak się zaczyna i co dziś nazywamy
„Epilogiem”, stało na początku jako rodzaj wstępu do poematu.
I potem długo tak było: „o czem” albo, po zmianie gramatyki,
„o czym”, nawet gdy to już był epilog.
Wstęp można było zacząć rodzajem pytania, o czym tu dumać.
Epilog mógłby się zaczynać zaimkiem wskazującym: „o tym”.
Mickiewicz napisał to po napisaniu „Pana Tadeusza”, więc może to był
raczej epilog. Ale może i nie.
Filologowie ustalili, że teraz będzie „o tym-że”. I tak się teraz
drukuje. Ale my ciągle powtarzamy „o czym tu dumać” i już. I o czym
tu mówić.
A powtarzamy wtedy, gdy nie ma potrzeby, żeby o czymś mówić.
Czyli kiedy wszystko jest jasne. Nie ma wątpliwości, więc po co mówić
i po co dumać. Nie ma o czym. Szkoda gadać.
Albo kiedy się zastanawiamy, o czym by tu porozmawiać, o czym
by razem pomyśleć, nad czym się zastanowić. Coś by się chciało, ale
nie ma jakoś o czym. O czym tu mówić, kiedy nie ma nic
do powiedzenia. O czym tu dumać, kiedy nie ma o czym myśleć.
Mickiewicz nie przekreślił „o tym że dumać”, ale przekreślił „o czym
że dumać” (mniejsza o ortografię). Wyciągnięto z tego wniosek,
że powinno pozostać „o tym”, dodatkowo argumentując, że mogłaby
to być refleksja po dumaniu. O tym właśnie dumałem. O tym dumać.
To dopiero jest, tak dumać. A ci, którzy myśleli, że lepsze byłoby
„o czym”, uważali, że Mickiewicz przekreślił to „o czym” tylko przez
pomyłkę. Gdyby to miał być wstęp, myśleli, lepiej by wyglądało takie
„o czym”. Może, choć napisał to potem, chciał to dać na początek. Tak
przecież bywa, że wstępy pisze się na końcu.
Myślę, że to miał być epilog. Ale że mimo to niewykluczone, że i tak
Mickiewicz chciał zostawić „o czym” i przekreślił to przez pomyłkę.
I że ta pomyłka jest nawet bardziej prawdopodobna, gdy założymy,
że to miał być epilog. Bo pomyślmy: czy wieszczowi wypada
na początku zastanawiać się, co by tu napisać, o czym by tu
podumać? A nawet gdyby, to czy by o tym pisał? A z drugiej strony,
jak już napisał, czy to zręcznie mówić, o czym mianowicie dumał?
A gdy już napisał, mogła go przecież dopaść refleksja: o czym tu
gadać! Szkoda gadania! Tam było tak pięknie, a tu paryski bruk i stuk.
O czym że dumać. O czym tu dumać...
307
O mnie się nie martw
Kazimierz Winkler (1918–2014), wyk. Kasia
Sobczyk (1964)
Młodziutka Kasia Sobczyk powtarzała to na początku piosenki, raz
powtarzała, czyli dwa razy śpiewała. Dzięki temu banalna, powtarzana
od dawna fraza z tą piosenką się zrosła. I z wykonawczynią, o którą
chętnie wielu by się pomartwiło. Takie martwienie się o kogoś to
oczywiście nie prawdziwy smutek, to zwykle troska, czasem nawet
o tyle przyjemna, że świadcząca o emocjonalnym związku. A lepiej,
łatwiej i ładniej powiedzieć: „o mnie się nie martw” niż: „o mnie się
nie troszcz”.
„O mnie się nie martw”. „Nie martw się o mnie”. To drugie zdanie
zdaje się bardziej sugerować, żeby się w ogóle nie martwić, w tym
także o mnie, a to pierwsze, żeby właśnie o mnie akurat się nie
martwić, a ogólnie to jak tam wypadnie. Tu, w piosence, ważne jest,
że jeśli o mnie chodzi, to ja sobie radę dam i twojej troski nie
potrzebuję.
Ale nie do tego stopnia znowu, żeby o tym wcale nie mówić. Dobrze
byłoby przecież, żebyś dobrze wiedział, że już wcale a wcale nie
musisz się o mnie martwić, żebyś o tym pamiętał, najlepiej stale. Jak
tak będziesz cały czas pamiętał, to oczywiście będziesz o mnie myślał.
Będziesz myślał, że o mnie nie trzeba się martwić, nie trzeba się
troszczyć, nie trzeba w ogóle myśleć. Tak masz cały czas myśleć.
Żeby ktoś zauważył i zrozumiał, że się do niego przestaliśmy
odzywać i już nigdy się nie odezwiemy, trzeba mu o tym powiedzieć.
Żeby ktoś się dokładnie dowiedział, że o nim w ogóle nie myślimy,
najlepiej głośno mu to przekazać, niestety, myśląc o nim, bo inaczej
się nie da.
Dobrze jest być niezależnym, dobrze nie musieć dbać o kogoś, kto
mógłby o nas nie dbać albo dbać mniej niż my o niego. Dobrze też,
gdy się jest niezależnym od czyjejś troski. Czasami naprawdę, czasami
głównie albo i wyłącznie na poziomie słownej deklaracji, w którą
zresztą możemy sami uwierzyć, zwłaszcza gdy ją powtórzymy.
Dobrze będzie, ze względu na nas samych, jeżeli w ten sposób
bardziej jeszcze będziemy mogli uwierzyć we własne siły, ale przede
wszystkim dobrze ze względu na tego, który nie będzie musiał się już
o nas martwić. Niech wie, że jesteśmy od niego niezależni. Oczywiście
głównie dlatego, że dobrze mu życzymy, że nie chcemy jego
zmartwień.
W piosence ta fraza wskazuje niemal jawnie na tę pozorność.
W innych sytuacjach bywała powtarzana naturalnie i szczerze, ale kto
wie, czy ta właśnie piosenka, przychodząca niejednemu na myśl także
wtedy, gdy serio chciał zamanifestować poczucie braku potrzeby
czyjejś troski, nie mogła w tym przeszkadzać. I sprawiać, że i sam
pomyślał, że tak naprawdę taka troska mogłaby się mu przydać,
i pomyślał tak również ten, który niby miał się nie martwić.
Ale czy naprawdę trzeba się o to martwić?
308
O szyby deszcz dzwoni
Leopold Staff (1878–1957) „Dzień duszy. Deszcz
jesienny” (1903)
„De la musique avant toute chose” – pisał Verlaine, co Miriam
przełożył dość zabawnie na „gędźby nad wszystko, gędźby w każdej
chwili”. Chodzi tu o to, żeby wiersz był muzyczny. Dwadzieścia lat
po Verlainie Staff napisał jeden z muzyczniejszych wierszy polskich,
który zapewne dla swej muzycznej i ponurej posępności był przez
wiele dziesięcioleci w lekturach szkolnych i jest do dziś pamiętany
i cytowany nie tylko jako przykład pięknego wiersza, ale także jako
podręczny wygodny opis przyrody.
Jak deszcz pada, to krople uderzają o szyby. Trudno ustalić, komu
pierwszemu skojarzyło się to z dzwonieniem, zapewne dzwonu.
Dzwony dzwonią przy różnych okazjach, złych i dobrych, a kiedy
mówimy o czymś „od wielkiego dzwonu”, zazwyczaj mamy na myśli
uroczystą podniosłość. Ale najpierw myślimy o czymś smutnym. Nie
powinniśmy pytać, komu taki dzwon dzwoni, ale jednak pytamy. Jak
takie krople dzwonią, to nie dzwoneczki to, nie.
W następnych słowach mamy powtórzenie tego dzwonienia.
„O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny”. To anadiploza, takie
powtórzenie na początku nowej frazy słów, które kończyły frazę
poprzednią. Daje to nam czasem łatwą możliwość nawiązania do tego,
co powiedzieliśmy, przez co wątku nie tracimy i zachowujemy
spójność. Ale też daje to efekt rozszerzenia, coś, co było powiedziane
wcześniej, staje się teraz bogatsze o nowe określenia. Ten deszcz,
co dzwoni, to deszcz jesienny.
Mało jest takich naturalnych przyrodniczych (a więc podwójnie
naturalnych) połączeń słownych jak „deszcz jesienny”. „Jesienny
deszcz” pada sobie jesienią, „deszcz jesienny” to już prawie termin,
nazwa rodzaju deszczu. To taki deszcz jesienny, specjalny. Dość
nieciekawie na ogół specjalny. Czasem nawet trzeba to powtórzyć.
„Deszcz, jesienny deszcz, smutne pieśni gra” – mówiła jakaś
późniejsza piosenka. Też dość smutna.
Ten deszcz jest, jak się później w wierszu okazuje, „jednaki,
miarowy, niezmienny”. Wszystkie te przymiotniki są tu dość ponure,
przy tym też jednakie, miarowe, niezmienne. Zwłaszcza miarowe. Ta
miara, czyli stopa rytmiczna, to oczywiście amfibrach, bodaj
najbardziej w polszczyźnie miarowa miara. Cały wiersz jest nią
napisany, przez co staje się rytmiczny i muzyczny niemal nie
do wytrzymania.
A jeszcze i szumiąco-płacząco-szeleszczące spółgłoski zawarte
w deszczu swoje robią. Taki deszcz nie tylko dzwoni, on też szemrze
i pluszcze. Robi się coraz bardziej jesiennie i smutno.
Polacy próbują sobie złotem i polskością ubarwiać jesień, która nas
zresztą nieuchronnie czeka, tak w każdym roku, jak i w życiu. Chcemy
ją rozweselić. Ale kto wie, może zgrane z przyrodą, chociażby przez
szyby, posmutnienie byłoby lepszym wyjściem? Może też trzeba
sponurzeć, a nawet pluszczeć i szumieć? Żeby potem znów zakwitnąć?
309
O zieleni można nieskończenie
Julian Tuwim (1894–1953) „Zieleń” (1936)
Nieskończenie, czyli bez końca, bez kresu, bez granic i ograniczeń.
Ktoś nieskończenie miły czy piękny jest miły czy piękny
w niedającym się wyrazić stopniu, czyli bardzo, tak bardzo, że bardziej
nie można. Co ciekawe, ktoś skończenie miły czy piękny – właściwie
tak samo, bo „skończenie” to też tak bardzo, że nie można bardziej,
w stopniu najwyższym, absolutnie, do granic możliwości. „Skończenie”
i „nieskończenie” mogą odnosić się do tego samego: określenia
stopnia intensywności, nie tylko w pozytywnym zresztą sensie, bo ten,
kto jest skończenie podły, może być nazwanym podłym nieskończenie.
Tak jest, gdy „nieskończenie” i „skończenie” to przysłówki
określające przymiotnik. Mogą to być i rzeczowniki, wtedy stoją
w opozycji: mówimy o „skończeniu”, gdy coś się skończyło czy
skończy, a o „nieskończeniu”, gdy nie.
Tutaj to przysłówek, ale odnoszący się do czasownika, przy czym
tego czasownika brak, tylko domyślać się go można, „można” tylko
zostało i na niego wskazuje. Pewnie byłby to jakiś czasownik
mówienia lub pisania, może myślenia. „O zieleni można (pisać, mówić,
myśleć) nieskończenie”, czyli „bez końca”. Zapewne gdyby czasownik
się pojawił, trzeba by było jednak napisać „bez końca”, bo przysłówek
„nieskończenie”, mimo że się do takiego czasownika odnosi, to lepiej
się do niego odnosi, gdy go nie ma. Jakby był, ten przysłówek
brzmiałby odrobinę niezręcznie. „Można mówić nieskończenie” jeszcze
jakoś od biedy ujdzie, ale „mówili nieskończenie”? „będę mówić
nieskończenie”? Nie, nie pasuje. Może dlatego, że tylko przy
hipotetycznej modalności, wyrażanej przez „można”, można sobie
jakoś tę nieskończoność mówienia (czy pisania, myślenia itd.)
wyobrazić. A i to o tyle, o ile można sobie wyobrazić nieskończoność.
A przecież nie można, zupełnie nie można. Podobnie zresztą jak
i skończoności. Obie są kompletnie nie do wyobrażenia.
Ale tu to taka figura poetycka, przesadnia, hiperbola. W każdym
razie długo można, bardzo długo. O zieleni.
I poeta długo pisze o zieleni. Nie tak długo, jak można, jak mógłby,
ale w każdym razie bardzo długo. I przekonuje nas, że i czytać długo
można, i myśleć.
Można długo, bo zieleń należy do wielkiej rodziny wyrazów, bo ma
mnóstwo odniesień i skojarzeń, bo obfituje w możliwości metaforyczne
i pochodzenie też ma ciekawe, bo najpierw był czasownik, „zelti”,
którego już nie ma, a znaczył tyle, co „lśnić”, „świecić się”, potem
związał się z wyrażaniem barwienia się, żółcenia się, złocenia,
zielenienia. A „zielony” jest od „zelen”, co było imiesłowem od tego
czasownika. „Żółty”, „złoty”, „zielony” są z tej samej rodziny. Ale
„zieleń” oznacza barwę i roślinność, „złoto” to nazwa metalu, a „żółć”
to najdłuższe ze słów zapisywanych wyłącznie polskimi znakami, to
gorzka wydzielina wątroby albo ludzka gorycz, złość.
Można by jeszcze długo, ale pora na skończenie.
310
Ociec, prać?
Henryk Sienkiewicz (1846–1916) „Potop” (1886)
Tak pytają młodzi Kiemlicze, kiedy chcą prać, a nie są pewni, czy
powinni. Ojciec wie i zaraz powie. W „Potopie” to pytanie pada parę
razy i nigdy się nie okazuje, że prać nie trzeba. Może Kosma i Damian
pytają tylko dla formalności?
Kiedy zamiast „bić” powiem „prać”, sytuacja staje się
sympatyczniejsza. Ta pralnicza metafora sprawia, że i piorący, i prany
mogą mieć świadomość większej swobody, a czasem nawet pewnej
szczególnej więzi ich łączącej. Bijemy się częściej z obcymi, pierzemy
z kumplami na przykład, a sprać mogę kogoś dla jego pożytku, choćby
nieznośnego bachora. To daje się wyczuć, nawet kiedy chodzi
o spranie na kwaśne jabłko, co jest, trzeba przyznać, metaforą dosyć
trudną do wyobrażenia.
Pierzemy, żeby wyczyścić, więc dla pożytku. Przy tym w ogóle
pranie jest czynnością , do której dobrze coś porównywać. Wuj
Tarabuk z „Klechd sezamowych” Leśmiana, po tym, jak praczka
wyprała jego rękopisy z liter, stosował odniesienia do prania bez
ograniczeń, nazywał swojego siostrzeńca Sindbada „spranym” i chciał
„ucałować i sprać jego pysk”, co, choć Sinbadowi wcale nie
odpowiadało, miało świadczyć o wielkiej serdeczności. Taka
zunifikowana metafora, rozciągająca się na wszystko, przestaje być
nośna, wszelako w tym przypadku mamy nadal świadomość jakiegoś
związku prania z biciem.
Kiemlicze prali na serio, nie dla draki. Ale w tym wszystkim byli
jakoś zabawni, także przez to, że pytali o pozwolenie ojca, i przez to,
że zabijanie nazywali praniem.
Ten cytat zrobił w polszczyźnie szczególną karierę przez
deleksykalizację metafory, czyli przez wrócenie do właściwego,
pierwotnego znaczenia zmetaforyzowanego słowa. Jakkolwiek „prać”
zawsze się odnosiło do czyszczenia materiałów na mokro, w sytuacji
Kiemliczowej nie mieliśmy wątpliwości, że chodzi o co innego.
W sławnej reklamie proszku do prania Kiemlicze prali odzież,
co dawało dziwne i zabawne poczucie powtórnego zmetaforyzowania
metafory. Sienkiewicz mógłby się ucieszyć, choć z drugiej strony
byłoby mu nieswojo, że to zgrabnie wymyślone pytanie zwiąże się
na długo w świadomości Polaków raczej z pralką niż z potopem.
A na slogan nadawało się znakomicie, dzięki swojej lakonicznej
jędrności. Kiemlicze nie mieli czasu, pytali na ogół w sytuacjach
ekstremalnych, o które zresztą nie było wtedy trudno. Szybko się
upewniali i prali, już wiedząc, że trzeba.
Często, gdy mam wątpliwości, chciałbym zapytać kogoś, kto udzieli
mi jednoznacznej odpowiedzi. Tak albo nie. Tak albo tak. Ale to nie
takie proste. I jeszcze do tego inni mnie o to pytają. Na przykład mój
komputer chce wiedzieć, czy naprawdę to skasować. Enter.
311
Od przybytku głowa nie boli
Przysłowie, odn. Salomon Rysiński (1618)
„Co za dużo, to niezdrowo” – mówi jedno ze starych przysłów
potępiających nadmierności. „Omne nimium nocet”, każdy nadmiar
szkodzi. A to przysłowie o przybytku zdaje się mu polemicznie
odpowiadać. Ale też wiemy, że „zbyt”, „zbytnio” to niedobrze, to tkwi
w znaczeniu tego słowa, podobnie jak w znaczeniu tego akurat „za”.
I za dużo niedobrze, i za mało. I w ogóle takie „za” to niedobrze.
Ale tu nie „za”, nie „zbyt”, nie zabytek ani zbytek, tylko przybytek.
I to nie taki przybytek, do którego się przybywa, czyli taka budowla,
tylko taki przybytek, który wynika z samego przybywania. To,
co przybyło. Więcej.
Szybciej, wyżej, dalej. Chwalebne olimpijskie pragnienia. Lepiej,
lepiej nawet mniej, ale lepiej. Dążenie do doskonałości. I, oczywiście,
więcej. Co więcej: coraz więcej. Jak tak z boku popatrzeć, mniej to
może szlachetne, ale w końcu naturalne. Dla niektórych więcej to
lepiej, dla innych wystarczy, że więcej to po prostu więcej i już. Coś
oprócz tego, co jest. Czego tu więcej chcieć? „Mein Liebchen, was
willst du noch mehr?”. Oj, znalazłoby się. Diamenty, perły
i najpiękniejsze oczy nie wystarczą.
Przybytek jest czymś, o czym się myśli. Żeby było więcej tego,
co jest. Na zapas, dla bezpieczeństwa, na wszelki wypadek wreszcie.
Potrzebne, niepotrzebne, w każdym razie nie zaszkodzi. Głowa nie
rozboli od takiego przybytku. A kiedy nie ma albo jest za mało, albo
mogłoby być za mało, albo jest tyle tylko, że można sobie pomyśleć,
że jakby było trochę mniej, co w końcu możliwe, to wtedy mogłoby
być za mało – głowa może boleć.
„Niech cię o to głowa nie boli!” – mówimy, co ma znaczyć tyle, co:
„nie przejmuj się, nie martw się, nie kłopocz”. Taki ból głowy bierze
się ze zmartwień. I od przybytku na pewno się nie weźmie. Przeciwnie
nawet, jakby głowa bolała, od przybytku przestanie.
To przysłowie brzmi jak reguła dotycząca naszych reakcji
na zdarzenia. Na takie sytuacje, które nie są przez nas spowodowane.
Po prostu przydarzył się przybytek i jest. I nie ma co się kłopotać.
Niech będzie. Ale przecież, skoro to przysłowie, to ono samo musi być
reakcją na coś. Na przykład na nasze niewczesne zmartwienia czy
choćby ich możliwości. Po co nam mówić, żebyśmy się nie martwili?
Czyżby to było możliwe? Może brałoby się z naszej podejrzliwości
wobec przybytków? Czasem przecież niektóre powodzenia mogą nam
się wydać nadmiernymi...
Ale co tam, niech będzie więcej.
A przy tym czasem służy nam to powiedzenie, gdy powodzenie
czyjeś po prostu komentujemy. Dużo ma, i jeszcze więcej? A niech
tam. Od przybytku głowa nie boli.
I w ogóle mającym będzie dane. I, że będą przez to mieli więcej,
jeszcze więcej im się dostanie. Co by było, gdyby od tego głowa boleć
miała...
312
Odwaga staniała, rozum podrożał
Artur Sandauer (1913–1989), wystąpienie
na zebraniu ZLP (1957)
To zdanie, którego wypowiedzenie łączyło w sobie i odwagę,
i rozumność, zostało wypowiedziane przez odważnego i rozumnego
krytyka, nie tylko literackiego, na zebraniu partyjnym.
Zebranie partyjne, nawet otwarte, nawet organizacji partyjnej przy
Związku Literatów Polskich, z dzisiejszej perspektywy wydaje się nie
najlepszym miejscem do wygłaszania myśli i spostrzeżeń obliczonych
na długotrwałość. W 1957 roku było nieco inaczej. Wtedy
na zebraniach partyjnych mówiło się rzeczy ważne, które często wiele
potrafiły zmienić. A nawet wygłaszało się zdania, które miały wartość
ogólną i po oderwaniu od okoliczności mogły wielokrotnie dobrze,
celnie i za każdym razem niebanalnie definiować sytuacje – w których
przecież wciąż działają te same mechanizmy społeczne.
Bo ciągle obserwujemy tę samą kolejność. Oto jest nie najlepiej.
Żeby coś się wydarzyło, coś zaczęło zmieniać, potrzeba odwagi,
choćby nielicznych. Bardziej odwagi niż rozumu, który w takich
okolicznościach często zmiany spowalnia. Ale potem coraz liczniejsi,
ośmieleni, chcą zaprezentować własną, choćby nieco spóźnioną,
odwagę. Im ich więcej, tym głośniej trzeba ją pokazywać. Mogłaby się
przez to wydawać coraz większą, ale działa mechanizm inflacji – gdy
coraz więcej ludzi odwagę prezentuje, traci ona wartość. Zyskuje ją
rozum, a także jego skromniejsza siostra – rozwaga.
Trzeba to wtedy powiedzieć. Ale ten, kto to powie pierwszy,
zachowa się paradoksalnie, ponieważ takie powiedzenie wymaga
całkiem nietaniej odwagi. Choć też, oczywiście, rozumu. A za nim
zaczną to powtarzać inni, mając się za rozumnych, a przy tym
i odważnych, i już wszystko zaczyna tanieć.
Zapewne za jakiś czas ktoś rozumny dojdzie do wniosku, że odwaga
znów jest bardziej potrzebna.
Uważam to zdanie za mądre, ale mam do niego trochę pretensji.
Najpierw za te ceny. Metafora handlowa może nasuwać myśl
o kupczeniu wartościami, a wiemy przecież, że wartościami się nie
powinno handlować. Ale trudno, wiem przecież, że mało co do ludzi
tak wyraziście przemawia, jak wyobrażenia zysku i straty, taniej okazji
i drogiej rozrzutności. Gorzej, że przeciwstawia się tu sobie to,
co powinno być raczej łączone. Tak często bywa, skłonni jesteśmy
widzieć kontrast między słowami i czynami, urodą i inteligencją, głębią
i atrakcyjnością.
Gdy w opozycji do siebie są siła i rozum, mogę to na siłę zrozumieć,
choć przecież najlepiej, gdyby były razem. Ale dlaczego
przeciwstawiać rozum i odwagę? Bardziej podoba mi się trochę
na grecką modłę ich łączenie i uznawanie, że odwaga zakłada rozum
i tym właśnie różni się od brawury i hucpy, a rozum sam z siebie jest
odważny, co odróżnia go np. od wyrachowania. Tak byłoby lepiej.
Bylebyśmy oczywiście nie musieli wtedy mówić o żadnej „prawdziwej
odwadze” i „prawdziwym rozumie”.
313
Oferta ZREMB-u zawsze na czasie
Hasło reklamowe (lata osiemdziesiąte XX w.)
To było bardzo dziwne hasło. Funkcjonowało już w warunkach
pełnego kapitalizmu, wśród najbardziej komercyjnych komunikatów
reklamowych, a jednocześnie zdawało się prezentować reklamę
zgrzebną
i
socjalistycznie
pozorną,
obejmującą
produkty
monopolistów, mało dostępne tym, którzy z taką reklamą się stykali.
Między coraz barwniejszymi i proponującymi coraz bardziej
rozrywkową formułę audycjami telewizyjnymi, między coraz
profesjonalniejszymi filmami reklamowymi zachęcającymi z coraz
mniejszą nieśmiałością do odrobiny luksusu i Wiednia w filiżance,
z uporem pojawiała się oferta ZREMB-u, zwana po prostu ofertą
ZREMB-u, choć nikt nie wiedział, co to za skrót i co on oznacza,
dotycząca głównie wózków widłowych różnych typów. Nie bardzo było
wiadomo, co taki telewidz mógłby zrobić z wózkiem widłowym
różnego typu, zapewne nie bardzo go sobie nawet wyobrażał, a tu
głęboki głos wciąż popularnego prezentera zachwalał mu te