nowy zielnik nr-18 lipiec-sierpień-wrzesień 2013

advertisement
Wakacyjny odpoczynek
Dopóki żyjemy, stale coś robimy i inni poznają nas po tym,
co zdziałaliśmy. Z Księgi Rodzaju dowiadujemy się, że Bóg:
ukończył w dniu szóstym swe dzieło, nad którym pracował,
odpoczął dnia siódmego po całym swym trudzie, jaki podjął
(2,2). W biblijnym opisie stworzenia Bóg wypowiada słowo,
ale ono jest wiecznym działaniem; stało się światłością, ziemią,
morzem,
roślinami,
ciałami
niebieskimi,
ptactwem,
zwierzętami,
ludźmi.
Stworzony
świat
jest
więc
urzeczywistnioną Bożą myślą, a w nim znajdujemy się my ludzie - z jakże ogromnym potencjałem twórczym i z naszą
aktywnością.
Praca i wypoczynek przynależy ludzkiej osobie, życie
człowieka jest na przemian pracą i wypoczynkiem.
W poszczególnych okresach życia wygląda to różnie:
w dzieciństwie inaczej niż w wieku dojrzałym, a już zupełnie
inaczej w jesieni życia. Zawsze jednak jesteśmy tym, czym
uczynił nas Bóg i czym my sami siebie czynimy także poprzez
pracę i kulturę wypoczynku. Żyć oznacza pracować razem
z "pracującym Bogiem", bo w sensie filozoficznym jest On
definiowany jako pełnia działania. Żyć, znaczy także
wypoczywać wraz z Nim.
W Ewangelii Jezus mówił o sobie i o Ojcu, jako o tych,
którzy stale działają, pracują (por. J 5,17). Także apostołowie
zostali kiedyś zaproszeni przez Jezusa do skorzystania
z wypoczynku, byli bowiem zmęczeni i głodni: Pójdźcie wy
sami osobno na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco (Mk
6,31). Ich miejscem odpoczynku miał być piękny teren przy
Betsaidzie, gdzie w wiosennej porze było dużo zieleni.
1
Zaproszenie apostołów do wypoczynku to piękny przejaw
troski ze strony Jezusa o utrudzonych uczniów. Wiemy
z dalszego opisu tego zdarzenia, że za apostołami podążyli
ludzie i wypoczynek na osobności nie był możliwy. Miłość
nakazała apostołom być przy nauczającym Panu i przy
spragnionych słowa Bożego ludziach.
Polecenie Jezusa: odpocznijcie nieco, pewnie znaczyło
zaprzestańcie teraz swej aktywności, dajcie wytchnienie ciału,
abyście mogli nabrać sił do dalszego działania. Jezusowa próba
wprowadzenia równowagi pomiędzy pracą apostołów, a ich
odpoczynkiem w samotności i spokoju nie powiodła się. Nam
czasami także nie udaje się odpoczywanie, a bywa i tak, że jest
ono wręcz niemożliwe. Przeszkody są różne; niekiedy nie są
one zależne od nas. Zazwyczaj jednak my sami musimy zadbać
o to, aby móc dobrze wypocząć. Człowiek potrzebuje
odpoczynku, aby móc w pełni zrealizować swe powołanie.
Wolny czas i odpoczynek są znamieniem wolności człowieka.
Jawią się jako zadanie do wypełnienia odpowiednimi treściami,
aby jeszcze bardziej móc zbliżyć się do Boga i do ludzi.
Odpoczynek świąteczny jest też zapowiedzią "wiecznego
święta". Każdy zaś odpoczynek, także ten wakacyjny, jest
szansą dla rozwoju naszej osobowości.
Czas wolny jest stanem polegającym na swobodnym
oddawaniu się dobrowolnie wybranym czynnościom, aby móc
wypocząć. Wyrwanie się z monotonii pracy, organizowane gry,
zabawy, hobby, podziwianie dzieł sztuki i turystyka pomagają
nam w jego odpowiednim spędzeniu. Gdy podróżujemy,
doświadczamy odmiany i czegoś nowego, bo zwykle jest to
jakiś kontakt z rzeczywistością nieznaną. Nowość jako taka nas
pociąga, rodzi ciekawość i zadowolenie. Także podróże do
2
miejsc dobrze nam już znanych przyczyniają się do naszego
wypoczynku, choć może już tam nic nowego nie odkrywamy.
Jednak wówczas budzi się jakiś sentyment; powracamy do
minionych lat.
Czasami mówimy, że czasu wolnego mamy zbyt mało, choć
obiektywnie nie brakuje go nam. Bywa i tak, że nie umiemy
z niego należycie korzystać. Dłuższy czas bezczynności łatwo
może przerodzić się w lenistwo, a to jest źródłem wielu wad.
Niektóre osoby z przyczyn ekonomicznych rezygnują
z wypoczynku w czasie wolnym, aby dodatkowo poprawić
swój budżet finansowy. Nigdy nie powinno być jednak tak, że
ze szkodą dla człowieka pozbawia się go należnego mu
odpoczynku i godnego poziomu życia. By móc wypocząć, nie
wystarczy samo skrócenie czasu pracy, ale trzeba umieć
wykorzystać wolny czas. Po intensywnej pracy nastaje czas
wakacyjnego urlopu. Wtedy to zalewają nas najrozmaitsze
oferty i możliwości wykorzystania jego wolnych chwil. Także
to sprawia, że uczymy się dokonywania odpowiednich
wyborów i podejmujemy decyzje. Sensowne, wartościowe
wybory i zachowania w czasie wolnym świadczą o nas.
Trwające miesiące wakacyjne przypominają nam
o przysługującym nam prawie do wypoczynku. W czerwcu,
lipcu, sierpniu i wrześniu zmienia się rytm naszego życia.
W jednych miejscach robi się pusto, w innych zaś znacznie
tłoczniej. Wypełniają się turystami dworce, lotniska, hotele,
kempingi. Zaludniają się plaże i górskie ośrodki
wypoczynkowe. Ruszają pielgrzymki do znanych miejsc kultu.
Ośrodki rekreacji przyjmują spragnionych wypoczynku
wczasowiczów. Wielu przyciąga majestat gór, powiew wiatru
i zachód słońca nad spokojnym morzem.
3
Odpoczynek jest po to, aby móc odpocząć i powinien on
być konieczną troską o ciało i o ducha. Wzmacnia on nasze
zdrowie psychiczne i fizyczne. Szansa odprężenia dana
w wolnym czasie powinna też być wykorzystana jako powrót
do natury. Poznajemy bowiem wówczas lepiej miłość Boga
objawiającego się w dziełach stworzenia. Wiemy, i to nie od
dziś, że jakość naszego wypoczynku nie zależy od ilości
nagromadzonych wrażeń, ale od jakości ich kontemplowania.
Czasami bywa i tak, że wypoczywając nie wypoczniemy, bo
źle wypoczywamy. Dobrego wypoczynku uczymy się także
wówczas, gdy przewidujemy, gdy mamy plan wypoczynku.
Tak postępując, nabieramy sprawności organizowania naszego
wolnego czasu i jest wówczas szansa, że nie będzie on
zmarnowany. Różne finansowe możliwości wielu z nas
wpływają także na jakość i uwarunkowania naszego
wypoczynku. Liczy się zawsze mądre zagospodarowanie
wolnego czasu, a to wymaga pomysłu i troski z naszej strony.
Zwykle inni też nam w tym pomagają, ale ostatecznie to jednak
od nas zależeć będzie, czy dobrze wypoczniemy, gdzie, z kim
i za ile. Każdy powinien zadbać o swój wypoczynek, aby
uczynić go odpowiednim dla siebie, aby później nie czuć się
źle, nie być "rozbitym" i nie mieć poczucia straconej godności,
czasu oraz pieniędzy.
Człowiek rozwija się także poprzez kulturę i dzięki niej.
Niestety często "masowa kultura" zaspokaja potrzebę "zabicia
czasu", poziom jej jest jednak mizerny, trzeba więc umiejętnie
z niej korzystać.
Czasami można spotkać ludzi "ciągle zapracowanych"
i usłyszeć: u nas, nie ma wakacji. Tak mówią ci, którzy
zapracowują się "na śmierć" - pracoholicy. Z takiej pracy nie
ma i nie będzie żadnego większego pożytku. Przy okazji ich
4
nieuporządkowanych wysiłków z wykonywaniem pracy,
cierpią inni, bo łatwo wówczas o konflikty, wyzwalające się złe
emocje, a nawet zagrożenie dla zdrowia czy życia bliźnich.
Nasza kondycja wymaga wypoczynku, potrzebujemy go, aby
móc zregenerować swoje siły.
Piąte Boże przykazanie nakłada na nas obowiązek troski
o życie i zdrowie. Nawet maszyna potrzebuje czasu przestoju,
okresu konserwacji, przeglądu. Człowiek niewypoczęty,
niewyspany, niezrelaksowany, lecz zmęczony, żyjący ledwo
z dnia na dzień, a w dodatku nadmiernie nerwowy jest nie tylko
mało wydajny w pracy, ale i staje się odpowiedzialnym za ruinę
swojego zdrowia. Nie przybywa Bożej chwały przez taki zły
styl życia, nawet jeśli przybywa pieniędzy, bo tak intensywnie
się eksploatując, nie żyje się jednak mądrze.
By móc dobrze wypocząć, trzeba wykorzystać nasze
zainteresowania i pragnienia, a są one różne. Jedni lubią
podziwiać gwiazdy i chcą słuchać szumu morza, pływać
i uprawiać sporty wodne. Inni wolą wycieczki rowerowe
i turystyczne górskie atrakcje. Jeszcze inni chcą podróżować,
podziwiać obce kraje, ale są i tacy, którzy wolą zacisze
własnych domów i ogródków z malwami, pachnącą maciejką,
śpiewem ptaków i leżakowaniem pod jabłonią. Słoneczne
i pochmurne dni wakacyjne nie powinny służyć leniuchowaniu.
Warto przeczytać dobrą książkę, zobaczyć ciekawy film,
poznać nowych ludzi, odwiedzić przyjaciół i interesujące
miejsca. Czekają na nas wspaniałe zakątki ze swoją historią
i urocze regiony z bogatym folklorem.
Wakacje są okazją do bycia razem, bo w ciągu roku
członkowie rodziny mają różne zajęcia. Pamiętać jednak
należy, że pozytywnie wpływa zmiana otoczenia, bezpośredni
kontakt z przyrodą, kontemplacja piękna, odejście od
5
codziennego planu naszych zajęć i związanych z tym
rozlicznych spraw. Wakacyjne podróże wychowują nas do
większej troski o naturę i uczą nas szacunku do wszystkiego, co
żyje, i do tego, co ludzie dobrego i pięknego uczynili. Inni
ludzie wokół nas, inne środowisko, inne posiłki, wszystko to
wpływa na nasze dobre samopoczucie. Wiemy, że do
regeneracji utraconych sił potrzeba więcej snu, należnego
odżywiania i aktywnego wypoczynku. Ważna jest ta troska
o ciało i o ducha wzięta razem, stanowimy bowiem cząstkę
przyrody i szanować musimy jej prawa wokół nas i w nas.
W czasie wakacji "miejsce pustynne" dla każdego może
oznaczać coś innego, ale z pewnością nie może zabraknąć
w nim ciszy i okazji do modlitwy czy refleksji.
Wypoczywajmy mądrze i nie psujmy wolnego czasu sobie
i innym. Trzymajmy nasze nerwy na wodzy, a wtedy dobry stan
naszego ducha udzieli się i innym. Dzieciom i młodzieży niech
rodzice i wychowawcy pozwolą na to, czego one rozsądnie
pragną. Nie przymuszajmy ich do podziwiania starych
eksponatów muzealnych w dusznych salach wystawowych, gdy
oni chcą pływać w basenie czy grać w piłkę na wolnym
powietrzu. Nie ma też potrzeby, aby w wakacyjnym czasie
w stosunku do nich nadrabiać zaległości wychowawcze
z całego roku, bo zestresujemy ich i siebie.
Mądrze zagospodarowany wolny czas, daje szansę
spotkania bliźnich i doświadczenia ich i naszej
bezinteresowności oraz głębi naszego serca w stosunku do osób
potrzebujących naszej pomocy. Wszystkim życzę udanego
wypoczynku.
ks. Stanisław Groń SJ
6
Żywot Świętego Jacka
Jacek urodził się w Kamieniu Śląskim, w ziemi opolskiej,
na krótko przed 1200 rokiem. Był synem szlachetnego rodu
Odrowążów i krewnych biskupa krakowskiego Iwona
Odrowąża, człowieka o szerokich horyzontach, którego silna
indywidualność i znakomita pozycja w ówczesnym Kościele
zaważyć miała na drodze kariery duchowej, jaką podjął Jacek.
Wpływowy biskup Iwo ustanowił go kanonikiem katedralnym,
a następnie wysłał za granicę do Paryża i Bolonii na kilkuletnie
studia z zakresu teologii i prawa kanonicznego. Po powrocie
z tych studiów Jacek wyróżniał się swoją wiedzą i surowym
trybem życia.
Wyjeżdżając do Rzymu, biskup Iwo zabrał ze sobą Jacka,
jak również jego krewnego Czesława, oraz Hermana Niemca
i Gerarda z Wrocławia. W Rzymie miało miejsce spotkanie
z Dominikiem, założycielem zgromadzenia nazwanego od jego
imienia zakonem dominikańskim. Biskup Iwo zwrócił się do
niego z prośbą o przysłanie zakonników do Polski, ale Dominik
odpowiedział, że braci nie ma, chętnie jednak przyjmie do
zakonu Polaków, a następnie wyśle ich do kraju. Wtedy cztery
osoby towarzyszące Iwonowi: Jacek, Czesław, Herman
i Gerard zgłosili się do Dominika i po odbyciu nowicjatu zostali
przyjęci do zakonu. Jacek miał wtedy niewiele ponad
dwadzieścia lat.
Jesienią 1222 r. bracia dominikanie przybyli do Krakowa
i osiedlili się przy kościele Świętej Trójcy w Krakowie. Stanęło
przed nimi podwójnie zadanie: organizacja klasztorów na
ziemiach polskich i podjęcie akcji misyjnej wśród sąsiednich
ludów. W realizacji obu tych zadań udział Jacka jest
bezsprzeczny. Stał on na czele jednej z grup, która na przełomie
7
lat 1225/1226 wyruszyła z Krakowa na północ i witana
przychylnie przez księcia Świętopełka i biskupa Michała,
założyli klasztor w Gdańsku. Powodzenie tej akcji
zadecydowało o okrzepnięciu prowincji polskiej dominikanów.
Zrównanie jej praw z innymi dokonało się w Paryżu, na Zielone
Święta 1228 roku. Jacek brał udział w delegacji na tę
nadzwyczajną kapitułę obok prowincjała Gerarda z Wrocławia
i Marcina z Sandomierza. Wybór ten świadczy o pozycji
zajmowanej przez niego w krakowskim klasztorze.
Domniemywać należy, że składali sprawozdanie z sukcesu
paryskiego młodej polskiej prowincji. Szereg następnych lat
zajęła Jackowi akcja misyjna na Rusi i w Prusach. Wyprawa
kijowska miała miejsce w latach 1228-1233, a działalność
w Prusach w latach 1236-1238. W ciągu lat czterdziestych
i pięćdziesiątych XIII w. był on stale związany z klasztorem
krakowskim.
Jacek nie był ani prowincjałem, ani nie piastował godności
przeora domu zakonnego. Skupił się na bardzo ważnych
zadaniach stojących przed dominikanami polskimi: misją
wewnętrzną i zewnętrzną. W Polsce bowiem na czoło
zagadnień stojących przed Kościołem wysuwały się nie herezje,
ale
pogłębienie
bardzo
jeszcze
powierzchownego
chrześcijaństwa.
Jacek zmarł w dzień Wniebowzięcia Najświętszej Maryi
Panny 15 sierpnia 1257. Został pochowany w kościele
dominikanów w Krakowie.
Kult św. Jacka rozpoczął się bezpośrednio po śmierci
w 1257 roku. Starania o kanonizację, zapoczątkowane już
w XIII w., trwały kilkaset lat. Ich wyraźne wznowienie
nastąpiło u schyłku XV wieku. Król Zygmunt Stary
kilkakrotnie zwracał się do Rzymu w sprawie kanonizacji.
8
Dopiero jednak intensywne starania Batorego i Zygmunta III
w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XVI wieku
dały ostateczny wynik. 17 kwietnia 1594 r. papież Klemens
VIII ogłosił zaliczenie Jacka w poczet świętych. Fakt ten
wzmógł kult naszego Świętego. Jest on najżywszy przy
krakowskim grobie i na rodzinnym Śląsku.
Kult św. Jacka szerzy się nie tylko w Polsce, ale również
w całej Europie, a także w obu Amerykach i Azji. Jacek
Odrowąż jest pierwszym ze świętych polskich, który po swojej
kanonizacji doznaje tak rozpowszechnionego kultu. Obecnie
jego świętem jest dzień 17 sierpnia.
Św. Jacek był znakomitym kaznodzieją i misjonarzem,
reprezentującym godnie pierwszych polskich dominikanów.
Wkładał wiele wysiłku w to, aby ukazać swoim rodakom
prawdziwe wartości autentycznego chrześcijaństwa. Był
duszpasterzem w szerokim tego słowa znaczeniu, wrażliwym
na ludzkie potrzeby i bolączki. Studiował, głosił kazania,
słuchał spowiedzi, nawiedzał chorych. Służył bliźnim słowem,
czynem i przykładem.
Szczupłość danych z historii św. Jacka, jaką od dawna
odczuwano, sprzyjała temu, iż postać jego została otoczona
wieńcem pięknych legend. A oto bardzo wzruszająca opowieść,
którą przekazała nam tradycja: Pewnego dnia, podczas akcji
misyjnej na Rusi, Jacek odprawiał Mszę św. w kościele
w Kijowie. Gdy skończył, dano mu znać, że Tatarzy napadli na
miasto, rabując i mordując mieszkańców. Nie namyślając się,
wziął puszkę z Najświętszym Sakramentem z ołtarza
i zamierzał z nią uciekać. Wtedy usłyszał głos: Jacku, syna
mego wziąłeś, a mnie to zostawisz? Wziął tedy marmurową
figurę Najświętszej Panny Maryi w drugą rękę i nie czując jej
ciężaru wyszedł szczęśliwie z miasta, przeprawił się suchą nogą
9
przez Dniepr, dotarł do Halicza i następnie przez Lwów wrócił
do Krakowa. Święty Jacek jest patronem Archidiecezji
Krakowskiej.
Inna legenda podaje, że podczas głodu po najazdach
tatarskich miał karmić ubogich pierogami własnego wyrobu.
Dlatego przylgnął do niego przydomek „św. Jacek
z pierogami”. Kolejna opowieść głosi, że za życia Jacka
w okolicy Krakowa spadł tak obfity grad, że zniszczył zboże
przed żniwami. Lud prosił Jacka o wsparcie i pomoc do Boga,
a następnego ranka zboże na polach się podniosło. Od tego
czasu na pamiątkę tego wydarzenia dominikanie święcą
i rozdają kłosy pszenicy przy ołtarzu św. Jacka Odrowąża.
Jeszcze inna opowiada, jak Jacek doszedłszy wraz z braćmi
Godynem, Florianem oraz Benedyktem nad Wisłę pod
Wyszogrodem, która na wiosnę wylała, pomodlił się, rzucił
swój płaszcz na wodę i po nim jak po moście dostał się na drugi
brzeg.
W ikonografii przedstawia się go jako dominikanina,
z monstrancją, cyborium, kielichem, figurą Matki Bożej, jak
przechodzi przez rzekę po rozłożonym płaszczu, chodzi po
wodzie, albo jak ratuje chłopca przed utonięciem.
10
Co warto przeczytać…
Bronisława Wajs. Po cygańsku Papusza, czyli Lalka.
O wybitnej cygańskiej poetce, ale i o polskich Cyganach, ich
świecie i obyczajach pisze Angelika Kuźniak w nowej
książce pt. "Papusza". Przychodzę do was, żebyście czarnej
nocy nie czynili w biały dzień - mówiła Wajs.
Życie Bronisławy Wajs, którą Cyganie z powodu jej urody
nazwali Papuszą, czyli Lalką, pełne jest niejasności - nawet
data jej urodzin nie jest pewna. "Czas w tej opowieści to czas
cygański i trudno mu zaufać. Zapytaj Cygana o kwiecień,
odpowie: »To jak kwitną jabłonki«. Wrzesień? »Jak kopali
kartofle«. O lata pytać nie warto. Nikt ich w taborze nie liczył"
Krąży opowieść, że Papusza urodziła się w dniu, w którym
chłopi kończyli zbierać zboże z pól. „Podobno 17 sierpnia.
Podobno, bo pojawia się również inna data: 10 maja. Niepewny
jest też rok tego zdarzenia. Jedni mówią, że był to 1910. Inni –
że dziewiąty. A w ankiecie członkowskiej do Związku
Literatów Polskich napisano: Bronisława Wajs, 1908. Gdzie się
urodziła? Dziś już nikt nie powie. Może w lesie, pod
gwiazdami, bo tam się dzieci rodziło" - czytamy w książce.
Tabor, w którym przyszła poetka urodziła się i wychowała,
wędrował po terenach Podola, Wołynia i w okolicy Wilna.
W dokumentach Papusza podawała, że urodziła się w Lublinie,
kiedy indziej, że w Grodnie. Pochodziła z grupy Cyganów
Polska Roma. Od dziecka Papusza bardzo chciała się uczyć,
a za lekcje płaciła skradzionymi kurami.
Naukę czytania i pisania, której małej dziewczynce udzielała
Żydówka, sklepikarka z Grodna, przyjęto w taborze bez
entuzjazmu. "Cyganie w taborze pluli na mnie. Wytykali
palcami. Śmiali się: »No, będziesz pani nauczycielka! Na co ci
ta nauka?«. Darli gazety, kartka po kartce i wrzucali w ogień.
11
Nie rozumieli, że to trzeba dla siebie, dla kawałka chleba. A ja
dziś podpisać się mogę. Nie stawiam krzyżyków. Dumna
jestem, że ja, Cyganka ciemna, potrafię czytać. Cichutko sobie
w lesie popłakałam, a potem i tak swoje robiłam" - opowiadała
Papusza.
W książce czytelnik może poznać zarówno jej najbardziej
liryczny okres życia przed wybuchem wojny, gdy Cyganie
mogli swobodnie wędrować po Polsce, jak i tragiczne dla nich
lata 1939-1945. Wiele miejsca Kuźniak poświęciła również
latom powojennym, gdy komunistyczne władze szykanowały
przywiązanych do wolności Cyganów. "Dobre ludzi dali
mieszkanie, ale wziąć słowika w klatkę zamknąć, to on
wszystko traci. Choć pięknie śpiewa, to jemu jest smutno. A ja
cygańska córka, las mi zdrowie daje. Jechałam taborem, to
czułam się jak królowa Bona. Do mnie należeli perły rannej
rosy. Moje były gwiazdy złote" - mówiła Papusza.
"W majowym słońcu jagody zbirałam, czarne jak łzy
cygańskie. Na gałązkach się huśtałam. Żyłam wodnym szumem
i jego srebrzystym dźwiękiem. Śpiewać nauczył mnie wiatr,
ruczaje płakać. A jak lipy kwitły, to aż mnie zatykało, tak miód
było czuć. W górach też cudnie. Jechalimy potokiem, pienił się,
skakał, chodził po kamieniach, w deszczu groźniał, rozlewał
się, wszystkich nas potopić chciał. Cyganka zejszła z wozu na
drogę i tańczyła. Czemu? Bo jej radość była. Kawałek chleba
suchego ugryzła, wody się napiła i była szczęśliwa. Z gołymi
ręcami jechał człowiek po świecie" - cytuje poetkę Kuźniak.
Podczas pracy nad książką autorka korzystała z materiałów
archiwalnych Jerzego Ficowskiego, który interesował się
życiem Cyganów i pewnego dnia odkrył Papuszę. To on jako
pierwszy dostrzegł literacką wartość pieśni Papuszy i namówił
ją do ich spisania. Sam zaczął się uczyć języka cygańskiego.
12
Kiedy Ficowski powrócił do miasta, Papusza wysyłała mu
swoje utwory pisane po cygańsku, a on je tłumaczył na polski.
W swojej pracy Kuźniak korzystała również z pamiętnika
Papuszy, a także z korespondencji, którą prowadziła z Julianem
Tuwimem. Wybitny polski poeta nazywał Papuszę "bijącym
źródłem poezji".
Popularność, która przyniosła jej rozgłos, okazała się niestety
również przekleństwem. Cyganie posądzili Papuszę o zdradę
plemiennego kodeksu. W taborach zawrzało - pisze Kuźniak po ukazaniu się w 1953 r. książki Ficowskiego "Cyganie
polscy", w której znalazł się liczący ok. 700 słów słownik
polsko-cygański. "Całym furgonem Cyganie ruszyli do
Warszawy. W siedzibie Związku Literatów Polskich przy
Krakowskim Przedmieściu zażądali wydania wszystkich
egzemplarzy książki. Rzucili wór pieniędzy na stół. Zapłacą. I
spalą to »przeklęte pisanie«" - pisze Kuźniak, dodając, że
Cyganie mimo protestu wrócili z niczym.
"Na co mi wierszy moje? Na co mi to wszystko? Gdybym ja
głupia nie nauczyła się pisać, byłabym szczęśliwa" - mówiła
potem Papusza.
W posłowiu autorka zwraca uwagę, że w języku polskim
określanie Cyganów słowem Romowie, być może z powodów
politycznej poprawności, jest wbrew samym Cyganom.
"O Papuszy piszę jako o Cygance. Nie piszę tak z braku
szacunku, ale dlatego że sama Papusza chciała, by tak się do
niej zwracano. Znam nagranie, na którym zanosi się od
śmiechu, słysząc słowo »Rom«" - napisała Kuźniak. Przytacza
też słowa cygańskiego artysty, poety i kompozytora Edwarda
Dębickiego: "Ja jestem Cygan, mój dziad był Cygan. Nie
jestem żaden Rom! Słowo to oznacza Cygana w języku
cygańskim. Na litość boską! Nie można uciec od historii!".
13
Podobnie reaguje poeta i rzeźbiarz romski Parno Karol
Gierliński: "Ja zawsze byłem i jestem Cyganem. Słowo »Rom«
jest w języku polskim nazwą sztuczną, wykreowaną przez
media" - zaznaczył.
"Więc i ja piszę o Cyganach, cygańskich obyczajach
i cygańskim świecie. Piszę o osiemdziesięciu latach
współistnienia – Polaków i Cyganów. Piszę o silnej kobiecie.
Bo taką Papusza była. Wbrew wszystkiemu, co ją spotkało
w
życiu:
bezdzietność,
wykluczenie,
»przeklęta
nadwrażliwość«" - podkreśliła Kuźniak, dodając przy tym, że
jej książka jest również o polskiej poetce. "Tyle razy prosiła,
żeby nie zapominać, że Cyganie to też Polacy" - zwróciła
uwagę.
Książkę opublikowało wydawnictwo Czarne. "Wędrówki
z taborami, rzeź na Wołyniu, przymusowe osiedlanie, nieufność
Polaków, a nade wszystko przywiązanie do przyrody
i wolności. »Papusza« to znakomita opowieść reporterska
o świecie, którego już nie ma. I cenie, jaką płaci się za inność" podaje wydawnictwo. O życiu cygańskiej poetki opowiada
również film pt. "Papusza" w reż. Joanny Kos-Krauze
i Krzysztofa Krauzego, który wkrótce trafi na ekrany kin.
14
Jeśli lubisz przy ognisku zanucić: … my cygaaniee,
a później ściskając kurczowo torebkę zmieniasz wagon
tramwaju, do którego dosiada się grupka młodych
Cyganów i wzdrygasz się na samą myśl o „brudnych”,
rozwrzeszczanych cygańskich dzieciach, nie martw się – nie
stanowisz wyjątku. Niestety. Według badań 69% Polaków
deklaruje niechęć wobec Cyganów. Nacja ta znajduje się
również na szarym końcu w rankingu sympatii Polaków do
przedstawicieli innych narodów. Ksenofobia? W dodatku
zbiorowa, gdyż podobne wyniki uzyskano przeprowadzając
badanie także w innych państwach europejskich.
Na jednym z czeskich osiedli przez pewien czas
funkcjonował nawet mur oddzielający cygańską część dzielnicy
od „normalnej”. Został jednak wyburzony wskutek protestów
napływających z całej poprawnej politycznie Europy. Czym
zatem Romowie zasłużyli sobie na zbiorową nienawiść?
Niegdyś tajemniczy i egzotyczni bajrońscy bohaterowie
opowieści ludowych, obecnie wywołują u większości z nas
niemal wyłącznie negatywne skojarzenia.
Każde dziecko wie, że Cyganie nie mają swojego państwa,
na tym jednak zazwyczaj nasza wiedza się kończy. Naród
cygański wywodzi się z terenów Indii, skąd około IX wieku
rozpoczęła się jego niekończąca się wędrówka po świecie.
Drogą z Indii do Europy był szlak wiodący przez Persję,
Armenię i Grecję, wszystkie bowiem dialekty cygańskie
zawierają zapożyczenia perskie, ormiańskie i greckie. Od
początku migracji zarabiali na życie muzykowaniem, do ich
głównych zajęć dołączyło wkrótce wróżbiarstwo, sztuczki
magiczne, kowalstwo oraz handel końmi.
Obecnie Romowie zamieszkują 6 kontynentów, jednak ich
ilość na świecie trudno jest oszacować. Od początku swych
wędrówek Cyganie spotykali się z prześladowaniami.
Oskarżano ich o sprowadzanie różnych chorób, między innymi
dżumy. Niejednokrotnie w krajach europejskich próbowano ich
15
asymilować – osiedlano na siłę, zmuszano do pracy na roli,
zakazywano handlu. Już w 1505 roku we Francji Ludwik XII
groził im banicją. Kolejni władcy narzucali nowe obowiązki,
zakazy i ograniczenia. Napoleon Bonaparte wysłał Cyganów na
przymusowe roboty, natomiast w XVIII i XIX wieku urządzano
w Europie polowania na Romów. Największy pogrom miał
jednak miejsce w czasach hitlerowskich. Holokaust pochłonął
co trzeciego Żyda. W przypadku Romów ofiarą śmiertelną
obozów koncentracyjnych padł co drugi przedstawiciel nacji.
Aż trudno w to uwierzyć, ale także w dzisiejszych czasach
stosuje się hitlerowskie praktyki, takie jak sterylizacja kobiet
romskich bez ich wiedzy i zgody przy porodzie w szpitalu.
Przypadki takie znane są na przykład na Słowacji, gdzie
próbowano się w ten sposób pozbyć ciężaru, jaki stanowią
wielodzietne rodziny romskie dla opieki społecznej.
Wśród grup etnicznych przebywających od stuleci
w Polsce Cyganie stanowią element najbardziej egzotyczny
i intrygujący, a zarazem najmniej znany otoczeniu i badaczom
folkloru.
Ich zamknięte przed światem zewnętrznym szczepowe
i rodowe wspólnoty, kultywujące swe tradycyjne obyczaje,
rządzące się własnymi prawami, porozumiewające się sobie
tylko znanym językiem – przetrwałym w żywej mowie – nie
dopuszczają do wtajemniczeń w sekrety swego bytowania. Ich
kontakty z przedstawicielami obcego im świata ograniczają się
przede wszystkim do prac zarobkowych i zabiegów mających
na celu zdobywanie środków do życia. Tej cygańskiej izolacji
i odrębności strzegą – z dwóch stron niejako – ich własna,
uzasadniona doświadczeniami nieufność oraz nierzadka niechęć
otoczenia, wyrosła z zabobonnych jak i realnych obaw, a także
ze zwykłej ksenofobii.
Wieki złożyły się na ten stan rzeczy. Ostatnie
dziesięciolecia, po ustaniu cygańskich wędrówek w Polsce,
poczęły tu i ówdzie łagodzić kontrasty, zmniejszać w pewnych
zakresach izolację społeczną byłych koczowników. Zmiany
dają się dostrzec, choć nie stanowią bynajmniej przełomu, lecz
zaledwie pierwsze, nie wiadomo do jakiego stopnia trwałe
16
i nieodwracalne symptomy, które nie są jeszcze zjawiskiem
powszechnym i napotykają wiele oporów. Cygańskie struktury
społeczne i prawa rządzące nimi utrzymują się nadal, mimo
zmiany trybu życia i osiedlenia się w stałych miejscach
zamieszkania.
Nieprzenikalność cygańszczyzny, strzeżona systemem
tabuicznych
zakazów
praktykowanych
przez
jej
przedstawicieli, jak również barierą językową, okazały się
skuteczniejsze niż wszelkie pokusy, na jakie wystawiała
etnografię polską nie znana jej dziedzina folkloru. Toteż
stosunkowo nieliczne prace polskie o Cyganach w ciągu stu
kilkudziesięciu lat, począwszy od schyłku XVIII wieku,
ograniczały się na ogół do wiadomości historycznych i do prób
oglądu tego ludu z zewnątrz, bez bliższej znajomości jego życia
i obyczajów. Istotniejsze badania dotyczyły niekiedy także
języka cygańskiego w zakresie dialektu grup osiadłych oraz
nielicznych zapisów tekstów cygańskich. Pierwszy, który
zainteresował się Cyganami i poświęcił im nieco uwagi, był
wybitny historyk, Tadeusz Czacki, autor dwóch rozprawek
o Cyganach i współtwórca pięknego tekstu „Uniwersału
względem Cyganów” z 1791 roku, ogłoszonego wkrótce po
uchwaleniu Konstytucji 3 Maja. Po nim rozprawy z tego
zakresu opublikowali: Ignacy Daniłowicz w 1824 roku
i Teodor Narbutt w 1830 roku. W dwudziestym wieku,
ogłoszone
zostały
prace,
głównie
o
charakterze
językoznawczym, Izydora Kopernickiego, Jana Michała
Rozwadowskiego, Edwarda Klicha, a po wojnie – Tadeusza
Pobożniaka.
Dopiero ostatnie badania pokusiły się sięgnąć głębiej
i spenetrować nie znane dotychczas obszary cygańszczyzny.
Żywe przejawy folkloru można było badać uczestnicząc
w cygańskim życiu, towarzysząc Cyganom w ich wędrówkach,
które trwały na naszych ziemiach przez prawie dwadzieścia lat
po wojnie. W ten sposób – przez udział w ich codziennym
bytowaniu – można było zbierać obserwacje dotyczące żywych
jeszcze i praktykowanych obyczajów, przekazywanych wśród
Cyganów z pokolenia na pokolenie.
17
Ich dzieje pozostawiły nam po sobie ślady tylko w polskim
imiennictwie osobowym, w nazwach topograficznych
i w próbach władz państwowych, usiłujących przed wiekami
wygnać wędrowców poza granice kraju, lub – później –
mianujących spośród szlachty ich zwierzchników na tzw. Urząd
Królestwa Cygańskiego w Polsce. Niełatwym jest więc
zadaniem odtworzenie, choćby cząstkowe, ich dziejów
w naszym kraju. Jest to zaledwie zarys historii, oficjalnej,
stosunków państwa do wędrownych przybyszów. Zapisu ich
własnych dziejów nie ma, toczyły się jak gdyby poza czasem,
na marginesach istotnych wydarzeń i tropy ich – nie utrwalone
nigdzie – zapadły w niepamięć. Gdyby nawet – w braku
cygańskiego pisma – pozostało po nich cokolwiek
w tradycji ustnej, w legendzie, niewiele by tam znaleźć można
było zdarzeń i faktów, które są osnową historii. Może jakieś
imiona dawnych wodzów hord, pamięć wielkich migracji
z kraju do kraju? Poza tym cygańska przeszłość przez wieki nie
różniła się w zasadzie od cygańskiej teraźniejszości – pełna
tych samych treści, przeczekiwanych w chłodzie zim,
przewędrowywanych miesięcy lata...
Osobliwy to lud, kontynuujący swoje odwieczne
koczownictwo w środku cywilizowanej Europy, w dobie
rewolucji przemysłowej. Nie tylko on zapomniał o swej
przeszłości. Również historia jak gdyby przeoczyła go i nie
udzieliła nam nawet odpowiedzi na takie zasadnicze pytanie,
jak, skąd i kiedy Cyganie przebyli, gdzie była ich praojczyzna.
I oto sami Cyganie już wkrótce po wejściu do obcych
dotychczas sobie krain próbowali niejako rozproszyć tę
powszechną niewiedzę baśnią-legendą o pochodzeniu z Egiptu.
I choć znacznie później historii przyszło w sukurs
językoznawstwo porównawcze, by całkiem odmiennie
i wreszcie bezspornie ustalić na mapie świata kolebkę tego ludu
i szlaki jego wielkiej wędrówki, w nazewnictwie pozostał
trwały ślad owej egipskiej baśni: choćby nazwa angielska –
Gypsies, hiszpańska – Gitanos, francuska – Gitanes, słowa
o przejrzystej etymologii.
Cyganologia, czyli wszechstronne studia nad Cyganami,
obejmujące wyniki badań etnograficznych, filologicznych,
18
socjologicznych, historycznych itd., rozwinęła się w zachodniej
Europie w XIX wieku, a prace w tej dziedzinie trwają nadal
i składają się już dziś na bogaty dorobek naukowy. Jednakże
fakt rozproszenia Cyganów i wytwarzania się przez wieki
specyficznych odmian ich kultury ludowej w poszczególnych,
odrębnych terytorialnie ugrupowaniach tego ludu sprawia, że
np. folklor Cyganów polskich wyżynnych i nizinnych,
przebywających w Polsce już od początku piętnastego i od
połowy szesnastego wieku, wymaga odrębnych badań i obfituje
w przejawy nie znane gdzie indziej, lub występujące w nieco
innej postaci. Tak więc nikt z obcych badaczy nie wyręczy
cyganologii polskiej w jej naukowych obowiązkach, mając do
czynienia z odmiennym obiektem badań. Rezultaty naukowej
pracy badawczej są jednak z natury rzeczy dostępne głównie
specjalistom i wąskim kręgom zainteresowanych, podczas gdy
w powszechnej świadomości często utrzymują się utarte
i fałszywe wyobrażenia o Cyganach, pokutują uparcie trzy
wersje owych wyobrażeń: „demoniczna”, „przestępcza”
i „operetkowa”:
„Demoniczna” – wyrosła w lęku przed „siłą nieczystą”, widzi
w Cyganach plemię czarnoksiężników wyposażonych
w nadprzyrodzone moce i budzących zabobonny lęk.
„Przestępcza”– traktująca społeczność cygańską jako zespół
zorganizowanych
grup
zawodowych
kryminalistów.
„Operetkowa” – ckliwo-sentymentalna, przypisująca Cyganom
cechy romantycznych wędrowców żyjących muzyką
i umiłowaniem natury.
Zazwyczaj mamy do czynienia z mieszanką wszystkich
wymienionych
wyobrażeń,
połączonych
w
różnych
proporcjach, ale z reguły nacechowaną całkowitą
nieznajomością prawdziwego oblicza tego ludu.
Warto więc opowiedzieć szerzej o jego dziejach i kulturze
nie tylko dla zaspokojenia ciekawości lub wypełnienia luk
w naszej wiedzy o Cyganach, ale także po to, by przesądy
i uprzedzenia nie spotykały się z utwierdzającym je
milczeniem, by częsty jeszcze grymas animozji mógł ustąpić
racjonalnemu – choć także i krytycznemu – spojrzeniu na
naszych smagłych współobywateli.
19
Dezyderata
Krocz spokojnie wśród zgiełku i pośpiechu, pamiętaj
jaki spokój może być w ciszy.
Tak dalece jak to możliwe, nie wyrzekając się siebie,
bądź w dobrych stosunkach z innymi ludźmi.
Prawdę swą głoś spokojnie i jasno, słuchając też tego,
co mówią inni: nawet głupcy i ignoranci, oni też mają
swą opowieść.
Jeżeli porównujesz się z innymi możesz stać się próżny
lub zgorzkniały, albowiem zawsze będą lepsi i gorsi od
ciebie.
Ciesz się zarówno swymi osiągnięciami jak i planami.
Wykonuj z sercem swą pracę, jakkolwiek by była
skromna. Jest ona trwałą wartością w zmiennych
kolejach losu.
Zachowaj ostrożność w swych przedsięwzięciach świat bowiem pełen jest oszustwa. Lecz niech ci to nie
przesłania prawdziwej cnoty; wielu ludzi dąży do
wzniosłych ideałów i wszędzie życie jest pełne
heroizmu.
20
Bądź sobą, a zwłaszcza nie zwalczaj uczuć; nie bądź
cyniczny wobec miłości, albowiem w obliczu wszelkiej
oschłości i rozczarowań jest ona wieczna jak trawa.
Przyjmuj pogodnie to, co lata niosą, bez goryczy
wyrzekając się przymiotów młodości. Rozwijaj siłę
ducha, by w nagłym nieszczęściu mogła być tarczą dla
ciebie. Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele
obaw rodzi się ze znużenia i samotności.
Obok zdrowej dyscypliny bądź łagodny dla siebie.
Jesteś dzieckiem wszechświata: nie mniej niż gwiazdy
i drzewa masz prawo być tutaj i czy to jest dla ciebie
jasne czy nie, nie wątp, że wszechświat jest taki jaki być
powinien.
Tak więc bądź w pokoju z Bogiem, cokolwiek myślisz
o Jego istnieniu i czymkolwiek się zajmujesz
i jakiekolwiek są twe pragnienia; w zgiełku ulicznym,
zamęcie życia, zachowaj pokój ze swą duszą.
Z całym swym zakłamaniem, znojem i rozwianymi
marzeniami ciągle jeszcze ten świat jest piękny...
Bądź uważny, staraj się być szczęśliwy.
21
Mrożek - świata obywatel
"Składam się z wyobraźni i nicości. To znaczy, że nawet kiedy
zniknie wyobraźnia, coś jeszcze za mnie zostanie". Nie żyje
Sławomir Mrożek, dramatopisarz i prozaik, satyryk. Zmarł
w Nicei. Miał 83 lata.
Sławomir Mrożek w czerwcu 2008 opuścił Polskę
i zamieszkał we Francji. Wybrał Niceę na Lazurowym
Wybrzeżu, bo - jak tłumaczył - tam jest o wiele lepsze
powietrze. Tuż przed odlotem z Balic pytany przez
dziennikarza, dlaczego wyjeżdża - nie odpowiedział nic.
Przyznał jedynie, że wie, że bez niego
w Polsce będzie
smutno. "Wierzę, bo tak mówią.
To była druga emigracja autora "Tanga". Pierwszy raz
wyjechał w 1963 roku, mając 33 lata. To była rewolucja
w moim życiu. Ja wtedy wyjechałem na zawsze - wspominał.
Z drugiej jednak strony, otworzyły się przede mną nowe
możliwości. To był jeden z moich złotych okresów, kiedy to
robiłem dużo.
Mieszkał we Włoszech, Francji, USA, Niemczech
i Meksyku. Kiedy wyjechałem na Zachód i poznałem wolność
w każdym wymiarze, i to było dla mnie najważniejsze
odkrycie, i z niej korzystałem. Gdyby się nie skończył
komunizm, tam bym został. W 1996 wrócił do Polski
i zamieszkał w Krakowie. Dlaczego zdecydował się na powrót?
Bo to co stało się z Polską, to był rodzaj cudu.
W 2002 roku miał udar mózgu, którego wynikiem była
afazja. Mrożek utracił możliwość posługiwania się językiem
zarówno mówionym, jak i pisanym. Dzięki terapii, która trwała
około trzech lat, odzyskał zdolność pisania i mówienia.
Efektem walki z chorobą jest jego autobiografia.
22
Sławomir Mrożek urodził się 29 czerwca 1930 roku
w Borzęcinie. Ukończył słynny krakowski Nowodworek.
Studiował architekturę, filozofię orientalną i sztukę.
Debiutował w 1950 roku jako rysownik, od 1953
publikował cykle rysunków w "Przekroju". W tym też roku
wydał "Opowiadania z Trzmielowej Góry" oraz "Półpancerze",
opowiadania te stanowiły jego literacki debiut. Jego pierwszą
sztuką teatralną był dramat "Policja" (1958). Światową sławę
przyniósł Mrożkowi dramat "Tango" z 1964 roku. Od 1955
roku współpracował z Krakowskim Teatrem Satyryków,
studenckim teatrem satyrycznym "Bim - Bom" z Gdańska,
kabaretem "Szpak", "Piwnicą pod Baranami".
W 1963 wyemigrował z kraju, mieszkał w Paryżu, USA,
Niemczech, Włoszech i Meksyku. W grudniu 1981 r.
protestował przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego.
W 1996 powrócił do Polski; zamieszkał w Krakowie. W 2002
roku przeszedł udar mózgu i stracił zdolność posługiwania się
językiem, zarówno w mowie jak i w piśmie. Pokonał afazję
spisując wspomnienia.
W Polsce przez wiele lat dzieła Mrożka były zakazane, co
oczywiście nie znaczy, że ich nie czytano. Od 1968 do 1972
roku w kraju nie można było ani publikować jego utworów, ani
wystawiać jego sztuk. Potem na kilka lat Mrożek wrócił do
łask. Jednak znów - po wprowadzeniu stanu wojennego - jego
twórczość znalazła się na indeksie.
Przez lata nieobecny w Polsce (także fizycznie,
wyemigrował w 1963 roku) zyskał sobie za to sławę na
świecie; był doceniany przez innych. Mrożka grają na całym
świecie od lat 60. Stał się klasykiem dramatu współczesnego,
a festiwale jego twórczości odbyły się w Amsterdamie czy
Sztokholmie. To z pewnością najczęściej wystawiany w kraju
23
i za granicą polski dramaturg współczesny, w Polsce przez
wiele lat był jednym z najpoczytniejszych, obok Stanisława
Lema, rodzimych prozaików. Jego książki zostały przełożone
na kilkanaście języków.
Mrożek
posługiwał
się
groteską,
absurdalnym
przejaskrawieniem, satyrą i parodią. Mnożył sprzeczności
i paradoksy. Zestawiał je ze sobą, zderzał, licząc na poczucie
humoru odbiorcy. Miał niekwestionowany talent komiczny.
Wprawdzie śmiałem się na rozmaite sposoby, i głośno
i cicho, i biologicznie i intelektualnie, niemniej jednak mój
śmiech nie dochodził do samego środka. Należę do pokolenia,
którego śmiech zawsze bywa zaprawiony ironią, goryczą, czy
rozpaczą - mówił Mrożek.
W swoich utworach najczęściej opisywał rzeczywistość
państwa totalitarnego, jakim był PRL, międzyludzkich relacji,
gier jakie rozgrywamy, najczęściej dążąc do zniewolenia
innych. Często ukazywał konflikt między - jak to określił jeden
z krytyków - intelektualistami i bezrefleksyjnymi prostakami,
"chamami".
Tropił i podważał nie tylko absurdy życia w kraju realnego
socjalizmu, ale też zbanalizowane stereotypy, kształtujące
świadomość Polaków. W języku potocznym na stałe zagościła
fraza "jak z Mrożka", określająca szczególnie bezsensowne,
wynaturzone aspekty codzienności.
24
MATKI BOSKIEJ SIEWNEJ
8 września w święto Narodzenia Najświętszej Marii
Panny (Matki Boskiej Siewnej) rozpoczyna się cykl obrzędów
związanych z uprawą zbóż w tradycji ludowej obchodzony jest
jako święto Matki Boskiej Siewnej. Jest ona patronką
zasiewów, ozimin i jesiennych prac polowych. Wierzono
dawniej, że właśnie wtedy Matka Boska przechodzi przez
zasiane pola i błogosławi je, dzięki czemu będą obfite plony.
Dlatego też dzień ten jest zwyczajowym terminem rozpoczęcia
siewu – należy zasiać choćby najmniejszy skrawek pola, by
w ten sposób zapewnić sobie owo błogosławieństwo.
Gospodarz, który na ten dzień nie ukończył siewów, a zaraz po
tym dniu nie wziął się do siewu pszenicy, uważany był kiedyś
za leniwego.
Dlatego w polskiej tradycji ludowej Matka Boża, której
pamiątkę narodzenia obchodzimy 8 września, jest postrzegana
jako patronka jesiennych siewów i dlatego nazwano Ją Siewną.
Na Siewną zacznij siać żyto, będziesz miał chleb na siebie i na
parobka myto.
Mawiano też: Przed Bogarodzicą siej żyto przed pszenicą, po
Bogarodzicy chyć się do pszenicy.
Pierwszej orce oraz pierwszemu zasiewowi oraz sadzeniu
towarzyszyły różne obrzędy agrarne. Były one przejawem
troski o plony, miały zapewnić przyszłoroczny urodzaj.
W obrzędach tych splatają się elementy kultu ziemi z licznymi
magicznymi praktykami, wierzenia z wróżbami itp. Można tu
wymienić na przykład kropienie pługa, konia i oracza święconą
25
wodą, czy zabieranie przez oracza czy siewcę pożywienia na
pole i zakopywanie pod pierwszą skibą.
Do siewnego ziarna dosypywano ziarno wyłuskane
z kłosów święconych w bukietach w święto Matki Boskiej
Zielnej. W niektórych okolicach słomę po wykruszonych
ziarnach zakopuje się przed siewem na początku zagonu –
zarówno przy siewie zboża ozimego, jak jarego. Dodawano też
ziele poświęcone w oktawę Bożego Ciała, bazie z palm
wielkanocnych lub ziarno z wykruszonego wieńca
dożynkowego. Miało to zapewnić urodzaj, zabezpieczyć zboża
przed myszami, robactwem, wszelkimi nieszczęściami. Całe
ziarno przeznaczone do siewu kropiono święconą wodą,
a rozpoczynając siew gospodarz rzucał pierwsze jego garście
na krzyż i ręką kreślił w powietrzu znak krzyża. Zapewniał
sobie w ten sposób – jak wierzono – błogosławieństwa Boże,
a tym samym obfite plony, ochronę przed gradobiciem, suszą
i nadmiarem deszczu.
Dzień Matki Boskiej Siewnej jest również przypomnieniem,
aby przygotować len do suszenia, o czym mówi przysłowie:
Na Matkę Boską Siewną zła to gospodyni, która lnu z wody nie
wyczyni.
Od tego dnia oczekiwano już nadejścia jesieni, a także
wróżono jaka ona będzie:
Panna się rodzi – jaskółka odchodzi;
Gdy na Siewną pogodnie, będzie tak cztery tygodnie;
Gdy na Siewną jest błękitnie, wtedy pięknie wrzos zakwitnie.
Prace polowe kończyły się późną jesienią – należało
uporać się z nimi przed nastaniem Adwentu.
26
DO MATKI BOSKIEJ SIEWNEJ
Przychodzisz w dojrzałych kłosach pszenicy
W słońcu, które przypieka bok jabłka
W korcu maku, co się rozsypuje czarnymi kropkami
W wyciągniętych ramionach mieczyków
W grzybach dorodnych przychodzisz
W deszczowej chmurce
W odgłosach burzy
W konfiturach
W słojach pełnych zapasów na jesień i zimę
Przychodzisz Panno Zielna
W mięcie i szałwi
W jarzębinie, jeżynach i gruszkach
Przychodzisz Panno Siewna
W ciężkiej pracy rolnika
W jego pomarszczonych dłoniach
Świętych jak upieczony chleb
27
Przychodzisz w modlitwie
W Litanii i procesji
W której Twój Syn
Wychodzi na ulice miast i wsi
Przychodzisz Panno
Na dobro
Na zdrowie
W swoim Wniebowzięciu
28
to wiem, że Bóg jest ze mną."
Ps.56:10
Jak pocieszająca i przynosząca pokój jest wiadomość, że Bóg
jest z nami, zawsze jest obecny i zawsze bliski i że miłuje nas
bardziej niż jakikolwiek z ludzi. Żaden książę, żaden tzw. VIP
nie ma w ziemskiej podroży tak pewnej ochrony, jak
najsłabszy wierzący w Chrystusa, jeżeli ufa Bogu i wiernie
z Nim chodzi.
Teolog Karl Barth wyraził to słowami: "Wierzę - znaczy ufam.
Nie muszę już śnić o ufaniu samemu sobie, nie potrzebuję już
pragnąć się samo usprawiedliwiać, przepraszać, ratować się
i uchować. Cały ten najgłębszy wysiłek człowieka - polegać na
samym sobie, przyznawać sobie rację - stał się
bezprzedmiotowym. Wierzę - nie w siebie - wierzę w Boga
Ojca, Syna i Ducha Świętego. My sami nigdy nie będziemy
sobie spolegliwi. Nasza człowiecza droga jako taka droga jest
od jednej niewierności do drugiej i tak samo ma się sprawa
z drogami bogów tego świata. Nie dotrzymują swoich obietnic.
Dlatego nigdy niema przy nich prawdziwego spokoju ni
jasności. Wierność istnieje jedynie u Boga, a wiara stanowi
zaufanie, iż możemy trzymać się Go, Jego obietnicy, Jego
przewodnictwa. Trzymać się Boga, znaczy polegać na tym, iż
Bóg jest dla mnie i żyć w tej pewności. Oto obietnica dawana
nam przez Boga: Jestem dla ciebie. Ale ta obietnica znaczy
jednocześnie i przewodnictwo. Nie jestem pozostawiony
własnej samowoli ani własnym wyobrażeniom, lecz posiadam
Jego przykazanie, którego wolno mi się trzymać we wszystkim,
w całej mojej ziemskiej egzystencji."
29
Z cyklu ludzie znani i lubiani
Muzyka moja miłość
Muzyka jest pasją mojego życia, która oprócz wiary
nadaje jemu sens. Nie wiem czy bez tych dwóch wytrwałbym
do tej pory, gdyż przeżyłem we wczesnym momencie życia
chwile naprawdę ciężkie i okrutne, których skutki odczuwam
do dziś.
Moja przygoda z graniem muzyki zaczęła się pewnie jak
w przypadku innych muzyków od jej słuchania. Kocham
muzykę, kocham każdą dobrą muzykę. „Dobrą” to oczywiście
moja subiektywna ocena, ale myślę, że mam pewne
„wyrobienie muzyczne”. Muzyki w „dużych ilościach”
zacząłem słuchać pod koniec podstawówki, już zwłaszcza w
liceum. Na początku był to rock progresywny ( YES, ELP,
Genezis, Pink Floyd, Jethro-Tull, Mike Oldfield, Procol Harum,
trochę później king Crimson itd.) Nie gardziłem też blusem
( Bebe King, Blues Brothers). Ponieważ w tamtych czasach był
bardzo dostęp do muzyki zachodniej będąc 4 razy na filmie
Blues Brothers, ostatnim razem nagrałem na Sali kinowej
muzykę z filmu na magnetofon kasetowy. Odrębną kategorią
był Steve Wonder. Interesowała mnie tez poezja śpiewana – to
już trochę później bo już na studiach ( Jerzy Filar z Naszą Basią
Kochaną, Andrzej Garczarek). I znów odrębna kategoria to
Wały Jagiellońskie. Później zakochałem się w Prinsie ( mam
prawie całą kolekcje jego płyt). Dosyć późno przyszło
zainteresowanie Led Zeppelin i Rolingstonsami. Długo by
jeszcze wymieniać ( wymieniłem tylko najważniejszych
muzyków i zespoły dla mnie.) Teraz zakochany jestem
w jazzie, która to miłość zaczęła się od jazz-rocka i słynnego
zespołu Weather Report. Był oczywiście Miles Davis, był
gitarzysta John Scofield, Pat Metheny, słynny gitarzysta
30
basowy Jaco Pastorins i inni. Wrócę jeszcze do rocka
progresywnego – zapomniałem wymienić dwie polskie miłości:
SBB i Budka Suflera. Aby dopełnić całość obrazu kończę
wyjawiając, że byłem też fanem polskiej jazzrockowej grupy
Laboratorium i gitarzysty basowego Krzysztofa Scierańskiego.
Obecnie oprócz jazzu słucham od czasu do czasu muzykę folk
czy etno oraz ambientu. Ze słuchaniem muzyki ściśle jest
związany sprzęt nagrywający (któż nie nagrywał ulubionej
muzyki). Przez całe życie byłem kolekcjonerem magnetofonów
kasetowych. Do tej pory mam 3 decki Technicsa. Mam też parę
pierwszych polskich magnetofonów – MK 232, MK 125 niestety już nie sprawnych. Mogę się też pochwalić sporym
zbiorem muzycznym na kasetach magnetofonowych (około 400
kaset.) Na marginesie powiem, że jestem chyba jednym
z ostatnich wymierających już ”dinozaurów” posiadających
takie kolekcje.
Z gitara po raz pierwszy zetknąłem się na ognisku
muzycznym chyba w liceum gdzie uczęszczałem kilka
miesięcy. Z stamtąd wyniosłem dwa utwory – walczyk
Straussa, który przerobiłem na popowa nutę i gram do dzisiaj
i „Dla Elizy”, który niestety zapomniałem. Właściwie jednak
jestem samoukiem. Głos ćwiczyłem nie tylko grając kolejne
utwory, ale wykonując też specjalne ćwiczenia. Mianowicie
„puszczałem” sobie utwory Steve Wondera, który był
uznawany za muzyka, który „wyciąga” śpiewając bardzo
wysokie „c” i próbowałem śpiewać razem z nim. Do dzisiaj
biorę sobie do serca uwagi dotyczące mojego śpiewu – stąd też
między innymi przez pewien czas w życiu ćwiczyłem oddech
podczas śpiewania.
Później zacząłem grać i śpiewać na rajdach studenckich,
gdzie po pewnym czasie stałem się dość znany. Szczególnie
bardzo lubiłem wspólne „dżezowanie” – utwory śpiewane przez
31
15 – 30 minut przez całą grupę rajdową (30-50 osób. Ludzie
dołączali się śpiewając i grając na różnych instrumentach.
Dusza moja dostawała wtedy skrzydeł. Jeździłem tez po
różnych nie studenckich rajdach animując na krótką chwilę
wśród śpiewającej braci grupki muzyczne do wspólnego
śpiewania, chórki itp. Właściwie nie bardzo mnie interesowało
wspólne śpiewanie całego utworu, ale rozpisanie go na głos
prowadzący i chórki i tak zostało mi do tej pory. Wyróżniałem
się wśród braci śpiewającej grając utwory mało znane czy
popularne, popularyzując je. Dlatego gdy przyszło zaśpiewać
„mury” lub coś z repertuaru Starego Dobrego Małżeństwa itd.
oddawałem gitarę komuś innemu. W wielu usłyszanych
utworach zakochiwałem się tak bardzo, że musiałem, musiałem
je przerobić na gitarę. I tak przerobiłem setki utworów
w większości jednak niestety nie zapisując efektów. Tak wiec
jeśli chciałbym je teraz zagrać musiałbym je od nowa
odtwarzać. Ucierpiało na tym
komponowanie własnych
utworów stąd nie jest ich tak dużo w moim repertuarze, ale są.
Przez pewien czas grałem też na ulicach Krakowa, nawet
zarabiając co nieco. Grałem sam lub z różnymi dziwnymi
ludźmi np. z „Pinokiem” (grał na Kongach).
I znowu bardzo ceniłem chwile późną porą kiedy zbierały
się koło nas różne zbłąkane dusze i „dżemowały” razem z nami.
Któś grał na organkach, któś na grzebieniu itd. Przez długi czas
w czasach studenckich występowałem w Dworku
Białoprądnickim zarówno indywidualnie, albo w grupie
zajmującej się różnymi dziedzinami sztuki. Grałem tam poezję
śpiewaną rock end roll, blues. Zdarzył się też punk, wszystko
zakrapiane elementami jazzowymi i kabaretowymi.
W tym samym czasie w podobnym tyglu artystycznym
udzielałem się w Rotundzie. Tam miał miejsce mój pierwszy
poważny występ – nocne śpiewo-granie, które prowadził Piotr
32
Bałtroczyk. Występował tam też Robert Kasprzycki (razem ze
mną), któremu udało się obecnie zdobyć rozgłos
(z perspektywy czasu widzę, że nie zabiegałem o to – wszystko
kończyło się na ogół na grupie znajomych rajdach studenckich,
spływach kajakowych). Widownia w Rotundzie przyjęła mnie
entuzjastyczne, śpiewała ze mną klaskała. Jak wszędzie w życiu
zdarzyli się ludzie zawistni. W międzyczasie prowadziłem
audycje muzyczne w radiu studenckim. Ponieważ trafiłem tam
bez żadnej koneksji (nikomu też nie postawiłem flaszki),
niektórzy z radia deprecjonowali mój występ mimo, że
zakończył się sukcesem.
Drugi poważny występ miał miejsce na stadionie
w Zabierzowie z okazji 20-sto lecia istnienia firmy kolegi. Byli
tam zapraszani: A. Sikorowski, G. Turnau itd.
W konsekwencji wystąpiłem ja, gdyż przebiłem konkurentów
najniższą gażą za występ. Żart. W tamtych czasach mieszkając
w domu studenckim wynajmowałem często salę do nauki
i potrafiłem tam grać na gitarze non-stop przez kilka godzin.
Nie wiem czy wspomniałem wcześniej, że gram na gitarze
klasycznej, ale marzę również o gitarze elektrycznej(powoli
zaczynam się na niej uczyć grać). Był to czas, że często grałem
dla ludzi suity 45-cio minutowe (był to okres rozkwitu rocka
progresywnego, gdzie takie suity były chlebem powszednim).
Interesowało mnie zawsze przełamywanie barier. Do tej pory
mam niektóre nagrania moich eksperymentów. Interesując się
wszelką muzyką i taką staram się grać. Niektóre gatunki
muzyczne mniej lubię, ale zawsze cieszy mnie gdy ludzie
kochają jakiś gatunek muzyczny mimo, że ja za nim nie
przepadam. Jest tyle muzyki do wyboru, dlatego z kolei boleję
nad tym, że niektórzy ludzie deprecjonują gatunki muzyczne za
którymi nie przepadają oraz rodzaj ekspresji, która nie jest ich
ekspresją. A przecież to wspaniałe, że jest tak wiele różnych
33
ludzi, różnych gustów. Więc robiłem różne eksperymenty
muzyczne np. z echem – nagrywałem swoja muzykę w lesie,
nad jeziorami gdzie echo niosło się w dal odbijając się od tafli 5
jezior po kolei (było jedno takie miejsce) Fascynowała mnie
wówczas płyta Paula Wintera, na której nagrał swoją muzykę
w kanionie Kolorado (aparatura nagrywająca była
rozmieszczona w kanionie). Ponieważ jak wspomniałem
wcześniej interesuję się wieloma gatunkami muzycznymi (nie
wspomniałem tu jeszcze o muzyce eksperymentalnej, ambitne
Brian Ino, regge) starałem się zawierać tę pasję
w moim
repertuarze i to co teraz gram nazywam fuzja poezji śpiewanej,
rocka z elementami jazzowymi i kabaretowymi. Z muzyki
klasycznej wziąłem wspomniane wcześniej zamiłowanie do
utworów dłuższych, złożonych. W niektórych utworach bez
tekstu najwyżej ze śpiewem wprowadzałem pewne elementy
symfoniczne. Ponadto przez całe życie starałem się uczyć od
innych muzyków, zespołów różnych elementów aranżacji,
„smaczków” itp.
Wracając do historii mojej drogi muzycznej później
z powodu choroby psychicznej oddaliłem się bardzo od
muzykowania, Az do ostatniego czasu. 3 lata temu
zadebiutowałem w piwnicy pod baranami jednocześnie
animując ze znajomymi grupę przełamującą bariery miedzy
ludźmi pełno, a niepełnosprawnymi na płaszczyźnie sztuki
(muzyka moja jest przeplatana wierszami poetów
niepełnosprawnych). Okazuje się, że ludzie niepełnosprawni na
terenie sztuki nie są wcale gorsi, a wręcz ich
niepełnosprawność daje im większą wrażliwość. W ogóle nie
ma ludzi 100% sprawnych. Wszyscy jesteśmy tak naprawdę
tacy sami – z podobnych powodów. Występy w piwnicy
powiem nieskromnie zakończyły się dużym sukcesem. Wręcz
byłem zaskoczony, że ludzie tak pozytywnie reagują na moją
34
muzykę. Te występy spowodowały to, ze podjąłem decyzję
o poważnym muzykowaniu. W ogóle tu ukłon dla mojego
serdecznego kolegi Jacka Kisiały, szefa firmy reklamowej,
który przekonał mnie, że gram na tyle dobrze, mogę wystąpić
pod Baranami i w dużej mierze zorganizował nasz 1-szy
występ. Po piwnicy pod Baranami występowaliśmy później
w pubie „Sztama Blues” na Bożego Ciała, w „Migawce” na
ul. Krakowskiej, w domu kultury „Piaskownica” na Piaskach.
Osobna
historia
to
występowanie
dla
ludzi
niepełnosprawnych w DPS-się przy ul. Nowaczyńskiego, stąd
między innymi wziął się ten artykuł o mnie. Ponieważ kiedyś w
modlitwie usłyszałem taki głos, że powinienem służyć swoją
muzyka, dzielić się tym darem, który dał mi Bóg. Zwłaszcza, ze
po występach pod Baranami naprawdę poczułem, że mam coś
do zaoferowania ludziom. Tutaj
w DPS-sie istnieje okazja
obdarowania naszą twórczością tych niepełnosprawnych ludzi,
dania im czegoś co choćby na chwilę wyrwie ich z tej czasem
trudnej codziennej egzystencji (całkowicie charytatywnie).
Występowaliśmy tu już wiele razy i to była czasem trudna
służba, ale dająca dużo satysfakcji choćby z tego powodu, ze są
to nasi najwierniejsi słuchacze. Znajomych trzeba wiele razy
zapraszać na występ, a i tak mają później wiele powodów, żeby
jednak nie przyjść. Takie jest życie – ludzie mają coraz mniej
czasu, są coraz bardziej zagonieni. Tutaj zawiązałem również
bardzo sympatyczną znajomość z Andrzejem Janią (to on mnie
namówił do napisania tego artykułu) i Maciejem Bażelą, którzy
widzą sens w naszych występach i organizują je.
Obecnie jestem na etapie słania od długiego czasu maili
do różnych pubów z propozycją naszych występów. Ale jest
ciężko. Puby w natłoku swoich spraw gdzieś gubią nasze maile.
Najtrudniej zgromadzić jest publiczność jeśli jest się muzykiem
mało znanym niestety. Dlatego jeśli się jakoś lepiej
35
skoncentruję zamierzam spróbować zjednać sobie media jako
patronów medialnych dla naszej grupy. Jeśli ktoś z czytelników
zna jakieś miejsce gdzie można wystąpić, zwłaszcza gdzie
przychodzi dużo ludzi proszę o kontakt mój e-mail:
[email protected] Moja płyta pt. „Natchnienie” jest
w Internecie, gdzie występuję pod pseudonimem Johny L.
Podaję również link do płyty:johnyl.wrzuta.pl/katalog/3Wq
wp9BUvbX/natchnienie. Jeżeli chcą się Państwo podzielić
opiniami – oczywiście proszę bardzo. Płyta była nagrana nie
dokończa w profesjonalnych warunkach – ma małe zgrzyty.
Apostołów było 12-tu. Jeden zdradził wiec na płycie jest 11
utworów. Życzę przyjemnego słuchania. To oczywiście
niewielki wycinek mojej twórczości , ale zawsze. Na koniec nie
sposób nie wymienić mojej wiernej towarzyszki w tych
występach – Joasi Rączkowskiej, która od czasu piwnicy pod
Baranami na każdym występie recytuje poezje osób
niepełnosprawnych w bardzo profesjonalny sposób. Na naszych
występach zachęcamy ludzi do wspólnego śpiewania,
rozdajemy proste instrumenty perkusyjne. Jest (nieskromnie
powiem) dobra zabawa, co nie znaczy, że jest to muzyka
zabawowa, a wiersze lekkie. Są różne nastroje. Oczywiści
oprócz Joasi recytującej poezję poetów, którzy sami nie mogą
jej zaprezentować, występują też poeci, którzy sami recytują
swoje wiersze. Już zupełnie na koniec musze dodać, że jestem
zakochany w gitarze basowej, że wymienię tu takich basistów
jak wspomniany wcześniej Jaco Pastorius – moja największa
miłość, Stanley Clarke, John Patitucci, Marcus Miller, Victor
Wooten. Jeśli chodzio gitarę solową aczkolwiek wymienię też:
Pata Matheny, Steve Ray Vonghana, Aldi Meole, Jimiego
Hendrixa, Johna Maclanghlina, Paco de Lucije, Johna
Scofielda, Carlosa Santanę, Stevea Vaia, Mikea Sterna,
Georgea Bensona.
Janusz Lesisz
36
Spis Treści
Wakacyjny odpoczynek
str. 1
Żywot św. Jacka
str. 7
Co warto przeczytać
str. 12
Cyganie
str. 15
Dezyderata
str. 20
Mrożek obywatel świata
str. 22
Matki Boskiej Siewnej
str. 25
Złote myśli
str. 29
Ludzie znani i lubiani
str. 30
37
Download